Klub Pickwicka/Rozdział czterdziesty trzeci

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Wydawca Wydawnictwo J. Przeworskiego
Data wyd. 1936
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział czterdziesty trzeci,
w którym Samuel Weller wpada w złe interesy.

W wielkiej sali, źle oświetlonej a jeszcze gorzej przewietrzanej, przy ulicy Portugalskiej, Lincoln’s Inn Field, zasiada prawie przez cały rok dwóch, trzech lub czterech gentlemanów w perukach przed brudnemi pulpitami, zbudowanemi według powszechnego zwyczaju, panującego w tym kraju, z wyjątkiem tego, że nie są polerowane. Po prawej ich ręce znajduje się ława adwokatów, po lewej miejsce dla dłużników, niemogących płacić, a mnóstwo brudnych twarzy przed nimi. Gentlemani ci — to komisarze Trybunału Bankrutów, a sala, w której siedzą, to sam Trybunał.
Dziwaczny los sprawił, że od niepamiętnych czasów, jeszcze dziś, sala ta uważana jest przez bezdomnych, ubogich mieszkańców Londynu za ich ostatnie schronienie i miejsce codziennych spotkań. Zawsze jest pełna. Wyziewy piwa i wszelkich napojów spirytusowych wznoszą się ciągle do sufitu, tam zgęszczają się od zimna i deszczem spływają po ścianach; widzi się tu w jednym dniu więcej starego odzienia niż na żydowskiej tandecie w Hondsmith przez cały rok. A niegolonych i niemytych twarzy jeszcze więcej, aniżeliby mogła ogolić i obmyć cała dzielnica cyrulików, od White Chapel do Tyburn, od wschodu do zachodu słońca.
Nie należy przypuszczać, że którykolwiek z tych ludzi ma tu najmniejszy choćby interes, lub jest w ten czy inny sposób związany z miejscem, do którego czuje ten nieprzezwyciężony pociąg. Gdyby tak było, nie mielibyśmy się czemu dziwić, że tu ciągną. Jedni drzemią przez większą część posiedzenia, inni przynoszą nędzny obiad w chustkach lub podartych kieszeniach i zajadają, słuchając rozpraw. Ale nigdy nie zanotowano, by który z nich był osobiście zainteresowany sprawą, rozstrzyganą przez trybunał. Zawsze jednak siedzą od początku do końca posiedzenia. Gdy deszcz pada, wszyscy przychodzą przemokli, a wtedy para, wydobywającą się z ich ubrań, przypomina wyziewy trzęsawiska.
Obserwator, który przybył tu przypadkiem, mógłby sądzić, że jest to świątynia dla bóstwa brudu. Niema tu ani jednego posługacza, ani jednego woźnego, któryby nosił ubranie umyślnie na niego robione, niema ani jednej twarzy, któraby miała wygląd zdrowy i świeży; wyjątek stanowi pewien stary i siwy jak gołąb odźwierny, o czerwonej twarzy; a i ten, ma się wrażenie, jak wiśnia stoczona przez robactwo i wrzucona do wódki, zawdzięcza swój dobry wygląd sztuce, która go zasuszyła i zabalsamowała, gdyż z natury nie mógłby mieć do takiego wyglądu żadnej pretensji. Nawet peruki adwokatów są źle upudrowane i ufryzowane.
Ale największą miejscową osobliwością są niezaprzeczenie pełnomocnicy, zasiadający za wielkim stołem, poniżej komisarzy. Zawodowe ruchomości możniejszych z tych gentlemanów składają się z niebieskiej torby na papiery i młodego pisarka, zwykle Żydka. Ci ludzie nie mają żadnych stałych siedzib, gdyż omawiają sprawy w szynkowniach, lub na dziedzińcu więziennym, gdzie wydzierają sobie interesantów, jak konduktorowie omnibusów. Twarze mają opuchłe, a jeżeli można podejrzewać w nich jakie skłonności, to chyba do opilstwa i szacherki. Ich mieszkania mieszczą się po największej części na przedmieściach t. zw. rules, leżących w promieniu jednej mili od obeliska na St. George Fields. Ich twarze nie są pociągające a maniery nienadzwyczajne.
Pan Salamon Pell, jeden z członków tej świetnej korporacji, był to człowiek opasły i blady. Frak jego wydawał się to zielonego, to brunatnego koloru, stosownie do tego, jak padało nań światło, a ozdobiony był aksamitnym kołnierzem, posiadającym taką samą właściwość. Czoło miał wąskie, twarz szeroką, głowę dużą, a nos wykrzywiony w jedna stronę, jak gdyby natura, oburzona złemi skłonnościami, które w nim odkryła zaraz po urodzeniu, dała mu szturchańca w tę część ciała. Przytem pan Pell miał krótką szyję i wąskie piersi, tak, że co tej części ciała zbywało na piękności, to okupywała pożyteczność.
„Jestem pewny, że wydobędę go z kłopotu“, mówił pan Pell.
„Czy tak?“ zapytała osoba, do której zwrócone było to pytanie.
„Najpewniejszy“, odrzekł pan Pell. „Ale wie pan, że gdyby udał się do jakiego pokątnego adwokata, tobym wcale nie ręczył za skutki“.
„A!“ odrzekła ta sama osoba, otworzywszy gębę.
„Nie, nie ręczyłbym“, powtórzył pan Pell, zaciskając usta, marszcząc brwi i tajemniczo potrząsając głową.
Miejscem, gdzie się toczyła powyższa rozmowa, był szynk, znajdujący się naprzeciw trybunału bankrutów, osobą zaś, do której przemawiał pan Pell, był nie kto inny, tylko pan Weller senjor. Przybył on tu, by nieść pociechę i otuchę jednemu ze swych przyjaciół, którego proces likwidacyjny miał się odbyć w tym dniu, a którego zastępcę prawnego pytał w tej chwili o zdanie.
„A Jerzy gdzie jest?“ zapytał stary Weller.
Pan Pell ruchem głowy wskazał pokój w głębi. Pan Weller udał się tam niezwłocznie i został powitany w sposób serdeczny i bardzo dla siebie pochlebny przez pół tuzina swoich kolegów po fachu, którzy ucieszyli się z jego przyjścia. Uczciwy bankrut, który hołdował popłatnej, ale ryzykownej namiętności trzymania zbyt wielu koni, co doprowadziło go do obecnych trudności — wyglądał bardzo dobrze i, zapewne dla złagodzenia wzruszenia, zajadał wędzone rybki i popijał je porterem.
Przywitanie pana Wellera z kolegami odbyło się ściśle według ceremoniału, obowiązującego w tym zawodzie. Polegało ono na potrząśnięciu prawej pięści przy jednoczesnem kiwnięciu w powietrzu małym palcem. Znaliśmy kiedyś znakomitych dwóch stangretów, (teraz już nie żyją, niebożątka!), którzy byli bliźniętami i kochali się serdecznie i szczerze. Przez dwadzieścia cztery lata mijali się dzień w dzień na gościńcu do Dover i nigdy nie witali się inaczej. A jednak, gdy jeden z nich umarł, drugi wkrótce z tęsknoty poszedł za nim!
„No i cóż, Jerzy?“ spytał Weller, zdejmując surdut i siadając z właściwą sobie powagą. „Jakże tam? Wewnątrz pełno, zewnątrz pomyślnie“.
„Nieźle, nieźle“, odrzekł uczciwy bankrut.
„Siwą klacz dałeś komu pod opiekę?“
Jerzy kiwnął głowa twierdząco.
„Dobrze! A powozy?“
„Są w miejscu pewnem“, odparł Jerzy, odrywając głowy półtuzinowi rybek odrazu i połykając je bez ceremonji.
„Bardzo dobrze! Bardzo dobrze!“ rzekł Weller. „Tylko patrzeć wtył, gdy się jedzie po stromej drodze. A lista podróżnych?“
Pan Pell, odgadując myśl Wellera, oświadczył, że inwentarz aktywów i pasywów jest tak jasny, jak tylko można wyjaśnić piórem i atramentem.
Pan Weller wynurzył swoje zadowolenie, a potem, zwracając się ku panu Pell i wskazując Jerzego, zapytał:
„A kiedy na niego przyjdzie kolej?“
„No“, odparł pan Peil, „on jest na liście trzeci, przypuszczam więc, że za pół godziny przyjdzie na niego kolej. Dałem mojemu pisarzowi polecenie, aby tu przyszedł i doniósł, gdy zacznie się znowu sprawa“.
Weller obejrzał adwokata od stóp do głów z wielkiem uznaniem i rzekł z uczuciem:
„Czego się pan napije?“
„Doprawdy, pan tak łaskaw... właściwie nie mam zwyczaju... jeszcze tak wcześnie... no, niech będzie kieliszek araku“, wykrztusił wkońcu pan Pell.
Kelnerka uprzedziła już polecenie, postawiła przed panem Pellem szklankę wódki i oddaliła się. Wówczas pan Pell, spoglądając po zgromadzonych, przemówił w te słowa:
„Panowie! Wszelkich pomyślności waszemu koledze! Nie lubię chwalić się, panowie, nie mam tego zwyczaju; nie mogę jednak nie nadmienić, iż gdyby przyjaciel panów nie był tak szczęśliwy i nie udał się do mnie... ale nie powiem tego, com miał powiedzieć... Panowie! Zdrowie wasze!“
Wychyliwszy odrazu kieliszek, pan Pell cmoknął językiem i wielce zadowolony z siebie, spojrzał po zgromadzonych stangretach, w oczach których uchodził za pewnego rodzaju wyrocznię.
„Zaraz“, zaczął znowu, „cóż to miałem powiedzieć?“
„Miałeś pan powiedzieć, iż nie odmówisz drugiego kieliszka“, rzekł Weller z żartobliwą powagą.
„Cha, cha, cha! Nieźle! Nieźle! Chociaż to jeszcze zawcześnie... ale niech już będzie i druga edycja... Hm!“
Ten ostatni wykrzyknik zamienił się w uroczysty i pełen godności kaszel, do którego pan Pell uważał za stosowne uciec się, dostrzegłszy w swych słuchaczach nieprzyzwoitą skłonność do wesołości.
„Panowie“, zaczął znowu, „nieboszczyk lord kanclerz bardzo mię cenił“.
„I nieraz mu powierzał ważne sprawy“, wtrącił pan Weller.
„Słuchajcie, słuchajcie!“ zawołał klijent pana Pella; „I dlaczegóż miałoby być inaczej?“
„Tak — rzeczywiście“, zauważył mężczyzna z niesamowicie czerwoną twarzą, który dotychczas nie odzywał się i nie wyglądał bynajmniej na kogoś, kto chciałby powiedzieć coś więcej. „Dlaczegożby nie?“
Szmer uznania przeszedł po zebranych.
„Przypominam sobie, panowie, że pewnego dnia, jedząc z nim obiad... dwóch nas tylko obiadowało, ale wszystko było tak wspaniale urządzone, jak gdyby dwadzieścia osób miało siąść do stołu... Wielka pieczęć leżała zboku na etażerce, po prawej stronie kanclerza, a po lewej słuszny mężczyzna, w peruce i zbroi, pilnował berła z gołą szablą i w jedwabnych pończochach... Tak, moi panowie, jest zawsze w nocy i we dnie. Wtem kanclerz mówi mi: „Pell, bez żadnej fałszywej skromności! Pell, ty jesteś człowiek zdolny; kogo zechcesz, przeprowadzisz przez trybunał bankrutów. Twój kraj, Pell, powinien być z ciebie dumny“. „Milordzie“, odpowiedziałem, pan mi pochlebiasz“. „Pell“, odrzekł lord-kanclerz, „jeżeli pochlebiam ci, to niech mię djabli wezmą...“
„Tak powiedział?“ wtrącił Weller.
„Tak!“
„W takim razie parlament powinienby go ukarać za to, że klął; i gdyby kanclerz był prostym biedakiem, pewnoby go wsadzono do kozy“, odezwał się pan Weller.
„Ale, kochany panie..., on mówił mi to w pełnem zaufaniu“.
„W czem?“
„W pełnem zaufaniu“.
„No, to co innego“, odrzekł Weller, pomyślawszy chwilę. „Jeżeli mówił w pełnem zaufaniu, żeby go djabli wzięli, to co innego“.
„Rozumie się, że co innego“, rzekł pan Pell. „Różnica aż nazbyt widoczna, jak to zaraz zobaczymy“.
„To zmienia kwestję“, zauważył pan Weller. „No, mów pan dalej“.
„Nie, nie będę mówił dalej“, odrzekł Pell głosem stłumionym i poważnym. „Przypomniał mi pan, że była to rozmowa prywatna... prywatna i poufna, panowie. Moi panowie, ja jestem człowiekiem zawodu. Być może, że przez to urosłem w oczach moich kolegów — ile być może, że tak nie jest. Prawie wszyscy wiedzą o tem. Nic nie powiem. W tym pokoju padły już uwagi, które uwłaczały sławie mego szlachetnego przyjaciela. Przepraszam panów, ale byłem nieostrożny... Wiem, że nie powinienem mówić o takich rzeczach bez jego zezwolenia. Dziękuję panu, żeś mię przestrzegł“.
Tak usprawiedliwiając się, pan Pell wsunął rękę w kieszenie i z straszną determinacją począł przebierać w niej trzema półpensami, marszcząc przytem brwi.
Zaledwie powziął ten cnotliwy zamiar, gdy pisarek i niebieska torba, dwaj nierozłączni towarzysze, wpadli do sali i powiedzieli (w każdym razie powiedział pisarek, gdyż niebieska torba nie brała udziału w tej przemowie), iż sprawa Jerzego zaraz się rozpocznie. Na wiadomość o tem całe towarzystwo wybiegło na ulicę i pospieszyło do sali, by tam, zapomocą szturchańców na prawo i na lewo, wywalczyć sobie miejsce. Operacja ta trwa zwykle od dwudziestu do trzydziestu minut.
Pan Weller, ufny w swą siłę, rzucił się odrazu w sam środek tłumu z rozpaczliwem postanowieniem dostania się za wszelką cenę na dobre miejsce; ale skutek niezupełnie odpowiedział jego oczekiwaniom; jakaś niewidzialna osoba, której nastąpił na nogę, wbiła mu kapelusz aż po samą brodę, gdyż zapomniał go zdjąć. Osoba ta pożałowała swej porywczości, w tej samej bowiem chwili wydała kilka nieartykułowanych okrzyków zdziwienia, pochwyciła za rękę stangreta, wyprowadziła go z sali i po dużym wysiłku, zdjęła mu kapelusz.
„Samiwel!“ zawołał Weller, ujrzawszy światło dzienne a z niem razem i swego wybawcę.
Sam kiwnął głową...
„To ty jesteś tym miłym chłopcem, który pomny swych obowiązków — prawda?“ — rzekł pan Weller, „swemu rodzonemu ojcu na jego stare lata wbija kapelusz na głowę!“
„A skąd miałem wiedzieć, że to ty? Czy myślisz, że mogłem cię poznać po ciężarze twoich nóg?“
„Prawda i to, Samiwelu“, odrzekł Weller, zupełnie ułagodzony. „Ale co ty tu porabiasz? Twój gubernator nic tu nie zyska. Tu nie unieważnią wyroku, nie unieważnią, Sammy!“
I Weller potrząsnął głową z jurydyczną powagą.
„Cóż to za babskie gadanie!“ zawołał Sam. „Ciągle ze swoim wyrokiem i alibi! Kto ci tu mówi o wyroku?“
Weller nic nie odpowiedział, ale powtórnie potrząsnął głową w jeszcze bardziej uczony sposób.
„Nie ruszaj tak mózgownicą, jeżeli nie chcesz, by ci wyskoczyła z zawiasów“, mówił dalej zniecierpliwiony Sam.
„Gadaj teraz rozumnie. Szukałem cię wczoraj wieczór pod Markizem Granby“.
„A markizę widziałeś?“ zapytał Weller, wzdychając.
„Widziałem“.
„Jakże wygląda moje kochanie?“
„Bardzo dziwnie. Zdaje mi się, że gubi się powoli rumem i innemi medykamentami tego rodzaju“.
„Tak myślisz, Sammy?“ zapytał Weller poważnym tonem.
„Tak myślę“, odparł syn.
Weller pochwycił syna za rękę, uścisnął ją, potem puścił; podczas tej manipulacji, rysy jego nie wyrażały ani obawy, ani smutku, ale raczej jakąś słodką rozkoszną nadzieję. Cień oddania a nawet radości przemknął przez jego twarz, gdy mówił:
„Nie jestem tego zupełnie pewny, Sammy, nie chcę więc nazbyt oddawać się nadziei, by potem nie rozczarować się, ale zdaje mi się, mój chłopcze, zdaje mi się, że pasterz zachorował na wątrobę“.
„Czy źle wygląda?“ zapytał Sam.
„Nadzwyczaj blado, z wyjątkiem nosa, który jest bardziej czerwony niż zwykle. Apetyt ma nieszczególny; ale pije znakomicie“.
Podczas gdy to mówił, przyszedł panu Wellerowi na myśl rum, gdyż przybrał minę zamyśloną i ponurą, ale prędko się jej pozbył, jak to zdradzał doskonały alfabet jego mimiki, czego używał tylko wówczas, gdy był zadowolony.
„A teraz, do rzeczy”, rzekł Sam. „Otwórz dobrze uszy i nie przerywaj, dopóki nie skończę”.
Po tej krótkiej przedmowie, Sam treściwie opisał ostatnią dziwną swą rozmowę z panem Pickwickiem.
„Biedny człowiek!” zawołał Weller starszy. „Sam jeden i nikt nawet mu nie współczuje! Tak być nie może, Sammy! Tak być nie może!”
„Ba! Wiedziałem o tem, zanim tu przyszedłem”.
„Oni go przecież nie zjedzą na surowo, Sammy!”
Sam kiwnął głową na znak, że podziela to zdanie.
„A jeżeli nie zjedzą, to wyjdzie tak oskubany, iż właśni przyjaciele nie poznają go. Pieczony gołąbek nie jest niczem w porównaniu z nim”.
Sam powtórzył gest.
„Tak być nie może, Sammy!” mówił dalej Weller poważnie.
„I tak nie będzie”, odrzekł Sam.
„Naturalnie, że nie!” ciągnął Weller.
„Wiesz, że prorokujesz jak prawdziwa Ośla Juka[1] z czerwoną twarzą, w książce za sześć pensów”, rzekł Sam.
„Co to za Ośla Juka?”
„Mniejsza o to; wystarczy, żebyś wiedział, że to nie stangret”.
„Znałem jednego masztalerza tego nazwiska”, rzekł Weller pomyślawszy nieco.
„To nie ten; mój był prorokiem”.
„Co to jest prorok?” zapytał Weller, pytająco wpatrując się w twarz syna.
„Człowiek, który przepowiada, co ma się stać”, odparł Sam.
„Chciałbym go znać, Sammy. Możeby rzucił trochę światła na tę chorobę wątroby, o której mówiłem ci przed chwilą. Ale że już nie żyje i nikomu nie zostawił swego interesu, więc niema co mówić. Mów dalej, Sammy”, dodał z westchnieniem Weller.
„Otóż”, zaczął Sam, „wyprorokowałeś, co się stanie z gubernatorem, gdy będzie sam siedział w więzieniu. Czy niema jakiego sposobu, żeby zaradzić temu?”
„Nie, Sammy, niema”, odrzekł Weller, zamyślony.
„Żadnego sposobu?”
„Żadnego. Chyba... “ W tej chwili blask wewnętrznego światła rozjaśnił mu twarz. Zniżył głos aż do szeptu i przyłożywszy usta do ucha swej latorośli, mówił: „Chyba wynieść go obwiniętego w materac albo przebrać za starą babę z zielonym woalem“.
Oba te pomysły Sam odrzucił z niespodziewaną wzgardą i znów powtórzył pytanie.
„No, jakże tu radzić“, rzekł stary woźnica, „kiedy nie chce, byś został przy nim? To nie da się zrobić — nie da“.
„Otóż ja ci powiem jak. Pożycz mi dwadzieścia pięć funtów sterlingów“.
„I poco?“
„Zobaczysz. Być może, iż w pięć minut po pożyczeniu zażądasz zwrotu tych pieniędzy; ja może powiem, że nic z tego nie będzie, zachowam się wobec ciebie grubiańsko; a ty, ty będziesz zdolny kazać aresztować swego syna za tak drobną kwotę; będziesz zdolny wtrącić go do więzienia, ojcze wyrodny!“
Po tych wyrazach ojciec z synem zamienili między sobą cały kodeks chytrych mrugań i tym podobnych ruchów telegraficznych, poczem Weller starszy usiadł na kamieniu i począł śmiać się tak mocno, iż cała twarz mu poczerwieniała.
„Cóż to za głupi, stary zwierz!“ zawołał Sam, oburzony tą stratą czasu. „Cóżeś usiadł tu i wykrzywiasz gębę na kołatkę do drzwi, jakby nie było nic innego do roboty? Gdzie jest moneta?“
„W kasie, Samie, w kasie“, odrzekł Weller, przybierając zwykłą minę. „Potrzymajno kapelusz, Samie“.
Oddawszy kapelusz, Weller całem ciałem pochylił się na bok, i zręcznym ruchem zapuścił prawą swą rękę w ogromną kieszeń, z której wydobył po niemałym wysiłku i sapaniu wielki in octavo pugilares, związany grubym rzemykiem. Z pugilaresu tego wyjął naprzód dwa nakonieczniki do bicza, trzy czy cztery sprzączki, małą torebkę z próbką owsa i wreszcie zwój banknotów bardzo brudnych, z pomiędzy których wybrał żądaną kwotę i podał Samowi.
„A teraz, Sammy“, powiedział, umieściwszy z powrotem w pugilaresie nakonieczniki, sprzączkę, torebkę z owsem i resztę pieniędzy i zasunąwszy pugilares w głąb bezdennej kieszeni; „teraz, Sammy, powiem ci, że znam pewnego gentlemana, który resztę interesu załatwi nam w oka mgnieniu. To filar prawa Sammy, ma mózg aż w końcach palców, jak żaba; przyjaciel lorda-kanclerza; tylko powie mu się, co potrzeba, a zamkną cię choćby na całe życie“.
„Za pozwoleniem“, przerwał Sam; „tego sobie nie życzę“.
„Czego?“
„Żadnych środków niekonstytucyjnych! Po perpetuum mobile, niema piękniejszego wynalazku, jak habeas corpus; czytałem to nieraz w dziennikach“.
„Ale cóż to ma do rzeczy?“
„To właśnie, że chcąc popierać ten wynalazek, życzę sobie być uwięzionym według habeas corpus; ale żadnych konszachtów z kanclerzami! To już nie takie zdrowe!“
Przychyliwszy się w tym punkcie do zdania syna, pan Weller natychmiast odszukał uczonego Pella i oświadczył mu, że życzy sobie otrzymać niezwłoczny rozkaz uwięzienia niejakiego pana Samuela Wellera za dług dwudziestu pięciu funtów sterlingów i koszta. Wydatki, wynikłe z tego powodu, będą niezwłocznie zwrócone panu Pellowi.
Adwokat był bardzo wzburzony, gdyż niewypłacalny kierowca koni został skazany na natychmiastową likwidację pretensyj. Chwalił on nadzwyczajne przywiązanie Sama do swego pana, oświadczył, że mu to w zupełności przypomina jego własne uczucie oddania dla jego przyjaciela, kanclerza, i zaprowadził starszego Wellera natychmiast do Temple, by tam zaprzysiąc słuszność jego wierzytelności — akt, którego dokonano przy pomocy niebieskiej torby, niesionej i teraz przez pisarczyka.
Tymczasem Sam, którego ojciec oficjalnie przedstawił przyjaciołom jako swego potomka, był traktowany z wyraźnem wyróżnieniem i proszony, by zechciał przy okazji wziąć udział w uczcie. Sam daleki był oczywiście od odrzucenia tej propozycji.
Wesołość gentlemanów tej sfery jest zwykle stateczna i spokojna. Ale obecna chwila była wyjątkowo radosna, więc też humor wzrósł w odpowiednim stosunku. Po kilku, powiedziałbym, hałaśliwych toastach na cześć Głównego Komisarza i pana Pellera, który tego dnia wykazał tak niezwykły spryt, jegomość z twarzą centkowaną i w błękitnym szalu na szyi zaproponował, by ktoś z obecnych zaśpiewał. Proponowano, żeby centkowany jegomość, stęskniony do śpiewu, sam zaśpiewał. Ale centkowany odmówił z miną uroczystą i jakby obrażoną. Wtedy, jak się to zwykle dzieje, przyszło niemal do kłótni.
„Gentlemani!“ zawołał koniarz. „Zamiast, byśmy psuć mieli harmonję tego rozkosznego zebrania, możeby pan Samuel Weller zechciał coś zaśpiewać?“
„Słowo daję!“ powiedział Sam. „Nie przywykłem śpiewać bez akompanjamentu. Ale czegóż nie oddam za spokój? jak powiedział pewien jegomość, przyjmując posadę w latarni morskiej“.
Po tym wstępie pan Samuel Weller natychmiast rozpoczął ową dziką i wspaniałą legendę, którą pozwalamy sobie zacytować, przypuszczając, że nie wszyscy ją znają. Zwracamy szczególną uwagę na monosylaby na końcu drugiego i czwartego wiersza, co nietylko pozwala śpiewakowi wziąć szerszy oddech, ale przyczynia się do jednolitości rytmu.

Romans

1
Jechał pan Turpin polem przez Haunslow
A dzielna pod nim kla-acz.
Patrzy — kareta gościńcem sunie:
Czy biskup, czy kto za-acz?
Więc pędem rusza, w drodze jej staje
I wsadza w okno łeb;
A biskup rzecze: „jak jajem jaje,
„Pan Turpin to, czy kiep?“


Chór
A biskup rzecze: „Jak jajem jaje,
„Pan Turpin to, czy kiep?“


2
A Turpin: „Zjesz mi z kulą te słowa
„Abyś i z nich miał zy-ysk!“
I w zęby wepchnął mu swój pistolet
I wsadził nabój w py-ysk!
Woźnica, co się na żartach nie znał,
Hejże! W konie i w krzyk!
Lecz dostał kulą w plecy nim zczeznął —
Tak wstrzymał go pan Dick.


Chór (sarkastycznie)
Lecz dostał kulą w plecy nim zczeznął —
Tak wstrzymał go pan Dick.


„Powiedziałbym, że to piosenka na czasie!“ zawołał gentleman z centkowaną twarzą. „Pytam o nazwisko owego stangreta!“
„Tego nikt nie wie!“ odrzekł Sam. „Nie znaleziono w kieszeni biletu wizytowego!“
„Oponuję przeciwko mieszaniu do rozmowy polityki!“ ciągnął centkowany jegomość. „Stwierdzam, że w tem towarzystwie śpiewa się piosenki polityczne. I, co więcej, kłamliwe! Powiadam, że stangret nie uciekł! Ale że umarł... umarł jak amen w pacierzu! I nie pozwolę, by mi kto zaprzeczył!“
Ponieważ centkowany mówił z wielką energją i przejęciem; ponieważ zdania towarzystwa na ten temat były podzielone; już w powietrzu wisiała nowa kłótnia, kiedy na szczęście wszedł pan Weller w towarzystwie pana Pella.
„Wszystko idzie doskonale!“ rzekł stary stangret.
„O czwartej“, rzekł pan Pell, „przyjdą tu aresztować pana. Spodziewam się, że nie uciekniesz, gdy przyjdą! Ha, ha!“
„Może mój okrutny papa zmięknie do tego czasu!“ bąknął Sam, strojąc komiczne grymasy.
„O, nie!“ odrzekł Weller.
„Błagam cię, ojcze!“ mówił dalej Sam.
„Za nic w świecie!“ odparł nieubłagany wierzyciel.
„Będę ci spłacał po sześć pensów miesięcznie!“
„Nie chcę!“
„Ha, ha, ha! To doskonale!“ zawołał pan Pell, układając rachunek wydatków. „Bardzo zabawny przypadek, doprawdy! Benjaminie! Przepisz to“, rzekł do swego dependenta, poczem znów się uśmiechnął, wskazując Wellerowi wysokość sumy. „Dziękuję“, dodał następnie, odbierając brudne banknoty, które stangret wydobył z pugilaresu. „Trzy funty, dziesięć szylingów, a jeden funt dziesięć szylingów, to czyni pięć funtów sterlignów. Bardzo dziękuję, panie Weller. Syn pana, to bardzo interesujący młody człowiek; to bardzo piękny rys jego charakteru, naprawdę, bardzo piękny“, dodał pan Pell ze słodkim uśmiechem, spoglądając po towarzystwie i chowając pieniądze.
„Znakomita farsa“, rzekł Weller, śmiejąc się donośnie, „prawdziwy syn marnostrawny“.
„Marnotrawny, panie“, poprawił łagodnie pan Pell, „mówi się syn marnotrawny“.
„Mniejsza o to, jak się mówi“, odrzekł stangret poważnie. „Wiem, o co chodzi, a jakbym nie wiedział, zapytałbym pana“.
W tej chwili przybył urzędnik, który miał dokonać aresztowania. Sam stał się tak popularnym, iż wszyscy gentlemani, znajdujący się w szynkowni, postanowili odprowadzić go in corpore do więzienia. Wyszli więc, urzędnik na czele, za nim, pod rękę, szli wierzyciel z dłużnikiem, a za nimi ośmiu tęgich stangretów tworzyło straż tylną. Przy kawiarni „Sergeant’s-Inn“ cały pochód zatrzymał się, by się czegoś napić dla odświeżenia, a po załatwieniu prawnych formalności, ruszono dalej.
W ulicy Floty powstał mały nieład, spowodowany żartobliwością ośmiu gentlemanów z tylnej straży, którzy uparli się, by iść po czterech w szeregu. Postanowiono narazie, iż gentleman z centkowaną twarzą pozostanie wtyle celem poboksowania się z pewnym komisjonerem i że przyjaciele zabiorą go wracając. Tylko ten jeden drobny wypadek zdarzył się po drodze. Stanąwszy u drzwi więziennych, orszak, na wezwanie wierzyciela, krzyknął trzy razy hurra! poczem wszyscy, uścisnąwszy rękę Sama, odeszli.
Gdy został formalnie powierzony dozorcom więzienia Floty, ku ogromnemu zdumieniu pana Rokera a nawet ku wzruszeniu flegmatycznego Neddy, Sam poszedł prosto do pokoju swego pana i zapukał.
„Proszę wejść!“ odrzekł pan Pickwick.
Sam wszedł, zdjął kapelusz i uśmiechnął się.
„A! Sam! Poczciwy chłopak!“ rzekł pan Pickwick, widocznie zadowolony z jego przybycia; „nie miałem zamiaru urazić cię tem, co powiedziałem wczoraj. Połóż swój kapelusz, Samie; muszę ci to wyjaśnić dokładniej“.
„Czy nie możnaby odłożyć tego na później, proszę Pana?“
„I owszem. Ale dlaczegożby nie zaraz?“
„Wolałbym później“.
„Ale dlaczego?“ zapytał pan Pickwick.
„Bo...“ zaczął Sam z wahaniem.
„Bo co?“ zapytał pan Pickwick, trochę przerażony. „Mów wyraźnie, Samie“.
„Bo... bo mam tu mały interes, który chciałbym załatwić...“
„Interes?“ zawołał filozof.
„Nic tak ważnego, proszę pana“.
„A! Jeśli tak, to możesz mnie naprzód wysłuchać“.
„Wolałbym pierwej załatwić ten interes“, odrzekł Sam, wahając się.
Pan Pickwick nie powiedział nic, ale dziwił się coraz bardziej.
„Chodzi o to...“ rzekł Sam, i znów zatrzymał się.
„No, mówże!“
„No, chodzi o to“, powtórzył Sam z wysiłkiem, „że przedewszystkiem muszę tu znaleść sobie łóżko“.
„Łóżko?“ zawołał pan Pickwick zdumiony.
„Tak, łóżko dla siebie; jestem uwięziony; dziś popołudniu aresztowano mię za długi“.
„Ty za długi!“ zawołał pan Pickwick, padając na krzesło.
„Tak, panie, za długi; i człowiek, który mię wsadził, nie wypuści mnie stąd, dopóki pan tu będzie“.
„Co ty mówisz?“
„Co mówię? Będę więźniem, choćby czterdzieści lat!... I bardzo się z tego cieszę. Gdybym siedział w New Gate, byłoby to to samo. No! Powiedziałem! Skończone!“
Powtórzywszy te wyrazy kilkakrotnie z wielkim naciskiem, Sam, w stanie wielkiego wzburzenia, rozmiażdżył nogą swój kapelusz, stojący na podłodze, potem założył rękę na piersiach i począł wpatrywać się w twarz swego pana.


KONIEC TOMU TRZECIEGO.






  1. Ludowa postać legendarna,





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.