<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Ibsen
Tytuł Kobieta morska
Rozdział Akt V
Pochodzenie Wybór dramatów
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1899
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Waleria Marrené
Tytuł orygin. Fruen fra havet
Źródło Skany na Commons
Inne Cały dramat
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Indeks stron
AKT V.
Ustronna część ogrodu doktora Wangla, nad sadzawką, jak w trzecim akcie. Wieczór zapadać zaczyna.

SCENA PIERWSZA.
ARNHOLM, BOLETA, LYNGSTRAND i HILDA z lewéj ukazują się w łodzi przy wybrzeżu. Późniéj BALLESTED.

HILDA. Oto tu można swobodnie na ląd wyskoczyć.
ARNHOLM. Nie, nie rób tego.
LYNGSTRAND. Ależ ja nie mogę skakać.
HILDA. Czy i pan także nie może?
ARNHOLM. Wolę się bez tego obejść.
BOLETA. Lądujmy przy wschodach kąpielowych (posuwają się daléj łodzią).
BALLESTED (w téj saméj chwili wchodzi ścieżką po prawéj stronie. Niesie nuty i waltornię, kłania się będącym w łodzi, zwraca się ku nim i mówi. Odpowiedzi słychać coraz słabiéj). Co państwo mówią? — Naturalnie, to z powodu angielskiego parowca. Bo tego roku jest tu po raz ostatni. Jeśli chcecie posłuchać muzyki, nie będziecie na nią czekać długo (wołając). Co? (wstrząsa głową). Nic nie słyszę.



SCENA DRUGA.
ELLIDA, z szalem zarzuconym na głowę, wchodzi z Wanglem z lewéj strony. BALLESTED.

WANGEL. Ależ droga Ellido — zaręczam ci, czasu jest aż nadto.
ELLIDA. Nie, niéma, on może nadejść każdéj chwili.
BALLESTED (z drugiéj strony płotu). Dobry wieczór, panie doktorze, dobry wieczór, łaskawa pani.
WANGEL. Ach! to pan. Czy tu dziś wieczór będzie grać muzyka?
BALLESTED. Orkiestra złożona z dętych instrumentów chce się dać słyszeć. Brakuje nam teraz rozrywek. Dziś więc, dziś wieczór grać będziemy, na cześć angielskiego parowca.
ELLIDA. Ach! angielskiego parowca. Czy go już widać?
BALLESTED. Jeszcze nie. Wypłynie z głębi fiordu, z pomiędzy wysp. Zanim go spostrzeżemy, już tu będzie.
ELLIDA. Tak — tak bywa?
WANGEL (do Hildy). Dziś jego ostatnia podróż. Już nigdy tu nie powróci.
BALLESTED. Smutna to myśl panie doktorze. Ale dlatego właśnie chcemy go dziś uczcić. Ach! tak jest, wkrótce skończy się wesołe lato, wkrótce wszystkie wodne drogi będą zatamowane, jak to się mówi w tragiedyach.
ELLIDA. Wszystkie wodne drogi, będą zatamowane — tak.
BALLESTED. Smutno o tém myśléć. Byliśmy przez tygodnie i miesiące wesołemi dziećmi lata, ciężko teraz będzie pogodzić się z czasem ciemności — szczególniéj z początku, bo człowiek może się alki... aklimatyzować, nie prawdaż pani, tak może się aklimatyzować (kłania się i wychodzi na lewo).



SCENA TRZECIA.
WANGEL i ELLIDA.

ELLIDA (spogląda na fiord). Ach! to okropne oczekiwanie! Ten ciężki czas, przed powzięciem postanowienia!
WANGEL. Więc trwasz w chęci rozmówienia się z nim?
ELLIDA. Muszę się z nim rozmówić sama, bo tylko wówczas dobrowolny wybór uczynić mogę.
WANGEL. Ty nie masz wyboru, Ellido, nie możesz wybierać, nie dałem ci tego prawa.
ELLIDA. Do wyboru nie możesz mi przeszkodzić, ani ty, ani téż nikt inny. Możesz mi tyko zabronić iść za nim, gdybym tego chciała, możesz mnie gwałtem zatrzymać — wbrew mojéj woli — tak, to możesz, ale nie możesz temu przeszkodzić, abym w głębi mojéj istoty uczyniła wybór i wybrała nie ciebie, gdyby tak być musiało.
WANGEL. Masz słuszność, temu przeszkodzić nie mogę.
ELLIDA. A przytém, cóż tutaj mogłoby dać mi siłę oporu? Nic, mnie tu nic nie wiąże, nic nie powstrzymuje. Nie zakorzeniłam się w twoim domu. Dzieci do mnie nie należą — mam na myśli ich serca. Nigdym ich nie posiadała. Gdy odjadę — jeśli odjadę — albo dziś w nocy z nim, albo jutro do Skiöldvik, nie będę miała żadnego klucza do zdania, żadnych rozkazów nie zostawię, względem czegokolwiek bądź. Absolutnie nie zakorzeniłam się w twoim domu. Byłam tu od pierwszéj chwili zupełnie obca i bez obowiązków.
WANGEL. Samaś tego chciała.
ELLIDA. Nie, bynajmniéj, anim chciała, ani nie chciała, tylko po prostu pozostawiłam wszystko tak, jak było w dniu, kiedym tu przybyła. To ty sam — a nie kto inny, tak rzeczy urządził.
WANGEL. Sądziłem, że tak będzie dla ciebie najlepiéj.
ELLIDA. Ach! ja wiem o tém, ale widzisz, każda rzecz ma swoje następstwa, bo teraz nic mnie tu nie zatrzymuje, nic nie wiąże, nic nie przychodzi mi w pomoc. Brak mi tych drobnych powszednich nici, które powinny były tkwić wspólnie w głębi naszéj istoty.
WANGEL. Widzę to dobrze, Ellido i dlatego od jutra wrócę ci swobodę. Będziesz mogła nadal żyć wedle swéj woli.
ELLIDA. I ty to nazywasz życiem! Nie, moje właściwe życie wykolejone zostało, gdym się zgodziła zostać twoją (łamie ręce pełna niepokoju). A teraz — téj nocy — za jakie pół godziny, przyjdzie ten, któremu się przeniewierzyłam — ten, dla którego powinnam była być tak stałą, jak on był dla mnie. On przychodzi i nakazuje mi, po raz ostatni — rozpocząć nowe życie, życie prawdy — życie które mnie przeraża i pociąga, a którego się wyprzeć nie mogę — przynajmniéj z własnéj woli.
WANGEL. Właśnie dlatego trzeba, ażeby twój mąż i zarazem lekarz, skrępował twą wolę i działał za ciebie.
ELLIDA. Tak, ja to rozumiem. Wierz mi, są chwile, gdzie zdaje mi się, że w tobie byłby mój ratunek, moje bezpieczeństwo, gdybym mogła do ciebie się zwrócić, i spróbować oprzeć się téj przerażającéj i pociągającéj potędze. Ale tego także nie mogę. Nie, nie mogę.
WANGEL. Chodź, Ellido, przejdźmy się trochę.
ELLIDA. Chciałabym, tylko nie śmiem, bo on powiedział, żeby tu na niego czekać.
WANGEL, Chodź, chodź, masz jeszcze dosyć czasu.
ELLIDA. Tak sądzisz?
WANGEL. Masz dość czasu, powiadam,
ELLIDA. Więc chodźmy (wychodzą w głębi na prawo).



SCENA CZWARTA.
ARNHOLM i BOLETA wchodzą bliżéj z prawéj strony, brzegiem sadzawki.

BOLETA (pokazując odchodzących). Widzi pan.
ARNHOLM (cicho). Cicho! Niech sobie idą.
BOLETA. Czy pan rozumie, co w tych ostatnich dniach zaszło między niemi?
ARNHOLM. Zauważyłaś to?
BOLETA. Czym zauważyła?
ARNHOLM. Czy co nadzwyczajnego?
BOLETA. Wiele rzeczy nadzwyczajnych. A pan?
ARNHOLM. Ja sam nie wiem.
BOLETA. Zauważył pan niezawodnie, tylko nie chcesz mi tego powiedziéć.
ARNHOLM. Zdaje mi się, że macosze posłuży ta wycieczka.
BOLETA. Tak pan sądzi?
ARNHOLM. Sądzę, że byłoby dobrze dla obydwóch stron, gdyby od czasu do czasu wyjeżdżała z domu.
BOLETA. Gdy jutro wyjedzie do Skiöldvik, niezawodnie nigdy tu już nie powróci!
ARNHOLM. Z czego to wnosisz, droga Boleto?
BOLETA. Jestem o tém przekonana. Zobaczy pan, że nie powróci, przynajmniéj dopóki Hilda i ja będziemy w domu.
ARNHOLM. I Hilda także?
BOLETA. No z Hildą możeby się to jeszcze ułagodziło, bo to prawie dziecko, a nawet zdaje mi się, że w głębi duszy uwielbia ona Ellidę, ale ze mną jest trochę inaczéj. Widzi pan, macocha niewiele co starsza odemnie...
ARNHOLM. Droga Boleto, może niedługo pozostaniesz w domu...
BOLETA (z żywością). Co pan mówi? Może dotknąłeś z ojcem tego przedmiotu?
ARNHOLM. Tak jest, mówiłem o tém.
BOLETA. I cóż on powiedział?
ARNHOLM. Hm! w téj chwili ojciec jest tak bardzo zajęty innemi rzeczami.
BOLETA. Przewidywałam to z góry.
ARNHOLM. Tyle tylko z niego wydobyłem, że na jego pomoc rachować nie możesz.
BOLETA. Nie.
ARNHOLM. Mówił ze mną szczegółowo o swojém położeniu, tłómaczył, że niepodobna mu tego uczynić.
BOLETA (z wyrzutem). I pan miałeś serce, tak ze mnie zażartować?
ARNHOLM. Nigdybym tego nie zrobił, droga Boleto. Od ciebie saméj zależy opuścić dom, lub w nim pozostać.
BOLETA. Co pan mówi? Jakże to odemnie zależy?
ARNHOLM. Czy chcesz poznać świat szerszy, uczyć się, czego ci się zachce, miéć to wszystko, za czém tęsknisz w domu? Wieść życie inne, w przyjemniejszych warunkach? Cóż mówisz na to, Boleto?
BOLETA (składając ręce). Wielki Boże! Ależ to niemożliwe, skoro ojciec nie może i nie chce, to... Przecież nie mam na świecie nikogo, do kogobym się zwrócić mogła.
ARNHOLM. Czyżbyś się nie zgodziła przyjąć maleńką pomoc od twego starego nauczyciela?
BOLETA. Od pana, pan chciałbyś...
ARNHOLM. Stanąć przy tobie? — Z całego serca radą i czynem, możesz na tém polegać. No cóż? Zgadzasz się?
BOLETA. Czy ja się zgadzam! Wyjechać stąd, zobaczyć trochę świata, uczyć się gruntownie. Mieć to wszystko, co wydawało mi się cudowném, ale niedościgłém.
ARNHOLM. Tak, to wszystko miéć możesz, jeśli tylko zechcesz.
BOLETA. I pan chce mi dopomódz do osiągnięcia tego niewypowiedzianego szczęścia! Ach! Boże! Ale czyż mogę przyjąć taką ofiarę od osoby obcéj?
ARNHOLM. Odemnie przyjąć ją możesz, odemnie możesz przyjąć wszystko.
BOLETA (chwytając jego ręce). Tak! wierzę, iż mogę. Chociaż nie wiem dlaczego (wybuchając). Mam ochotę płakać i śmiać się z radości, ze szczęścia. Więc na prawdę żyć będę! Zaczynałam się już lękać, że się tu zmarnieje na zawsze.
ARNHOLM. Tego nie możesz się lękać. Powiedz mi jednak szczerze, czy cię tutaj nic nie wiąże!
BOLETA. Mnie? Nic wcale.
ARNHOLM. Nic zupełnie?
BOLETA. Nic. To jest, ojciec wiąże mnie pod pewnym względem. Hilda także przecież...
ARNHOLM. Ojca musisz prędzéj, lub późniéj opuścić. Hilda także znajdzie w życiu własną drogę. Jest to tylko kwestya czasu — nic więcéj. Prócz tego, nic cię tu nie zatrzymuje, żadna skłonność, żadne uczucie?
BOLETA. Żadne. Jeżeli o to idzie, mogę wyjechać w jakąkolwiek świata stronę.
ARNHOLM. Kiedy tak, droga Boleto, to wyjedziesz ze mną.
BOLETA (klaszcząc w ręce). Wielki Boże! Co za szczęście!
ARNHOLM. Spodziewam się, że masz we mnie zupełne zaufanie?
BOLETA. O, mam.
ARNHOLM. Śmiało więc siebie i swoję przyszłość oddajesz w moje ręce? Nieprawdaż Boleto?
BOLETA. Naturalnie. Dla czegóżby nie. Czy możesz pan o tém wątpić? Pan — mój stary nauczyciel. Chciałam powiedzieć, mój dawny nauczyciel.
ARNHOLM. Czy tylko z tego powodu? To rzecz mniejszéj wagi. Jesteś tedy zupełnie swobodną, Boleto, nie związaną niczém. A więc zapytuję cię, czy chcesz powierzyć mi się na całe życie?
BOLETA (przestraszona cofając się) Co pan mówi?
ARNHOLM. Tak, na całe życie, Boleto? Czy chcesz zostać moją żoną?
BOLETA (do siebie). Nie, nie, to niemożebne, zupełnie niemożebne.
ARNHOLM. Czy to doprawdy dla ciebie niemożebne?
BOLETA. Pan tego nie mówi na prawdę (spogląda na niego). Więc to miałeś na myśli, obiecując tyle dla mnie zrobić?
ARNHOLM. Posłuchaj mnie, Boleto. Jak widzę, zadziwiłem cię bardzo.
BOLETA. Jakżeżby coś podobnego z pana strony zdziwić mnie nie miało?
ARNHOLM. Masz słuszność. Nie wiedziałaś, nie mogłaś wiedzieć, że dla ciebie przyjechałem tutaj.
BOLETA. Pan przyjechał dla mnie?
ARNHOLM. Tak jest, Boleto. Na wiosnę, odebrałem list od twego ojca, a w tym liście był ustęp, z którego wniosłem — hm — żeś swego dawnego nauczyciela wspominała z uczuciem więcéj niż przyjazném.
BOLETA. Jakże ojciec mógł to napisać!
ARNHOLM. On zupełnie co innego chciał powiedzieć, ale ja zżyłem się z tą myślą, że tutaj młoda dziewczyna tęskniła za mną. Nie przerywaj mi, droga Boleto — kiedy kto tak jak ja, przejdzie lata młodości, to taka wiara, czy takie wyobrażenie, głęboko ryje się w sercu. We mnie zbudziła się wdzięczność i skłonność ku tobie. Czułem, że muszę tu przyjechać, zobaczyć cię, powiedziéć, że podzielam uczucie, jakie wyobrażałem sobie, że masz dla mnie.
BOLETA. Ale skoro pan wie teraz, że tak nie było, że tu zaszła pomyłka...
ARNHOLM. Nic nie pomoże, Boleto. Twój obraz, który noszą w duszy, będzie miał zawsze barwy, kształty i nastrój wywołane pomyłką. Może tego nie rozumiesz, jednakże tak jest.
BOLETA. Nigdy mi przez głowę nie przeszło, by mogło stać się coś podobnego.
ARNHOLM. Ale kiedy się pokazało, że to byłoby możliwe? Cóż powiesz na to, Boleto? Czy nie możesz się zdecydować zostać moją żoną?
BOLETA. Mnie się to zdaje zupełnie niepodobném. Pan, który był moim nauczycielem... Nie mogę sobie wyobrazić, bym była z panem w innym stosunku.
ARNHOLM. Skoro jesteś o tém przekonaną... Jednak nasze układy pozostają niezmienne.
BOLETA. Jak to pan rozumie?
ARNHOLM Naturalnie dotrzymam moich obietnic, postaram się, ażebyś stąd wyjechała i poznała świat, żebyś się uczyła tego, czego pragniesz, miała zapewniony spokojny byt. Przyszłość twoją zabezpieczę także, Boleto. Znajdziesz we mnie zawsze wiernego, oddanego ci przyjaciela, na to możesz z pewnością rachować.
BOLETA. O Boże! panie profesorze. Teraz stało się to niemożebném.
ARNHOLM. To także?
BOLETA. Ma się rozumiéć, po tém, coś mi pan wyznał — i odpowiedzi, jaką ci dałam. Teraz nic nie mogę przyjąć od pana — po tém, co się stało.
ARNHOLM. Więc chcesz tu w domu pozostać i swoje życie zmarnować?
BOLETA. Ach! jak o tém straszno pomyśleć.
ARNHOLM. Więc wyrzekasz się zamiaru wyjrzenia na świat, prowadzenia życia, jakie pragniesz. A czy pomyślałaś o tém ogromie wiedzy, którego nie pokosztujesz? Zastanów się dobrze nad tém, Boleto.
BOLETA. Ach! tak. Pan masz wielką słuszność.
ARNHOLM. A przytém, gdybyś straciła ojca, została samą, bezradną na świecie, albo też była zmuszoną oddać się mężowi — któregobyś także nie kochała.
BOLETA. Tak, to wszystko prawda, co mi pan mówi. Jednak pomimo... A może téż...
ARNHOLM (szybko). Cóż?
BOLETA (patrzy na niego niepewna). Może téż, nie byłoby to zupełném niepodobieństwem...
ARNHOLM. Co, Boleto?
BOLETA. By się to zrobić mogło — możebym zgodziła się na to, co mi pan proponował.
ARNHOLM. Może chcesz przynajmniéj sprawić mi tę radość i pozwolisz przyjść ci z pomocą, jako wiernemu przyjacielowi.
BOLETA. Nie, nie, nigdy. To niepodobna. Już lepiéj weź mnie pan.
ARNHOLM. Boleto! Chciałabyś?
BOLETA. Tak — zdaje mi się, że chcę.
ARNHOLM. Zgodziłabyś się zostać moją żoną?
BOLETA. Tak, jeśli pan jeszcze chce mnie wziąć.
ARNHOLM. Czy ja chcę? (chwyta jéj ręce). O dzięki! dzięki! Boleto. To, coś mówiła, twoje niezdecydowanie — to mnie nie przeraża. Choćbym nie posiadał całego twego serca, potrafię go zdobyć. Boleto! będę cię nosił na rękach.
BOLETA. Ale ja będę mogła rozejrzeć się po świecie, żyć pełném życiem? Obiecałeś mi to pan.
ARNHOLM. I dotrzymam.
BOLETA. I będę mogła uczyć się, czego tylko zechcę?
ARNHOLM. Sam będę twoim nauczycielem, tak samo jak dawniéj, pomyśl o ostatnim roku szkolnym.
BOLETA (zamyślona). Wyobrazić sobie, że się jest swobodną, że będzie można polecieć na obczyznę, nie być zmuszoną kłopotać się przyszłością, ani troskać o marne wydatki.
ARNHOLM. O tém wszystkiém wcale nie będziesz potrzebowała myśléć. A to także ma swój powab. Nieprawdaż?
BOLETA. Prawda, wielka prawda.
ARNHOLM (obejmuje ją). Zobaczysz, jak się urządzimy wygodnie i mile. Jak dobrze, spokojnie, uczciwie będziemy wychodzić jedno z drugiém.
BOLETA. Tak, zaczynam pojmować.... Zdaje mi się... że to będzie dobrze (spogląda na prawo i szybko wyswobadza się z jego objęcia). Ale nie mówmy jeszcze nic.
ARNHOLM. Co ci jest, najdroższa?
BOLETA. Ah! ten biedak (pokazuje kogoś).
ARNHOLM. Twój ojciec?
BOLETA. Nie, ten młody rzeźbiarz nadchodzi z Hildą.
ARNHOLM. Hm, Lyngstrand. Cóż to za jeden?
BOLETA. Wie pan przecież, jak jest chory i osłabiony.
ARNHOLM. Jeśli tylko nie jest to wymarzona choroba?
BOLETA. O, nie, to choroba prawdziwa. Żywot jego nie długi, ale może to i lepiéj dla niego.
ARNHOLM. Czemuż to, najdroższa, ma być dla niego lepiéj?
BOLETA. Bo — bo może nie wyszedłby na prawdziwego artystę. Chodźmy stąd, zanim oni nadejdą.
ARNHOLM. Najchętniéj, droga Boleto (kierują się oboje na lewo). Hilda i Lyngstrand nadchodzą brzegiem sadzawki z prawéj strony).



SCENA PIĄTA.
HILDA i LYNGSTRAND.

HILDA. Hola! hola! Czy państwo na nas nie chcą zaczekać?
ARNHOLM. My z Boletą, wolimy iść naprzód (wychodzą na lewo).
LYNGSTRAND (śmieje się po cichu). Jakże tu teraz rozkosznie. Wszyscy chodzą parami. Widzę tylko ludzi idących we dwoje.
HILDA (patrząc mu w oczy). Mogę przysiądz, że on teraz o nią się stara.
LYNGSTRAND. Czyś pani coś zauważyła?
HILDA. Rzecz wcale nie trudna, skoro się ma oczy.
LYNGSTRAND. Ale panna Boleta się nie zgodzi, jestem tego pewny.
HILDA. Nie, bo mniema, że on się strasznie zestarzał i sądzi, że wkrótce będzie łysym.
LYNGSTRAND Nietylko dlatego. Onaby go i tak nie chciała.
HILDA. Skąd pan to może wiedziéć?
LYNGSTRAND. Bo jest ktoś inny, o którym obiecała myśléć.
HILDA. Myśléć tylko?
LYNGSTRAND. Tak w czasie nieobecności.
HILDA. To może pan jest tym, o którym ma myśléć?
LYNGSTRAND. Być może.
HILDA. I obiecała to panu?
LYNGSTRAND. Tak jest, obiecała, tylko proszę jéj nie mówić, że pani o tém wie.
HILDA. Niech Bóg broni, będę milczéć jak grób.
LYNGSTRAND. Zdaje mi się, że to bardzo ładnie z jéj strony.
HILDA. Pewnie pan się z nią zaręczy za powrotem? A potém się pobierzecie?
LYNGSTRAND. Nie, to nie byłoby stosowném, bo w pierwszym roku nie będę mógł jeszcze myśléć o małżeństwie, a kiedybym się wreszcie wybił, ona byłaby dla mnie za starą.
HILDA. A pomimo to, żądasz pan, by zawsze o panu myślała?
LYNGSTRAND. Bo to będzie pożyteczném dla mnie, dla mnie jako artysty, rozumie pani, a dla niéj to przyjdzie łatwo, skoro nie ma innego celu w życiu. Zawsze to ładnie z jéj strony.
HILDA. Więc panu się zdaje, że łatwiéj ci będzie pracować nad dziełami sztuki, gdy Boleta będzie o panu myśléć, siedząc tu w domu?
LYNGSTRAND. Tak, wyobrażam to sobie. Widzi pani, wiedziéć, że gdzieś na świecie jest młoda, słodka i cicha kobieta, która o nas myśli i marzy — to musi — nie wiem dobrze, jakby to powiedziéć.
HILDA. Zapewne chce pan powiedziéć, że to musi podniecać.
LYNGSTRAND. Podniecać! ach tak, to rzecz podniecająca (spogląda na nią przez chwilę). Pani jest tak mądrą, panno Hildo, jest pani niezwykle mądrą. Gdy powrócę, będzie pani w tych latach, co teraz siostra, może téż będzie pani wyglądać tak, jak ona teraz, a może nawet miéć będziesz te same uczucia. Może wówczas będzie pani jakby nią, spłyniecie się w jednę postać.
HILDA. I pan mógłbyś?
LYNGSTRAND. Sam nie wiem. Tak mi się zdaje, ale na teraźniejsze lato wolę, żebyś pani była taką, jaką jesteś, zupełnie taką.
HILDA. Taką się panu podobam.
LYNGSTRAND. O tak! niezmiernie!
HILDA. Hm! powiedz mi pan jako artysta — czy się panu podoba, że noszę jasne letnie suknie?
LYNGSTRAND. Bardzo!
HILDA. Więc sądzi pan, że mi do twarzy w jasnych kolorach?
LYNGSTRAND. Według mego smaku, bardzo do twarzy.
HILDA. Powiedz mi pan jeszcze — jako artysta — jakby mi było w czarnym kolorze?
LYNGSTRAND. W czarnym?
HILDA. Tak, zupełnie w czerni. Czy sądzi pan, żeby mi było dobrze?
LYNGSTRAND. Kolor czarny nie jest w lecie właściwy, ale zdaje mi się, żeby w nim pani było doskonale, przy twéj powierzchowności.
HILDA (patrząc przed siebie). W czerni, aż po szyję. Do tego czarny kołnierzyk, czarne rękawiczki, a z tyłu długi czarny welon.
LYNGSTRAND. Gdybyś się pani w ten sposób ubrała, to chciałbym być malarzem i zrobiłbym twój obraz, jako młodéj wdowy w żałobie.
HILDA. Albo téż, jako młodą narzeczoną w żałobie.
LYNGSTRAND. Tak, toby jeszcze lepiéj do pani pasowało. Ale pani nie będzie chciała ubierać się w ten sposób?
HILDA. Sama nie wiem, to byłoby takie podniecające.
LYNGSTRAND. Podniecające!
HILDA. Tak, podniecające (wskazuje coś nagle na lewo). Patrz pan tam.
LYNGSTRAND (oglądając się). Wielki parowiec angielski. Bliziutko już w przystani.



SCENA SZÓSTA.
Poprzedni, WANGEL i ELLIDA ukazują się z prawéj strony nad sadzawką.

WANGEL. Zaręczam ci, że się mylisz droga, Ellido (spostrzegając tamtych). Co? oboje tutaj. Nieprawdaż, panie Lyngstrand, że go jeszcze nie widać?
LYNGSTRAND. Wielkiego parowca?
WANGEL. No tak.
LYNGSTRAND (wskazując). Już tu jest, panie doktorze.
ELLIDA. Ach! wiedziałam o tém dobrze.
WANGEL. Przybył już.
LYNGSTRAND. Przypłynął jak złodziéj w nocy, można to powiedziéć. Nikt nic nie słyszał.
WANGEL. Odprowadź pan Hildę na wybrzeże. Chciałaby słyszéć muzykę. Śpieszcie się.
LYNGSTRAND. Właśnie chcieliśmy iść, panie doktorze.
WANGEL. My tam może także przyjdziemy niedługo.
HILDA (szepcze Lyngstrandowi). Ci także chodzą parami (wychodzą na lewo przez ogród).
Wczasie następnéj sceny, słychać z nad fiordu muzykę dętych instrumentów.



SCENA SIÓDMA.
ELLIDA, WANGEL potém obcy człowiek.

ELLIDA. On tu jest... ja to czuję.
WANGEL. Odejdź lepiéj, Ellido, ja sam się z nim rozmówię.
ELLIDA. Ach! to niepodobna, mówię ci, że niepodobna (z okrzykiem). Widzisz go?
OBCY (przychodzi z lewéj strony i zostaje na ścieżce po za ogrodzeniem). Dobry wieczór! Otóż jestem znowu, Ellido.
ELLIDA. Tak, tak — teraz nadeszła godzina.
OBCY. Czyś do drogi gotowa, czy nie?
WANGEL. Widzisz pan przecież, że nie.
OBCY. Nie pytam o podróżny ubiór i tym podobne rzeczy. Nie pytam także o zapakowane kufry. Wszystko, co potrzebne w drodze, mam na statku. Postarałem się także o kajutę (do Ellidy). Pytam cię więc, czyś gotowa iść ze mną, ale iść z własnéj nieprzymuszonéj woli.
ELLIDA (błagalnie). Nie pytaj mnie. Nie wódź w ten sposób na pokuszenie.

(Słychać w oddali dzwonek na statku).
OBCY. Po raz pierwszy dzwonią na statku. Musisz teraz powiedziéć, tak lub nie.

ELLIDA (załamując ręce). Postanowienie. Postanowienie na całe życie. To, co się raz stanie, nigdy odstać się nie może.
OBCY. Nigdy. Za pół godziny, będzie już za późno.
ELLIDA (spogląda na niego nieśmiało i badawczo). Czemu się tak przy mnie upierasz?
OBCY. Alboż nie czujesz, że należeliśmy jedno do drugiego.
ELLIDA. Czy z powodu owych zaręczyn?
OBCY. Zaręczyny nikogo nie wiążą, ani mężczyzn, ani kobiet. Jeżeli się tak silnie przy tobie upieram, to dlatego, że inaczéj uczynić nie mogę.
ELLIDA (cicho i zająkliwie). Czemuż nie przybyłeś wcześniéj?
WANGEL. Ellido!
ELLIDA (z gwałtownym krzykiem). Ach! to, co kusi i wiąże i pociąga w nieznane. Cała siła morza spoczywa w tém jedném.
OBCY (przechodzi przez płot ogrodowy).
ELLIDA (kryjąc się za Wangla). Co to jest? Czego chcesz?
OBCY. Widzę i słyszę, Ellido. Nareszcie mnie wybierasz.
WANGEL (idąc na przeciw niemu). Moja żona nie może czynić żadnego wyboru. Ja tu jestem, ażeby za nią wybierać i bronić jéj. Jeżeli pan się nie oddali stąd, lub chciałby tu powrócić — wiedz przynajmniéj, na co się narażasz.
ELLIDA. Nie, nie, wszystko, byle nie to.
OBCY. Cóż mi grozi?
WANGEL. Każę cię uwięzić jako przestępcę, zanim dostaniesz się na twój statek, bo jestem dokładnie powiadomiony o morderstwie popełnioném w Skiöldvik.
ELLIDA (do męża). Jak możesz...
OBCY. Byłem na to przygotowany i dlatego (dobywa rewolwer z kieszeni) i dlatego się uzbroiłem.
ELLIDA (rzucając się pomiędzy niego a męża). Nie, nie zabijaj go, zabij mnie.
OBCY. Ani jego, ani ciebie. Nie lękaj się, rewolwer mam tylko dla własnéj obrony. Chcę żyć i umierać wolny.
ELLIDA (z wzrastającym podnieceniem do męża). Słuchaj, muszę ci powiedziéć i powiedziéć w jego obecności. Tak, możesz mnie zatrzymać, masz po temu siły i środki, uczynisz to niezawodnie, ale moje uczucia, moje myśli, moje tęsknoty i gorące pragnienia — tych powstrzymać nie możesz. One się będą wyrywać i leciéć stąd daleko, w tę przyszłość nieznaną, dla któréj byłam stworzoną, a którą ty zamknąłeś przedemną,
WANGEL (z cichym smutkiem). Widzę to dobrze, Ellido, wymykasz mi się coraz więcéj, pragnienie tego co bezbrzeżne i bezgraniczne — co niedoścignione, może wreszcie w noc czarną, pogrąży twój umysł.
ELLIDA. Tak jest, czuję nad moją myślą jakby ciche, czarne rozpostarte skrzydła.
WANGEL. Do tego nie dojdzie. Niéma więc dla ciebie innego ratunku, przynajmniéj ja go nie widzę i dlatego — dlatego tylko — cofam wszystkie nasze umowy. Teraz więc możesz wybierać swoję drogę w swobodzie — w zupełnéj swobodzie.
ELLIDA (przez chwilę spogląda na niego bez słów). Czy to prawda — czy to prawda — coś powiedział! Czyś to powiedział z głębi serca?
WANGEL. Tak, mówię z głębi zbolałego serca.
ELLIDA. I gotów jesteś pozwolić, by się to spełniło?
WANGEL. Gotów jestem i na to, bo mam dla ciebie niewypowiedzianą miłość.
ELLIDA (cicho ze drżeniem). Tak bardzo, tak głęboko mnie kochałeś.
WANGEL. Ukochałem przez lata wspólnego pożycia.
ELLIDA (składając ręce). A ja — ja tego nie umiałam dostrzedz.
WANGEL. Myśli twoje błądziły gdzieindziéj. Teraz jednak jesteś zupełnie oswobodzona odemnie, od wszystkiego, co jest mojém, i wszystkich moich. Teraz więc, twoje życie może wrócić do swéj właściwéj kolei. Teraz masz wolny wybór i możesz go uczynić, na własną odpowiedzialność, Ellido.
ELLIDA (chwyta się za głowę, wpatrzona w Wangla). Wolny wybór i odpowiedzialność. Odpowiedzialność także, w tém leży cała zmiana.

(Słychać znowu dzwonek na okręcie).

OBCY. Słyszysz, Ellido. Dzwonią po raz ostatni. Chodź.
ELLIDA (zwraca się ku niemu, patrzy na niego z postanowieniem i mówi silnym głosem). Nigdy w życiu z tobą nie pójdę, po tém, co się stało.
OBCY. Nie pójdziesz?
ELLIDA (obejmujące Wangla). Ciebie nie porzucę nigdy w życiu, po tém, co się stało.
WANGEL. Ellido! Ellido!
OBCY. A zatem po wszystkiém?
ELLIDA. Po wszystkiém, na zawsze.
OBCY. Widzę to. Tu jest coś silniejszego od mojéj woli.
ELLIDA. Twoja wola odtąd niéma na mnie żadnego wpływu. Jesteś dla mnie jakby topielcem, który się z morza wyłonił i tam powrócił. Już mnie więcéj nie przerażasz i niczém nie nęcisz.
OBCY. Żegnam cię pani Wangel (przechodzi przez płot). Dla mnie także jesteś niczém, zaledwie jedném więcéj rozbiciem w życiu (wychodzi na lewo).



SCENA ÓSMA.
WANGEL i ELLIDA.

WANGEL (spogląda na nią przez chwilę). Ellido, twoja dusza jest jak morze, ma odpływy i przypływy. Skądże ta przemiana?
ELLIDA. Czyż nie rozumiesz, że ta przemiana przyjść musiała, gdym swobodnie mogła wybierać?
WANGEL. A nieznane — czy cię już nie kusi?
ELLIDA. Już mnie ani przeraża, ani wabi. Mogłam w nie spojrzéć, mogłam się w nie rzucić, gdybym była chciała. Mogłam je wybrać i dlatego także mogłam je odrzucić.
WANGEL. Zaczynam cię pojmować, pojmuję coraz lepiéj. Myślisz i czujesz obrazami. Tęsknota i pragnienie morza, twój pociąg do niego były wyrazem budzącéj się i wzrastającéj w tobie potrzeby swobody — nic innego.
ELLIDA. Nie wiem, co ci mam powiedziéć, ale byłeś dla mnie najlepszym z lekarzy. Znalazłeś środek właściwy i odważyłeś się go użyć, a to był środek jedyny, który mógł mnie uzdrowić.
WANGEL. Tak, w chwilach ostatecznego niebezpieczeństwa, my lekarze ważymy się, na wiele rzeczy. Więc wracasz do mnie, Ellido?
ELLIDA. Tak jest, najdroższy, najwierniejszy, powracam do ciebie. Teraz mogę to uczynić, bo przychodzę z zupełną swobodą, własnowolnie i na własną odpowiedzialność.
WANGEL (patrzy na nią serdecznie) Ellido! Ellido. I wystawić sobie, że teraz żyć możemy, jedno dla drugiego.
ELLIDA. I miéć wspólne w spomnienia życiowe. Moje są twojemi i twoje mojemi.
WANGEL. Nieprawdaż, najdroższa?
ELLIDA. I żyć będziemy dla dwojga naszych dzieci.
WANGEL. Naszych! powiedziałaś naszych.
ELLIDA. Dla tych, których nie posiadam, ale które chcę zdobyć.
WANGEL. Naszych! (całuje uszczęśliwiony jéj ręce). O dzięki ci, za to słowo.



SCENA DZIEWIĄTA.
Poprzedni, HILDA, BALLESTED, LYNGSTRAND, ARNHOLM i BOLETA wchodzą z lewéj strony ogrodu, a zarazem wiele młodzieży z miasta i z pomiędzy letnich przybyszów ukazują się na ścieżce.

HILDA (pocichu do Lyngstranda). Patrz pan, doprawdy ona i ojciec wyglądają na parę narzeczonych.
BALLESTED (który ją usłyszał). Lato, moja panienko.
ARNHOLM (patrzy na Wangla i Ellidę). Angielski parowiec odpływa.
BOLETA (idzie ku ogrodzeniu). Stąd, można go najlepiéj widzieć.
LYNGSTRAND. Ostatnia jego tegoroczna podróż.
BALLESTED. Wkrótce wszystkie wodne drogi będą zamknięte, jak mówi poeta. Nieprawdaż, że to smutne, pani doktorowo? A jeszcze, tracimy cię na czas jakiś. Słyszałem, że jutro odjeżdża pani do Skiöldvik.
WANGEL. Nie, z tego nic nie będzie, dziś wieczór zrobiliśmy inne postanowienie.
ARNHOLM (patrzy na niego uważnie). Rzeczywiście?
BOLETA (zbliżając się do Wangla). Czy to prawda, ojcze?
HILDA (przybiegając do Ellidy). Więc zostajesz z nami?
ELLIDA. Tak droga Hildo, jeżeli chcesz mnie miéć.
HILDA (pomiędzy płaczem, a śmiechem). Ach! czy ja chcę!
ARNHOLM (do Ellidy). To prawdziwa niespodzianka.
ELLIDA (z uśmiechem). Przypomnij pan sobie to, cośmy wczoraj mówili. Gdy jaka istota stała się mieszkanką ziemi — nie odnajdzie już nigdy drogi do morza, ona by w morzu żyć nie potrafiła.
BALLESTED. To zupełnie tak, jak moja morska kobieta.
ELLIDA. Coś podobnego.
BALLESTED. Z tą różnicą, że kobieta morska umiera na lądzie, a ludzie przeciwnie, ludzie mogą się aklimatyzować.
ELLIDA. Tak mogą, gdy mają swobodę.
WANGEL. I odpowiedzialność, droga Ellido.
ELLIDA (prędko podając mu rękę). To właśnie (wielki parowiec przepływa cicho po fiordzie. Muzyka się przybliża).





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Henryk Ibsen i tłumacza: Waleria Marrené.