Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom drugi/VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom drugi
Pobierz jako: Pobierz Cały tom drugi jako ePub Pobierz Cały tom drugi jako PDF Pobierz Cały tom drugi jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI.

Jak skoro doszła Kordeckiego wieść o uwięzieniu braci, łatwo się domyślił, co ich tam czekało w niewoli u szweda; ukląkł biedny i zapłakał, aż Miecznik musiał trzeźwić go słowy, wystawując że Miller jakkolwiek okrutny i samowładny, zbrodni się nad niemi nie dopuści, boby ta po całym polskim gruchnęła kraju i zaszkodziła sprawie Karola Gustawa.
— Zresztą, — dodał zaraz — macie mnie jeśli chcecie, w gotowości do traktowania, ja sam pójściem gotów, by ich uwolnić, niech tylko Miller da przyzwoitego zakładnika.
— Wy! — zawołał Przeor — prawa ręka i wódz Jasnéj-Góry! zlitujcie się! to być nie może!
— Pozwólcie mi tylko, pójdę chętnie, Bogiem się świadczę. Zyszczemy na czasie, zresztą ja może lepiéj, może inaczéj z Millerem od zakonników mówić potrafię. Byle tylko dał zakładnika gotów jestem téj chwili...
To mówiąc z rzeskością lat młodych, wyskoczył i posłał od siebie z wrót trębacza, wzywając, aby mu odpowiedniego znaczenia zakładnika dano, że sam do Millera przybyć zamyśla.
Ale to śpieszne postanowienie mężnego człowieka, stojącego na czele obrońców Częstochowéj, we wszystkich znalazło opór, Przeor biegł sam odwodzić od niego, też i pani Zamojska poważna matrona, któréj pośpieszono dać znać o tém, przybiegła z synem do męża.
Piękna to była postać, typ owéj polskiéj niewiasty lat starych, jakich twarze, dziś tylko już na popękanych widzimy płótnach: wysoka, poważna, silna i czerstwa, ale skromna i powolna, w oczach miała wyraz potęgi ducha, zarazem i tego pobożnego posłuszeństwa, które znamionowało kobiety nasze. Towarzyszka żywota i myśli męża, nie spieszyła mu odradzać poświęcenia, ale się raczéj dowiedzieć o nim i odwrócić niebezpieczeństwo, jeśliby było nieużyteczne, uwagą, łagodném przypomnieniem wszystkich obowiązków. Wiedziała że Miecznik rady jéj nie odrzuci.
Pan Stefan młodzieniec lat dwudziestu kilku, szedł wiodąc matkę z uszanowaniem dziecięcia, z posłuszeństwem syna; nie miałby prawa nic ojcu powiedzieć, miał prawo pokazując mu się, przypomnieć.
Właśnie pan Miecznik wydał rozkazy i wysłał trębacza, gdy powracając spotkał żonę.
— Co to Teklusiu, — rzekł trochę zafrasowany — jejmość już któś nastraszył?
— Nie, panie Stefanie, — odpowiedziała spokojnie, — nie takiżto ze mnie tchórz, choć w czepku chodzę, bym się lada czego ulękła. Ale cóż to tak nagle postanowiliście, nic mi o tém przecie nie wspominałeś.
— Bo to tak przyszło serce moje, jak z procy. Ot, wiesz, xiądz Błeszyński z Małachowskim uwięzieni przez szweda, chcą tam koniecznie kogoś z pełną mocą do traktowania; jużciż kiedy ci xięża cierpią i nam z założonemi rękoma, stać się nie godzi; — jak cię kocham moja duszko, dodał, to koniecznie potrzebne.
— Czyż koniecznie potrzebne? — spytała poglądając mu w oczy, — czy tylko tak pan Stefan gorąco wziął do serca?
— Ale wierzaj mi Teklusiu, tak jest.
— Już się nie przeciwię, uchowaj Boże, ani odradzam, co potrzeba i co sumienie lub poczciwość każe, rób, aleś ty i tu potrzebny. Na co się narażać? wiedząc żeś tu wodzem i głową, oni cię pewnie zatrzymają.
W tém i przeor nadszedł.
— Panie Mieczniku! — wołał — nic z tego nie będzie, ja cię nie puszczę.
— Ale pozwólcież i mnie trochę udziału w dobréj sprawie — rzekł Zamojski — wszystkobyście na siebie samych wzięli; a i mnież się chce listka z waszego wieńca!
— Wieńca, mój dobrodzieju, innego nad ten który mi brat Jacek wygolił na głowie, nie żądam — rzekł Kordecki, — Bóg widzi, odstąpię wam i całego — ale po co to narażanie się bez korzyści!
Pani Miecznikowa milczała, widać w niéj było walkę uczuć żony i matki, z uczuciem bohaterskiém poświęcenia i powinności.
— Kiedy tak xiądz przeor mówi, — dorzuciła po chwili — no to i ja śmieléj ci powiém, panie Stefanie, choć kobiécą głową, żebyś nie szedł. Na zakładnika was oszukają, a chybaby Wejharda lub Sadowskiego dali, inaczéj iść tam nie powinieneś; potrzebniejszyś ty tu wszystkim.
Aż nadbiegł i zdyszany pan Piotr Czarniecki.
— E! do kata, — wołał zdaleka — co to znowu się święci? Co waści panie Mieczniku w głowie? do obozu szwedzkiego się zechciało; a toć was te niegodjasze zamkną, ani chybi. To traktowanie całe, ja w to ciągle biję... nic potém, nic potém; po co traktować? chyba kulami. Fe! fe! albo to my niemcy? Rznąć do nich gęsto i po wszystkim. Proszę państwa, z pozwoleniem, że użyję trochę grubjańskiego porównania, gdy kłapouche wlézą do ogrodu, czy z niémi traktują?
Pomimo powagi téj sceny, wszyscy się rozśmieli. Czarniecki obrócił się do przeora.
— A co, ojcze, nie prawdaż? xięży zatrzymali, i teraz grożą im, i nam będą po nosie pstryczki dawać. Ot już jak wałem opasują nas te bestje, to nic — potém — te... a tu strzelić do nich wara! bo na xiężach mścić się będą; to tu wściec się przyjdzie.
Pan Miecznik któremu chodziło o uniewinienie się, bo posłów radził, oparł się.
— Czekajcież, — rzekł — nic niéma straconego jeszcze, zobaczycie, ja sam idę do nich ja xięży uwolnię, bezemnie też się obejdziecie łatwo, a juściż nie powieszą!
Miecznikowa milczała, przeor ruszył ramionami.
— Nie pójdziesz waść, panie Mieczniku, — rzekł stanowczo — ja tu wódz i hetman, nie pozwalam i kwita! xięży uwolniemy i bez tego, z Bożą pomocą, choć Bóg widzi jako mnie serce o nich boli, ale tak rychło rady na to nie damy — trocha cierpliwości.
Wtém i trębacz Jasnogórski powrócił, a zaraz i od Millera wysłany za nim zbliżył się zakładnik, dowodzący jak sobie lekce ważono pana Zamojskiego, bo to był opiły szwedzisko, co się ledwie na nogach trzymał, i że dla nałogu użyć go inaczéj nie podobna było, a radzi się go byli pozbyć, więc go do twierdzy słali. Jak tylko zobaczył go Kordecki, odprawił zaraz, nieumiejąc oznaki przelotnego gniewu utaić, a pan Czarniecki zbliżając się do fórty, jak to był gorączka, zawołał sam do szweda.
— A szołdro jakiś! (było to u niego najbrzydsze połajanie) zakładnikiem za pana Zamojskiego, nie może być jeno hrabia Wejhard lub Sadowski, a nie ty opoju, ciebie za pachołkabyśmy nie przyjęli! Idź do kroćset...
I niezważając czy szwed rozumie go czy nie, zamknął mu fórtę przed nosem.
Opiły przybysz posłuchał jak się słucha drzew szumu, dosłyszawszy nazwisk tylko, popatrzał obałwanionym wzrokiem, zawrócił się i powoli mrucząc kroczył nazad, zkąd przyszedł.
W klasztorze między zakonnikami, z powodu uwięzienia Błeszyńskiego i Małachowskiego, panował smutek i strapienie. Wszyscy ubolewali nad ich losem, choć go jeszcze nie znali, domyślając się tylko; groźba że ich zatrzymają, myśl że uprowadzić z sobą mogą, że narażono ich na niewolę i wygnanie, dręczyła wszystkich. Starsi przecie widząc konieczność tego kroku, ten wybuch żalu powszechnego, uwagami zdrowemi uśmierzali.
Krom wielkiego strapienia wszystkich, był i inny powód niepokoju powszechnego, z przyczyny pochwycenia zakonników. Szwedzi zapowiedziawszy, że za piérwszym wystrzałem twierdzy, powieszą mnichów, korzystali z tego fortelu wojennego. Wejhard był pomysłu twórcą. Skutkiem piérwszéj chwili popłochu, w któréj zaniemiały działa Jasno-Górskie, a lud na murach w obawie o życie xięży, stanął wryty; — szwedzi opasali górę i poczęli rwać się ku jéj wierzchołkowi, jakby na strasznego lwa, któremu zęby i pazury odjęto. Widać było ruch skwapliwy przy szańcach, które z podwojoną gorliwością sypano na strzał działowy od murów; Olkuszanie i wieśniacy spędzeni do miny, poczęli ją dobywać i rozszerzać z pośpiechem. Obóz cały widocznie się okazywał zajęty myślą korzystania z téj chwili bezbronności klasztoru: zataczano działa, namioty obwarowywano wałami, a piechota i rajtary podskakiwali pod same prawie kortyny; ze wszystkich stron je opasując.
Na nikim to takiego nie uczyniło wrażenia, jak na panu Czarnieckim. Zamojski patrzał poważnie i rachował; a pan Piotr uniesiony wpadł do celi przeora, cały w płomieniach i ręce podnosząc, zawołał: —
— Ojcze, dobrodzieju! łaskawco! jak nie każesz do nich dać ognia, to zwarjujemy i my i ludzie nasi; taż to sceny się dzieją pod nosem naszym bezkarnie: szwedzi podłażą pod same mury, latają, krzyczą, łają, najgrawają się; a tu nie można strzelić! Jeśli tak dłużéj potrwa — no, to ja o abszyt proszę.
— Ale mój kochany panie Pietrze, — odpowiedział Kordecki, — trzebaż choć pomyśleć co robić; nie godzi się pozbawiać zakonu dwóch godnych i gorliwych pracowników, nie namyśliwszy się dobrze.
— A ja głowę stracę, — wołał pan Piotr, — i o nic nie proszę xiędza przeora, tylko ze mną na mur: zobaczycie, posłyszycie i przekonacie się, że tu więcéj niż anielskiéj cierpliwości potrzeba, żeby tych psów nie powitać kulą i prochem. Święty by nie zcierpiał...
Przeor dogadzając woli pana Czarnieckiego, który był mocno poruszony, poszedł z nim na blankowanie, i w istocie widok, jaki mu się tu przedstawił w ostatnich dnia blaskach, był przykry i upokarzający. Twierdza milczała jak zamarła, ludzie stali u dział, ślachta i xięża wzdychali lub niecierpliwili się tylko, szwed podsuwał pod górę, otaczał ją i słychać było bębnów bicie, trąby i hasła; kopacze biegali z rydlami, z faszyną, z koszami na plecach, z kijmi i dylami, działa posuwały się na nowo obrane stanowiska; wodzowie przelatywali na koniach z jednéj strony na drugą, a ciury i szuja ze śmielszemi harcownikami, podbiegali pod sam prawie mur z głośnem wołaniem i krzykiem.
— Poddawajcie się klasztorni! lub mnichów waszych pobijemy, powieszamy. Oto już szubienicę stawią dla nich. Nie obroni was Matka Boska Częstochowska, krzyczeli drudzy po polsku. Inni ze śmiechem strzelali jak do wróbli, do ukazujących się na murach głów załogi.
— A co! xięże przeorze, a co? — zawołał, Czarniecki, — te psy poszalały, a ja, Bóg widzi, nie wytrzymam, każcie mnie zamknąć czy co...
— Panie Pietrze, — rzekł Kordecki, — niech szaleją, my wytrwajmy, przystoi żołnierzowi Matki Boskiéj umiarkowanie.
— Jużciż i ja xięże przeorze, kocham Matkę Boską, nie chwaląc się, ale chyba by mi Ona sama zakazała pod obedjencją, tobym nie strzelił, a tak stać, patrzeć, słuchać, i milczéć, to oszaleć przyjdzie...
— To idźcież, panie Piętrze, do siebie, i doprawdy zamknijcie się może, bo dziś dopóki się nie naradzim i nie westchniemy do Boga, nic nie poczniemy przeciwko nim. Trudno strzelić, kiedy to wystrzał w piersi brata.
— No to ja sobie pójdę, — rzekł pan Piotr, — czapkę na uszy nasunął i uszedł ruszając ramionami.
Gdy szwedzi tak harcują i krzyczą, nagle ujrzano ich, jak pierzchnęli trochę i oparę set kroków jakby pomiarkowawszy się cofnęli, stanęli. Z fossy wyszła przeciwko nim wysoka postać biała, o kiju, któréj płachtą białą, wiatr rozwiewał daleko i długo. Przesądni szwedzi wzięli żebraczkę za jakieś zjawisko; lecz po chwili widząc, że ta postać zbliża się ku nim i poznawszy starą żebraczkę, którą prawie codzień widywali, jęli się znów przysuwać.
Kostucha wzięła kij na ramię, ręką się w bok podparła i wyprzedzając ich ku fortecy, poczęła jak buławą hetmańską machać swoim koszturem.
— A nu! — wołała, — na mury panowie! na mury! najlepsza sprawa nie zwlekać! kiedy nie strzelają, bezpieczniuteńko i chwalebnie!
To mówiąc — rozśmiała się.
Kilku polaków co tam byli w téj kupie między hałastrą, dla gróźb wysłani, zawstydzili się, zafrasowali i stanęli.
— Na mury panowie, — wołała Konstancja, — a prędzéj — wszak to z mnichami doczynienia, nie bójcie się, ja wam hetmanię!
Czy to wstyd téj śmiałéj baby, czy inna myśl jaka odpędziła natychmiast polaków, którzy powoli odciągać jedni drugich poczęli; Konstancja obejrzawszy się dokoła, jęła się zbiérać kule po ziemi i po chwili ukryła w fossie znowu, a już też i zmierzch padać poczynał.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.