Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom drugi/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom drugi
Pobierz jako: Pobierz Cały tom drugi jako ePub Pobierz Cały tom drugi jako PDF Pobierz Cały tom drugi jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.

Dość rano wyprawił przeor znowu, choć tęsknie i smutno, tych samych posłów co wczoraj. Zamojski utrzymywał go w téj myśli zwlekania traktowaniem, dla zyskania na czasie. Miano zawsze nadzieję w Janie Kazimiérzu i znanéj pobożności jego dla świętego miejsca: oczekiwano posiłków, odsieczy od kasztelana Kijowskiego może, polegając na staraniach Stanisława Warszyckiego, na naleganiach prowincjała Broniewskiego, na uczuciu ślachty polskiéj, która wieści o oblężeniu Jasnéj-Góry przyjąć nie mogła obojętnie; w ostatku zima nadchodząca powinna była Szwedów odpędzić. Czas więc zyskując, kupowano choć słabą nadzieję. Jeden pan Czarniecki nie był tak dalece za traktowaniem.
— Co tam! — mówił do przeora ze zwykłą rubasznością ślachecką, — wodę warzyć, woda będzie, nie chcemy się poddać, a filutujemy, to jakoś nie po polsku, coś z rakuska.
Pan Zamojski wcale był przeciwnego zdania, a Kordecki nic nie mówiąc poszedł za radą jego; jako zakonnik wstręt miał od podobnych wykrętów, jako wódz, widział ich potrzebę. Wypuszczając za bramę dla traktowania xiędza Dobrosza i Stawiskiego, przeor zażądał od Millera zakładników, i nie bez przyczyny, lękał się bowiem, aby w ostatku zwłokami zniecierpliwiony generał, nie mścił się za nie na posłach. Miller zgodził się na przysłanie dwóch starszych. Już wychodzili xięża, gdy od szwedzkiego obozu jeden tylko ukazał się zakładnik, ale z chodu i miny znać było, że podstawiono przebranego ciura.
— A widzicie, — rzekł pan Czarniecki — tu się jakieś licho kroi, czemu nikogo ze swéj starszyzny dać nam nie chce?
— Na cóż zakładnicy? — odparł sam xiądz Dobrosz, tyle razy posyłani byliśmy, a nic się nam przecie nie stało, i teraz cali powrócimy; wreście gdyby co i zamierzał złego, alboż to myślicie, że nie podołamy chociażby męczeństwu?
Te wyrazy wymówione z prostotą i uśmiechem, potwierdził cichém spójrzeniem xiądz Stawiski. Wyszli oba zakonnicy rześko i odważnie, a Przeor który zawsze zdawał się mieć prorocze widzenie przyszłości, przeżegnał ich smutnie, jakby z tego kroku do którego zmuszała go potrzeba, zmartwień i zawikłań się spodziewał; odwrócił się potém, przeszedł milczący na bok i rzekł do pana Zamojskiego.
— O! panie mieczniku, co dzień, co godzina powtarzam, nie nasza to rzecz wojna!
— Tém większa zasługa, że ją dla Boga prowadzicie.
— Wszystko to dobrze, — przerwał pan Czarniecki, ale traktować ze szwedami, nic potém, strzelać do nich, to ale...
Pan Zamojski z wysokości statysty i rycerza spojrzał na ślachcica z uśmiéchem, zaprawnym drobiną politowania.
Inter incudem et malleum positi, róż. robić mamy? — mówił daléj — omnibus modis bronić się musiemy, ense et capite. Ale do końca, nil desperandum.
Pan Czarniecki ruszył sobie ramionami, także z rodzajem litości.
— Bić i milczéć, — rzekł zcicha, — toby była moja rada. A kropić ich, a gęsto...
— Ależ i spocząć potrzeba! — rzekł przeor, jeśli nie nam, którym Bóg niezwykłych sił dla sprawy swéj użyczać raczy, to ludziom, którzy téj siły od Boga co WMość, panie Pietrze, nie mają; a tymczasem da Pan felicem eventum.
Działa milczały na murach i to właśnie pobudzało zły humor pana Czarnieckiego, pokiwał głową i odszedł niechętny.
Xięża wysłani z twierdzy, dążyli ku namiotom Millera, który na nich niecierpliwie oczekiwał, z całą wystawą zbroi, ludu, wodzów, siły, na jaką mógł się tu zdobyć, by im potęgę swoją i majestat ukazać. Uśmiech nadziei wypogadzał mu twarz, ale obok stojący Wejhard, chmurny był jak noc i milczący.
— No, cóż mi przynosicie? — spytał generał xięży.
— Przeor sam warunków zakréślać wam nie chce i nie może, — rzekł xiądz Dobrosz żywo, zdaje mu się, że stosowniéj byłoby, gdybyście mu je dali, oświadczając czego sobie życzycie.
— Tém lepiéj, — odparł Miller niedomyślając się bynajmniéj, że tu tylko o czas chodziło. — Półkowniku, — rzekł do Wejharda — każcie spisać — warunki, a wy ojcowie rozgośćcie się proszę tymczasem.
Paulini skłonili się i stali w milczeniu, gdy generał właśnie śniadanie podać rozkazywał i do stołu a kufla ich zaprosił; ale że to był piątek, a stół Millera cały z mięsem, zakonnicy postem się od bankietu wymówili.
— A prawda, że to u was post! — zawołał Miller z uśmiéchem, — jak dłużéj w Polsce pogościm, to lepiéj o tém pamiętać będziemy. Wy i ryby pewnie w klasztorze nie macie? U mnie tu jéj do zbytku, zaniesiecie więc przeorowi razem z warunkami, kilka pięknych szczupaków, niech przyjmie jedne i drugie.
Mnisi znowu w milczeniu pokłonili się tylko.
— Widzicie, — rzekł daléj generał, — że choć sam nie poszczę, post szanować umiem, a kiedy wam z tém lepiéj, cóż mi do tego, pośćcie sobie.
To mówiąc, rozśmiał się i wypił za zdrowie Paulinów, zmuszając ich aby choć po małym kieliszku za zdrowie jego wychylili. Ze wstrętem musiał to uczynić xiądz Dobrosz, a xiądz Stawiski który nigdy nic nie pił, przeprosił generała. Dzikiemi i podziwionemi oczyma patrzali wszyscy na Paulinów, którzy wśród tego obozu, wystawieni na nienawistne i złośliwe spojrzenia a szepty, byli jak w ukropie. Tylko Miller miły był dla nich a przystępny i wesoły, odwracając rozmowę od rzeczy przykrych i drażliwych, począł rozpytywać o obojętne, niechcąc ich widziéć opuszczonych a milczących. Tymczasem pod dyktowaniem Wejharda, pisarz notował punkta, które wkrótce generałowi przyniesiono; on spójrzał na nie i oddał zaraz xiędzu Dobroszowi, a przypomniawszy sobie obiecaną rybę, zawołał jeszcze żołnierza i sześć szczupaków ogromnych nieść kazał za Paulinami, którzy wkrótce pożegnawszy go, odeszli.
Zdziwił się wielce xiądz Kordecki, gdy ujrzał brzemię jakieś na ramionach niosącego żołdaka, postępującego za xiężmi; a za otwarciem bramy, poznawszy szczupaki, rozśmiał się wesoło.
— Trafił właśnie, że piątek adwentowy o grzankach odbywamy, — rzekł poglądając na rybę, — no, to i chwała Bogu; my i o suchym chlebie wytrwamy przywyklejsi, a panowie ślachta uraczą się szwedzkim darem, jeśli nie zatruty.
— A warunki? — dodał.
— Oto i one, — z westchnieniem wyjmując je z sukni, rzekł xiądz Dobrosz — Generał jak wczoraj, choć go do rany przyłożyć, ale czy to długo potrwa?
— Dobra i chwila, bracia kochani! spieszę do Definitorium, — rzekł przeor, — chodźcie za mną.
Ślachta ujrzawszy punkta w ręku przeora, pospieszyła za nim do sali, do któréj wtoczyli się i starsi zgromadzenia, i co było niezajętych nabożeństwem i pilnością około murów.
Xiądz Dobrosz czytać począł, były to prawie też same co wprzódy wymagania: wyrzec się Jana Kazimiérza, za co zapowiedziano w nagrodę bezpieczeństwo osób, własności, opiekę wiary i swobodne spełnianie obrzędów; zamek zdać szwedzkiéj załodze ze 150 ludzi, którą zakonnicy opłacać będą obowiązani: żołniérz miał sobie sam baraki sklecić przy murach, a oficerów do klasztoru przyjąć miano, ślachcie i żołnierzowi dozwalano swobodnie wynijsć za glejtami i powrócić do domów, toż panu Zamojskiemu z jego rodziną, ale wprzód powinien był odprzysiądz się Jana Kazimiérza.
Miecznik wąsa pokręcił i pokiwał głową tylko, słysząc ten warunek.
Malum supra omne malum, — rzekł cicho do siebie.
Xiądz Dobrosz czytał daléj: Przeor podpisze kapitulacją, bramy otworzą i wpuszczą naprzód generała ze świtą dla obejrzenia twierdzy; załoga wyjdzie nie przetrząsana.
— A! dojadło mu pod gołém niebem! — odezwał się Czarniecki, — że się piérwszy prosi pod dach.
— No, i cóż teraz robić? — spytał przeor.
Cunctando! — szybko podchwycił Zamojski — czas zyskiwać, a zatém nowych mu posłów, nowe targi i warunki, a summa summarum — nic.
— Ale wreszcie postrzegąż się, nie w ciemię ich bito, — mruknął Czarniecki, że to modulamina suspecta.
— No! to wówczas jak się postrzegą, — odparł miecznik, — radzić sobie będziemy, a tymczasem, aby daléj, aby daléj; dzień zyskać dla znużonego żołnierza, i to dobrze, a któż wié, może odsiecz jaka nadejdzie.
— Ba! odsieczy, — rzekł pan Piotr, — chyba od Pana Boga się spodziewać, z mieczem ognistym, bo od ludzi, wątpię. Ma każdy dziś o czém myśléć i komu się oganiać, a my sobie i sami, favente Deo rady damy, tylko mojém zdaniem bić a bić, i nie ustawać.
— Ale Waszmość nie wybijesz w półtorasta, dziesięciu tysięcy!
— Powoli? czemu nie! — odparł sobie pan Czarniecki, — ciupać, ciupać pomaleńku i Boga chwalić, ziarnko do ziarnka....
Ślicznie to mówicie, — odezwał się z kolei przeor, — ale nie od rzeczy i pana miecznika rada, bo krwi ludzkiéj oszczędza, a krew nam przelewać....
Necessitas frangit legem, — zacytował pan Piotr, płakać a bić szwedów...
— No! ale tym czasem i traktować pozwolicie, bo i to necessitas, tymczasem dziury w murze pozatykamy, a lud trochę odetchnie, to się żwawiéj potém weźmie do boju, — rzekł Kordecki.
— Otoż na to nie zgoda, — zawołał stary ślachcic, — bo dla żołnierza i dla konia, niéma jak praca ciągła, aby się zastał, to z nim źle. Człek w boju krzepi się i nabiéra siły, a skoro mu dać drzémać, patrz ano już i odrętwiał, i znów go musisz nanowo rozruchiwać.
— Uśmiéchnęli się niektórzy, zwłaszcza statysta nasz pan miecznik; Czarniecki swoim zwyczajem zżymając ramionami odszedł na stronę, widząc że niéma po sobie nikogo; a Zamojski korzystając z milczenia dodał.
— No! tak! stanęło, wysłać im nowych posłów i mitrężyć.
— Zgoda! zgoda! — rzekł przeor, ale xiądz Dobrosz i Stawiski pomęczeni, trzeba kogo na odmianę. Kto z ochotą?
Spojrzał przełożony po swoich braciach i oczyma wskazywał z brzegu xiędza Błeszyńskiego i Małachowskiego. Ci natychmiast ruszyli z miejsc swoich.
— Idźcie i traktujcie, — mówił do nich, — idźcie w Imię Boże, ale nie spuszczajcie z pamięci, że nic kończyć, do niczego nie zobowiązywać w imieniu naszém nie możecie. Znajdziecie w sercach waszych środki przeciw groźbie, jeśliby nią ustraszyć was chciano, przeciwko ułudnym namowom i sidłom nieprzyjaciela, a pomnijcie, że tu noga Szweda postać nie może. Jak tylko zbliżą się rzeczy ku końcowi, wymawiajcie się, że sami nic stanowić nie macie prawa.
Xięża słuchali w milczeniu: wybór obu ich był szczęśliwy, choć zdawał się trafem tylko; oba posłannicy byli mocnego i wytrawnego charakteru, woli silnéj i gotowi na poświęcenia wszelkie. Xiądz Błeszyński w sile wieku, zdrowia i rozumu, zdawał się jednym z tych ludzi co się niczego nie boją, bo czują w sobie potęgę do pokonania wszystkiego, jeśli nie dłonią, to duszą; krzepki ciałem, miał w niém męzkiego i chrześcijańskiego ducha; prawdziwy kapłan i miles christianus, z chciwością prawie przewidywał męczeństwo i wieńce cierniowe, pożądając ich nadewszystko. Xiądz Małachowski choć z pozoru słabowitszy, choć milczący, cały w sobie, skupił także wielką siłę i wytrwałość w znakomitém dla świata, sercu; religijny zapał nadawał mu ten hart bierny, który się pożyć nie daje, choć się dopiéro uderzeniem objawia; a którego często braknie najsilniejszym. Błeszyński dałby się umorzyć z uśmiechem i śpiewem, Małachowski w milczeniu, ze łzami; piérwszy byłby psalm nócił na stosie, drugi na nim zajętyby był duszą swoją i cichą modlitwą, zawsze wątpiąc o sobie, a im bliższy doskonałości, tém goręcéj jéj pragnący, tém bojaźliwszy, by jéj skaza jaka nie dotknęła....
Takimi byli wybrani losem, a raczéj okiem przeora, które w duszach i przyszłości czytało. Pobłogosławieni przez niego włożeniem rąk uroczystém, natychmiast przywdzieli płaszcze, i wyszli do obozu.
Miller już na nich czekał konno wyjechawszy przed namioty, i za sobą wwiódł ich do szałasu.
— No ! — rzekł — dość już tych ceregielów, przynieśliście mi punkta podpisane?
— Nie, — odparł xiądz Błeszyński, aleśmy przyszli o nie pomówić z waszą Excellencją.
— Jakto? jeszcze mówić! — zawołał generał marszcząc się — mogąż być dogodniejsze? czegoż stoicie? co wam w głowie?
Nieulękniony wybuchem gniewu hamującego się jeszcze ale już widocznego, xiądz Błeszyński odezwał się śmiało.
— Przeciwko punktom tym nie mamy nic, krom jednego tylko.
— No! a toż jaki? — żywo spytał Miller.
— Przysięga świętą jest dla nas, — mówił Błeszyński, — wyrzec się Jana Kazimiérza, złamać złożoną mu raz, nie możemy.
— On nie jest już waszym królem, wybuchnął Szwed stukając pięścią o stół — co to za mowa! co za myśli?
— Jeśli on nie jest, nie jest nim i kto inny, — cicho począł xiądz Małachowski, — mamy przecie prawa fundamentalne, na których stoi państwo, mamy prawo elekcij, bez zachowania tych form nikt królem u nas być nie może; jeśli Karol Gustaw wybrany zostanie i przez Prymasa obwołany, będziemy go słuchać święcie.
— Słyszysz mnichu! — zakrzyczał Miller uderzając po mieczu, — prawo nasze to siła, to szabla, waszych praw nieznamy, niewiémy, i żartujemy z nich sobie, zwyciężcy rządziémy siłą nie prawem! Nie przysięgaliśmy na prawa wasze!
— Ale dla nas siła jest tylko przemocą, a prawo prawem zawsze, — odparł stale xiądz Małachowski, wchodzić w polityczne zajścia i sprawy świata, nie nasza to rzecz; obowiązani jesteśmy panującym wiary dochować. Dla nas Jan Kazimiérz choć wygnaniec, panuje dotąd, póki inny obrany nie zostanie....
— Wszyscy jednak odstąpili waszego Jana, wszyscy się go wyrzekli.
— Nie dla nas to przykład, — rzekł Błeszyński — my zakonnicy święcie i Bogu i królowi dochować musimy przysięgi, choćby krew za nią przelać przyszło.
— Ha! — zawołał generał, — to taka odpowiedź wasza! — chcecie krew przelewać? dobrze! będziecie jéj mieli do pasa, pokażę ja wam siłę moją i Karola Gustawa, zmuszę jeżeli nie chcecie słuchać dobrego słowa.
I rozżarty coraz widoczniéj, chodził po namiocie, gniew nim miotał; sądził się u celu a znów odepchnięto go od niego.
— To są zwłoki, to są matactwa, to są szalbierstwa niegodne! Macie moc kończyć ze mną?
— Traktować, ale nie kończyć, — rzekł Błeszyński.
— Więc pocóżeście przyszli?
— Traktować! — powtórzył cierpliwie piérwszy.
— Cóż to? żarty sobie stroicie ze mnie? — krzyknął rozjadając się coraz Miller. Ale ojcowie stali w obec płomienistych wybuchów jego gniewu, zimni, poważni, wytrwali jak skała, o którą się morze rozbija.
— Raczcie się uspokoić i nie gniewać na nas — odezwał się po chwili Małachowski, — posłowie, niesiemy co nam nieść kazano.
— Posłowie! posłowie! — ze śmiechem szyderskim odparł wzgardliwie Miller — Dobrze! zostaniecie tu u mnie panowie posłowie! A wy i wasze życia, będziecie mi zakładem końca téj głupiéj sprawy. Żal mi żem dotąd wam pobłażał i zbyt był powolnym. Jeśli nie skończy się rychło to matactwo, głowy wasze padną...
Bynajmniéj nie zmięszani groźbą Paulini, spójrzeli tylko po sobie, a x. Błeszyński nieznacznie się uśmiechnął z dumą jakąś ochoczą; postrzegł to na nieszczęście Miller i wpadł w sroższe jeszcze gniewy, sądząc, że śmieją urągać z niego.
— Ty się śmiejesz, — zawołał przyskakując do Błeszyńskiego, śmiejesz się mnichu, wygolona pałko, myślisz żem obowiązany szanować kapłaństwo wasze, że się nie poważę! Co wy dla mnie! proch marny! za wasze życie włos mi z głowy nie spadnie; wyście buntownicy i spiskowi, każę was dziś jeszcze obwiesić.
Na to Paulini nie mogli już odpowiedzieć i zamilkli; przywołany zaraz oficer pieszego regimentu wziął ich pod straż i wyprowadził z namiotu w obóz, między żołdactwo; a trębacza wyprawiono zwiastować klasztorowi, aby przysyłano natychmiast umocowanych do traktowania ostatecznie, gdyż inaczéj spadną głowy posłów, których jakby na żarty i zwłokę wyznaczono tylko; w dodatku obwieścić kazał Miller, że jeśli się jedno działo odezwie z klasztoru, jeden wystrzał da słyszeć, xięży natychmiast powieszać każe.
Wśród téj passji i gniewu, który miotał szwedem, nadbiegł Wejhard, a zobaczywszy co się działo, pochwalił bardzo przedsięwzięte przez Generała środki; nadjechał i Sadowski, ale ten zapytany o zdanie, zmilczał znacząco i szybko się usunął z widocznym wstrętem.
Tymczasem xięża Błeszyński i Małachowski wiedzeni przez oficera do obozu, wystawieni zostali umyślnie na niesłychane obelgi i znęcania szui wojskowéj. Był to tylko początek ich męczeństwa. Urągowiska z nich samych, z ich sukni, z kapłańskiego charakteru, niczémby były, gdyby nie srogie bluźnierstwa, jakiemi ich karmiono, gdyby nie miotanie się na świętości, których świadkami pomimowolnemi, a bezsilnemi czynili ich heretycy. Otoczono ich zaraz kołem, i jak dzieci bawią się bezbronnym owadem, tak żołdacy poczęli się znęcać nad cierpliwemi kapłanami.
Jedni targali ich, bili; drudzy kładli na oczy hełmy i dawali w ręce berdysze jako wojakom; popychali, plwali, słowem nie było rodzaju szyderstwa i przykrości, poniżenia i sromoty, nie było uczynku i wyrazu, którychby na nich nie sprobowano. Ale cierpliwość ich święta, przemogła wszystko. Xiądz Błeszyński chciał się modlić, wyrwano mu różaniec i zdeptano go nogami, Małachowski zakrył się kapturem, i natychmiast zrzucono mu go z głowy. Ani przysiąść, ani spocząć, ani jeść nie dali im szwedzi; a wkońcu dla bezpieczeństwa, by nie uciekli, kazano ich powiązać sznurami i tak porzucono na wilgotnéj ziemi, wśród obozu.
O! niéma nic straszniejszego nad rozbestwionego żołdaka; jest to cóś okrutniejszego nad zwierzę, bo ono zabija, ale nie męczy wymyślnie; żołnierz katuje z dziką roskoszą. Tu jeszcze różnica wiary ostrzyła uczucie nienawiści, a pomsta za zabitych towarzyszów, do znęcania podbudzała. Szczęściem dla męczenników, nie rozdzielono ich, i pozostawiono razem, mogli się więc jeśli nie słowem, to wejrzeniem wzajemnie podbudzać do wytrwania, choć dotąd duch w nich nie osłabł.
Rzuceni na pastwę najpodlejszym ciurom, najemnikom Karola Gustawa, w jednéj godzinie, w pierwszéj po uwięzieniu swém chwili, doznali więcéj, niżeli w swych marzeniach męczeństwa, spodziewać się mogli — śmierci tylko brakło, a ta była najlżejsza do zniesienia.
Miller ze swoją starszyzną, pewien już będąc że twierdza odstrzeliwać się nie ośmieli, postąpili ku niéj, usiłując korzystać z groźby i trwogi.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.