Męczennik (D’Annunzio, 1906)

<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriele D’Annunzio
Tytuł Męczennik
Pochodzenie Dzwony
Data wydania 1906
Wydawnictwo Księgarnia Polska B. Połonieckiego
E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Zygmunt Kłośnik-Januszowski
Tytuł orygin. Il martirio di Gialluca
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


MĘCZENNIK.

„Trinita“ naładowana zbożem, przeznaczonem dla Dalmacyi, podniosła kotwicę około wieczora. Posuwała się wzdłuż długiego rzędu łodzi, od Ortony, w dół cichej rzeki, podczas gdy na brzegu zapalano światła, a majtkowie, którzy zawinęli do portu, zawodzili pieśni. Minąwszy w końcu wąski przesmyk, wypłynęła na morze Adryatyckie.
Pogoda sprzyjała. Z październikowego nieba zwisał pełny księżyc, ocierając się prawie o wodę, jak lampa, w łagodnem, różowawem świetle. W głębi zarysowywały się góry i pagórki. Dzikie ptactwo przeciągało cicho, gubiąc się w przestworzu.
Z początku manewrowała cała załoga, ażeby kierunek nadać statkowi. A gdy już lekki wietrzyk wydął czerwone, niezgrabnemi figurami ozdobione żagle, usiadło sześciu ludzi w milczeniu, zapalając fajki. Chłopiec okrętowy nucił na przedzie statku jakąś pieśń ludową.
— Nie utrzyma się pogoda — mruknął, spluwając w wodę, starszy Talamonte.
Na te prorocze słowa, nic nie mówiąc, rozejrzeli się wszyscy po morzu. Byli to tędzy, przez niebezpieczeństwa życia morskiego zahartowani marynarze. Często odbywali żeglugę na wyspy Dalmatyńskie, do Zary, Tryestu, Spalato. Dobrze znali drogę. Niektórzy z nich zachowali przyjemne wspomnienia o owocach wysp, o winie z Dignano, co pachnie różami.
Właścicielem „Trinity“ był Ferrante La Selvi. Dwaj bracia Talamonte, Ciru, Massacese i Gialluca, wszyscy rodem z Pescary, tworzyli załogę. Chłopiec okrętowy nazywał się Nazareno.
Noc była księżycowa, siedzieli więc długo jeszcze na pokładzie. Morze roiło się od łodzi rybackich. Od czasu do czasu zbliżała się któraś z nich do „Trinity“ i marynarze wymieniali ze sobą słowa pozdrowienia. Połów, zdawało się, był dobry.
Kiedy już minęli łodzie i byli sami na morzu, Ferrante i Talamonte zeszli do kabiny, aby wypocząć. Massacese i Gialluca, wypaliwszy fajki, zrobili to samo. Ciru został, jako warta, na pokładzie. Zanim zeszli, pokazał Gialluca towarzyszowi jedno miejsce na szyi i rzekł:
— Popatrz-no, co ja tam mam.
Massacese spojrzał i odpowiedział:
— Nic wielkiego. Nie zważaj na to.
Była to czerwona plama, jakby od ukąszenia jakiegoś owada, a w środku plamy widać było mały pęcherzyk.
Gialluca dorzucił:
— To boli.
W nocy zmienił się wiatr i morze zaczęło się burzyć. Statek tańczył po falach, pędziło go na wschód, stracił kierunek. Podczas manewrowania wydawał Gialluca cichy jęk co chwila, bo każdy silniejszy ruch głową sprawiał mu ból przykry.
Ferrante La Selvi zapytał:
— Co ci jest?
Przy świetle pierwszego brzasku dziennego pokazał Gialluca swój wrzód. Zaczerwienienie rozszerzyło się na skórze, a pęcherzyk we środku powiększył się znacznie.
Przypatrzywszy się, powiedział także Ferrante:
— Nic wielkiego. Nie zważaj na to.
Gialluca wziął chustkę i obwiązał sobie szyję. Potem zapalił fajkę.
Statek, miotany przez wiatr i bałwany, pędził ku wschodowi. Szum morza przygłuszał rozmowę. Od czasu do czasu przez pokład z hukiem przewalały się fale.
Nad wieczorem uspokoił się orkan i księżyc wynurzył się z wody, podobny do ognistej kopuły. Wiatr ustał, żagle opadły i statek zwolna unosił się na falach wśród ciszy. Czasem tylko czuć było lekki, przemijający wietrzyk.
Gialluca skarżył się na bóle. Towarzysze jego, nie mając teraz nic do roboty, uznali na czasie zająć się jego cierpieniem. Każdy radził co innego. Ciru z tytułu starszeństwa zrobił początek i doradzał plaster z mąki i miodu. Posiadał pewne wiadomości z medycyny, bo żona jego uprawiała równocześnie sztukę lekarską i czary, i uzdrawiała ludzi lekami i zamawianiem. Ale cóż, ani miodu, ani mąki nie było na statku, a suchar nie wywarłby żadnego skutku.
Wziął więc Ciru garść ziarna i cebulę. Ziarno roztarł, cebulę posiekał i zrobił z tego plaster. Kiedy tę mieszaninę przyłożono do wrzodu, uczuł Gialluca ból jeszcze silniejszy. W kwadrans później zerwał ze złością opaskę z szyi i rzucił ją do morza. Ażeby przemódz ból, zasiadł u steru i długi czas kierował sam statkiem. Wiatr się wzmógł i żagle trzepotały wesoło. W jasną noc rozróżniano wyraźnie na horyzoncie wysepkę, podobną do spoczywającego na wodzie obłoku; niezawodnie Pelagosa.
Nazajutrz rano chciał Ciru, który pielęgnowanie Gialluc’i uważał odtąd za swój obowiązek, opatrzyć chorego. Wrzód rozszerzył się na znacznej części szyi, przybrał inny kształt i ciemniejszy kolor, ku środkowi posiniał.
— Oho! a to co? — zawołał takim głosem, że chory zerwał się przestraszony.
I przywołał Ferrante’a, obydwóch Talamontów, wszystkich towarzyszów.
Zdania się różniły. Ferrante widział w tem straszną chorobę, która Gialluc’ę o śmierć może przyprawić. Gialluca pobladł trochę i słuchał tych przepowiedni z szeroko otwartemi oczami.
Gęsta mgła pokrywała niebo, ponuro i groźnie wyglądało morze, stada mew przeciągały ku wybrzeżu, bijąc niespokojnie skrzydłami, wydając głośne krzyki. Wszystko to przepełniało jego duszę nieznaną dotąd trwogą.
— To niebezpieczny wrzód, — zauważył w końcu sentencyonalnie młodszy Talamonte.
— Tak, tak! niebezpieczny — przytwierdzili inni.
Na drugi dzień pokazała się rzeczywiście krwią zabarwiona ropa, która wyciekała z pod cienkiej skóry obrzmienia. Wrzód pękł. Chore miejsce wyglądało jak gniazdo os, z którego materya płynęła obficie. Zapalenie i ropienie zwiększało się w niesłychany sposób.
W trwodze przyzywał Gialluca świętego Rocha, który leczy rany. Ofiarował dziesięć, dwadzieścia funtów wosku. Klęcząc na środku pokładu, wznosił ku niebu ramiona i z tragicznymi gestami czynił śluby, zaklinając się na ojca, na matkę, na żonę, na dzieci. Otaczający go towarzysze po każdem zaklęciu robili z uroczystemi minami znak krzyża świętego.
Ferrante La Selvi, który czuł zbliżającą się burzę, przypomniał surowym głosem marynarzom o ich obowiązkach. Statek pochylił się całkiem na bok. Massacese, obydwa Talamonte, Ciru rzucili się na swoje stanowiska. Nazareno wydrapał się na maszt. Zwinięto żagle, oprócz dwóch przednich. I statek, pochylając się to na jedną, to na drugą stronę, rozpoczął taniec na wzburzonych falach.
— Święty Rochu! Święty Rochu! — krzyczał Gialluca ze wzrastającą rozpaczą, podniecany także szumem i hukiem dokoła, utrzymując się w równowadze rękami i nogami.
Co chwila rozbijały się bałwany o poręcz i woda przelewała się z jednego końca pokładu na drugi.
— Zejdź na dół! — zawołał do niego Ferrante.
Gialluca zeszedł do kabiny. Czuł palący żar, a przytem wilgoć na całem ciele, i obawa choroby ściskała mu piersi. Pod pokładem, przy słabem świetle, dziwne wszystko przybierało formy. Słychać było groźne uderzanie fal o boki statku i trzeszczenie całego wiązania.
W pół godziny później wyszedł znów Gialluca na górę, przestraszony, jakby wracał z grobu. Wolał już być na powietrzu, na deszcz się wystawiać, wiatr wdychiwać, ludzi widzieć.
Ferrante, przerażony jego bladością, zapytał:
— Ale cóż tobie?...
I inni marynarze zaczęli, nie opuszczając swoich miejsc, debatować nad środkami ratunku. Mówili głośno, krzycząc prawie, ażeby szum orkanu przygłuszyć. Każdy miał swoją własną metodę. Skończeni lekarze nie wydawaliby swego sądu z większą od nich pewnością. Wśród sporu zapomnieli o grożącem im niebezpieczeństwie.
Przed dwoma laty był Massacese świadkiem operacyi, w zupełnie podobnym wypadku, dokonanej przez prawdziwego lekarza na biodrze Giovanniego Margadonny. Lekarz przeciął wrzoda; potem, ażeby ranę wypalić, natarł ją namoczonymi w jakimś gorącym płynie kawałeczkami drzewa i w końcu pewnego rodzaju łyżką usunął zepsute ciało, które wyglądało jak fusy. Uratował życie Margadonnie.
Massacese wpadł w zapał. Jak chirurg, który nie wie, co to litość, powtarzał ciągle:
— Trzeba krajać! Trzeba krajać!
I zwracał się ku choremu, naśladując ręką ruchy krajania.
Ciru podzielał zdanie Massacese’a. Bracia Talamonte także się zgadzali. Ferrante La Selvi kręcił głową. W końcu Ciru robił propozycyę Gialluce. Gialluca jednak nie chciał się zgodzić pod żadnym warunkiem. Wówczas Ciru, nie mogąc zapanować nad swoim gniewem, zawołał brutalnie:
— Dobrze, to umieraj!
Gialluca pobladł jeszcze więcej i spoglądał na swoich towarzyszów wytrzeszczonemi z przerażenia oczyma.
Zapadła noc. W ciemności zdawało się, że morze i burza ryczą jeszcze straszniej. Ląd był już bardzo daleko. Marynarze, ażeby się uchronić od przewrócenia wskutek silnych wstrząśnień, trzymali się lin. Ferrante kierował sterem i rzucał od czasu do czasu:
— Idź na dół, Gialluca!
Ale dziwny wstręt do samotności wstrzymywał Giallucę, pomimo wyczerpania cierpieniem, od udania się do kabiny. Stał, także uczepiwszy się liny, z zaciśniętymi zębami. Za każdem uderzeniem w statek wielkiej fali, pochylali marynarze głowy i wszyscy równocześnie wydawali krzyk, jak zwykli czynić robotnicy, którzy przy pracy wspólnie ciężki muszą robić wysiłek.
Kiedy księżyc wysunął się z poza chmur, złagodniała burza. Ale morze pozostało całą noc dzikie, rozszalałe.
Rano rzekł Gialluca z rozpaczą do towarzyszów:
— Krajcie!
Najprzód odbyli towarzysze poważną naradę, rodzaj konsylium. Następnie zbadali wrzód, który urósł do wielkości pięści. Zewnętrzna powłoka, niedawno do gniazda os podobna, tworzyła teraz jednolitą skorupę.
Massacese rzekł:
— Dalej! Śmiało!
Miał objąć rolę chirurga. Próbował na paznokciu ostrości nożów i wybrał w końcu nóż starszego Talamonte’a, bo świeżo był ostrzony. Powtórzył:
— Dalej! Śmiało!
I jego i innych porwała niecierpliwość.
Chory wydawał się teraz jakby ogłuszonym: z oczami w nóż wlepionemi, z napół otwartemi ustami, ze zwieszonemi bezradnie ramionami, stał jak idyota.
Ciru kazał go posadzić, zdjął mu opaskę i wstrząsnął się ze wstrętu.
W milczeniu i z naprężoną uwagą pochylili się wszyscy nad raną.
Massacese rzekł:
— Tak i tak.
I oznaczył przytem końcem noża jak należy krajać.
Gialluca wybuchnął nagle płaczem. Łkanie wstrząsało całem jego ciałem.
— Odwagi! Odwagi! — powtarzali marynarze i trzymali go silnie za ramiona.
Massacese rozpoczął operacyę. Przy pierwszem poruszeniu klingi wrzasnął na cały głos Gialluca; potem zacisnął szczęki i słychać już tylko było jakby ryk tłumiony.
Massacese krajał zwolna, ale pewną ręką, wystawił przytem język, jak to było jego zwyczajem, gdy chciał coś ze szczególną dokładnością zrobić. Ale statek kołysał się straszliwie, i cięcie było nieregularne; nóż wchodził raz więcej, to znów mniej głęboko. Przy silniejszych wstrząśnieniach dostawała się klinga do zdrowego ciała. Gialluca po raz drugi wrzasnął i bronił się, cały krwią zalany, jak bydlę pod rękami rzeźnika. Nie chciał już.
— Nie, nie, nie!
— Nie ruszaj się! Nie ruszaj się! — krzyczał Massacese, któremu zależało na tem, żeby swoje dzieło doprowadzić do końca, z obawy, że przerwana operacya może jeszcze niebezpieczeństwo powiększyć.
Morze ciągle jeszcze wzburzone, rozbijało się nieprzerwanie o statek. Na dalekim horyzoncie wznosiły się o lejkowatych formach chmury i rozszerzały się na ogołoconem z ptactwa niebie. Wśród burzenia się żywiołów, przy niepewnem świetle okrętowej latarni, wzrastał niepokój tych ludzi. Wśród borykania się z chorym potęgowała się ich złość.
— Nie ruszaj się.
Massacese zrobił jeszcze na chybił trafił trzy czy cztery cięcia. Z krwią zmieszana, biaława materya wypływała z rany. Wszyscy nią byli zbryzgani, oprócz Nazarena, który, trzęsąc się, stał oparty o poręcz, przerażony okropnym widokiem.
Ferrante La Selvi spostrzegł, że statek jest w niebezpieczeństwie i wydał na cały głos komendę:
— Do roboty! Obrócić statek!
Obydwa Talamonte, Massacese i Ciru wykonali manewr. Przechylając się to na jedną to na drugą stronę, przybrał znów statek właściwy kierunek. W dali wynurzała się wyspa Lissa. Przez chmury przeciskały się długie, świetlane gzygzaki, spadały na wodę, nowe co chwila na niebie wywołując zmiany.
Ferrante został przy sterze. Inni wrócili do Gialluc’i. Cięcia musiały być wyczyszczone, wypalone i założone szarpiami.
Operowany znajdował się teraz w stanie zupełnej niemocy. Zdawał się już o niczem nie mieć pojęcia. Patrzył na swoich towarzyszów przygasłemi oczami, owym złamanym wzrokiem zwierząt przed skonaniem. Od czasu do czasu wypowiadał jakby do siebie mówiąc:
— Jestem zgubiony. Jestem zgubiony!
Ciru próbował wyczyścić ranę kłakami, ale rękę miał ciężką i drażnił ją. Ażeby aż do końca naśladować przykład lekarza Margadonny, zaostrzył Massacese starannie dwa jednakowe jodłowe patyczki. Dwaj Talamonte zajęli się terem, bo terem postanowiono ranę wypalić. Niemożliwem było rozniecić ogień na pokładzie, z powodu przelewającej się nieustannie fali. Zeszli więc bracia Talamonte na dół do kajuty.
Massacese zawołał do Cira:
— Wymyj ranę morską wodą!
Ciru zrobił, jak mu polecono. Gialluca wszystko pozwalał robić ze sobą. Jęczał i kłapał zębami. Szyja jego stała się bezkształtną, poczerwieniała cała, miejscami zaś była niebieskawa. Dokoła cięć widać już było kilka ciemnych plam. Chory z trudnością oddychał i męczyło go pragnienie.
— Módl się do świętego Rocha, — rzekł Massacese, który stał nad nim z zaostrzonymi patyczkami i na ter tylko czekał.
Wiatr pędził teraz statek na północ. Jakkolwiek morze szło jeszcze wysoko, burza jednak, zdawało się, była już przełamana. Przez rdzawe chmury przebijały się słoneczne promienie z wysokiego nieba.
Dwaj Talamonte przynieśli dymiącym się terem wypełnione naczynie.
Ażeby odnowić śluby złożone świętemu, ukląkł Gialluca. Przeżegnali się wszyscy.
— O, święty Rochu, bądź moim zbawcą! Ślubuję ci srebrną lampę i olej na cały rok i trzydzieści funtów świec! O, święty Rochu, bądź moim zbawcą! Mam żonę i dzieci... Miłosierdzia, litości, o mój dobry, święty Rochu!
Gialluca klęczał ze skrzyżowanemi rękami i mówił głosem nie do poznania zmienionym.
Potem usiadł znów i powiedział Massacesemu krótko:
— Rób.
Massacese obwinął patyczki kłakami, zamoczył je we wrzącym terze i wytarł tem ranę. Ażeby wypalenie gruntowniejszem i skuteczniejszem uczynić, nalał jeszcze trochę płynu w ranę. Gialluca nie wydał ani słowa skargi. Inni wzdrygali się na widok tych tortur.
Ferrante La Selvi rzekł ze swego posterunku, potrząsając głową:
— Zabiliście go.
Zanieśli Gialluc’ę na pół umarłego do kajuty i ułożyli go na pryczy. Nazareno miał poruczoną pieczę nad chorym. Z pokładu słychać było donośną komendę Ferrante’a i przyspieszone kroki marynarzy, wzywanych do manewrowania. „Trinita“ się skręciła i zatrzeszczała w wiązaniu. Naraz, Narazeno spostrzegł, że utworzyła się dziura. Krzyknął na załogę. Zbiegli się wszyscy. Wśród wrzasku i największego zamieszania, wysilano się, żeby szparę jak najprędzej zatkać. Można było myśleć, że statek już tonie.
Pomimo fizycznego i duchowego wyczerpania, podniósł się Gialluca na swojem legowisku, wyobrażając sobie, że „Trinita“ idzie pod wodę. Uczepił się ramienia młodego Talamonte’a i błagał:
— Nie opuszczaj mnie! Nie opuszczaj mnie!
Uspokoili go i położyli napowrót. Bał się, mówił bez sensu; płakał, nie chciał umrzeć. Zapalenie rozszerzyło się na całą szyję, kark, a nawet na część tułowiu, obrzmienie stawało się coraz monstrualniejszem, groziło mu uduszeniem. Trzymał szeroko otwarte usta, ażeby módz czerpać powietrze.
— Wynieście mię na górę! Brak mi tchu... umrę tutaj...
Ferrante wezwał ludzi na pokład. Statek lawirował wkoło, ażeby odzyskać właściwy kierunek. Ciężkie było manewrowanie. Z ręką na sercu szukał właściciel „Trinity“ odpowiedniego wiatru i wydawał potrzebne rozkazy. Nad wieczorem wygładziły się fale.
Po niejakim czasie wpadł na pokład Nazareno, trzęsąc się ze strachu, z okrzykiem:
— Gialluca umiera! Gialluca umiera!
Marynarze pobiegli na dół i zastali już swego towarzysza nieżywego na jego legowisku, całkiem rozrzuconem, z otwartemi oczami i napuchniętą twarzą, jak uduszonego.
Stary Talamonte rzekł:
— A teraz co?...
Inni milczeli i stali w osłupieniu przed trupem.
Nic nie mówiąc, wrócili znów na górę.
Talamonte powtórzył:
— A teraz co?
Zwolna zapadła noc nad wodą. Uciszyło się powietrze. Po raz drugi obrócono żagle. Na horyzoncie ukazała się wyspa Solta.
Marynarze zbici w gromadkę na pokładzie omawiali zdarzenie. Żywy niepokój przygniatał im serca. Massacese był blady i zadumany.
— Czy nie przypiszą nam winy jego śmierci? — rzekł w końcu. — Czy nie myślicie, że czekają nas nieprzyjemności?
Ta sama obawa dręczyła już wszystkich tych zabobonnych i nieufnych ludzi. Odpowiedzieli:
— Masz słuszność.
— A więc! Co robić?
Starszy Talamonte rzekł na to:
— Nie żyje, prawda? Rzućmy go do morza. Powiemy, że podczas burzy utonął... Tak będzie najlepiej.
Zgodzono się na tę propozycyę. Przywołano Nazarena.
— Ty, umiesz ty... milczeć jak ryba?
I groźnem zachowaniem wymusili na nim, że tajemnicę zapieczętuje w swojej duszy.
Zeszli potem na dół, ażeby przynieść trupa. Zwłoki czuć już było rozkładem i za każdem silniejszem wstrząśnieniem kapała gęsta ropa.
— Musimy go zapakować do worka — rzekł Massacese.
Przynieśli worek; ale trup wlazł tylko do połowy, zawiązali więc worek pod kolanami, tak, że nogi pozostały zewnątrz. Instynktownie rozglądali się wszyscy dokoła przy tem niemiłem zajęciu. Nigdzie nie było widać żagla. Odkąd się orkan uspokoił, szerokie, jednostajne fale poruszały morze Adryatyckie. Na horyzoncie wyłaniała się ciemno-niebieska wyspa Solta.
Massacese rzekł:
— Trzeba jeszcze kamień przywiązać...
Wybrali duży kamień z balastu i przymocowali go u nóg nieboszczyka.
— Dalej! — zakomenderował Massacese.
Podnieśli trupa ponad poręcz i rzucili za burtę. Rozstąpiła się woda, bluznęła wysoko i zwarła się znowu. Martwe ciało spadało zwolna, kołysząc się, w głębię i znikło.
Marynarze wrócili znów na swoje stanowiska, czekając na ustalenie się wiatru... Zapalili fajki w milczeniu. Massacese rozglądał się ciągle bezwiednie, jak człowiek, który czegoś szuka.
Wzmógł się wiatr. Wydęły się żagle. „Trinita“ płynęła w kierunku wyspy Solty. Po dwugodzinnej żegludze byli na przesmyku.
Brzeg zalewało światło księżyca. Morze było spokojne, prawie jak jezioro. Dwa okręty opuszczały port Spalato i zbliżały się burta koło burty. Załogi śpiewały.
— Patrzcie! — zawołał, usłyszawszy znaną mu pieśń Ciru. — Nasi z Pescary!
Ferrante rozpoznał obrazy i znaki na żaglach i rzekł:
— Statki Rajmunda Callaresa...
I zawołał.
Swojaki odpowiedzieli mu głośnem hallo. Jeden ze statków wiózł suszone figi, drugi osły.
Kiedy się drugi statek na kilka stóp do „Trinity“ zbliżył, wymieniono pozdrowienia:
Ktoś zawołał:
— He! Giallu! Gdzież Gialluca?
Messacese odpowiedział:
— Zginął podczas burzy. Powiedzcie jego matce.
Nastąpiły potem różne wołania ze statku naładowanego osłami. Wreszcie pożegnano się.
— Zanieście pozdrowienie do Pescary! Do Pescary!
I załogi, oddalając się, zaintonowały znów pieśń przy jasnem świetle księżyca.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gabriele D’Annunzio i tłumacza: Zygmunt Kłośnik-Januszowski.