<<< Dane tekstu >>>
Autor Emil Szramek
Tytuł Juliusz Ligoń
Wydawca Księgarnia i Drukarnia Katolicka S.A.
Data wyd. 1939
Druk Księgarnia i Drukarnia Katolicka S.A.
Miejsce wyd. Katowice
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


5. Charakter.

Modlitwą, nauką, pracą i cierpieniem doszedł Ligoń do dziwnej równowagi ducha, która go nie opuszczała nawet w najcięższym nawiedzeniu. Czytając listy jego ma się wrażenie, że był bez namiętności. Taką łagodność, taki spokój mieć może tylko człowiek głęboko religijny; o pobożności zaś Juliusza świadczy każdy wiersz i każdy list jego. Za najwyższą mądrość uważał zgadzanie się z wolą Boską, dlatego nigdy nie rozpaczał. Dowiedziawszy się, że knapszaft po przegraniu procesu w dwóch instancjach jeszcze do trzeciej apeluje, pisał drowi Chłapowskiemu: „Zdaje mi się, że Boska wola jest, abym dźwigał krzyż aż na Golgotę, to jest do zgonu. Niechże i tak będzie, bo wszystko dobrze, co Bóg czyni.” (17 VIII 83.)
Ligoń był nadzwyczaj skromnym i nigdy nie wysuwał się naprzód. „Jego mowa, pisze ktoś o nim, była prosta, ale rzewna, odzwierciadlająca jego czystą duszę. Głos miał słaby i nie był tak śmiały jak Karol Miarka. Dlatego mało przemawiał na wiecach, ale wiersze jego śpiewano.” W pewnym liście jego znajdują się piękne słowa: „Nie zazdroszczę, broń Boże, nikomu, nie pragnę jakiejkolwiek najmniejszej sławy, bo ta należy Bogu a nie mizernemu prochu, jakim okrom duszy jestem.” Chwilowe odruchy zazdrości wobec powodzeń Miarki tłumił natychmiast.
Kiedy dr Chłapowski w gazecie był o Ligoniu ogłosił pochlebny artykuł, otrzymał zaraz takie podziękowanie: „Za łaskawą wzmiankę i wspomnienie w „Kurierze Poznańskim” o biednych moich i syna mego utworach, zasyłam jak najserdeczniejsze tysiąckrotne „Pan Bóg zapłać!” Wszelką zaś pochwałę i zasługę Bogu oddaję, bo wszystko co posiadamy, Jego jest darem.” (19 IX 81.)
W ogóle jedną z najwybitniejszych cech Juliusza była wdzięczność, cnota dosyć rzadka na tym świecie. Pomiędzy wierszami jego znajduje się jeden, zatytułowany „Moje Dziedzictwo, Pamiątka ode mnie, Franciszka Ligonia, ojca szczerego, dla Juliusza, syna mego kochanego”. Pobożny ten wierszyk powstał wśród okoliczności, z których można się domyśleć, jak Juliusz poważał swych rodziców. Aleć, niech sam opowie.

„W dzień Wszystkich Świętych 1862 r. odwiedziłem mojego kochanego ojca, kilka mil ode mnie mieszkającego, żeby się razem z nim na grobie ś. p. drogiej matki pomodlić. Przy czym poprosiłem go o dziedzictwo. Ojciec z podziwem poglądał na mnie, bo miał, prawda, chałupkę, kuźnię i dość spory ogród około tych budynków, więc myślał, że od tego coś żądam. „Drogi Ojcze, mówiłem, od tego, co tu posiadacie, nic nie żądam. Daliście mi już dobre wychowanie a teraz proszę Was, odpiszcie mi własną ręką te kilka słów a to będzie moim drogim dziedzictwem.” I podałem ojcu niniejszy utwór podyktowany od siebie. Rozpłakał się ojciec serdecznie, ja także, uścisnęliśmy się, poczem odpisał; pożegnaliśmy się i chowam dotąd to drogie dziedzictwo.”

Stary Ligoń umarł w Prądach w r. 1871, licząc blisko 80 lat. Aż do śmierci otoczony był najserdeczniejszą czcią wdzięcznych swoich dzieci.
Iście synowską wdzięczność żywił Juliusz także względem dra Chłapowskiego, największego dobrodzieja swojego. Po wygraniu procesu w pierwszej instancji pisał mu:

„Bogu wszechmogącemu niech będzie nasamprzód cześć i chwała! bez którego woli nic się nie dzieje i który każdy krzyż, gdy go mile przyjmujemy i cierpliwie znosimy, w pociechę nam zamienia.
Po Bogu zaś tysiąckrotne dzięki niech będą J. Wmu drogiemu Panu Dobrodziejowi za łaskawą pomoc i opiekę w procesie, bez której pewno nie byłbym uzyskał tak chlubnego świadectwa fizyka Wgo Dra Pana Heera. Wiele dobrego otrzymałem od ś. p. moich rodziców, bo dobre wychowanie; to też żal niemały opanował mi serce po ich zgonie. Lecz oto Pan Bóg w Szlachetnej osobie J. Wgo drogiego Pana Dobrodzieja zesłał mi niby drugiego rodzica tak szczerego, że pisząc te słowa, łzą się oczy z wdzięczności roszą. O niechże za wszystko Pan Bóg J. Wmu drogiemu Panu Dobrodziejowi tysiąckrotnie wynagrodzi, o co z całą rodziną dozgonnie prosić Go będziemy.” (25 X 80.)

A gdy proces i we wyższych instancjach wypadł na jego korzyść, to znowu pierwszym uczuciem jego była wdzięczność:

„Ze łzą radości chwytam za pióro, bo właśnie otrzymałem wiadomość od Pana Adwokata, że proces zakończył się pomyślnie po mojej stronie; tylko jeszcze mam przysięgnąć, że przy pracy oko mi uszkodziło, do czego ze spokojnym sumieniem jestem gotów. — Wszystkie wyrazy dziękczynienia, jakimi serce moje przejęte, wydawają mi się za niedostateczne. Czuję się niegodnym tego dobrodziejstwa. Bo pomimo że sprawiedliwie się o pensję upominałem, lecz mą słabą siłą nigdy nie byłbym jej otrzymał.
Niechże najprzód Bogu Wszechmogącemu i Sprawiedliwemu będzie cześć i chwała na wieki, bo bez Jego woli nic się nie dzieje. Moc Boska pokazała się i tu większą, jak złośliwość ludzka. — Zaś J. Wmu Drogiemu Panu Dobrodziejowi składam najserdeczniejsze dozgonne Bóg zapłać! i życzę tu i we wieczności nagrody od Boga, o co Go ciągle proszę i prosić będę. Czuję atoli, że to jest niedostatecznym; pocieszam się jednak, że Pan Bóg udzielił nam innej łaski do złożenia dzięki a wdzięczności naszym Dobrodziejom a tą łaską są ofiary Mszy św., na które pierwszy datek z całego serca odłożę. O, bo mam wielu i mniejszych Dobrodzieji pomiędzy żyjącymi i zmarłymi. Tu np. Ks. Lic. Radziejewski, Ks. Łukaszczyk, Ks. Przyniczyński itd. A ze zmarłych śp. Ks. Schaff[1], Ks. Deloch[2] itd.”

Przy osobistej skromności Ligoń umiał być odważnym, gdy chodziło o dobro publiczne, Kościoła lub narodowości. Obdarzony bystrym rozumem, miał w wirach politycznych samodzielny i zdrowy sąd o kierujących osobach i różnych zajściach na Górnym Śląsku. Uświadomieniem narodowym daleko wyprzedził ogół Górnoślązaków.
Już w roku 1881 domagał się posłów Polaków i z Przyniczyńskim założył polski Komitet Wyborczy. W „Kółku” zacięte miał dysputy z jakimś Kobuszokiem, który twierdził, żeśmy tu nie Polacy, tylko Prusacy.

„Osłupiałem na razie na takie głupstwo — pisze Ligoń drowi Chłapowskiemu — lecz gdy z dalszej mowy jego poznałem, że w historii i literaturze ciemny jak tabaka w rogu, więc kilku słowami przekonałem go tak, że nie wiedział co odpowiedzieć i przyznał mi słuszność, żeśmy Polakami, lecz pruskimi Polakami, i prosił, byśmy na tym spór skończyli. Niech i tak będzie, odrzekłem, skoro tylko jesteśmy Polakami, więc i posłowie nasi tacy być powinni i od tego na krok nie ustępuję, bo wiara i język są dary Boże, za które gotów jestem życie łożyć.” (19 IX 81.)

Właśnie wtedy zdarzyły się w Królewskiej Hucie różne konfiskaty polskich książek, np. elementarzy. Z oburzeniem pisze Ligoń:

„I my przy takiej gospodarce mamy jeszcze Niemców na posłów wybierać? Mamy się dopraszać od komitetu wrocławskiego niby niewolnicy, posła polskiego? — Nigdy! Bo przy wyborach służy nam prawo wolności, więc będziemy czynić, co będziemy mogli, zobaczymy jak na tym wyjadą. Ma się rozumieć, że tu trzymamy się mocno ks. Radziwiłła, bo jest Polakiem.” (19 IX 81.)
„Sumienie nie czyni mi najmniejszego zarzutu, bo nie żądaliśmy na posła żyda ani masona, tylko katolika — Polaka, jakim jest lud, a który potrafi bronić wiary i języka, kiedy przeciwnie Niemiec broni tylko wiary a języka naszego nienawidzi. Bo gdyby nam Niemcy byli życzliwi, toby komitet wrocławski nie stawiał oporu na słuszne żądanie, lecz przeznaczyłby na posła Polaka i tenby pewno przeszedł i rzecz skończona. Więc w tej sprawie nie ja, tylko komitet wrocławski się zbłąkał a z nim wszyscy, którzy się sprzeciwiają sprawiedliwej rzeczy, a którzy się tak dalece zapominają, że dla nieszczęsnych wyborów odbierają bliźniemu chleb, którego mu nie dali, a „Schles. Volksztg.” nie wstydzi się publicznie do tego ich zapraszać.” (4 X 81.)

„Tylko ze względu na dobro naszego ludu przyłączyłem się do komitetu, w tym mocnym przekonaniu, że stoję przy słusznej i sprawiedliwej stronie, że nie tylko w obronie religii, lecz niemniej i w obronie narodowości, w jakiej mnie Pan Bóg stworzył (a której wielu się wstydzi) gotów jestem walczyć do upadłego. Bo na cóż się przyda zachęcać lud do polskości, jak to czyni „Katolik” a równocześnie narzucać temu ludowi niemieckich posłów, którzy nie dosyć że polskości nie bronią, lecz jej nawet nie sprzyjają, nienawidzą i pragną wytępić.

Dotąd atoli miałem nieprzyjaciół tylko w liberalnych panach a teraz dla słusznej sprawy mam ich nawet i w księżach. Jest to sprawa tym przykrzejsza, lecz mnie bynajmniej nie szkodząca, bo i to z łaską Boga przecierpią.” (7 Xl 81.)

Odnosi się ta skarga do ks. proboszcza Łukaszczyka, naówczas prezesa „Kółka”, i zwiastuje doniosły w skutkach rozłam w Centrum górnośląskim. Chciał się Ligoń rozmówić ze swoim proboszczem o polityce, ale nie został wcale wysłuchany. Na jakiś czas stosunek był tak naprężony, że Ligoń uważał za dobre wystąpić nawet z ulubionego „Kółka”. Pisze o tym mecenasowi swojemu:

„Opowiedziałem członkom moje zajście z ks. Prezesem i oświadczyłem, że pomimo tego nie mam i nie będę miał najmniejszej do niego urazy, owszem jestem i będę mu wdzięczny za to, co mi kiedykolwiek dobrego wyświadczył. Wyjaśniłem, z czego poszła nieprzyjaźń jego do mnie, powiedziałem, że uznaję za słuszną i sprawiedliwą rzecz, aby każdy naród własnych rodaków za posłów obierał. W końcu powiedziałem, że już ośm lat jestem w Kółku i czyniłem przez ten czas co możność na dobro Kółka, lecz jeżeli ks. Prezes dla mnie i mego syna nie chce do niego chodzić, więc my dobrowolnie ustępujemy i do Kółka więcej nie przyjdziemy.” (19 IX 81.)

I dotrzymał słowa; choć syn jego dalej pracował w „Kółku”, on sam już nie chodził.

„Ja się już nie chcę w to mieszać, bo Kółko wiąże się z policją i z ks. Proboszczem a te obie strony są mi nieprzyjazne dlatego, że mam ducha na wskroś narodowego. Lecz więcej należy słuchać Boga, który przez sumienie do człowieka przemawia, jak ludzi. W obecnym przewrotnym świecie niczemu się już nie dziwię, trzymam się tylko Boga, religii i narodowości.” (3 X l882.)

Widać, że dla Ligonia polityka była sprawą sumienia. Ubolewał bardzo, że poróżnił się z duszpasterzem swoim, ale czuł się bez winy; innego zdania nie mógł być, a udawaniem wszelkim brzydził się serdecznie. Dla niego rozumiało się samo przez się, że „kandydaci na posłów muszą znać oba języki, lecz powinni też mieć uczucie narodowe polskie a nie niemieckie tylko”. Żałował ks. Radziejewskiego, że jest tu między młotem i kowadłem i nie może pisać, jakby chciał, gdyż „cenzura duchowieństwa z niemieckim duchem” nie pozwala. Wskutek tego „Katolik”, zdaniem jego, czasem prawdę „dusił”. — „Ksiądz Radziejewski, pisze Ligoń, dobroduszny księżulek, lecz musi pisać, jak mu każą, choć inaczej czuje”. (4 X 1881).
Z przytoczonych powyżej zdań Ligonia bije męska odwaga i nadzwyczajna czułość polityczna. Ale właśnie to, że Ligoń był człowiekiem wyjątkowym, który uświadomieniem narodowym o całe pokolenie wyprzedza ziomków swoich, tłumaczy nam niezrozumiały skądinąd fakt, że ks. Stanisław Radziejewski, ówczesny redaktor „Katolika”, nie popierał wtedy jeszcze polskich kandydatów. Pisał on dr. Chłapowskiemu:

„Kiedy od tylu pokoleń gwałcony w ludzie porządek przyrodzony, to nie dziw, że pojęcia pomieszane, to, nie dziw, trudno sprawę prowadzić. Teraz już walka kulturna nie trzyma wszystkich w takiej spójni, jak z początku, już nie jest sprawą wszystko inne pochłaniającą. Poczucie narodowości się budzi miejscami. Dlatego teraźniejsze wybory oprócz dawnych nowe znajdują trudności. Z wielu faktorami liczyć się trzeba, a ludzie jak Ligoń nie ogarniają wzrokiem wszystkiego. Jesteśmy połączeni i zawiśli od Niemców, większa część wyborców politycznie nie wykształcona, księża superlojalni, taktyka wyborcza od wielu lat ustalona, u niektórych uczucie nowe narodowości (pełne) młodzieńczej nieoględności. To wszystko sprawia trudności.
Przy teraźniejszych wyborach myślą przewodnią być musi, że walka kulturna jeszcze nie ustała i że rozdwojenie, opuszczenie wieloletniej drogi prowadziłoby do tego, iżby przeciwnicy zwyciężyli.
Głosów ludzi z poczuciem narodowości jest tak mało, że opierać się na nich nie można. Hasłem ogólnie zrozumiałym jest tylko religia. Walka o narodowość u nas nie jest walką na otwartym polu, lecz zdobywaniem fortecy. Mianowicie trzeba nam zdobyć przywódców a tych nie zyskamy otwartą opozycją przeciw temu, do czego przywykli, czym przesiąkli. Przed murami fortecy rycerz musi hamować swój zapał, trzeba być więcej strategiem aniżeli szermierzem.”

Tak jest, łudził się Ligoń, jeżeli mniemał, że w roku 1881 polscy kandydaci byliby przeszli. Ale że on już wtedy myślał o posłach polskich na Górnym Śląsku, zostanie jego chlubą na zawsze; był on drogowskazem przyszłości.
Ligoń zresztą sam zniechęcił się niebawem do posłów w ogóle i stracił wiarę w skuteczność pracy parlamentarnej. Kiedy ks. prob. Łukaszczyk w czasie agitacji wyborczej 1887 r. u dyrektora Erbsa w Bytomiu spadł ze schodów i złamał sobie rękę, wskutek czego przez trzy miesiące nie przychodził do kościoła, wynurzył się Ligoń przed drem Chłapowskim:

„Że ciemny lud ufa w pomoc posłów, to nic dziwnego; lecz że też i księża tak ufają, iż dla wyborów tyle pieniędzy a nawet i zdrowie narażają, to mi się dziwnym wydaje. Z mojego 38-letniego przekonania wyborczego już na pomoc posłów ani 5 fynigów nie liczę. Jest to już teraz jasnym jak słońce, że co się tyczy religijnej sprawy, to Bismark uda się wprost do papieża, a skoro się on zgodzi, to i posłowie zgodzić się muszą. Co zaś do polityki, to skoro się nie chcą zgodzić, wypędzi ich i po nowych wyborach postawi na swoim. Prawda, że wielu posłów wypowie tam piękne i sprawiedliwe mowy, ale jest to groch, rzucany o ścianę. Podług mego zdania taka ufność w posłów, że nawet grzechem lud dla nich przy wyborach straszą, uwłacza chwale Bożej; więc też już dlatego Bóg nie dozwoli polepszenia przez posłów.
„Za wiele mężów masz przy sobie, Medianitów nie dam w ręce ich. Izraelici bowiem mogliby się chełpić i mówić: naszą mocą ocaliliśmy się” — tak powiedział niegdyś Bóg do Gedeona, a ten sam stary Bóg żyje dotąd i żyć będzie wiecznie. On też tylko sam mocen jest dać nam zmianę na lepsze, skoro się tego okażemy godnymi, tak samo jak za nieprawości karze jeden naród drugim. Mam nową książkę, wydaną we Lwowie, pod nazwą: „Meteory z życia” — w niej jest to dokładnie udowodnione, że wybory są tylko na to dobre, aby łudzić lud nadzieją lepszej przyszłości, a dowódców wyborczych durzyć triumfami ze zwycięstwa walki wyborczej.”

Ligoń zachował jednak pełny szacunek dla prawdziwych działaczy politycznych wśród ludu, szczególnie dla ks. Radziejewskiego. Kiedy tenże 1887 r. był skazany na półpięta miesiąca do więzienia, żałował go w liście do dra Chłapowskiego: „Szkoda tej dobroduszności na taką pokutę; lepiejby bawić za granicą, aż stary Wiluś zemrze, to po tym nastąpiłaby amnestia” (7 VI 87).
Juliusz Ligoń Polakiem był na wskroś a Polakiem konsekwentnym. Dlatego też dzieci swoje wychował w duchu narodowym i wielką miał radość, gdy widział, że i one dzielnymi Polakami.

„O! wielka to pociecha z dobrych dziatek, szczególnie jakim jest Adolf; nie dosyć że mocny w religii, ale i narodowość kocha całym sercem i tym samym uczuciem, co ja. W szkole uczył on się tylko po niemiecku, w domu tylko, ode mnie i z biblioteki mojej nauczył się po polsku.” (7 XI 76.) — „Biedakiem jestem, lecz oprócz innej pociechy Pan Bóg udzielił mi i tej, że w synach mam dobrych Polaków i także pracowników dla dobra ludu, Jan pisze piękne wiersze...” (3 X 82.)

Warto wspomnieć przy tej sposobności, że synowie sławnego Karola Miarki zniemczyli się, że krewni ks. Bonczyka i ks. Damrota po wielkiej części czują się dziś Niemcami, że dzieci Piotra Kołodzieja, poety ludowego w Siemianowicach, uległy germanizacji — ale Ligonie prawie wszyscy Polakami!

Życie Ligonia to nieustanna walka o ideały. Potężnych miał przeciwników i niejeden ciężki zadali mu cios. Lecz prześladowanie i nieszczęście nie zdołały go złamać na duchu, a tylko zahartowały. „Jak w ogniu próbują srebro a złoto w piecu, tak Pan próbuje serca”, mówi Pismo święte (Przyp. XVII, 12). I Ligoniowe serce wyszlachetniało w piecu utrapienia coraz bardziej. Wzorowym był chrześcijaninem, zawsze skromnym i uprzejmym, umiał cierpieć bez narzekania, odznaczał się łagodnością nadzwyczajną a przy tym wszystkim był stanowczy i nieugięty w rzeczach zasadniczych, kierując się jedynie własnym sumieniem, w sprawach narodowych niemniej czujnym i wrażliwym, jak gdy chodziło o wiarę i Kościół. Przykładem swoim uczy, jak cierpieć można pod chłostą mocarzy — a ducha nie dać! Juliusz Ligoń, to charakter zupełnie wyraźny, bez wszelkich dwuznaczności!
Jeszcze ostatni list, jaki po nim został, odzwierciadla ową dziwną pogodę ducha, jaką dać może tylko życie bogomyślne. Niespełna miesiąc przed śmiercią pisał do „kochanych chmotrów Flachów”:

„Zapytujesz, jak mi się powodzi; otóż Ci odpowiadam, że podług duchowego wyrozumienia bardzo dobrze. Bo skoro przyjmujemy wszystko z ochotą, co Bóg na nas zesyła, znosimy wszystko cierpliwie i zgadzamy się z wolą Boską, to chcemy tego, co Bóg chce. Bóg zaś i wtenczas, gdy nam krzyże zesyła, pragnie tylko naszego dobra, więc jakżebyśmy mogli mówić, że nam się niedobrze wiedzie, skoro to jest na dobro nasze.
Lecz podług światowego i cielesnego rozumienia, to wiedzie mi się niedobrze, bo świat i ciało nic cierpieć nie chcą, a tu Bóg z dobroci swej zesłał na mnie chorobę piersiową, która już przeszło rok mi dokucza; muszę bardzo wiele kaszlać i wypluwać, przy czym coraz więcej wysycham. Lecz dobrze tak, bo robaki nie będą miały wiele do obgryzania. Było już i krucho ze mną, bo przez dwa tygodnie plułem tylko czystą krew, lecz doktorzy z pomocą Boską zastanowili mi ją. Ponieważ nie jem i nie piję nic ostrego, więc może się jeszcze życie nieco przedłuży, lecz wyleczyć już się napewno nie wyleczę. To też powodem, żem Ci już dawniej nie pisał, bo już teraz tak nie mogę jak pierwej, gdyż przy pisaniu tym większy ból w piersiach czuję a ręka słaba wodzić pióra nie chce. Ty przy ciężkiej pracy jeszcze tak daleko podróżujesz, a ja pomimo, że mam blisko kościół, do niego iść nie mogę, bo w chodzie weźmie mię dychawica, że co parę kroków trzaby odpoczywać a potem w kościele pomiędzy ludźmi kaszlać i pluć, to nie przystojnie. Do tego i dr Chłapowski pisał mi z Kissingen, gdzie co lato jest lekarzem kąpielowym, abym się niczym nie męczył, skąd też i recepisy mi przysłał. Lecz czas żniwa się zbliża, bo już 68 rok nadchodzi, a tu na niwie całego życia więcej kąkolu jak pszenicy. Dlatego tu jeszcze, o Panie, siecz, tu pal i piecz, a na wieki przepuść.
Przesyłam Ci, kochany bracie, książeczkę w objętość małą, ale w znaczeniu duchowym wielką, bo książki Tomasza a Kempis; są to perły pomiędzy książkami. Każde bowiem słowo mieści w sobie mądrość Bożą i w każdym odbija się światło Ducha św. Może jeszcze takiej nie czytałeś i pewno nikt tam jej nie ma; więc sądzę, że bardzo Ci nią dogodzę. Mam ja w mojej biblioteczce jeszcze jedną cudnie piękną książeczkę tegoż autora pod nazwą „Tomasza a Kempis Ogródek Różany”. Mam jeszcze wiele innych podobnie pięknych, jest to mój zaoszczędzony skarb, który zostawię dzieciom w spuściźnie. Ludzie, którzy miłują mamonę, kpią sobie z takiego skarbu, lecz choćbym posiadał ten marny kruszec, cóżby mi w mojej nieuleczalnej chorobie z niego przyszło? Czyby on mi tęsknotę w bezczynności osłodził i cierpienie lżejszym uczynił? Nie, to tylko dobre książki zdolne są wykonać. A przy książkach dobre dzieci we wszystko mnie zaopatrzą i czyż to nie większa pociecha i ulga w chorobie jak bogactwa?” (24 X 1889.)

I rzeczywiście, nie było pomocy. Juliusz miał już tylko trochę płuc; zniszczone były kurzem hutniczym, którego się był nałykał dosyć. W ostatnich dniach cierpiał jeszcze okropnie, za to zgon miał bardzo lekki. Z wielką pobożnością przyjął trzy dni przedtem Sakramenta święte i potem już modlił się bez ustanku aż do ostatniej chwili. Zasnął w Bogu w niedzielę, dnia 17 listopada 1889 r. o godz. ½6 wieczorem.
Pogrzeb był w następną środę. Uczestniczyło w nim z 300 osób, pomiędzy tym deputacje różnych towarzystw i gazet. Na cmentarzu ks. Łukaszczyk, o którym ks. Radziejewski wyraził się kiedyś, iż namiętność szczepowa mimowoli nim kierowała, podnosił zasługi nieboszczyka, chwaląc go jako wzór katolika, Górnoślązaka, męża i ojca. Na grobie złożono wieńce od „Katolika”, „Nowin Raciborskich” i „Gwiazdy Piekarskiej”. Na jednym z wieńców widniał napis:

„Dobrze zasłużonemu bratu — lud górnośląski.”






  1. Ks. Paweł Schaff, wikary w Królewskiej Hucie, umarł 1882 r.
  2. Pierwszy właściwy proboszcz Królewskiej Huty, umarł 1883 r. (cfr. Polski Słownik Biograficzny.)





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Emil Szramek.