Otwórz menu główne
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Fantazyja d-ra Ox
Wydawca F. Stopelle
Data wydania 1876
Druk J. Korzeniowski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une fantaisie du docteur Ox
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VIII.
W którym stary i uroczysty walc w szalony się wir przemienia.

Gdy widzowie opuściwszy teatr powrócili do zwykłego spokoju w ciche progi domowe, gdy ustąpiło oszołomienie spowodowane chwilą nadzwyczajnego wzruszenia, znużeni i ociężali padli bezwładnie w morfeuszowe objęcia.
Na drugi dzień, każdy przecież musiał przypomnieć sobie o tem co zaszło, bo jednemu brakło kapelusza, drugiej kawała sukni oberwanej wśród tłoku, tej trzewika z cienkiej pruneli, tamtej jasnego okrycia i t. d. Opamiętali się wreszcie stanowczo poczciwe mieszczuchy i uczuli pewien żal z powodu owych niewłaściwych objawów zapału. Zdawało im się jakoby mieli udział w orgii jakiejś i żenowali się niepomału; nie tylko nie mówili więc o tem ale nawet myśleć o tem nie chcieli.
Osobą szczególniej tem zajściem dotkniętą, był ma się rozumieć szanowny burmistrz van Tricasse. Obudziwszy się nazajutrz nie mógł on odnaleść peruki, nie mogła i Lotche nic mu poradzić na to. Peruka widocznie na polu bitwy została. Czyżby ogłosić o stracie, czyżby kazać otrąbić o tem Janowi Mistrol woźnemu miejskiemu? Nie. Lepiej zrobić ofiarę z czupryny jak wystawiać się na pośmiewisko i to komu jeszcze, człowiekowi co ma zaszczyt być pierwszym urzędnikiem w mieście.
Tak sądził van Tricasse, przeciągając się pod kołdrą, z głową ciężką, z językiem białym, z piersią gorejącą. Nie okazywał najmniejszej chęci do wstania, mózg zaś jego pracował w tej chwili jak może nigdy od lat czterdziestu. Pierwszy dostojnik przywodził sobie na pamięć wszystkie szczegóły osobliwszego przedstawienia.... Porównywał fakta, które miały miejsce na wieczorze u doktora Ox, badał powody tej szczególnej drażliwości, która już dwukrotnie objawiła się pomiędzy najznakomitszemi z podwładnych pieczy jego mieszkańców.
— Co to się dzieje? Co to jest? zapytywał sam siebie..... Co u kaduka za szał opanował tę spokojną ludność Quiquendoncu?.... Czyż mamy wszyscy oszaleć a miasto na wielki szpital obłąkanych zamienić? Wszakże wczoraj wszyscyśmy tam byli obecni: radcowie, sędziowie, adwokaci, medycy, akademicy, i wszyscy jeśli mię pamięć nie myli, daliśmy się opanować dzikiemu szaleństwu! Cóż mogło być takiego w tej piekielnej muzyce? Nie, to rzecz nie do zbadania! Wszakże ani nic takiego nie jadłem ani nic takiego nie piłem, coby mogło podobne spowodować wzburzenie! Cóż bo wczoraj jadłem na obiad? kawałek cielęciny dobrze ugotowanej, trochę szpinaku, kilka jajek i przytem dwie szklanki lekkiego piwa. To nie mogło mi nigdy w głowie zawrócić! Nie... tu jest w tem coś takiego czego wytłómaczyć nie mogę, ale że pomimo to wszystko ja odpowiadam za czyny osób pod mój zarząd oddanych, trzeba nakazać śledztwo....
...Śledztwo zarządzone przez radę municypalną do niczego nie doprowadzi. Fakta były jawne i powszechne, rzecz cała ujdzie może baczności. Umysły się uspokoiły, zapomniano zatem o chwilowym wybryku. Dzienniki miejscowe nie wspominają o tem ani słowa, sprawozdanie teatralne pomieszczone w „Pamiętniku Quiquendonc“ także nic nie mówi o tem rozgorączkowaniu całego zgromadzenia...
Aliści lubo miasto powróciło do swego zwykłego spokoju, lubo znowu stało się na pozór tem czem bywało poprzednio, czuć było że charakter i temperament mieszkańców zmieniał się stale chociaż nieznacznie. Miał słuszność doktor Dominik Custos, utrzymując że cierpią oni na rozdrażnienie nerwów.
Wyjaśnimy to bliżej. Zmiana o jakiej mowa niezaprzeczona i niezaprzeczalna, odbywała się w pewnych warunkach. Gdy mieszkańcy Quiquendonc byli na świeżem powietrzu, t. j. na ulicach, na placach publicznych, przy brzegu rzeki Vaar, zawsze byli tak samo zimni i systematyczni jak dawniej. Nawet gdy znajdowali się w mieszkaniach, jedni pracowali, drudzy albo nic nie robili albo przynajmniej nie myśleli o niczem. Życie prywatne było ciche, bezwładne, wegetujące jak kiedyś. Żadna sprzeczka, żadna wymówka przy zajęciach gospodarskich, żadne przyspieszenie bicia serca, żadne natężenie mózgu a średni puls taki jak dawniej 50 do 53 uderzeń.
Faktem jednakże nie dającym się wytłómaczyć, faktem którego zbadać nie mogli najznakomitsi fizyjologowie epoki był pewnik, iż jeżeli mieszkańcy Quiquendonc nie zmieniali się w życiu prywatnem, ulegali zupełnej przemianie w życiu publicznem.
Gdy się znaleźli w budynku publicznym, działo się tam, według słów komisarza Passauf — „jak dalej nie idzie.“ Na giełdzie, w ratuszu, w sali akademii, na posiedzeniach towarzystwa naukowego, przebijał pewien rodzaj zbytniego ożywienia a ożywienie to opanowywało wszystkich. Po godzinie posiedzenia stosunki wzajemne były jeszcze dość suche. Po dwóch godzinach dyskusyja przechodziła w spory, głowy zagrzewały się i zaczynano dotykać osobistości. W kościele nawet podczas kazania wierni nie byli w stanie słuchać z zimną krwią księdza van Stabel, który rzekłszy nawiasem, za bardzo unosił się na ambonie i napominał surowiej jak zwykle. Ten stan rzeczy powodował zajścia daleko groźniejsze niestety, jak doktora Custos z adwokatem Schut, a jeżeli nie powodował wmięszania się w nie władzy, to dla tego jedynie, że strony spór wiodące wróciwszy do domu zapominały uraz wzajemnych.
Jedyną osobą w mieście i to tą właśnie, której posadę od lat trzech zwinąć zamierzano, mianowicie też komisarz cywilny Michał Passauf zauważył, że wzburzenie nie ma nigdy miejsca w domach prywatnych a wybucha gwałtownie w budynkach publicznych; zapytywał więc sam siebie nie bez pewnej niespokojności, co się stanie jeśli ta właściwość przejdzie do mieszkań prywatnych albo nawet jeśli epidemija grasować zacznie po ulicach miasta. Wtedy nie będzie już zapomnienia uraz, spokój zniknie, zajadłość zapanuje, a nieustanne rozdraźnienie poruszy jednych mieszkańców Quiquendonc przeciwko drugim.
— No to co się wtedy stanie?.. zapytywał sam siebie przestraszony komisarz Passauf. Jak powstrzymać te dzikie zapały? Jak pokierować spaczonemi umysłami? Wtedy posada moja nie będzie synekurą i przyjdzie może do tego, że rada miejska podwoi mi płacę.... a przynajmniej... uzna potrzebę zatrzymania mnie... a to zpowodu różnych nadużyć i braku spokoju publicznego.
Otóż te bardzo słuszne obawy zaczęły się urzeczywistniać. Z giełdy, kościoła, teatru, z domu zebrań, z akademii, z bazaru złe wkraczało do domów prywatnych i to tylko w ciągu w piętnastu dni po strasznej owej reprezentacyi „Hugonotów.“
W domu bankiera Colaert okazały się pierwsze oznaki epidemii.
Bogaty ten człowiek wydał bal a raczej wieczór tańcujący dla znakomitości miasta. Zaciągnął on kilka miesięcy przedtem pożyczkę 30,000 fr. w ¾ częściach pokrytą podpisami miejscowemi, dla odwdzięczenia się zatem za to finansowe dla siebie uznanie, otworzył swe salony i wydał bal o jakim wzmiankowaliśmy w tej chwili.
Wiadomo co to są przyjęcia u Flamandów. Skromnie na nich i spokojnie a piwo i miód stanowią najgłówniejszą rubrykę wydatku. Rozmowa toczy się o stanie ogrodów, sposobie utrzymania kwiatów — taniec powolny i miarowy jak menuet, niekiedy walc, lecz jeden z tych niemieckich walców w którym robi się jeden i pół obrotu na minutę, a tańczący trzymają się tak od siebie zdaleka, jak tylko ręce ich na to pozwolą. Takie też zwykle bywały bale towarzystwa w Quiquendonc. Polka na cztery pas, najlepiej się zaaklimatyzowała; ale tancerze nigdy wydążyć nie mogli orkiestrze, jakkolwiek ta grała powoli i nieraz z tego powodu potrzeba było wstrzymywać taniec.
Zebrania te spokojne w których lubowała się młodzież płci obojej, nigdy nie miały złych następstw. Dla czego wszakże na wieczorze u bankiera Colaerta, lekkie wina zmieniły się w mocne, jakby szampańskie lub poncz rozpalający? Dla czego wśród uczty pewien rodzaj upojenia ogarnął wszystkich zaproszonych? Dla czego menuet stał się skocznym tańcem? Dla czego muzycy orkiestry takt przyspieszali? Dla czego, tak jak to miało miejsce w teatrze świece zaczęły błyszczeć blaskiem niezwykłym? Dla czego jakiś prąd elektryczny ogarnął salony bankiera? Skąd poszło, że pary zbliżały się do siebie za nadto, że ręce ściskały się bardziej konwulsyjnie, że goście odznaczali się gwałtownością ruchów podczas tej sielankowej, niegdyś tak poważnej, tak uroczystej, tak majestatycznej i tak bardzo przyzwoitej zabawy?
Niestety! może jakiś Edyp wyjaśni te nie do rozwiązania kwestyje? Komisarz Passauf obecny na wieczorze przewiduje nadciąganie burzy, ale jej opanować nie może, bo sam czuje jakby jakieś oszołomienie mózgu. Wszystkie jego zdolności fizyjologiczne wzrastają. Widziano go jak zapamiętale rzucał się aby pochwycił garść cukrów, widziano jak rzucał się na podawane potrawy, jakby dopiero z długiej wyszedł dyjety.
Ożywienie ogólne powiększa się coraz bardziej. Przeciągły szmer, jakby głuche brzęki dobywają się ze wszystkich piersi. Tańczą, tańczą z zapałem. Nogi latają ze wzrastającą szybkością. Oblicza nabierają kolorów, niby twarze Sylenów. Oczy błyszczą jak węgle, zapał ogólny dochodzi do najwyższego stopnia.
A gdy orkiestra zagrzmiała walca z „Wolnego Strzelca,“ ten walc tyle niemiecki i tak powolny, to nie był walc ale wir iście szalony, kręcenie się w miejscu godne Mefistofelesa, wybijającego takt gorejącą głownią, a następnie galop, piekielny galop przez cała godzinę bez odetchnienia, bez odpoczynku trwający, przeciągający przez sale, pokoje, przedpokoje, schody, piwnice, spiżarnie. Młodzieńcy, dziewice, ojcowie, matki, ludzie wszelkiego wieku, stanu i tuszy, wszystko galopowało; galopował tęgi bankier Colaert, galopowali radni i i wszyscy inni urzędnicy, galopował sędzia prezydujący i p. Niklausse, galopowała pani van Tricasse i jej mąż burmistrz van Tricasse, galopował nareszcie komisarz Passauf, ten sam którego znamy a który nigdy nie mógł sobie przypomnieć z którą damą tańczył tego wieczora. Ale dama nie zapomniała o tem i w snach swoich marzyła o świetnym komisarzu, unoszącym ją w uściskach pełnych zapału. Damą tą była miła ciotka Tatanemancyja.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Juliusz Verne, anonimowy.