Karjera panny Mańki/Rozdział VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł Karjera panny Mańki
Podtytuł Powieść
Wydawca Księgarnia Popularna
Data wyd. 1935
Druk P. Brzeziński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Rozdział VIII.
NIEZWYKŁA WIZYTA.

Mańka odeszła zadowolona od telefonu, rozmyślając w jaki sposób przepędzi popołudnie, skoro Korski był zajęty, gdy zabrzmiał dzwonek u wejściowych drzwi.
— Któż to taki? Czyżby Doriałowicz?
Przyjęła pełną obojętności minę, w oczekiwaniu ponownej rozprawy z „opiekunem”. W drzwiach ukazała się służąca, wbrew przewidywaniom, oznajmiając:
— Jakaś pani...
— Pani? Czy wymieniła swe nazwisko?
— Owszem. Doręczyła kartę.
Ująwszy kartę do ręki, Mańka zbliżyła się do okna, zapadał bowiem już zmierzch i przeczytała:

KRYSTYNA WELESZOWA.

Krótki ten napis na skromnym bilecie wizytowym przyprawił ją o takie zdziwienie, że aż na podłogę opuściła bilet.
— Weleszowa?... Zapewne żona wesołego Hipcia. W parę godzin po nim się zjawia?! Czegóż może chcieć od niej?
Krótko rzuciła rozkaz służącej:
— Proś!
Szybkim ruchem poprawiła włosy, ściągnęła rozpięty szlafrok na piersi. Pragnąć ukryć zmięszanie, wywołane niespodzianemi odwiedzinami, przystanęła na środku saloniku, niczem królowa, udzielająca posłuchania.
Po chwili zarysowała się w drzwiach sylwetka wysokiej kobiety, ubranej czarno, której twarz przesłaniał żałobny welon.
Przybyła podeszła do Mańki i wyciągnąwszy na powitanie dłoń, rzekła niezwykle uprzejmie:
— Doprawdy mi przykro, że pozwoliłam sobie niepokoić panią...
— Ależ... — bąknęła Mańka. — Nic nie szkodzi... Zechce pani spocząć... — podsunęła jej krzesło.
Nieznajoma usiadła plecami do okna, w dużym fotelu, tak, że jej rysy niezbyt szczegółowo dawało się rozróżnić. Przeszkadzał temu zapadający zmrok i dość gęsty żałobny welon. Mańka stwierdzała jednak ze zdziwieniem, że Weleszowa, choć nie pierwszej młodości, jest wcale jeszcze przystojną kobietą. Była postawna, dobrze zbudowana, o zgrabnych rękach i nogach, a z poza welonu wyzierały oczy czarne, żywe, rysy dość prawidłowe, usta czerwone i pukle złoto-blond włosów... — Ma taką ładną żonę, a za innemi lata! — zadziwiła się w duchu.
Weleszowa, mimo, iż pogrążona nieco w cieniu, wielce zażenowana musiała być swą wizytą, bo trochę drżącym głosem przemówiła:
— Przychodzę w dość drażliwej sprawie i sama nie wiem, jak mam zacząć... Pani zna mego męża?...
Zgóry domyślała się, iż takie ją spotka pytanie. Oczywiście, w jakiej innej sprawie mogła do niej przybywać, jak nie w sprawie męża? Mańka była kiedyś w teatrze na „Damie Kameljowej” i ta sztuka podobała jej się bardzo. Teraz wyobrażała sobie, że rozmowa przybierze podobny obrót, jak w tej sztuce, z tą tylko różnicą, że nie ojciec, a żona, przychodzi dopominać się o swe prawa, i że jej wcale nie zależało na Hipciu... Uczyni zapewne tej niewieście wielką przyjemność, jeśli jej to wnet oświadczy na wstępie.
— Znam! — odparła. — Tylko mogę szanowną panią zapewnić...
— Ach! — nie pozwoliła jej dokończyć. — Wcale nie mam o to żalu, że mój mąż panią odwiedza...
Mańka oniemiała.
— Do... flirtów mego męża oddawna jestem przyzwyczajona... Nie będzie pani, będzie inna... To, co pragnę powiedzieć, niema z tem żadnego związku i jest więcej niż poufne. Z dziwną otuchą szłam do pani, spodziewając się, że napotkam dobrą i rozsądną istotę... Nie zawiodłam się... Pani musi być bardzo dobra.
— Och... — mruknęła Mańka, ujęta i nieco zażenowana komplementem.
— Napewno! Dlatego też zdecydowałam się szczerze opowiedzieć to, co niezbyt jest miłe powtarzać, szczególniej żonie...
Rozmowa przybierała zgoła inny obrót, niźli go sobie wyobrażała Mańka. Weleszowa jednak tak ujmujące czyniła wrażenie i tak przemawiała serdecznie, że niemniej ciepło odrzekła:
— O ile tylko będę mogła dopomóc...
— Ach, gdyby pani zechciała! Lecz przódy uczynić muszę pewien wstęp...
Zawahała się, jakby z trudem dobierając słowa, cisnące się na usta, poczem nieco nerwowo jęła wyjaśniać:
— Mój mąż ożenił się ze mną nie z miłości. Uczynił tak na wyraźne żądanie rodziców... Byłam biedną panną, zaimponowało mi stanowisko, zresztą sądziłam, że go zdobędę, przywiążę do siebie, przerobię... Zawiodłam się srodze... i szereg lat już trwa ta męka... Póki żyli rodzice było pół biedy. Ale teraz... Nie, dłużej tego nie zniosę...
Duża łza spływała po jej policzku. Szybko otarła ją batystową chusteczką.
— Nie szczędzi mi żadnego upokorzenia... Czy pani da wiarę, że on mi opowiada o wszystkich swoich przygodach miłosnych? Z najdrobniejszemi szczegółami...
— Czyż i o mnie opowiadał?
— Jakżebym inaczej wiedziała o istnieniu pani i znała jej adres? Twierdził, że mu się pani szalenie podoba, i że musi ją zdobyć... Powzięłam więc plan...
— Ale pan Welesz wcale mi się nie podoba i nie mam zamiaru...
— Proszę mnie wysłuchać do końca... Ten niby wesoły, miły Hipcio, och, gdy pani go pozna lepiej... to brutal, który wyrafinowanie potrafi się znęcać... Siedziałam teraz parę miesięcy zagranicą i błagałam go listownie, aby przystał na rozwód. On... nie i nie!... Umyślnie pastwi się nade mną!...
To, co teraz posłyszała Mańka, stanowiło dla niej rewelację. Że stosunek między małżonkami był nieszczególny, łatwo domyśleć się mogła, wnioskując z zachowania się Hipcia oraz jego słów, wypowiadanych o żonie. Lecz z tych słów właśnie wynikało, że to żona wzbrania się odejść od niego, licząc na udział w wielkim majątku. Z uśmiechem zauważyła:
— A pan Hipolit twierdzi, że jest chory na serce... i że już... rychło pani po nim wszystko odziedziczy!...
Weleszowa rozkrzyżowała ręce:
— Chory na serce jest on rzeczywiście, ale nie tak poważnie, jak opowiada. Miewa ataki duszności, gdy wpadnie w złość... A co się jego majątku tyczy?... W tej chwili odeszłabym od niego i rezygnuję z pozostałych miljonów, o ileby to było możliwe!
Mańka spojrzała na nią ze zdziwieniem.
— A któż pani przeszkadza? — zapytała. — Któż może pani zabronić porzucić Welesza?
— Otóż to właśnie!... Przyjechałam z zagranicy, żeby się rozmówić z nim ostatecznie. Zresztą przestał mi tam pieniądze wysyłać. Chcę rozwodu, on nie chce... Pragnę opuścić jego dom, on się zgadza... ale nic mi zabrać nie pozwala. Nie pozwala zabrać jednej sukienki!... Zamierza mnie wypchnąć nagą na bruk!...
— Wstrętne! — zawołała Mańka, w której zagrało współczucie dla poniewieranej kobiety.
— Wyjdziesz, jak stoisz, albo znoś moje kaprysy! — oświadczył niedawno. — To kara, żeś połaszczyła się na miljony, bo nie chciałem się z tobą żenić... Oto, jakim jest Welesz!...
— Ohydny człowiek!
— Widzi pani, jaki rozkoszny jest zbliska wesoły Hipcio... Krewnych mam na wsi, a tu w Warszawie nikogo, ktoby stanął w mojej obronie, lub gdziebym mogła się schronić... Jedyna nadzieja w pani...
— We mnie?
— Tak! Proszę mi powiedzieć szczerze, kiedy on ma być u pani?
Nie czyniła z wizyty Hipcia tajemnicy.
— Jutro wieczorem.
— Wieczorem! Świetnie! Pani musi go zatrzymać u siebie!
— Zatrzymać u siebie?
Weleszowa nachyliła się blisko:
— Taki plan obmyśliłam: Pani zatrzyma go u siebie do siódmej rano. Ja spakuję moje rzeczy, zabiorę, co do mnie należy, wezmę trochę jego pieniędzy i wyjadę. Służba nie będzie śmiała mi się sprzeciwić. Mój pociąg odchodzi o siódmej. O ileby się Hipolita nie zatrzymało, może powrócić wcześniej, wszcząć awanturę, może nawet przez policję sprowadzić mnie ze stacji! Gotów oskarżyć, iż ukradłam własne rzeczy, bo i do tego jest zdolny... Gdy wyjadę, krewni wezmą mnie w obronę... Wówczas, napewno, w obawie skandalu, nie zechce pan Welesz wszczynać awantur... A dobry adwokat wytłumaczy mu prędko, że nie wolno znęcać się nad żoną, li tylko dlatego, że nie miała posagu...
W głosie Weleszowej zadrgały nuty oburzenia i gniewu. Mańka nie dziwiła się im bynajmniej, gdyż ją samą porwała pasja na myśl o postępowaniu, napozór tak łagodnego i dobrodusznego „grubaska”. Teraz rozumiała plan Weleszowej. Lecz czemuż ta misja miała jej przypaść w udziale? Tem bardziej, że nie było jej to wcale na rękę.
— Współczuję z panią serdecznie, — poczęła, — lecz...
Weleszowa nie pozwoliła jej dokończyć.
— Ale pragnie się pani zapytać, dlaczego po ratunek tutaj przychodzę?...
— Istotnie... Zapewniam, iż mąż pani i jego miljony są mi obojętne... Sama zaś mam inne zamiary, pragnę wyjść zamąż...
— Otóż to! — zawołała Weleszowa, — tylko osoba, która nie bałaby się narazić Hipolitowi, zgodzi się na plan podobny! Mąż mój jest dość szczery i równie szczerze opowiada o swoich powodzeniach, jak i niepowodzeniach miłosnych. Ponieważ opowiadał, że pani nie zwraca na niego uwagi, a on chce za wszelką cenę ją zdobyć, nabrałam przekonania, że jest pani jedyną kobietą, która dopomóc może w mojem straszliwem położeniu. Błagam, nie odmawiaj mi, pani! Toć moje życie od tego zależy!...
Tyle gorącej prośby zadźwięczało w głosie Weleszowej, że Mańka poczuła się rozbrojona.
— Gdybym, — rzekła, — zgodziła się nawet przychylić do tej prośby, nasuwa się wiele trudności. Powiada pani — zatrzymać Welesza do siódmej rano. Pięknie! Ale jak to wykonać? Siłą zatrzymać nie mogę, na pijaństwie nocy z nim nie spędzę, bo przepiłby mnie, kochanką w żadnym razie nie zostanę... Więc...
— I to przewidziałam!
— Pani przewidziała? Ciekawe?
Weleszowa przysunęła się jeszcze bliżej:
— Należy uśpić Hipolita!
— Ja mam go uśpić?
— Tak, jedyna rada! O to przyszłam błagać nieomal na klęczkach... Sama rozumiem, że niema innego sposobu zatrzymać go do siódmej rano... Mogłaby pani, co prawda, jeździć z Hipolitem z dancingu na dancing, a wreszcie pojechać za miasto, ale tam on weźmie gabinet, stanie się natarczywy, będzie z nim wiele kłopotu... Pozostaje tylko środek nasenny. Wszak nic się nie ryzykuje. W odpowiedniej chwili doleje mu pani kilka kropel do wina i wnet zaśnie na szereg godzin... Gdyby się nawet później dowiedział, to się najwyżej obrazi, a pani z jego obrazy niewiele sobie robi...
— No... niewiele... — bąknęła, niezbyt zachwycona tym projektem.
— Właśnie! — wykładała tamta dalej. — Nawet przyniosłam środek nasenny...
Wyciągnąwszy malutką flaszeczkę, z ciemnym wewnątrz płynem, postawiła ją na stole.
— Weronal pomięszany z opium! Działa błyskawicznie! Stale mu to dawałam, gdy dostawał napadów duszności i nie sypiał po nocach... Śmiało można wylać całą zawartość...
Mańka nigdy jeszcze nie znalazła się w takiej, jak obecnie, duchowej rozterce. Nie wiedziała na co się zdecydować. Z jednej strony żal jej było Weleszowej i pragnęła jej dopomóc, z drugiej — nie uśmiechała się jej wcale rola „usypiaczki” i kłopot z Hipolitem przez noc całą. Wahanie to zauważyła Weleszowa.
— Niech pani nie odmawia, raz jeszcze błagam... Inaczej nie wiem, co począć, chyba... — i wielkie łzy zabłysły w jej oczach.
Solidarność kobieca przechyliła w Mańce szalę zwycięstwa na korzyść pokrzywdzonej żony. W samej rzeczy, nie narażając się wiele, ratowała biedaczkę z ciężkiej sytuacji — jednocześnie Hipcio otrzymywał porządną naukę, gdyż wart był tego. Już miała wyciągnąć rękę po flaszeczkę i głośno oświadczyć, że się zgadza, kiedy nagle w jej umyśle zrodziło się podejrzenie:
— Czy ten środek jest istotnie nieszkodliwy dla zdrowia? — rzuciła pytanie.
Twarz Weleszowej po raz pierwszy w czasie rozmowy rozjaśnił uśmiech.
— Niech się pani nie obawia, — odrzekła, — to nie trucizna... Zresztą przygotowałam pewną karteczkę...
Poczęła szukać w woreczku. Wyjąwszy stamtąd papier, złożony we czworo, rozprostowała go i przeczytała:
„Niniejszem stwierdzam, że na skutek mojej prośby zastosowany został względem mego męża, Hipolita Welesza, środek nasenny, który sama doręczyłam okazicielce niniejszego pisma, i że wszelkie stąd mogące wyniknąć konsekwencje, przyjmuję na siebie. Krystyna Weleszowa”.
Dalej następowała data. Podała Mańce ów papier.
— Zupełnie rozumiem, że pani pragnie się zabezpieczyć... Ale zaręczam, nie zachodzi najlżejsza obawa...
Podczas gdy wzrok Mańki raz jeszcze przebiegał treść zaświadczenia, z ust tamtej padały błagalne frazesy:
— Powiedz, że się zgadzasz... Ocal mi życie! Wszak jesteś kobietą... masz serce... W niedalekiej przyszłości, być może, będę ci się mogła odwdzięczyć... Dziś jestem taka biedna...
Gdyby Weleszowa zaproponowała pieniężną nagrodę za wypełnienie delikatnej misji — Mańka w ostatniej chwili może rozmyśliłaby się jeszcze. Posłyszawszy jednak ostatnie zdanie, rzekła krótko, poruszona do głębi:
— Zgadzam się!
Czarno ubrana kobieta wydała westchnienie ulgi. Szybko zbliżywszy się do Mańki, oplotła jej szyję ramionami i jęła ją osypywać gradem pocałunków. Tak stały przez dłuższą chwilę, złączone uściskiem, pierś przy piersi, dłoń w dłoni... Wówczas ta poczuła, że Weleszowej u prawej ręki brak jednego palca. Czyżby to była pamiątka po Hipciu? O to nie śmiała pytać...

W tymże czasie Korski, wciąż pod wrażeniem telefonicznej rozmowy z Mańką, przeciągnął się, uśmiechnął i wygodnie zasiadł przy biurku. W gabinecie znajdował się sam, zwierzchnik bowiem wciąż jeszcze nie nadchodził.
Więc zerwała z Doriałowiczem?... Dziwną przyjemność mu zrobiła ta wiadomość. Choć wierzył Mary, że nie łączy ją z opiekunem bliższy stosunek, sama myśl, iż oschły i niemiły Doriałowicz lada chwila skorzystać może ze swych praw, była mu nad wyraz przykra... Dalej, jeśli zerwała z nim, to mimo wszystko nie jest tak zepsuta, tkwi w niej owa iskierka szlachetniejsza, jaką stale wyczuwał — a na Mary zależało mu więcej, niż na innych kobietach...
Że mu zależało, o tem wiedział dobrze. Wiedział, że łączy go z nią jakaś nić, i że ta nić w silne więzy przerodzić się może... Lecz dotychczas, cóż mógł jej ofiarować? Miłość, małżeństwo... i biedę... Teraz, inna sprawa! Czyż nie był niezależny i względnie zabezpieczony? Wszak otrzymał w „Banku Południowym” posadę — prawdziwą posadę, mogącą zabezpieczyć byt — nie zaś coś równie nieokreślonego, jak zajęcie u Doriałowicza.
Dziś opuści Doriałowicza. Przyszedł po raz ostatni z nim się pożegnać i doręczyć mu załatwioną korespondencję. Chce być w porządku do końca. Właściwie szef nie zrobił mu nic złego, raczej postawił na nogi... Dziwne, że za to nie czuje dlań wdzięczności... A może się mylił, wysuwając niesłuszne przypuszczenia? Może za dobre, odpłacił się złem? W żadnym wypadku nie pozostałby dłużej przez wzgląd na Mary... Ale kim był ten Doriałowicz w rzeczy samej? Wiele dałby Korski, aby móc dać odpowiedź na to pytanie... Co kryło się za nieprzeniknioną maską? Nawet wiadomość, iż opuszcza go sekretarz przyjął całkowicie obojętnie...
Nagle, błądzące odruchowo palce Korskiego natknęły się na bronzową klamrę szuflady biurka i równie odruchowo jęły ją pociągać. Korski, ku zdumieniu swojemu, zauważył, że szuflada posuwa się do przodu, obnażając szereg papierów.
— Zapomniał zamknąć! — wyrwał mu się cichy okrzyk.
Pociągnął więcej i owładnęła nim szalona pokusa. Skorzystać z niezwykłego roztargnienia dyrektora i przejrzeć papiery, zajrzeć w to, co ukrywa on zwykle przed okiem ludzkiem starannie. Bo wiedział dobrze Korski, że do tej szuflady chowa szef poufną korespondencję, tę właśnie, którą nie dawał nigdy do załatwienia swemu sekretarzowi.
Pokusa nazbyt była silna. Przez rok blisko, dręczyła Korskiego myśl, aby choć nieco uchylić rąbka tajemnicy — teraz, kto wie, może ją mógł odsłonić zupełnie...
Nie zastanawiając się, czy ma prawo wertować w cudzych listach i czy tak postępując, działa uczciwie, zanurzył ręce w papiery...
Na wierzchu nie znalazł nic ciekawego. Lecz kiedy się nieco dalej zagłębił, wyciągnął jakąś sporych rozmiarów kopertę. Otworzył ją — wypadła fotografja i parę ołówkiem pisanych notatek. Fotografja przedstawiała wysoką, postawną kobietę, na odwrocie widniał napis: „Krystyna Weleszowa”... Więc Doriałowicz znał Weleszową?... Gorączkowo przeglądał notatki, pisane skrótami i chaotycznie, nie mogąc z początku pochwycić ich sensu...
Lecz ostatnie zdanie wyjaśniało wszystko... Drgnął, poczerwieniał i wyszeptał:
— To okropne!... Ależ ja muszę w tej chwili Mary uprzedzić...
Wyciągnął rękę po telefoniczną słuchawkę... i nagle zwalił się bez szelestu, na gruby perski dywan, zaścielający podłogę gabinetu.
Gdyby Korski nie był się tak zagłębił w przeglądanie notatek, w czasie czytania których zapomniał o świecie bożym, posłyszałby może pewne podejrzane odgłosy i spostrzegłby, że od dłuższej chwili w pokoju nie jest sam.
Ktoś, kto go śledził bacznie, niczem drapieżnik, czyhający na zdobycz, podkradł się od tyłu bez szelestu — jak podkraść się umie tylko kobieta — i silną, pewną dłonią, uzbrojoną w tępy przedmiot, z całej siły wymierzył mu cios...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.