Klub Pickwicka/Rozdział pięćdziesiąty

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Wydawca Wydawnictwo J. Przeworskiego
Data wyd. 1936
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział pięćdziesiąty.
Jak pan Pickwick wywiązał się ze swojej misji i jak znalazł sprzymierzeńca.

Konie stawiły się nazajutrz punktualnie kwadrans przed dziewiątą. Pan Pickwick zajął miejsce wewnątrz powozu, Sam siadł wtyle, na zewnątrz, poczem pocztyljonowi polecono udać się do mieszkania pana Boba Sawyera, by zabrać Bena Allena.
Gdy zajechano przed drzwi z czerwoną lampą, gdzie widniał napis „Sawyer, niegdyś Nockemorf“, pan Pickwick wysunął głowę z powozu i ze zdziwieniem ujrzał, iż mały chłopak w szarej liberji zamykał okiennice. W tak rannej godzinie było to rzeczą niezwykłą i nieodpowiadającą naturze zajęcia pana Sawyera, filozof powziął więc natychmiast dwa przypuszczenia: albo umarł jakiś dobry przyjaciel lub pacjent pana Boba, albo też pan Bob ogłosił niewypłacalność.
„Co się stało?“ zapytał pan Pickwick chłopca.
„Nic, panie“, odrzekł zapytany, rozdziawiając w uśmiechu gębę od ucha do ucha.
„Wszystko dobrze!“ zawołał Bob, ukazując się nagle na progu z małą brudną skórzaną torbą podróżną w ręku oraz z grubym płaszczem i szalem, przewieszonemi przez ramię. „Jadę z wami.“
„Pan?“ zawołał pan Pickwick.
„Tak! Będzie to poprostu wyprawa. Hej, Samie! Uważaj!“
Zaapelowawszy w ten sposób do uwagi Sama, którego twarz wyrażała wielkie zdumienie takiem stanowczem postępowaniem, Bob rzucił mu swą torbę, którą pan Weller umieścił pod siedzeniem. Po dokonaniu tego tenże Bob przy pomocy chłopca wlazł przemocą w nieco ciasny płaszcz i, wsunąwszy następnie głowę do powozu, począł głośno śmiać się.
„Doskonały żart!“ zawołał, ocierając sobie połą płaszcza łzy.
„Ależ, kochany panie“, odrzekł pan Pickwick z pewnem zakłopotaniem, „nie spodziewałem się, że będzie pan nam towarzyszył“.
„W tem właśnie cała sztuka!“ odparł pan Sawyer. „No, i cały żart!“
„A! To żart?“ zapytał pan Pickwick.
„Rozumie się. Rzecz w tem, że pozostawiam mój interes, by sam siebie wydobył z kłopotu, kiedy nie chciał wydobyć mnie“.
Objaśniwszy w taki sposób fenomen zamykania okiennic, pan Sawyer wskazał na aptekę i znów zaczął się śmiać.
„Jakto? Więc pozostawia pan swoich chorych, nie oddawszy ich wprzód pod opiekę innego lekarza?“ zawołał pan Pickwick poważnym tonem.
„Dlaczegożby nie?“ odrzekł Bob. „Jeszcze oszczędzam na tem, bo ani jeden mi nie płaci. A przytem“, dodał, zniżając głos do poufnego szeptu, „i chorzy na tem także skorzystają, bo prawie nie mam lekarstw, a nie mogąc ich teraz kupić, byłbym zmuszony dawać wszystkim kalomel — coby niejednemu nie wyszło na dobre. A tak wszystkim będzie lepiej“.
W odpowiedzi tej była logika i filozofja, jakiej pan Pickwick nie spodziewał się. Pan Pickwick odetchnął tylko głębiej, a potem powiedział, ale już nie tak stanowczo:
„Ależ ten powóz, kochany panie, może pomieścić tylko dwie osoby, a przyrzekłem już zabrać pana Allena“.
„Niech się pan o mnie nie troszczy; już o tem pomyślałem. Usiądę z Samem ztyłu za powozem. Popatrz pan: ten napis umieszczę na drzwiach sklepu: Sawyer, dawniej Nockemorf. Zgłosić się naprzeciwko, do pani Cripps“. Pani Cripps, to matka tego małego chłopaka. „Bardzo mi przykro“, powie pani Cripps, „ale musiał wyjechać — wezwano go dziś rano na konsyljum z najsławniejszymi chirurgami — nie mogli sobie dać rady bez niego — okropna operacja“. „Otóż spodziewam się“, dodał wkońcu Bob, „że doskonale mi to zrobi. Jeśli wiadomość o tem dostanie się do miejscowych dzienników, stanę się wziętym lekarzem. Ale oto i Ben! No! Siadajmy!“
Po tej szybko wypowiedzianej przemowie, Bob wepchnął swego przyjaciela do powozu, posunął pocztyljona, zamknął drzwiczki, podniósł stopień, nakleił napis na drzwiach, zamknął je, schował klucz, potem wskoczył na tylne miejsce obok Sama i dał pocztyljonowi sygnał do odjazdu; wszystko to uczynił z taką szybkością, że nim pan Pickwick mógł się ostatecznie zdecydować, czy ma z sobą wziąć Boba, czy nie, powóz toczył się już na dobre; w ten sposób pan Bob Sawyer został formalnym członkiem jadącego towarzystwa.
Dopóki powóz posuwał się ulicami Bristolu, wesoły Bob miał na nosie swe zielone okulary i zachowywał odpowiednią powagę, poprzestając na szeptaniu jakichś dowcipów dla wyłącznego użytku i radości Sama. Ale jak tylko wyjechano na gościniec, pozbył się odrazu i okularów i zawodowej powagi, i zaczął wyrabiać rozmaite figle, tak, że aż zwrócił uwagę przechodniów a powóz wraz z jego zawartością uczynił przedmiotem więcej niż powszedniej ciekawości. Najniewinniejszym i najmniej hałaśliwym z tych figlów było przeraźliwe naśladowanie trąbki pocztarskiej i rozpostarcie karmazynowej chustki, przywiązanej do końca laski nakształt sztandaru, którym z różnemi gestami wyzwania od czasu do czasu powiewał.
„Nie rozumiem“, rzekł pan Pickwick, przerywając poważną rozmowę z Ben Allenem o przymiotach pana Winkle i pani Arabelli, „nie rozumiem co wszyscy przechodzący widzą w nas tak nadzwyczajnego, iż się tak oglądają“.
„Może im się podoba ten piękny powóz“, odrzekł Ben z pewną dumą; „nie zawsze można widzieć taki ekwipaż“.
„I to być może“ powiedział pan Pickwick, udobruchany tem przypuszczeniem, ale zobaczywszy przez okno, że spojrzenia przechodzących bynajmniej nie wyrażają zdumienia połączonego z szacunkiem i że przechodnie wymieniają rozmaite telegraficzne znaki z podróżnymi siedzącymi zewnątrz powozu, pan Pickwick począł sobie uświadamiać, iż demonstracje te mogą mieć jakiś daleki związek z jowialnym humorem Boba Sawyera.
„W każdym razie, spodziewam się“, rzekł filozof, „że nasz żartobliwy przyjaciel nie popełnia tam żadnej niedorzeczności“.
„O, nie!“ odrzekł Ben Allen; „Bob to najspokojniejsza w świecie istota, o ile nie wypił trochę zadużo“
W tej chwili usłyszano przedługie naśladowanie trąbki, po którem bezzwłocznie nastąpiły wesołe okrzyki i długie wycie, widocznie wychodzące z gardła i piersi „najspokojniejszej w świecie istoty“ a, mówiąc wyraźniej, pana Boba Sawyera. Pan Pickwick i Ben zamienili wiele mówiące spojrzenia i pierwszy z nich zdjął kapelusz i wychylił się połową ciała przez okno, co wkońcu pozwoliło mu dojrzeć żartobliwego swego przyjaciela.
Pan Bob Sawyer siedział nie z tyłu ale na wierzchu powozu, z rozkroczonemi, jak tylko stać go było, nogami; na głowie miał kapelusz Sama, włożony na bakier, w jednej ręce trzymał ogromny kawał chleba z masłem a w drugiej ogromną oplecioną butelkę i z głębokiem zadowoleniem przemawiał to do jednego, to do drugiego, od czasu do czasu przerywając monotonność tych czułości okrzykami i wrzaskami, oraz wymianą krótkich, ale soczystych słów z pierwszymi lepszymi przechodniami. Karmazynowy sztandar przytroczony był bardzo pieczołowicie do oparcia, a pan Sam Weller siedział zdobny w kapelusz Boba, i ciężko pracował nad drugim kawałkiem chleba z masłem, ale czynił to z tak pogodnem obliczem, że wyczytać z niego było można całkowite i pełne uznanie dla tego niezwykłego postępowania.
Tego było dość, by rozburzyć żółć człowieka o takiem poczuciu przyzwoitości, jak pan Pickwick. Ale zjawiły się na horyzoncie pewne utrudniające interwencję okoliczności, gdyż w tej chwili przejeżdżał dyliżans pocztowy, wypakowany pasażerami tak wewnątrz, jak i zewnątrz, a przejeżdżający wyrażali swe zdumienie w sposób najzupełniej niedwuznaczny. Równie niemiłe były gratulacje jakiejś irlandzkiej rodziny żebraków, która szła równo z powozem, a przedewszystkiem jej męskiej głowy, która przypuszczała, że chodzi tu o jakiś satyryczno-polityczny pochód triumfalny albo o coś podobnego.
„Panie Sawyer!“ krzyknął pan Pickwick, mocno urażony, „panie Sawyer!“
„A co!“ odpowiedział miły młodzieniec, pochylając się ku jednej stronie powozu z największym spokojem.
„Czyś pan oszalał?“
„Wcale nie; jestem tylko wesoły“.
„Wesoły! Zdejm mi pan natychmiast tę skandaliczną czerwoną chustkę! Stanowczo żądam tego. Samie! Odbierz mu ją!“
Nim Sam zdobył się na ten krok, Bob Sawyer dobrowolnie spuścił sztandar, umieścił go w kieszeni, przyjacielsko skinął głową panu Pickwickowi, otarł otwór flaszki i przyłożył ją do ust, dając w ten sposób, bez uciekania się do niepotrzebnej przemowy, panu Pickwickowi do zrozumienia, że tym toastem życzy mu zdrowia i wszelkich pomyślności. Wykonawszy to, Bob zatknął starannie korek, spojrzał na pana Pickwicka z wielką przyjaźnią i począł zajadać chleb z masłem oraz uśmiechać się.
„No, panie!“ zawołał filozof, którego chwilowy gniew nie mógł sprostać niewzruszonemu spokojowi Boba, „nie rób pan takich niedorzeczności“.
„Nie, nie“, odrzekł uczeń Eskulapa, mieniając się na kapelusze z Samem; „robiłem to nie w złej myśli, ale podróż tak mię ożywiła, iż nie mogłem powstrzymać się“.
„Pomyśl pan, co ludzie powiedzą na to“, mówił dalej pan Pickwick przekonywającym głosem. „Miejże pan wzgląd na przyzwoitość!“
„O, rozumie się“, odrzekł Bob. „Nic już więcej nie zrobię i będę spokojny, drogi panie!“
Poprzestając na tem zapewnieniu, pan Pickwick cofnął się wgłąb powozu i spuścił okno. Ale zaledwie rozpoczął na nowo przerwaną rozmowę, gdy go do pewnego stopnia przestraszyło pojawienie się jakiegoś nieprzejrzystego ciała podłużnej postaci, po drugiej stronie okna; ciało to wielokrotnie uderzało w szybę, jakby prosiło o wpuszczenie.
„A to co znowu?“ zawołał pan Pickwick.
„To coś podobnego do flaszki“, odrzekł Ben Allen, przypatrując się temu przedmiotowi z wielkiem zajęciem przez okulary. „To, zdaje się, własność Boba“.
Było to przypuszczenie zupełnie trafne, gdyż Bob Sawyer, przywiązawszy butelkę do końca laski, pukał nią w okno, wzywając w ten sposób swych przyjaciół, by na znak niewzruszonej przyjaźni i pełnej między nimi harmonji zechcieli zbadać jej wnętrzne.
„Co tu robić?“ zapytał pan Pickwick, „Jest to pomysł jeszcze niedorzeczniejszy, niż poprzedni“.
„Sądzę, że najlepiej będzie, gdy weźmiemy flaszkę i zatrzymamy u siebie“, rzekł Ben. „Zasłużył na to, by mu spłatać takiego figla“.
Ponieważ pan Pickwick w zupełności podzielał tę opinję, powoli więc opuścił okno i odwiązał butelkę od laski, poczem laskę cofnięto do góry. W tej chwili usłyszano serdeczny śmiech Boba.
„Co to za wesoły chłopiec!“ rzekł pan Pickwick, oglądając flaszkę, znajdującą się w rękach towarzysza podróży.
„O! Bardzo wesoły!“ odpowiedział Ben.
„Nie można się długo gniewać na niego“, zauważył pan Pickwick.
„Nie, nie można“.
Podczas tej krótkiej wymiany zdań, pan Pickwick w roztargnieniu odkorkował butelkę.
„Co to jest?“ zapytał obojętnie pan Allen.
„Sam nie wiem“, odpowiedział z równą obojętnością pan Pickwick.
„Ale zdaje mi się, że to pachnie ponczem“.
„Czy tak?“ rzekł Ben.
„Przynajmniej tak mi się zdaje“, powiedział pan Pickwick, który zawsze bronił się przed możliwością powiedzenia nieprawdy. „Jak długo nie spróbowałem, z całą pewnością nie mogę tego stwierdzić“.
„To niech pan spróbuje“, rzekł Ben. „W ten sposób przekonamy się, o co właściwie chodzi“.
„Tak pan sądzi! Ha! Jeżeli pan życzy sobie tego, nie mam nic przeciwko temu“.
Zawsze gotów czynić zadość pragnieniom swych przyjaciół, pan Pickwick dość długo próbował, co się w flaszce zawiera, aż wreszcie pan Allen zapytał go trochę niecierpliwie:
„I cóż to jest?“
„To szczególne!“ odparł filozof, mlaskając ustami; „nie jestem jeszcze zupełnie pewny, ale... (tu łyknął raz jeszcze) ale tak! To poncz!“
Ben Allen spojrzał na pana Pickwicka, pan Pickwick spojrzał na Bena Allena. Pan Ben Allen uśmiechnął się; pan Pickwick zachował zwykłą swą powagę, potem zaś powiedział z całą surowością:
„Pański przyjaciel zasługuje na to, byśmy mu wypili wszystko, do ostatniej kropli“.
„Jestem tego samego zdania“, zauważył Ben Allen.
„Czy tak? A więc za jego zdrowie!” rzekł pan Pickwick.
To rzekłszy, znakomity nasz przyjaciel pociągnął z niesłychaną energją z flaszki, poczem wręczył ją Benjaminowi, który nie kazał się prosić i poszedł za jego przykładem. Uśmiech rozjaśnił twarze obydwóch, a poncz znikł powoli i ku wielkiemu zadowoleniu podróżników.
„W każdym razie“, rzekł pan Pickwick, przełykając ostatnie krople, „pomysły jego są rzeczywiście bardzo zabawne“.
„O, tak!“ odrzekł Ben Allen. I, by dowieść, że Bob był jednym z najprzyjemniejszych i najweselszych kolegów, pan Ben Allen począł bawić pana Pickwicka długiem opowiadaniem, jak to przyjaciel jego pewnego razu tak wiele wypił, że dostał gorączki i musiał sobie ogolić głowę. Opowiadanie o tym zajmującym wypadku trwało jeszcze, gdy powóz zatrzymał się przed oberżą pod „Dzwonem“ w Berkeley Heath, gdzie zmieniono konie.
„Tu zjemy może obiad?“ zapytał Bob, zaglądając w okno.
„Obiad?“ odparł pan Pickwick. „Przejechaliśmy przecież dopiero dziewiętnaście mil, a mamy przejechać osiemdziesiąt siedem i pół“.
„Dlatego właśnie musimy nabrać sił, by móc sprostać niewygodom podróży“, zauważył Bob Sawyer.
„Ależ to niemożliwe, jeść obiad o wpół do dwunastej“, rzekł pan Pickwick, patrząc na zegarek.
„Mniejsza o to!“ zawołał Bob, „możemy to nazwać lenczem! Hej! Garson! Lencz na trzy osoby. Konie mają jeszcze postać z kwadrans w stajni. Dawajcie wszystko, co macie na zimno, parę butelek porteru i najlepszą maderę“.
Wydawszy te rozkazy z wielką precyzją i donośnym głosem, Bob Sawyer wszedł do oberży, by dopilnować ich wykonania. W pięć minut powrócił z oznajmieniem, iż wszystko gotowe i w doskonałym gatunku. Jakość lenczu usprawiedliwiała w zupełności te pochwały, i nietylko ten gentleman, ale także Ben Allen i pan Pickwick dali tego dowody. Pod auspicjami tej trójki wypróżniono flaszki piwa i madery, a gdy zaprzężono konie i wszyscy pasażerowie zajęli miejsca, oplatana flaszka Boba znów została napełniona najlepszym ekwiwalentem dawnego ponczu, jaki w tak krótkim czasie można było otrzymać, trąbka zatrąbiła, a czerwony sztandar powiewał w najlepsze, już bez najmniejszego sprzeciwu ze strony pana Pickwicka.
W Tekesbury zatrzymano się na obiad, pito porto, maderę i porter. Wkońcu napełniono znowu flaszkę po raz czwarty. Pod skombinowanym wpływem tych trunków pan Pickwick i Allen usnęli, a Bob Sawyer i Sam wyśpiewywali przez całą drogę bardzo wesołe duety.
Ściemniło się już zupełnie, kiedy pan Pickwick był w stanie podnieść się na tyle, by spojrzeć w okno. Samotne, przydrożne dworki, ciemne zarysy mijanych przedmiotów, pochmurne powietrze, pokryte pyłem i kurzem ścieżki, czerwone ogniska w oddali, smugi czarnego dymu, wznoszące się z wysokich kominów i zaciemniające wszystko dokoła — blask dalekich świateł, ciężkie wozy, jadące gościńcem, naładowane żelaziwem lub innym towarem, wszystko to mówiło, że są niedaleko wielkiego miasta Birmingham.
Gdy z turkotem jechali przez wąskie uliczki, prowadzące do serca tego ożywionego centrum, oczy i uszy nie mogły się dość nadziwić ożywieniu, jakie tu panowało. Ulice zatłoczone były ludźmi pracy. Echo pracy obijało się o każdy dom. Światła błyskały w owalnych oknach każdego piętra, a szum, turkot kół i stuk kopyt końskich wprawiały w drżenie mury. Ogniska, które widzieli zdaleka, paliły się dumnym płomieniem w piecach wielkich fabryk i w zakładach przemysłowych. Stuk młotów, syk pary, gwar maszyn, oto muzyka, która rozlegała się z każdego zaułka.
Pocztyljon mknął już szybko przez ulice koło pięknych i jasno oświetlonych sklepów, ciągnących się od krańców miasta do oberży Królewskiej, a pan Pickwick jeszcze nie zdążył należycie zastanowić się nad delikatną misją, która go tu sprowadziła.
Obecność pan Boba Sawyera bynajmniej nie ułatwiała tej delikatnej misji i nie zmniejszała trudności, jakie należało pokonać. Prawdę powiedziawszy, pan Pickwick czuł, że obecność pana Boba, aczkolwiek bardzo miła i przyjemna, nie jest zaszczytem, o któryby się ubiegał. Chętnie poświęciłby pewną sumę na to, by wesoły chirurg znajdował się teraz o jakie pięćdziesiąt mil od Birmingham.
Filozof nasz nigdy nie miał osobistych stosunków z panem Winkle starszym, chociaż parę razy odpisał mu na listy, udzielając zadawalniających odpowiedzi co do charakteru i postępowania jego syna. Czuł więc, że złożenie pierwszej wizyty w towarzystwie Bena Allena i Boba Sawyera, nieźle podpitych, nie jest wcale środkiem, któryby przychylnie usposobił ojca Nataniela.
„Bądź co bądź“, powtarzał pan Pickwick dla dodania sobie odwagi, „muszę zrobić, co będę mógł! Solennie przyrzekłem synowi, że dziś jeszcze zobaczę się z ojcem. Jeżeli młodzieńcy uprą się towarzyszyć mi, będę się starał, jak można, skrócić wizytę. Zresztą sądzę, iż dla własnego honoru zechcą zachowywać się przyzwoicie!“
Zaledwie pocieszył się w ten sposób, wehikuł stanął przed drzwiami oberży Królewskiej. Kiedy Sam obudził wkońcu Bena Allena i wyciągnął go za kołnierz, pan Pickwick mógł wysiąść. Zaprowadzono ich do przyzwoitego pokoju a pan Pickwick natychmiast zapytał posługacza, gdzie mieszka pan Winkle?
„Niedaleko stąd“, powiedział posługacz. „Jakie pięćset kroków, panie, jest magazyn pana Winkle, nad kanałem, panie. A prywatne mieszkanie, ach! Do prywatnego mieszkania również nie będzie nawet pięciuset kroków!“ Tu posługacz zgasił świecę, by mieć sposobność znów zapalić ją i w ten sposób umożliwić panu Pickwickowi następne pytanie, jeżeli pan Pickwick pytać zechce.
„Czem mogę służyć?“ spytał posługacz zrozpaczony milczeniem pan Pickwicka. „Herbatka? Kawa? Obiad?“
„Nie, dziękuję!“
„Słucham pana. Może zamówić kolację?“
„Jeszcze nie teraz!“
„Słucham pana!“ Posługacz podszedł do drzwi, ale zatrzymał się i zapytał z wielkiem namaszczeniem:
„Mam przysłać pokojówkę?“
„Możesz, jeżeli chcesz!“
„Jeżeli pan chce!“
„I przynieś wody sodowej!“ zawołał Bob Sawyer.
„Wody sodowej? Piorunem!“ i jakby mu ciężar spadł z pleców, że wreszcie dano mu jakieś zlecenie, posługacz natychmiast ulotnił się. Posługacze nigdy nie biegają ani chodzą. Posiadają dziwny i tajemniczy sposób ulatniania się z pokojów, wiadomy tylko im jednym!
Ponieważ woda sodowa zbudziła w panu Benie Allenie pewne słabe oznaki życia, przeto pozwolił sobie umyć twarz i zgodził się, by Sam oczyścił mu suknie. Gdy pan Pickwick i Sawyer usunęli nieład w ubraniu, spowodowany podróżą, wszyscy trzej udali się do pana Winkle. Bob Sawyer zatruwał po drodze atmosferę wyziewami tytoniu.
W spokojnej, bocznej ulicy, o ćwierć mili od oberży, wznosił się stary dom z czerwonej cegły. Drzwi, do których dochodziło się po trzech stopniach, miały u góry napis: „M. Winkle“. Schody były bardzo białe, cegły bardzo czerwone, a cały dom był nadzwyczaj czysty i schludny. Zegar wybił dziesiątą, gdy znajomi nasi zapukali do rzeczonych drzwi. Ładna służąca zjawiła się na odgłos pukania i cofnęła się, gdy ujrzała trzech nieznajomych.
„Czy pan Winkle jest u siebie?“ zapytał pan Pickwick.
„Jest przy kolacji“, odpowiedziała dziewczyna.
„Oddaj mu, moje dziecię, ten bilet i przeproś, że przychodzę tak późno, ale bardzo mi na tem zależy, by się zobaczyć z nim dziś jeszcze; dopiero przed chwilą przyjechałem“.
Służąca patrzyła z niepokojem na pana Boba Sawyera, który, zapomocą różnych i dziwnych grymasów wyrażał podziw dla jej wdzięków, potem rzuciła okiem na wiszące w sieni kapelusze i płaszcze i zawołała inną dziewczynę, by pilnowała drzwi, poczem poszła na górę. Posterunek ten został jednak niebawem zluzowany, gdyż służąca powróciła niebawem i, przeprosiwszy naszych znajomych za to, że zatrzymała ich na ulicy, wprowadziła do pokoju, będącego w połowie biurem, a w połowie garderobą. Główne umeblowanie jego stanowił stół do pisania, umywalnia, zwierciadło do golenia, chłopiec do zdejmowania butów, taboret, cztery krzesła i stary zegar. Nad gzymsem kominka widać było drzwi do żelaznej kasy, wpuszczonej w ścianę, a kilka półek z książkami i kalendarz ścienny i sporo warstw zakurzonego papieru zdobiło ściany.
„Przepraszam pana, iż musiał pan czekać za drzwiami“, rzekła młoda dziewczyna, zapalając lampę i zwracając się do pana Pickwicka z uprzejmym uśmiechem.
„Niema za co, kochane dziecię!“ powiedział pan Pickwick.
„Nie jesteśmy obrażeni!“ dodał Bob, wesoło rozwierając ramiona i skacząc w rozmaite strony by nie mogła wyjść z pokoju.
Młodą damę nie bawiły wcale te igraszki, gdyż jasno wyraziła swoje zdanie o panu Bobie Sawyerze, mówiąc że jest „nieznośną kreaturą“, a gdy zaczepki pana Boba stały się śmielsze, zakryła twarz rękoma i wybiegła z pokoju, nie szczędząc okrzyków oburzenia i wstrętu.
Pozbawiony jej towarzystwa, Bob Sawyer zaczął myszkować po biurku, odsuwać szuflady, próbować zamka kasy, odwrócił kalendarz „twarzą do ściany“, naciągał buty pana Winkle seniora i robił ze sprzętami, znajdującemi się w pokoju inne temu podobne dowcipne eksperymenty, napełniające trwogą i oburzeniem pana Pickwicka, ale pobudzające do hałaśliwej wesołości pana Boba Sawyera.
Nakoniec drzwi otworzyły się i wszedł przez nie do pokoju niewielki staruszek w tabaczkowym fraku, z głową i twarzą, które, pominąwszy łysinę, były prawdziwem przeciwieństwem głowy i twarzy pana Winkle juniora, i trzymał w jednem ręku bilet pana Pickwicka, w drugiem zaś srebrny lichtarz.
„Witam pana“, rzekł staruszek do pana Pickwicka, stawiając lichtarz i podając mu rękę. „Bardzo rad jestem, że widzę pana. Proszę siadać. A ten gentleman?“
„Jest to mój przyjaciel, pan Sawyer“, odpowiedział pan Pickwick, „a także przyjaciel syna pańskiego“.
„A!“ rzekł pan Winkle senjor, rzucając dość niechętne spojrzenie na Boba. „Jak się pan czuje?“
„Jak ryba w wodzie“, odpowiedział Bob.
„Ten drugi gentleman“, zaczął znów pan Pickwick, „ten drugi gentleman, jak pan się przekona, przeczytawszy list, który mu wręczę, jest bliskim krewnym... lub raczej serdecznym przyjacielem pańskiego syna. Nazwisko jego jest Allen“.
„Ten gentleman?“ zapytał pan Winkle, wskazując biletem na Bena, który zasnął na krześle i tak się pochylił, iż widać było tylko kość pacierzową i kołnierz surduta.
Pan Pickwick zamierzał właśnie odpowiedzieć na to pytanie wyliczeniem imienia pana Benjamina Allena wraz z jego szanownym zawodem, oraz innych znakomitych zalet tego młodzieńca, gdy dowcipny Bob, aby przyjaciela swego doprowadzić do przytomności, tak uszczypnął go w ramię, że Ben krzyknął i zerwał się, ale spostrzegłszy, że ma przed sobą osobę nieznajomą, przystąpił do pana Winkle, bardzo serdecznie uścisnął mu rękę, co trwało z pięć minut, wybełkotał kilka nawpół zrozumiałych frazesów o tem, że mu niesłychanie miło poznać pana Winkle, i przesłyszał uprzejme pytanie, czy nie zechce się czego napić po tak długiej podróży, czy też woli zaczekać na obiad. Potem usiadł i począł wodzić dokoła tak błędnym wzrokiem, jak gdyby nie miał najmniejszego pojęcia o tem, gdzie się znajduje, czego też rzeczywiście nie wiedział.
Wszystko to stawiało pana Pickwicka w bardzo kłopotliwem położeniu, tembardziej, że pana Winkle senjora widocznie dziwiło niepomiernie takie ekscentryczne, by nie powiedzieć nieprzyzwoite, zachowanie jego towarzyszy. Aby położyć temu kres, wyjął list z kieszeni i podając go, powiedział:
„Jest to list od pańskiego syna. Z niego przekona się pan, iż szczęście i przyszłość Nataniela zależy od dobrotliwego i ojcowskiego przyjęcia treści tego listu. Bardzo mię pan zobowiąże, gdy przeczyta pan ten list ze spokojem, a następnie zechce pan ze mną pomówić o tym przedmiocie w tonie i duchu, w jakim tego rodzaju sprawy omawiać należy. Jak ważna jest pańska decyzja dla syna pańskiego i z jakim niepokojem jej oczekuje, o tem niech świadczy to, że ośmieliłem się panu złożyć wizytę bez uprzedniego porozumienia, o tak późnej godzinie i —“ dodał pan Pickwick, rzucając przelotne spojrzenie na swych towarzyszy, „w tak nieprzychylnych okolicznościach“.
Po tem preludjum, pan Pickwick wręczył zdziwionemu staruszkowi cztery szczelnie zapisane stronice najdelikatniejszego, najcieńszego papieru listowego, a sam usiadł znów w fotelu i począł przypatrywać się panu Winkle z niepokojem wewnętrznym, ale zarazem z przeświadczeniem uczciwego człowieka, który wie, że nie zrobił nic, co wymagałoby usprawiedliwiania lub ukrywania.
Stary kupiec, przed rozpieczętowaniem listu obejrzał go na wszystkie strony, poddał mikroskopijnemu badaniu znak na pieczątce lakowej, potem podniósł oczy na pana Pickwicka; wreszcie, przysunąwszy krzesło do lampy, usiadł przy biurku, rozłamał pieczątkę, otworzył list, podniósł go wysoko do światła i zabrał się do czytania.
Właśnie w tej chwili Bob Sawyer, którego dowcip od niejakiego czasu pozostawał w bezczynności, położył sobie ręce na kolanach i tak wykrzywił twarz, jak to widzieć można na obrazach świętej pamięci Grimaldiego, przedstawiających clownów. Na nieszczęście, tak złożyło się, że pan Winkle, zamiast zagłębić się w czytaniu, jak to Bob przypuszczał, spojrzał ponad brzeg listu i zobaczył przypadkowo nie kogo innego, jak pana Boba Sawyera. Słusznie wywnioskowawszy, że chirurg przedrzeźnia jego osobę, utkwił wzrok w Bobie tak groźnie, iż rysy uwieczniane przez świętej pamięci Grimaldiego stopniowo poczęły tracić cały swój komizm, a natomiast wyrażać wielkie zmieszanie i pokorę.
„Czy pan mówił co do mnie?“ zapytał pan Winkle, po chwili groźnego milczenia.
„Nie, panie“, odrzekł Bob, teraz w niczem już niepodobny do clowna, ale zato bardzo zaczerwieniony.
„Czy jest pan tego pewny?“
„O, tak! Najzupełniej pewny!“
„Miło mi dowiedzieć się o tem“, odrzekł starzec z wielką powagą; „ale patrzał pan na mnie?“
„Przepraszam bardzo, ale nie patrzałem“, odparł Bob z wyszukaną grzecznością.
„To bardzo mnie cieszy“, rzekł pan Winkle senjor.
Pan Pickwick przypatrywał mu się z wielkiem napięciem, gdy z ostatnich linij pierwszej strony przeszedł na najwyższe drugiej, z ostatnich drugiej na najwyższe trzeciej, z ostatnich trzeciej na najwyższe czwartej. Żadna jednak zmiana na twarzy nie mogła służyć za klucz do jego uczuć, z jakiemi przyjął wiadomość o małżeństwie syna, która, jak pan Pickwick wiedział, mieściła się w pierwszych sześciu linjach.
Pan Winkle, jak powiedzieliśmy, przeczytał list do ostatniego wyrazu. Potem złożył go starannie i właśnie w chwili, kiedy pan Pickwick spodziewał się wielkiego wybuchu uczuć, umoczył pióro w atramencie i zapytał tak spokojnie, jakgdyby chodziło o rzecz najprostszą w świecie.
„Jaki jest adres Nataniela?“
„Chwilowo oberża pod „Jerzym i Jastrzębiem“, odpowiedział pan Pickwick.
„Pod „Jerzym i Jastrzębiem“. Gdzież to jest?“
„George Yard, Lombard Street“.
„W City?“
Stary gentleman napisał metodycznie adres na liście, włożył go do biurka, zamknął biurko, klucz włożył do kieszeni i rzekł:
„Zapewne nie ma pan nic więcej do powiedzenia, panie Pickwick?“
„Zupełnie nic, drogi panie!“ zawołał nasz gorący filozof z niemiłem zdziwieniem. „Nic zupełnie! Ale czyż nie zechce pan wypowiedzieć mi swego zdania o kroku tak ważnym w życiu syna? Czy nie zechce pan za mojem pośrednictwem oświadczyć zapewnienia o pańskiej niezmiennej miłości i dalszem wspomaganiu? Czyż nie poleci mi pan, bym uspokoił jego żonę? Proszę się nad tem zastanowić, kochany panie!“
„Właśnie chcę się zastanowić. Obecnie nic powiedzieć nie mogę. Jestem człowiekiem interesu, panie Pickwick; nigdy nie biorę się z pośpiechem do żadnej sprawy, a ta, o ile ją znać mogę, nie bardzo mi się podoba. Tysiąc funtów, panie Pickwick, to niewiele“.
„Ma pan słuszność“, wyrwał się Ben Allen, który właśnie ocknął się i przypomniał sobie, że swoje tysiąc funtów przepuścił bez najmniejszej trudności. „Jest pan bardzo rozsądnym człowiekiem. Bobie! Ten człowiek ma dobrze w głowie“.
„Cieszę się bardzo, że pan wyraża się o mnie z takiem uznaniem“, odpowiedział pan Winkle pogardliwie, spoglądając na pana Allena, który z powątpiewaniem potrząsał głową. „To pewna, panie Pickwick“, mówił dalej, „że kiedy pozwoliłem memu synowi podróżować jakiś czas, by poznał świat i ludzi (co czynił pod pańskiemi auspicjami), aby nie wszedł w życie jak żółtodziob, który dopiero co wymknął się ze szkoły, i przez pierwszego lepszego dał się wodzić za nos, to nigdy podobnego wypadku nie uwzględniałem w mym rachunku. Syn mój wie o tem bardzo dobrze. I jeśli teraz cofnę swą pomoc, nie będzie miał prawa dziwić się temu. Zresztą, dowie się jeszcze, co należy. Dobrej nocy. Małgorzato! Otwórz panom drzwi“.
Przez ten czas Bob Sawyer szturchał łokciem Bena, by powiedział coś pojednawczego; Ben podniósł się i, nie czekając długo, przemówił zwięźle, ale dobitnie:
„Panie“, zaczął, utkwiwszy błędne oczy w pana Winkle i mocno gestykulując, „pan... pan powinieneś wstydzić się swego postępku“.
„Rzeczywiście“, odparł pan Winkle; „jako brat tej młodej osoby, jest pan najlepszym sędzią w tej sprawie. Ale dość tego. Ani słowa więcej, panie Pickwick. Dobranoc panu“.
To rzekłszy, stary kupiec, wziął lichtarz i otworzył drzwi, grzecznie wskazując na korytarz.
„Pożałuje pan swego postępku“, rzekł pan Pickwick, zaciskając zęby, by powstrzymać swój gniew, gdyż wiedział, jak ważne jest to pociągnięcie dla jego młodego przyjaciela.
„W tej chwili“, odpowiedział pan Winkle ze spokojem, „jestem wręcz przeciwnego zdania. Dobranoc panom“.
Pan Pickwick wyszedł na ulicę bardzo oburzony. Pan Bob Sawyer, zupełnie zgnębiony stanowczością starego gentlemana, poszedł za jego przykładem. Kapelusz pana Bena Allena potoczył się po schodach, a osoba pana Allena poszła wślad za nim. Trzej towarzysze poszli w milczeniu i bez kolacji spać. Przed zaśnięciem pan Pickwick powiedział sobie, że gdyby był wiedział, jaki formalista jest z pana Winkle senjora, nigdy nie podjąłby się był podobnej misji!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.