Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom drugi/XIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom drugi
Pobierz jako: Pobierz Cały tom drugi jako ePub Pobierz Cały tom drugi jako PDF Pobierz Cały tom drugi jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIV.

Konstancja jak tylko kule polatywać zaczęły, wybiegła z klasztoru na stanowisko swoje, zbiérać szwedzkie orzechy, jak je nazywała. Ale jakże zmieniona! trudno ją dziś było poznać, dawny szał całkiem ją prawie opuścił; opuściła drwiąca wesołość, smutek ponury zastąpił jéj miejsce. Starzy znajomi przypisywali to niepokojowi o świętą górę i jéj losy; strachu jednak wcale po niéj widać nie było; bo się zwijała pod kulami prawie i urągała śmierci. Ale wieczorem odnosząc zebrane orzechy, gdy witała braciszka Pawła u fórty, to nie po staremu piosenką lub żarcikiem, ale jakiémś głuchém westchnieniem. W jéj wejrzeniu pozostało dawne obłąkanie, ale usta już wymówić nie mogły tych szyderczych słów, któremi wprzódy tak ochoczo odstrzeliwała się wszystkim; niekiedy tylko jakby sobie przypomniała potrzebę utrzymania w swojéj roli, rozśmiała się, zachciała pobaraszkować, ale wnet ucięła.
— Co to się stało naszéj staréj słudze Matki Boskiéj? — mówili ludzie z załogi, — wszak to spoważniała, gdyby inna kobiéta.
— Jużci to ją gryźć musi ten szwed, trudno żeby się nam wyszczerzała po dawnemu, mając go za pasem.
— Kostucho! — wołali — Kostucho! co tam słychać?
Nic, panie Walenty, jeno tylko że ci się szwedzi kłaniają, i proszą z sobą razem do Abrahama na ciepłe piwko.
— A! przeklęta, — odparł żołniérz z załogi, — pocóż mi ją było pytać, znalazła język w gębie na odpowiedź: gotowa wyprorokować jak Janaszowi.... Już to nigdy nikomu nic dobrego nie zapowiedziała, taka natura.
— To jéj lepiéj nie pytać.
I dali jéj pokój, a Konstancja szła daléj rozdając kule po murach.
— Naści Jaśku, te kule szczęśliwe, dobrze strzelasz, otóż masz gościńca, lada trutniowi ich nie dam skosztować; a pilnuj dobrze roboty około folwarku Matki Boskiéj, żeby się gospodyni nie pogniéwała.
— Na, i tobie Piotrze, wiész że taka kula co od szweda, to najlepsza, tylko jak nią będziesz miał strzelać, przeżegnaj się...
— I tak daléj idąc, po jednéj, po dwie, każdemu z ludzi dawszy, schodziła potém wschodkami ku kaplicy się zwracając; tu krzyżem legła, pomodliła się i szła naprzeciw izby Lassotów usiąść a patrzeć na obróty pana Krzysztoporskiego. Od ostatniego jednak wieczora, gdyśmy ją widzieli podsłuchującą rozmowy pani Płazinéj, czegoś się uwiązała do niéj i zaraz potém starała się ją wśród podwórza zaczepić, dawną wesołością swoją, pociągnąć usiłując gadatliwą babę.
— Dobry wieczór pięknéj pani, — rzekła kłaniając się nizko, — wszystkiego dobra życzę jaśnie wielmożnéj pani.
Nazwanie piękną i jasną, wstrzymało panią Płazinę, trafiając w jéj słabość, nadęła się jejmość i stanęła poważnie.
— Bóg zapłać moja kochana, chodź za mną, to ci kawał chleba dać każę.
Stara powlokła się przysuwając do rozmowy, którą rozpocząć pragnęła.
— Cóżto, że jw. pani dotąd nie widziałam, wszak to podobno tu od początku oblężenia?
— A tak ci moja kochana, ale ja w kąciku sobie siedzę, i nie włóczę się między tę drobną ślachtę...
— Sprawiedliwie pani powiada, tu takiéj różności nazbiérało się, siła wszelkiego narodu, a zaraz widać, że to jw. pani nie przystoi lada z kim się bratać.
— A ty tutejsza, moja kochana?
— O! mnie tu znają od lat trzydziestu, sługa matki Boskiéj, Kostucha, teraz zostałam chorążym w naszéj załodze i wojuję ze szwedami.
Płazina się rozśmiała. — Jakto? hę! to i ty wojujesz?
— Jak zwykle starszyzna! ja im kule daję, sama się schowam, a oni strzelają. Alboż to baba ma już w kącie siedzieć?... Orzeszki im noszę...
— Jakie orzeszki?
— Kule to się rozumie jw. pani.
— Gdzież je bierzesz?
— A, za twierdzą.
— To ty wychodzisz?
— Wchodzę i wychodzę kiedy chcę, mnie wolno, i do miasteczka czasem idę, może jw. pani czego potrzeba?
— Nie! nie! ja mam wszystkiego podostatkiem, pytałam się tak tylko, z ciekawości.
— A jw. pani daleko ztąd mieszka?
— O! kilkanaście mil.
Tak gawędując szła stara aż pod izbę pani Płazinéj, ale tu jéj nie wpuszczono; poszła jéjmość po chléb sama i wyniosła go żebraczce.
— Czyż to jw. pani i sługi nie masz, że mi sama nawet wynosisz? albożem ja tego warta — zakrzyknęła Konstancja.
— To bo takie nieszczęście, — odparła ślachcianka, — że nas tu ledwie samych przytulili, gdzież było myśléć jeszcze o sługach; choć to ja do tego nie przywykłam z maleńka, żeby sobie służyć sama.
— To zaraz widać! a możebym ja jw. pani czasem choć wody przyniosła, posłużyła, czy co?
Pani Płazina zamyśliła się:
— Już to prawda, dobrzeby to było, bo i ludzie mojego męża, wszyscy na murach cały czas.
— Jeśli jw. pani pozwoli, jeśli jest dzbanek...
Znów podumała Płazina i powiedziała:
— To potém, potém, — a zbywszy ją odprawiła ode drzwi. Konstancja długo bardzo snuła się około tego mieszkania, jakby je opatrywała, nareszcie odeszła ku Krzysztoporskiemu i stanęła tu na czatach.
Ślachcic od ostatnich odwiedzin przeora, siedział jak przybity na ławie, ni ręką ni głową nie biorąc się do boju, kule przyjmował jakby ich nie słyszał, poruszał się machinalnie i bezprzytomnie; xiądz Mielecki jak mógł go zastępował.
— Co to waszeci, — pytał go — czyś nie chory?
Ale Krzysztoporski nie odpowiadał nic, a w nocy jak utrapieniec po murach się wałęsał, do dowództwa, do obrony jednak, wcale nie odzyskując ochoty.
Naprzeciw szwedów stanie, piersi nastawi, oko gdzieś puści i stoi nieruchomy; gwizdnie kula jedna, druga, aż go xiądz Mielecki szarpnie.
— Co to waszeci jest? czyś szalony?
— Hę? — pyta Krzysztoporski, osłupiałą wlepiając źrenicę w niego, i nic mu nie odpowie.
Z liczby osób, które najbardziéj zdawało się zajmować zniknienie dzieweczki, był Stefanek Zamojski syn miecznika, chłopak pod wąsem, który w początku bardzo latał, gdy się zrobiło to zamięszanie. Państwo Zamojscy stali w zabudowaniu klasztorném tak, że ich okna wychodziły w podwórze od okna Lassotów. Syn Miecznika towarzysząc mu na mury i razem doglądając matki, często się przez dziedziniec przechadzał i często widywał dziewczynę z żebraczką; skłonił się jéj kilka razy, przemówił słów parę, jak to bywa w takich razach, że się znajomości łatwo zawiązują, a młodemu oku piękna twarzyczka nie ujdzie. Stara Kostucha napatrzywszy, że się rad przechadzał podle okienka, zaraz poszła pytać kto to taki? i nie uspokoiła się, aż jéj powiedzieli, że to miecznikowicz Zamojski. Pokiwawszy głową, dała stara pokój, ale tegoż wieczora przestrzegła Handzię, żeby nie wyglądała jak Stefanek przechodzić będzie, bo się ludzie mogą śmiać z tego.
Hanna zarumieniła się bardzo, zaczęła wymawiać przed starą, ta rąb jéj sukni całować, i tak popłakawszy się rozeszły.
Teraz błądząc po podwórkach, spotkała Kostucha miecznikowicza, i wstrzymała go.
— Paniczynku, kochanku!!
Zamojski stanął szukając grosza.
— E! nie o jałmużnę tu chodzi, Bóg zapłać!
Chłopiec się zastanowił i wzrok w nią wlepił badawczy.
Był to dorodny młodzian, jak to dawniejsza młódź cała, raźna, kwitnąca, krew z mlékiem; co to jéj ani myśl brudna, ani żadne zwierzęce nie skalało pragnienie: nie zwiędniał przed czasem, aż miło było na niego spojrzéć, aż wesoło z nim pomówić, bo jak twarz uczucia były świéże i myśli czyste i serce poczciwe. Syn posłuszny i pokorny dla rodziców, choćby mógł zapragnąć większéj swobody, nie wyrywał się do niéj, a rygor w jakim zostawał u ojca, przyjmował wdzięcznie, bo wiedział że ta opieka rodzicielska choć czasem ciężka, zawsze w skutkach zbawienna; matki czułe serce płaciło mu zresztą z naddatkiem, maleńkie przykrostki życia. Prawda, że Miecznik uważał go zawsze za młokosa, ale sposobił na męża, chciał posłuszeństwa, bo nauka jego była na całe życie potrzebną; a za młodu nieugięta dusza, podwójnie cierpi, gdy w gorzkich życia kolejach, ulegać będzie musiała.
Stara popatrzyła zbliska, uważnie na chłopaka, a potém wskazując mu okno mieszkania Lassotów:
— Szkoda jéj! — rzekła, — szkoda!
Stefan się zarumienił, zmięszał.
Nie trap się kochanku, — przerwała staruszka, — a cóż to za dziw, że ty jéj żałujesz, kiedy ja także obca, com ją ledwie znała, a płaczę.
Młodzieniec milczał.
— Czegoż chcecie? — spytał wreszcie.
— Jak wam imię? — przerwała żebraczka.
— Stefan.
— Dobre i poczciwe imię, był król tego imienia, bardzo tęgi człowiek. Wiecie co panie Stefanie, ona za mury nie wyszła, to pewno, ani ją tu zabito. Byłby ślad świętokradztwa...
— Gdzież być może?
— Otóż to Bóg wié jeden, Krzysztoporski drugi, i któś może trzeci...
— On? mówicie.
— On, on, — odparła stara, — już ja śledzę i dochodzę, ale sama nie dam rady, ot wiécie co? pomożcie mi... Patrzajcie pilno we dnie na Krzysztoporskiego i na... ślachciankę tu jedną.... na Płazinę. Płazów okna z waszego piętra, przez dachy stajen widać. Nie widzieliście kto tam do nich chodzi?
— Do Płazów? — nie mam ja tam czasu patrzéć.
— A Krzysztoporskiego u nich nie widzieliście kiedy?
— Był zdaje się parę razy.
— Z samym czy z samą?
— Raz z nim, drugi raz, przypominam sobie, cóś z Płaziną szeptali...
— A kiedyż to było, przed zniknieniem?
— O! tego już nie pamiętam!
— Oj! żebyżeście choć teraz popatrzyć chcieli, a powiedzieli mi, czy z sobą konszachtów jakich nie mają.
— Chętnie, moja poczciwa starucho! ale my podobno nic nie zrobiemy.
I sięgnął do worka skwapliwie.
— Dajcie mi pokój paniczyku ze swoja jałmużną, najlepsza jałmużna to dobre słowo... Spójrzcie czasem i pomyślcie o biédaczce Handzi, to mi stanie za złoto. A jeśli co odkryjecie, jak wam się myśl jaka przez głowę przewinie, nie róbcie hałasu, ino mi ją powiedzcie.
To powiedziawszy, odeszła zostawując go zdumionym tą troskliwością: po chwili odszedł do matki, ona do xiędza Lassoty się zbliżyła.
— Mój xiężuniu, a co? — odezwała się, — niéma śladu?
— Jakiego?
— A! o téj biédaczce.
— Niéma! a niéma! — odpowiedział xiądz — głowę łamiemy, a tu stary kona i niéma go nawet popilnować komu z miłosierdzia. Bardzo, bardzo brak nam tego aniołka.
— A! a komużby go brak nie było! — zawołała stara — ja cudza, a płaczę, a chodzę jak oszalała.
Xiądz Lassota z litością się uśmiéchnął, pomyślawszy. — Dawnoś ty już taka, moje serce!
— Powiedzcie mi jeszcze, księżuniu, — rzekła ciszéj, wstrzymując go za habit, — gdzie stoją ślachta Płazowie?
— Gdzie? a to ci na co?
— Niech, tak sobie, ale gdzie?
— Stoją na dole za stajniami, gdzie dawniéj była stolarnia i skład przed oblężeniem.
— A wiele tam izb?
— Do czegoż ci to wiedziéć.
— Zachcieliście, zwyczajnie świta we łbie! ale nie bójcie się, mówcie, wszystko to na dobre wyjść może.
— Cóż mają Płazowie do naszéj Handzi?
— Ot, nie pytajcie, a mówcie lepiéj, ile tam izb i jakie?
Xiądz Lassota ruszył ramionami.
— Prawda, że ci w głowie pstro moja stara!
— No to pstro, ale powiedz ile izb, albo to ci co szkodzi, jegomościuniu, dobrodziejeczku kochany.
— Lepiéjbyś się pomodliła i poszła spać! — odparł śmiejąc się xiądz Piotr i tak ją odprawił.
Kostucha widząc że ją o nieprzytomność i bałamucenie posądził, ukłoniła mu się i odeszła pomyśliwszy: — dowiem się ja od braciszka Pawła. I pociągnęła do fórty, przy któréj nie był gdy wchodziła, bo go zastępował Rudnicki, a on odnosił habit połatany xiędzu przeorowi.
Teraz już wrócił do swojéj izdebki, wśród stuku a huku dział i smigownic, szyjąc i śpiewając na całe gardło. Omni die, dic Mariae...
I na stoliku rozłożywszy przed sobą suknię xiędza Stradomskiego, z igłą w ręku, ze wzrokiem w nią wlepionym, zdawał się myśleć głęboko, jak ją na połach zregulować, by śladu nie było podarcia; gdy Kostucha drzwi otworzyła.
— Dobry wieczór xięże Pawle...
— Ba! żebyż to xięże, — wesoło odpowiedział zagadniony — ale to tylko braciszku!
— No, i to przyjdzie.
— A igły są?
— Są, i jakie paradne, chodziłam umyślnie do saméj Brzuchańskiéj, i mówiłam żeby dała prawdziwych norymberskich dla was; nawet bałam się tu idąc oddać ich xiędzu Rudnickiemu.
— Co ty wszystkich dziś xiężysz! — odezwał się śmiejąc brat Paweł — on taki xiądz jak ja... prawda że profess, ale wszystkoż jeszcze bez kaptura... No! dajże mi te igły, daj, — niecierpliwiéj dodał — byle tylko dogodne, jakich mi potrzeba, a uchaż dobre?
— Ale nie dam, aż mi cóś powiecie.
— Oho! jest szust, a cóż ci powiedzieć, może którędy dusza wychodzi z człowieka?
— Ale nie xięże Pawle...
— Zawsze mi się przypochlebiasz tym xiędzem! Jak wié z któréj beczki zacząć, no i cóż ci tam tak wiedzieć pilno?
— Proszę xiędza Pawła, ci państwo Płazowie, wszak ich xiądz zna?
— Płazów? ha? a! wiém, wiém, pozawczoraj zaszyłem mu fałsz w żupanie, co się był opruł, ślicznie mnie o to prosił, no, i coż Płazowie?
— Oni podobno bardzo licho mieszkają?
— Co? gdzie? licho? dla czego licho? ot to! mają dwie izby porządne gdzie była stolarnia brata Antoniego, a w dodatku spiżarnię na przeciw, a ze spiżarni jeszcze na strychu izdebinę w murach na składzik...
— Izdebinę, mówicie? — spytała staruszka.
— Ale ba! dawajno igły, możeś zgubiła?
— Ot są, ale gdzież ta izdebina?
— Ot! gdzie? okienkiem na dziedzińczyk przeciw murów od zachodu! Jakbyś to nie wiedziała! Co się tak rozpytujesz? czy kraść myślisz?
Stara zaniemiała, xiądz Paweł spójrzał.
— Cóż to tobie do tego?
— A tam kule szwedzkie mogą dójść? — spytała.
— Czemu nie? drogi nie pytają, a jak pani Płazinéj faskę z masłem rozbiją, nie straszna ruina i niewielki lament.
Stara podumała i odeszła, brat Paweł rozpoczął śpiéw i łataninę xiędza Stradomskiego, i zamyślił się, zamyślił, boć było o czém: trzeci raz jedne dziury zaklejał.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.