Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom drugi/XIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom drugi
Pobierz jako: Pobierz Cały tom drugi jako ePub Pobierz Cały tom drugi jako PDF Pobierz Cały tom drugi jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIII.

Nazajutrz po uwolnieniu zakonników, poseł posła gonił do klasztoru, a wszyscy w imię uczynionéj łaski (bo tak zwał Miller darowane uwięzionym życie) domagali się zdania twierdzy. A wszyscy z jedną odchodzili odpowiedzią:
— Naradzi się zgromadzenie, da znać przeor. Kordecki zwlekał, każdą godzinę w ten sposób uzyskaną, licząc za wielkie zwycięztwo; w duszy miał przekonanie że cóś nagłego, niespodziewanego, odpędzi szwedów od Jasnéj Góry, wygna ich z Polski całéj. Zamojski był także za przeciąganiem traktowania, jeden Czarniecki chciał walczyć, ale się już z tém nie odzywał. W pół dnia posłano do kwatery generała z prośbą, aby dwóch zakonników pozwolił wysłać do Karola Gustawa, pod tę porę znajdującego się w Mogile pod Krakowem, dla wyproszenia u niego innych, spodziewano się dogodniejszych warunków, w istocie znowu, dla zyskania czasu.
Miller w téj prośbie dopatrzywszy celu zwłoki, bo by témczasowo zawieszenie broni nastąpić musiało, odparł że na to nie pozwoli; że ma sam pełną władzę do umawiania się z niemi, a gdy punkta ułożone i przyjęte zostaną, obowiązuje się ratyfikacją ich przez króla podpisaną i opieczętowaną zakonnikom dostarczyć.
Pod pozorem téj odpowiedzi, wyprawiono znów do Klasztoru Kalińskiego, który w przybranéj roli troskliwego o dobro Częstochowéj człowieka i gorliwego o całość miejsca świętego, katolika, przybył na Jasną-Górę. Przeor świadkami rozmowy z nim, chciał mieć jak zawsze, przedniejszych ślachty i bracią: wprowadzono go więc do Definitorium, gdzie, na jakie stało oblężonych, przygotowano przyjęcie dla pana starosty. Kaliński dumniejszy niż kiedy, mówniejszy i śmielszy, z pewną powagą zasiadł krzesło i począł mowę. Powtarzał w niéj znane nam już argumenta.
— To szaleństwo — mówił, — to jakieś obłąkanie na was padło, opieracie się już, dzięki powolności Millera, dłużéj od Krakowa, choć z garścią tak małą! czyż nie dość? Wyglądacie posiłków? zkąd? od Chana?
I rozśmiał się szydersko.
— Denhoff i Wolf są w ręku króla szwedzkiego, cała mu się Polska poddała; ci jedni w pomoc wam przyjść jeszcze mogli; wojsko kasztelana Kijowskiego rozpierzchło, przerażone, działa pozabierane, żołnierz wylękły! Miller dla waszego jedynie dobra skłania się traktować, ale jak skoro, mówię wam to poufnie, działa burzące z Krakowa nadciągną, nie pozostanie najmniejszéj nadziei kapitulacji i układów. Myślicież, że wszędzie zwycięski Szwed, tu tylko da się odeprzeć i ustąpi sromotnie? możeż to być? nie jestli to z waszéj strony zarozumiałość ślepa?
— Panie starosto — odparł Zamojski, Polska się jeszcze nieopamiętała.
Na te słowa Kaliński wprost rzucił się na Zamojskiego, z dziwnie imponującą miną i ostremi słowy:
— Mości panie Zamojski, to nie polski sejmik, żeby tu słowy szermować i gębą bić, króla szwedzkiego: myśmy także Polacy, dbamy o kraj i jego losy, a przecież widząc stan nasz i położenie, oddaliśmy się pod protekcją Karola Gustawa. Porzuć waszmość złe i zgubne rady, któremi to miejsce święte o zagładę przyprawisz, kóremi obłąkujesz łatwowiernych zakonników. Możesz że waszmość ze Strzelcza swego powrócić szkody, które wojsko szwedzkie zgromadzeniu i ślachcie przy zdobyciu uczyni? Te szkody na kilka mil do koła sięgające, na wasze padną sumienie. Możeszże waszmość własnemi siły nieprzyjaciela odeprzeć? Chceszli mieć na duszy krew tylu, gdy się żołnierz rozzuchwali, i sukni, wieku, ani stanu patrzeć nie będzie. Innéj, innéj, nie pana Zamojskiego rady, szukajcie ojcowie, a radźcie rychło, póki szwed się nie rozjuszy; dziś jeszcze tylko traficie z nim zgodą do końca.
— Mospanie Kaliński — odparł tymże tonem Zamojski, i chciał wrąc gniewem dać naukę staroście, ale przeor za rękę go ujął i przerwał mu:
— Wszystko to co mówicie, wiemy dawno — rady pana Zamojskiego szanujemy, ale największym doradzcą naszym jest pan Bóg i Matka Jego i do nich więc, za upor nasz, obróćcie wymówki swoje, jeśli chcecie. A o nasze dobro nie frasujcie się tak gorliwie.
Kaliński spadł nieco z dumnego tonu mowy, ale nadrabiając fantazją — rzekł jeszcze:
— A! jak sobie chcecie! zawsze Kassandrom licho! nie trzeba prorokować nieszczęść, bo ludzie w nie nieuwierzą aż poczują. Róbcie więc po swojemu, mnie do tego nic, ja ręce umywam.
— Nie umywajcie rąk jak Piłat; rzekł Zamojski, abyście jak on winni nie byli.
I już-by może przyszło od tych słów do żywszéj kłótni, gdyby nie zapukano do drzwi Definitorium, a brat Paweł pod pachą trzymając stary habit Kordeckiego, który łatał, drugą podał list od szwedow przysłany.
Porwał go zaraz u drzwi Kaliński: że był otwarty, rzucił nań okiem.
— Ha! to zapewne są działa z Krakowa, lub wkrótce nadejdą, bo oto i list do was Wittemberga.
W istocie było to pismo naczelnego wodza, który poddać się nakazywał, nieposłusznym groził, a ręczył że szwedzi zdrady żadnéj na szkodę Częstochowéj nie knują. Przeczytał Kordecki i zamyślił się, jakby rady w sobie szukał, obrócił do Paulinów i po chwili rzekł do Kalińskiego.
— Wszakżem od dawna do traktowania się skłaniał. Któż winien że je barbarzyńskiem postępowaniem, zerwał Miller.
— A kto go rozdrażnił? — spytał Kaliński.
— Chyba pokora nasza! — odparł Kordecki.
— Powiedzcie, umyślne podstępy...
— Panie starosto, do kogo to stosujesz? zawrzał Zamojski znowu, podstępem tylko idą szwedzi i szwedzcy zwolennicy.
— Niémam tu co mówić i robić, — wstając zawinął się starosta — róbcie jak wam lepiéj, lecz pomnijcie że Miller nieprzebaczy zwyciężonym, a zwyciężyć musi.
To rzekłszy wyszedł, a gwar po nim i wrzawa wzbudzone słowy jego, powstały. Wszyscy bojaźliwsi naglili przeora, aby traktował: niemógł się im opierać, spójrzał na Zamojskiego w sposób znaczący i rzekł:
— Będziemy traktowali, ale chcecież bym ratując was, wpuścił tu lutrów, kalwinów, i katolików co się, żyjąc z niemi, ich bluźnierstw pouczyli.
— Niech Bóg uchowa od tego nieszczęścia.
— Chcecież by święty nasz ołtarz zbezcześcili i splamili?
Zamilkli razem.
— I ja pragnę pokoju, zgody, układów, ale mogęż przystać na to, bym świętości nasze, jak Judasz Chrystusa, wydał za srébrnik spokojności? Godziż się ocalając życie, sprzedać Boga i miejsce w którem tyle cudów zlewał na niewdzięcznych?
Nikt nieośmielił się odpowiedzieć.
— Uspokojcie się dzieci, ciągnął daléj Kordecki, będę traktował, będę czynił co można, co sumienie pozwala...
Na tém stanęło; a przeor wyszedł do swéj celi, dla pisania listu do Millera.
Kaliński powrócił tryumfujący jak zwykle; spotkał Wejharda w pół drogi niecierpliwego i ciekawego:
— A co starosto? — spytał.
— Cóż? dałem mnichom pieprzu! — odparł śmiejąc się poseł, — wyłajałem Zamojskiego, bo to on tam wszystkiego sprawcą, i doradzcą, i takiegom im napędził strachu, że się pewnie do wieczora poddadzą.
Wejhard znający chętne samochwalstwo Kalińskiego i próżną jego butę, ruszył ramionami nieznacznie.
— A parlamentarze? — spytał.
— Tylko co ich nie widać.
— Ale nie bałamucisz, panie starosto? — rzekł Wejhard.
— Albożem kiedy zwiodł was? — rzekł urażony nieco Kaliński: Przerażeni, przelękli, głodni, ledwie duch w nich: jeden Zamojski, że wié czém dla niego pachnie oddać się szwedowi, ze strachu gotów się bić, ale go tam ani chybi zwiążą i w ręce nam wydadzą, a sami będą prosić zmiłowania.
— Myślicie tak?
— Pewien jestem.
— No, idźmyż pocieszyć Millera.
I pojechali razem, a w ślad prawie za niemi przyszedł i list Kordeckiego; ledwie że Kaliński sprawił się ze swego poselstwa, już i kartę od przednich czat przeniesiono. Tryumfująco spójrzał na nią starosta, i wąsa zawinął, jakby mówił.
— A co! nie grackom się spisał?
W tém Miller rozwinąwszy list, spójrzawszy nań, namarszczył się i rzucił nim o stół.
— To znowu żarty! znowu zwłoki!
— Jak-to być może, po moich przekonaniach — perswazji, gdy tak zdawali się skonwinkowani....
— Zawsze oni jedni! rzekł szwed, uparci a krnąbrni, jeszcze im jakieś widać świtają nadzieje, chyba niewidzą co koło nich?
— Sto razy im to przecie mówiliśmy...
— Niewierzą!
Miller się zadumał znudzony.
— Ot przeczytajcie sami — rzekł, co piszą... że im ich załoga wystarcza, a nowéj nie potrzebują, jakbym ja ich pytał, jak im lepiéj? krętacze! A dodatek miły, dołożył kwaśno się uśmiechając wódz, że naszego wyznania ludzi, a nawet katolików co służyli przeciwko Jasnéj-Górze, wpuścić do niéj niemogą. Wykręt papistów, zasłaniają się świętością, ale dość już tego błazeństwa, dość, jutro wiec, szturm do klasztoru...
To mówiąc powstał i wydano natychmiast rozkazy rozpoczęcia kroków zaczepnych na jutro, nie wysyłając już żadnéj do klasztoru na list odpowiedzi. Miller wargę podgryzł, wąsa zakąsił, siadł na koń, wołać kazał puszkarzy, rozdać ładunki i zebrawszy radę wojenną, o świcie uderzyć.
Kaliński z Wejhardem pospuszczawszy trochę nosy, odjechali na stanowisko.
Jeśli kto, to Wejhard do ostatniéj był przywiedziony niecierpliwości; piérwszy téj wyprawy doradźca, — bo bez niego byłaby odłożoną, a zatém nie spełnioną została — musiał dźwigać na sobie wszystkie gniewy Millera; a cokolwiek wojsko ucierpiało, jemu na kark zrzucano. Obietnica jego każda, na nieszczęście zawodną była, czas się coraz przewlekał, grudzień poczynał, z nim mrozy, słoty, zimno dokuczliwe i pora nie do wojny. Potrzeba było kończyć, niepodobna odstępować ze wstydem, a siłą twierdza zdawała nie do wzięcia, bo działa polowe Millera nie starczyły, a Polacy nie chcieli mu pomagać. Wedle nauki militarnéj, twierdza Jasno-Górska śmiało, jak je zwał Miller, kurnikiem zdawać się mogła; a podług rachub ludzkich, już się zdać była powinna; jednakże stała niedobyta, nienaruszona, nikt nie pojmował jak i czemu. Jakiś zabobonny przestrach, znużenie, bojaźń niewysłowiona, opanowywały szwedów. Nie mało do tego przyczyniały się wieczorne rozmowy polaków. To co mówili o świętości i sile tego miejsca, szwedzi pojmowali czarami; a czary w owym wieku dla wielu, straszniejszemi były od Boga; ludzie przestawali już wierzyć w niego, a bali się jeszcze czarów. Sam Miller niewydając się z tém, już cóś rozmyślał o czarach, bo pojąć mu było trudno, jak bez nich garść ludzi starych, słabych, znużonych, przelękłych, osamotnionych, stawić mogła czoło potężnemu wojsku.
Nazajutrz rano zagrzmiały znowu szwedzkie działa z obozu, otoczyło wojsko mury, a bomby poczęły lecieć na klasztor; wszyscy niespodzianie zbudzeni wybiegli z krzykiem i płaczem, a sama nawet załoga na chwilę zmięszana została, tą napaścią o brzasku.
Kordecki był gotów: na piérwszy wystrzał działowy, pobiegł na mury z krzyżem w reku i przeżegnał nim cztéry świata strony, obszedł powolnie swoich, a ujrzawszy że kule hałasne bardzo, szkody nie czynią wielkiéj, wydał rozkazy, żeby się tylko bliżéj podstępującym szwedom ze szmigownic i organków odstrzeliwano, wielkich dział nie tykając.
Patrzcie dzieci! — mówił do zebranych, — jak Matka Boska szatą swoją osłania nas; oto kule nad głowami naszémi lecą bez szkody, i przenoszą mury, lub padają bezsilne, chwała Pani niebios, chwała!
Wtém pan Czarniecki przypadł.
— Co Jegomość dobrodziéj najlepszego robisz? a tożeś nie kazał z dział strzelać! czy to prawda? czemuż? czy prochu mało?
— Kto wié na jak długo potrzebować go będziemy, — odpowiedział Kordecki, — a nie widzę konieczności odstrzeliwania się działom; kule ich szkody nam nie czynią; dość odpychać podchodzących bliżéj z ręcznéj broni; gdy się szwed ośmieli i hurmem cisnąć zacznie, wówczas z dział odepchniemy. To tylko jeszcze początek panie Pietrze, strachy na lachy.
— No! wola wasza, rozkazanie pańskie jak hetmańskie, czyńcie wedle natchnienia, ja spieszę do moich ludzi, żeby choć na organkach dobrze grali, kiedy innego instrumentu użyć nie można.
I pobiegł chyżo na swoje stanowisko.
Szwed nie bardzo spiesznie i nie tak jak wprzód ochotnie następował, strzelał tylko z dział, w nadziei, że zapali dachy, że zniszczy mur i zrobi wyłom, ale nadaremnie. Czy to nieumiejętność puszkarzy, czy cud Boży: kule warczały w powietrzu, lecz spadały nieszkodliwie; wrzał Miller i bił swoich, ale już nie jeden odpowiedział własną myślą jego.
— Cóż na to poradzić? to czary! to czary!
Niechciał wódz dozwolić rozszérzać się téj myśli i przyjmował ją śmiéchem lub oburzeniem, ale ona coraz większéj nabiérała siły. Niektórzy ze szwedów szli już widocznie niechętni, inni cofali się i wywijali od napadu na klasztorne mury; widać było zrażenie, bojaźń jakąś potajemną. Samemu Millerowi dziwne wieści do uszu dochodziły: śmiał się z nich ciągle, ale niespokojném już okiem mierzył Częstochowę.
Jedni mu mówili, że widzieli nad klasztorem we mgłach rannych, postać niewieścią płaszczem jasnym osłaniającą twierdzę i odbijającą kule; drudzy powiadali o starcu zjawiającym nocą pod murami; inni jeszcze utrzymywali, że niewiastę i starca nad blankami, w powietrzu przesuwających się widzieli. Pogłoski te coraz większéj nabiérały wiary, przechodząc z ust do ust, świadczono się tym, to owym co na swe oczy widział, i przestrach powoli ogarniał wszystkich.
Kilku starszyzny tegoż dnia powtórzyli Millerowi wieści podobne, a skutek ich na wojsku był aż nadto widoczny — szemrało i szło z musu, z ukosa spoziérając tylko na twierdzę, milczącą cierpliwie, odstrzeliwającą się niekiedy i jakby niewidzialną bronioną potęgą. Samo dział umilknienie zdawało się podstępem, zdradną jakąś rachubą. Generał objechawszy swe wojska i górę do koła, powrócił do namiotu zamyślony więcéj niż kiedy, sam wątpiąc o wszystkiém, bo rachubą ludzką nie mogąc pojąć, co się w koło niego działo.
Jakaś straszliwa atmosfera tajemniczości, cudu, otaczała nieprzywykłego do niéj wojaka; czuł że ma do czynienia nie z siłą zwykłą żołnierzy, ale z władzą niepochwyconą, niewidzialną, niezbadaną, któréj dostrzedz nie mógł, z którą walka, była próżnym wysiłkiem. Sto razy w duszy powtórzył wszystkie jakie umiał przekleństwa na Wejharda, który go tu przywiódł i naraził na wstyd niechybny, ale cofać się, tak daleko zabrnąwszy, było niepodobna. Dałby był wiele za rozkaz, coby go ztąd odwołał; a tu trzeba było kończyć, trzeba było iść daléj a daléj.
Z kim? i jak? trudne zostawało pytanie. W starszyznie obojętność widział, niekiedy spotykał opór, bo xiąże Hesski, Sadowski i kilku innych, niewiele ceniąc posiadanie Częstochowéj, uważając straty na jakie zdobycie narażało, spóźnioną porę, w ostatku wrażenie, jakie na Polakach szturm do świętego miejsca miał sprawić, byli temu przeciwni; u ludu ta myśl czarów a dziwowisk sprawiała bojaźń niewysłowioną; niektórzy z oficerów nawet czuli już na sobie zaraźliwą jéj siłę. Jeden Wejhard stał przy swojém i obiecywał kapitulacją, a Kaliński drugi, gadał o nieuchronném poddaniu — ale nikt im nie wierzył.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.