Marcin Podrzutek (tłum. Porajski)/Tom IV/PM część II/2

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Marcin Podrzutek
Podtytuł czyli Pamiętniki pokojowca
Wydawca S. H. Merzbach
Data wyd. 1846
Druk Drukarnia S Strąbskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Martin l'enfant trouvé ou Les mémoires d'un valet de chambre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


2.
Wesołe śpiewki.

Najpiękniejszy dzień jesienny przyświecał wiefkiemu widowisku naszemu w mieście Senlis.
Słońce wznosiło się wspaniale; około czwartéj po południu teatr nasz. rozbity pod gołém niebem, otoczony był tłumami widzów, pękających od śmiechu z figlów naszego pajaca i jego pana la Levrassa, którzy wysilali się zwabić i zabawić coraz liczniejszą publiczność; figlom tym towarzyszyły, jak zwykle, olbrzymie policzkowania i bicia nogą, które la Levrasse wydzielał z komiczną powagą, a pajaco przyjmował ze zwyczajnym odgrażaniem, z wykrzywieniami i wykrzyknikami.
Po téj paradzie nastąpiła scena wesoła, śpiewana przez pajaca i Baskinę.
Skoro Baskina, poprzedzona już swą sławą ukazała się na przed teatralnych deskach, zrazu wszystko się uciszyło, głuchy tylko szmer podziwienia przebiegł po tłumach.
— Ah jaka ładna!...
— Jak pięknie ubrana.
— Rzekłbyś że to mała kobiéta.
— Jak piękne ma włosy!
— A ta śmiała mina! co?
— A jak ładna figurka!
— Chciałbym tylko żeby była przynajmniéj o pięć lub sześć lat strasza... O! z tak ładną figurką... na honor nie ręczyłbym za siebie...
— A jak zgrabna... jak dobrze zbudowana!
— Jaka nóżka... patrzno... jaka nóżka i jaka łydka...
— A te dołki w ramionach!
— A ta minka złośliwa... przebiegła!
— Jak zaśpiewa, tobyś ją zjadł.
— Chwała Bogu! będzie śpiewać... mówią że jéj scena z pajacem jest okropnie tłusta.
— Tém lepiéj!
— Czekajno... ty ładny mały szatanku.
— Prawda — ona strasznie zakrawa na złego ducha!...
— Należałoby nazwać ją Diablotiną... nie zaś Baskiną.
Tych wszystkich wykrzykników słuchałem ukryty za dekoracyami u wejścia do naszego teatru.
Dziś doświadczenie pozwala mi dokładniéj zastanawiać się nad wrażeniami, jakie to dziécię wywarło na publiczności.
Jeżeli Baskina zmieniła się moralnie, to niemniéj wykształciła się i fizycznie: jéj rysy, zawsze czarowne, lubo straciły słodki wyraz swobodnéj niewinności, a policzki, jeżeli się tak wyrazić godzi, nie miały już owej świeżéj okrągłości; cera, mimo że jasna i pełna przezroczystości cechującej siłę i zdrowie, była blada, nie miała już, tego różanego rozkwitu, który cechuje rumieniec dziecięcy. Niegdyś trwożliwe jéj wielkie, czarne oczy, lekko okolone, teraz śmiało i odważnie patrzały na tłumy, a złośliwy i zuchwały uśmiech błąkał się po jéj świeżych ustach, niegdyś tak skromnych.
Dziwaczny i bezwstydny kostium w który ubrano Baskinę, zamiast obrażać publiczność naszę, owszem zdawał się wielce przypadać do gustu.
Na jéj pięknych, jasnych włosach, splecionych w dwa długie aż do ziemi prawie spadające warkocze, miała zukosa wdzianą małą grecką czapeczkę szkarłatną, wyszywaną srebrnemi łuszczkami; niezmiernie wycięty a również pąsowy i srebrem tkany gorsecik, dokładnie wydawał jej smugłą kibić; szyja, pierś, ramiona i bielutkie jak kość słoniowa ręce, były obnażone; delikatne, świecące szelki utrzymywały krótką, jasno niebieską, jedwabną spódniczkę srebrem tkaną i zaledwie kolan dosięgającą; obcisłe, cielistego koloru trykoty dozwalały widzieć najdelikatniejsze kształty aż do drobnéj nóżki, którą czerwone safianowe buciki fałszywemi gronostajami obszyte, pięknie ubierały.
Późniéj gdy miałem sposobność widzieć i podziwiać przecudny marmurowy posąg Starożytnéj Bogini miłości, zachwycające kształty tego arcydzieła mimowolnie przypominały mi Baskinę.
Tak ubrana Baskina wystąpiła na naszym teatrze aby odśpiewać scenę z pajacem.
Pajaco nie miał brzydkiéj twarzy, lecz cechowała ją nikczemność; ubrany był, stosownie do swojej roli, w płócienną kurtę i obwisłe spodnie, spiczastą czapkę i rudą perukę.
Nagle najgłębsza cisza zaległa wśród widzów. Scena rozpoczęła się od jakiéjś recytatywy przeplatanéj zwrotkami i dwuznacznikami oddawna znanemi na rynkach; tytuł jéj: Miłość Pajaca.
Pajaco zbliżył się z politowania godną miną, a posunąwszy w tył jednę nogę, niezgrabnie ukłonił się Baskinie, poczém naprzemian ze swą towarzyszką zaśpiewał co następuje:
Pajaco. Panienko, to ja przybywam mówić ci o miłości.
Baskina (pogardliwie zadąsana) O twéj miłości?... Ah! biednyś ty mój pajaco!
Pajaco (usiłuje objąć kibić Baskiny, ta zaś broni się śmiejąc) To ja, panienko, chciałbym doznać radości.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Baskina (dając mu policzek) Masz niedołęgo... masz głupcze!

Pajaco (płacząc, rycząc, obie pięści przytknął do oczu, i płaczliwie komicznym głosem odśpiewał swą znaną aryę:)

Hi, hi, hi, panienko,
Widziałem przez okienko
Twe miłostki z Arlekinem
Tym błaznem, djabła synem.
Wczoraj wieczór przy księżycu,
Widziałen jak na twém licu
Skradł.....

Baskina (przerywa mu głośnym śmiechem i z bezwstydną złośliwością pyta:)
Czy tak?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ta scena odbywała się wpośród głośnéj wesołości zgromadzonych tłumów.
Te nędzne, zaledwie rymowane dwuznaczności, nikczemne i sprośne dowcipy, służyły głównie za pretext, za ramę do scenicznéj gry, do brudnych deklamacyj pajaca i do wybitniejszego oddania całéj sprzeczności dziecinnego i wyzywającego wdzięku jego towarzyszki.
Nieczysty zapał kuglarza wydał mi się w owym dniu nad wszelki wyraz wyuzdanym; z zuchwałą postawą, sprośnym giestém, zaiskrzonym okiem, zbliżał się po kilkakroć do Buskiny pragnąc objąć jéj kibić, a tak dalece posunął się w swojéj cynicznéj pantominie, iż niektórzy widzowie wyszydzili go; większa jednak liczba obsypała poklaskami zanosząc się od śmiechu.
Przebiwszy dziurę w jednéj z płóciennych dekoracyj, niewidzialny, towarzyszyłem całéj téj scenie; wtem postrzegłem matkę Major o kilka kroków za mną; ale ona mię nie widziała... Straszny był wyraz gniewu i prawie dzikiéj nienawiści, jaki „dostrzegłem na jéj twarzy pomimo mocnéj warstwy świetnego różu; była bowiem przebrana za dziką kobiétę. Oczy jéj błyszczały ponurym ogniem, a grube, drobno porastającym wąsem przyćmione usta, konwulsyjnie drgały; kilka razy wyprężyła ręce zaciskając ogromne pięści, jakby komuś grozić chciała.
Zrazu nie przyszło mi na myśl, że ta mściwa Megera mogła być zazdrosną o swojego kochanka pajaca, który swą nikczemną pantomimą w scenie z Baskiną zazdrość żeńskiego Alcyda aż do wściekłości doprowadził.
Nie uważałem wreszcie za rzecz potrzebną badać przyczyn gniewu matki Major, która wkrótce po skończeniu sceny pajaca z Baskiną, szybko znikła po wewnętrznej drabinie.
Wtedy usunąwszy dekoracyę chciałem przystąpić do Bajkiny, aby jéj powinszować tak nadzwyczajnego powodzenia, lubo doznałem dotkliwéj i oburzającéj boleści słysząc jak wdzięczny i czysty głos tego dziecka kalał się ulicznemi sprosnościami.
Głos Baskiny tyle miał w sobie wdzięku, melodyi i giętkości, gra tyle wesołości, przyjemności i podżegającego powabu, że łacno zacierały odrażającą trywialność téj sceny. Baskinę przyjęto szalonemi oklaski, zapał doszedł do tego stopnia, iż mnóstwem drobnych a nawet i srebrnych pieniędzy zasypano przedteatralne deski, czego tém mniéj można się było spodziewać, że scena ta, mająca na celu zwabienie publiczności do wnętrza naszego namiotu, odbywała się pod gołém niebem, niby bezpłatnie i żadna kwesta po niéj nastąpić nie miała.
Natychmiast po téj rozrzutności widzów, z wściekłością rozległy się szalone okrzyki fora! fora!
Zawsze nieco ukryty za dekoracyami, zbliżyłem się teraz do Baskiny, uradowany i dumny że jéj będę mógł powinszować; to bowiem co mię obecnie zasmuca, w tedy mię zachwycało.
— To mi dopiero tryumf! — po cichu rzekłem Baskinie.
— Nie wspominaj mi o tém, — odpowiedziała ożywiona, promieniejąca, z zaognioném licem, iskrzącém się okiem, — nie posiadam się z radości... tak mię to bawi!...
W téj saméj chwili wołania fora! jeszcze się głośniéj rozległy.
Baskina ochłonąwszy nieco z pierwszego uniesienia, litośnie wzruszyła ramionami, i z szyderczém spojrzeniem wskazując na publiczność, rzekła mi głosem jeszcze drgającym z wzruszenia i tryumfu:
— Patrzno jak się publiczność zapala... ale to nic jeszcze... Jeżeli wyjdę i powtórzę scenę, to prawdziwym ogniem wybuchnie.
— A ja... uduszę cię... jeżeli wyjdziesz... Nie chcę aby cię pajaco dotykał i tak lubieżnym wzrokiem spoglądał na ciebie, — mruknął za inną jakiś głos gniewny i przytłumiony.
Obejrzałem się.
Był to Bamboche, blady jak ściana; gniew i zazdrość twarz mu zmieniły.
— O! Boże!.... czyż to moja wina wszak tak jest w roli, — rzekła truchlejąca Baskina obracając się w stronę kryjówki Bambocha.
— Fora!... fora!... scena pajaca z Baskiną! — wrzeszczały niecierpliwe tłumy.
— Zabraniam ci tego, — powtórzył Bamboche, i uchyliwszy nieco zasłony, okropne spojrzenie rzucił na Baskinę, — czy rozumiesz mię?
I znikł.
— Nie powtórzę tej sceny, — rzekło mi po cichu biedne stworzenie ze łzami w oczach, a potém dodała:
— Idz-że, powiedz mu, niech się nie gniewa...
Czyniąc zadosyć nieustającym wrzaskom tłumu, la Levrasse uradowany powodzeniem swéj pensyonarki, wdrapał się na przedteatrnlne deski i zbliżywszy się do Baskiny rzekł jéj zcicha:
— Publiczność niecierpliwi się... nuże!... o czém myślisz?... daléj, żywo, powtórz scenę!
— Nie, — śmiało odparła Baskina.
I cofając się chciała wyjść za improwizowane kulisy.
Że zaś wrzawa nie ustawała, la Levrasse potrzykroć komicznie ukłonił się publiczności, dając do zrozumienia że uprosi Baskinę aby powtórzyła żądaną scenę; ale mimo uśmiechającéj i komicznéj miny, zagniewanym głosem szepnął na ucho swojéj pensyonarce:
— Mała hultajko, rozgniewasz publiczność i pozbawisz nas ogromnego dochodu.
— Drwię ja z tego, — tak opryskliwie, tak śmiało rzekła Baskina, iż la Levrasse, utraciwszy nadzieję przezwyciężenia jéj uporu, dodał po cichu:
— Zapłacisz mi to!
Potém przybrawszy znowu swą wykrzywiającą się maskę, obrócił się do spokojnej już publiczności, ukłonił się i rzekł:
— Niech mi wolno będzie oświadczyć szanownemu zgromadzeniu, że Baskina... to nieocenione dziecię, musi wkrótce wystąpić w innych tańcach; utrudziłaby się więc za prędko powtarzaniem przed szanowną publicznością ulubionéj sceny.
A że wściekła wrzawa niezadowolenia odpowiedziała na te słowa, la Levrasse swym przenikliwym i nad tłumem górującym głosem dodał:
— Niech się szanowne zgromadzenie uspokoić raczy! bo nic nie straci... widowisko zakończone zostanie powtórzeniem téj sławnéj sceny, która dostąpiła zaszczytu podobania się prześwietnéj publiczności...
Gdy zaś i tę obietnicę przyjęto nowemi okrzykami niechęci, la Levrasse, jako wielki polityk, skinął na Baskinę oby odeszła i zawołał na orkiestrę złożoną z tolumbasa, trzech klarnetów i cztérech puzonów:
— Hej muzyka!... do dzieła!... zagłuszyć publiczność!...
Na ten rozkaz zabrzmiała piekielna orkiestra, a pajaco, jako człowiek roztropny, do jéj zagłuszającego hałasu dołączył rażące dźwięki ogromnego dzwonu; wrzawa wkrótce ustała, a wtedy la Levrasse i pajaco pochyleni nad poręczami przedscenia, na zabój wrzeszczeli:
— Wchodźcie panowie... wchodźcie;... to coście widzieli przede drzwiami, niczém jest w porównaniu z tém, co zobaczycie na teatrze... Wejdźcie panowie, wejdźcie!!
Mimo tego przebiegłego manewru la Levrassa, znaczna część rozdrażnionych widzów, rzuciła się na przedteatralne deski; powstał straszliwy zgiełk, który z wielką tylko trudnością uśmierzyli żandarmi, bo nakoniec prawo górę wziąć musiało. Kilku zbyt zagorzałych amatorów talentu Baskiny przyaresztowano, i wreszcie mogliśmy rozpocząć właściwe widowisko wobec niezmiernego tłoku widzów, bo wypadek ten podwoił powszechną ciekawość.
Piérwéj niż Baskina opuściłem przedscenie i pobiegłem uspokoić zazdrosnego Bambocha...
Gdym przechodził wzdłuż małego okolenia płóciennego które nam służyło za foyer, usłyszałem gruby głos matki Major. Chociaż usiłowała cicho mówić i głos o ile możności powstrzymywała, słowa jéj jednak doszły moich uszu.
Stanąłem i słuchałem:
— Powtarzam ci łotrze, że ty chcesz zwabić do siebie tę małą gadzinę, ale ja ją zabiję, — mruczała megera, — o! ho! ja cię już dawno mam na oku.
— Ej, moja gruba, ty nikogo w świecie nie zabijesz... tyś zanadto nikczemna, — odpowiedział zakatarzony głos haniebnego pajaca.
— Ja jéj nie zabiję? No... no, niech tylko kaszlnę... rzekła matka Major dobitniéj i ze szczególném brzmieniem wymawiając te wyrazy.
A wymowną pantominą dopełniła zapewne znaczenia słów swoich, bo po chwili milczenia pajaco zawołał, teraz już na seryo:
— Ah! kaszlając. Prawda, być może; ale ja ci nie wierzę... nie ośmielisz się na to... wobec publiczności...
Wtem usłyszałem jakiś ruch za płócienną zasłoną gdzie się znajdowali rozmawiający, i czémprędzéj uciekłem.
Wtedy pojąłem przyczynę gniewu matki Major, i tém bardziej lękałem się o Baskinę: nieraz wzywała mojéj pomocy broniąc się od grubiańskiéj natarczywości pajaca, ale z obawy jakiego nieszczęścia, błagała mię zawsze abym to taił przed Bambochem zbyt zazdrosnym i drażliwym. Biédne dziécię musiało się zatem obawiać i zazdrości matki Major i nienawiści pajaca.
Chciałem wszystko wyjawić Bambochowi, ale przypomniawszy sobie, te téj nocy jeszcze mamy opuścić trupę, a w słowach matki Major upatrując tylko daleką pogróżkę (słów tych zresztą dobrze nie rozumiałem bo mówiła iż kaszląc zabić może Baskinę), uznałem za rzecz rozsądną zachować milczenie, bom mniemał że niebezpieczeństwo da się jeszcze odwrócić.
Jednocześnie prawie z Baskiną przybyłem do Bambocha.
Biédaczka przystąpiła ku niemu z załamanemi rękami, ze łzą w oku, błagająca, w twarzy jéj malowało się niewypowiedziane uszanowanie, trwoga i czułość.
— Powiedz jedno tylko słowo... a nie wystąpię już tego wieczora — wzruszonym głosem poszepnęła.
A potém stanowczym tonem dodała:
— Nie, mój kochany... choćby mię la Levrasse chciał na sztuki porąbać, nie wystąpię już tego wieczora, jeżeli mi nie pozwolisz...
— Teraz, już mi to wszystko jedno..! bo już tylko ze mną, Marcinem, albo z matką Major występować będziesz — opryskliwie i surowo odparł Bamboche, ale wzrok i twarz jego świadczyły, iż poświęcenie i energiczny zamysł Baskiny mocno go wzruszyły.
I żeby nie okazać tego wzruszenia, odwrócił się mówiąc:
— Wołają mię.
Spiesznie odszedł; widziałem że mu łzy w oczach zabłysły.
— Mój Boże!... czegóż on chce jeszcze? — rzekła mi Baskina, która nie mogła dostrzedz rozrzewnienia Bambocha.
— On płacze... ale nie chce przyznać się do tego; odpowiedziałem Baskinie...
— Płacze... i dlaczego? — spytała.
— Bo go rozrzewniło twoje oświadczenie że wolisz narazić się na wszystko, aniżeli wystąpić na scenę mimo jego chęci.
— Widzisz więc!... widzisz!...jaki on dobry... — zawołała głęboko wzruszona Baskina.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: Seweryn Porajski.