Marcin Podrzutek (tłum. Porajski)/Tom IV/PM część II/6

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Marcin Podrzutek
Podtytuł czyli Pamiętniki pokojowca
Wydawca S. H. Merzbach
Data wyd. 1846
Druk Drukarnia S Strąbskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Martin l'enfant trouvé ou Les mémoires d'un valet de chambre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


6.
Śpiewka.

Zaledwie upłynęło dwa dni pobytu na spokojnéj i samotnéj Wyspie naszéj, a już oznaki moralnéj poprawy jakie w towarzyszach moich dostrzegłem i sam w sobie uczułem, co raz wyraźniej objawiać się zaczynały...
Byłże-to, jeżeli się tak wyrazić wolno, skutek zmiany powietrza?... Nie wiém... lecz można było powiedziéć, że od czasu jak opuściliśmy trupę la Levrassa, i zepsutą atmosferę w któréj dotąd żyliśmy, zamiary nasze stawały się co dzień lepsze i czyściejsze.
Zrazu atoli starannie jedni przed drugiemi ukrywaliśmy te zbawienne uczucia, gdyż, niestety! tak dalece już byliśmy skażeni, że dobre nas wstydziło.
Dotąd utkwiły mi w pamięci wszystkie szczegóły spędzonego na wyspie drugiego wieczora.
Wesoło i pracowicie przez cały dzień oczyszczaliśmy nasze kartofle i korzonki z rozlicznych chwastów; nazbieraliśmy suchego drzewa na ogień, a ja niegdyś mularz, naprawiłem dach w wielu miejscach popsuty, podczas gdy Bamboche i Baskina zbierali owoce; to zajęcie tyle miało dla nas powabu, iż nawet dwóch godzin nie odpoczywaliśmy.
Posiliwszy się wesoło pieczonemi kartoflami smacznemi owocami, położyliśmy się wszystko troje na łące przed lepianką.
Było to po zachodzie słońca; wieczorny wietrzyk powiewał przyjemnie, a chociaż księżyc się jeszcze nie pokazywał, jednak błyszczące gwiazdy słabo już rozjaśniały nocną ciemność;... powietrze tak było czyste, łagodne, dźwięczne, że szum źródła po skałach spadającego, rozmaite zdawał się wydawać odgłosy... bo raz szemrał niby głucho i żałośnie, to znowu dźwięczał głośno, srebrzysto niby dzwon kryształowy.
Milczeliśmy, marzyliśmy przeciw zwyczajowi naszemu.
— Jakże miłym jest szmer tego źródła... — po chwili rzekła Baskina.
— Prawda, odparł Bamboche; — właśnie o tém myślałem... wolę go, niżeli muzykę naszych widowisk.
— O wielka to prawda!... — wtrąciłem z westchnieniem.
I znowu zamilkliśmy wszystko troje.
W oddaleniu, dał się słyszeć kilkakroć przerywany śpiew nie wiém jakiego ptaka... śpiew żałosny, monotonny, lecz nadzwyczajnie miły.
Potém ptak umilkł także...
I już sam tylko szmer źródełka słyszeliśmy.
Ten smętny, przygłuszony i samotny śpiew, niewypowiedzianie rozrzewnił mię.
— Otóż... i ptak milczy... — z żalem rzeki Bamboche, szkoda, Boskino? — nieprawdaż?
Towarzyszka nasza nie zaraz odpowiedziała.
— Czy ty śpisz... Baskino? — spytał Bamboche.
— Nie... — łagodnie odpowiedziała, — ja płaczę...
— A to czego?
— Nie wiem... Nic mię nie boli, jestem owszem bardzo szczęśliwa... obok was... Alem przypomniała sobie ojca... matkę... siostry; i zapłakałam... niechcący... i... to mi ulżyło...
Sądziłem że Bamboche wyśmieje lub wyłaje Baskinę: omyliłem się; bo rzekł do niéj wzruszonym głosem:
— Płacz, kiedy tak chcesz... to czasem lepsze... jak śmiech... a potém...
Bamboche nie dokończył, bądź że był zbyt mocno wzruszony, bądź że to wzruszenie ukryć chciał przed nami.
Znowu przez jakiś czas wszyscy milczeliśmy.
Bambochc piérwszy przerwał to milczenie, mówiąc:
— Baskino.... jeżeli już nie płaczesz, to zaśpiewaj nam cokolwiek... kiedy już ptak nie śpiéwa.
— I owszem, — odrzekła Baskina, — ale co?
— Co ci się podoba.
Biédna dziewczynka mogła tylko wybrać, w kilku rozwiązłych lub sprośnych śpiewkach; bo innych wcale nie znała.
I dziecinnym, anielskiéj czystości głosem zanuciła:

Bon jour, mon ami Vincent,
Tu reviens de ton village,
Veux-tu me faire présent
De...................

— Nie... nie... słów nie trzeba — przerywając jéj opryskliwie zawołał Bamboche — tylko samą. notę... jakąkolwiek... ale bez słów.
— I ja wolę tylko notę — rzekła Baskina — nie wiém dlaczego, słowa mię dziś... zawstydzają...
I ja podobnie jak Bamboche, piérwszy raz boleśnie oburzyłem się, słysząc jak ten głos anielski, którego melancholiczny i słodki dźwięk teraz czarował mię więcéj jak kiedykolwiek, wymawiał początkowe wyrazy nikczemnej piosenki... Baskina doświadczała podobnego uczucia odrazy i wstydu, bo wyznała biédaczka, że tego wieczora, nie wiedzieć dlaczego słowa ją zawstydzały.
Przez jakież to dziwne zrządzenie doznaliśmy wszystko troje tak nagłéj drażliwości? Baskina, przywykła zuchwale wyśpiewywać sprośności, a my słuchać ich.
Wówczas zdać sobie sprawy z tego nie umiałem; ale dzisiaj, więcéj doświadczony, w objawieniu się tak nagłéj drażliwości, w poprawie naszych uczuć, tych skutkach zapewne zbawiennego wpływu samotności i usilnéj pracy, upatruję nowy dowód, że najbardziéj wkorzenione, najwcześniejsze zepsucie zawsze się uleczyć daje. Tak! tak! w wielu okolicznościach ustępuje mimowolnym popędom ku dobremu, ku sprawiedliwemu, pięknemu — i są chwile, w których upadła dusza pragnie znowu wznieść się w sferę, z któréj ją strącono; są to chwile nieocenione... lecz niestety! przelotne, w których poprawa jest jeszcze podobną.
Na żądanie Bambocha, Baskina zaczęła naprzód śpiewać bez słów, aryę mon ami Vincent... ale śpiewała ją powoli i smutno, a pozbawiając ją tym sposobem właściwego charakteru, nadała jéj wyraz dziwnie melancholijny.
Potém, jak ptak który jakiś czas ponad ziemią buja, wreszcie wznosi się pod niebiosa... Baskina, zapalając się, dzięki przejściom pełnym natchnienia, pierwotny temat zmieniła na miłą, melancholijną i zachwycającą improwizacyę.
Było to coś naiwnego, smętnego, czułego, niewypowiedzianego... coś, jeżeli się tak wyrazić można, skrzydlatego; poeta byłby może przyrównał to do śpiewu małego serafina, swoim dziecinnym głosem błagającego o przebaczenie dla grzesznika.
Nasuwa mi się to porównanie dlatego że Baskina zrazu zaczęła śpiewać siedzący: lecz powoli, w miarę jak ulegała tajemniczemu natchnieniu, prawie niepostrzeżenie uklękła, i skrzyżowawszy ręce, błogą twarz wzniósłszy w promieniejące gwiazdami niebo, daléj śpiewała.
Bamboche i ja słuchaliśmy Baskiny z prawie religijnym zachwyceniem; dotąd nigdy jeszcze tak nie śpiewała; zbliżyliśmy się ku sobie, i machinalnie także uklękliśmy.
Wkrótce uczułem że czoło Bambocha opiera się na mojém ramieniu... że łzy jego spadają mi na rękę...
Nigdy go jeszcze nie widziałem płaczącego; nie potrafię opisać wzruszenia jakiego doznałem, czując, wśród nocnych ciemności, łzę jego na mojéj dłoni;... oburącz objąłem go za szyję; chciałem mu coś powiedziéć, ale on rzekł mi cichym i przerywanym głosem:
— Pozwól... pozwól, niech śpiéwa... bo mi to tak miło... Sądzę że ona błaga o przebaczenie dla mnie. Biédaczka... ona o złem nie myślała... I ja także... kiedyś... nie myślałem o złém!... Ale zgubiono mię, i ja ją także zgubiłem...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ta późna zgryzota Bambocha, mimo swój nadzwyczajności nie dziwiła mię wcale; bo i na mnie także śpiéw Baskiny silne wywarł wrażenie.
W kilkanaście lat potém, kiedy Baskina ze szczytu swojego gieniuszu, najznakomitszym przywodziła artystkom, wyznała mi sama, że owéj nocy, z sercem nieskończonym smutkiem napełnioném, myśląc o ojcu, matce, o piérwotnéj wierze swojego dzieciństwa, i o ponurej przyszłości, jaką jéj gotowało tak przedwczesne zepsucie... że owéj nocy, gdy mimo wiedzy ułożyła tę pełną rozpaczy skargę wśród samotnéj Wyspy naszéj, młody jéj umysł pojął sztukę, w całéj jej naiwności, w całym ideale, a mimo to w całém jéj człowieczeństwie.
„Zadnemi słowy nie umiałabym wyrazić tkliwego i zarazem bolesnego wrażenia, jakiemu uległam owego wieczora, mówiła mi wówczas Baskina. Zdało mi się że jakiś żałosny głos śpiewa we mnie... powtarzałam go uniesiona, sądziłam że przemawia do mnie natura, tak bowiem wiernie oddawał moje wrażenia. Spiéw ten... zawszém sobie z rozrzewnieniem przypominała, i w obecnéj chwili jeszcze — ze smutnym uśmiechem dodała — bez łez powtórzyć go nie mogę.”

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Po upływie kilku miunt, dźwięczny głos Baskiny, przyćmił się... słabł stopniowo i nakoniec śpiew zgasł na jéj ustach, niby harmonijne jęki co w dali gubiąc się zniknęły...
Wreszcie pochyliła głowę na piersi i zamilkła... Lecz nie słysząc nas, wnet się ku nam obróciła i ujrzała mię i Bambocha, w braterskim uścisku...
— Cóż to? — zawołała słysząc nasze łkania, bo i ja podzielałem rozrzewnienie Bambocha.
— Cóż to? — powtórzyła klękając przy nasi ściskając nasze ręce, — płaczecie?
— Tak jest... płaczemy... boś i ty przed chwilą płakała, — odrzekł Bamboche, — a te łzy są słodkie.
Potém tuląc nas oboje do szerokich piersi swoich, zawołał tonem, którego nigdy nie zapomnę:
— Jednakże... my źli nie jesteśmy!! Nie... o! nie, do śmierci nie zapomnę z jakiém czuciem Bamboche wyrzekł te słowa; był w niem i żal za wyrządzone złe, bolesne wyrzekanie na nieszczęsne przeznaczenie, które go na złą drogę naprowadziło, i szczera chęć powrotu do dobrego.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Usłaliśmy sobie dwa łóżka z wrzosu i mchu, jedno dla mnie w pierwszéj izbie lepianki, drugie dla Baskiny i Bambocha, w izbie drugiéj...
Téj nocy, Bamboche powiedział Baskinie:
— Dobra noc, siostro... — i położył się ze mną...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Bamboche spał mało i niespokojnie; często głęboko wzdychał; obudził się za pierwszym brzaskiem zorzy. Twarz jego była zamyślona, łagodna i poważna.
Weszliśmy do pokoju Baskiny, jeszcze spała, sen jéj był lekki jak sen ptaszyny. Skoro nas usłyszała, otworzyła wielkie oczy, spojrzała na nas zdziwiona, uśmiechająca się.
Wyszliśmy wszystko troje.
Kilka gwiazd błyszczało jeszcze na niebie; wschód dopiéro rumienić się zaczynał; powietrze tchnęło rozkoszną świeżością; skropione rosą zioła wydawały woń aromatyczną... Wszystko zapowiadało poranek godny wczorajszego wieczora...
— Słuchaj Baskino, i ty Marcinie słuchaj, — rzekł Bamboche sadowiąc nas przy sobie na ułamku skały, — musimy z sobą otwarcie pomówić, niech każde z nas śmiało myśl swoję objawi... wszakże tu nas tylko troje...
Zdumieni tak poważnym tonem mowy Bambocha, w milczeniu nań spojrzeliśmy.
— Zacznę,.. — mówił daléj, — aby wam łatwiéj było; śmiejcie się ze mnie jeżeli chcecie... ale będę mówił otwarcie...
— Mamy się śmiać z ciebie? — rzekłem — a to dla czego?
— Bo ja tchórzę... bo wyrzekam się kaleki bez nóg o którym wam tyle razy wspomniałem... bo się wyrzekam samego siebie... Ale mniejsza o to... chcę mówić szczerze...
A zwracając mowę do mnie, dodał:
— Przypominasz sobie, bracie, jak się zawiązała przyjaźń nasza; naprzód obsypałem cię razami, tyś mi je oddał; wpadłem na ciebie jako zdrajca, tyś się nie bronił; to mię ujęło... opowiadałem ci o moim ojcu.
— Prawda...
— Opowiadanie to rozrzewniło mię... tyś korzystał z tego rozrzewnienia.... i odtąd byliśmy braćmi...
— Tak jest... i zawsze będziemy!
— Bardziéj niż kiedykolwiek... czuję bowiem że jestem lepszy jak byłem dotąd... i znowu wydarzyło mi się to... co mi się wydarza ilekroć wspomnę o nieszczęśliwym moim ojcu...
— Cóż to takiego? — spytała Baskina.
— Przekonawszy się że w worku był ołów zamiast złota — odpowiedział Bamboche, — zaczęliśmy przebiegać lasy...
— I to przypomniało ci twojego ojca... owe czasy, kiedy malutki jeszcze z nim wyrąbywałeś drzewo, — rzekłem do Bambocha, — wszak mi to wyznałeś?..
— Prawda... i od dwóch dni któreśmy tu przepędzili... sami, spokojni, w tak piękném miejscu... kopiąc ziemię, zbierając gałęzie, owoce, żyjąc jak wieśniacy — sam siebie poznać nie mogę... Dla czego tyle się zmieniłem?... nie wiem... ale czuję w sobie zmianę... Całą noc nie spałem... mocno się badałem, roztrząsałem pilnie i wszystko mi mówiło: że od śmierci ojca wiodłem łotrowskie życie... które tak dla mnie jak i dla innych skończyć się musi... dosyć już tego... już mi się sprzykrzyło...
A żeśmy coraz mocniéj zdziwieni patrzyli na niego, dodał:
— To was dziwi?... i mnie także! Powtarzam, że sam tego nie pojmuję;... ale to pewna, że kiedy mi nie gniotą już karku ani la Levrasse, ani matka Major, ani pajaco i cała ta s..... czereda, swobodnie oddycham: mimo to jednak czuję że mi na sercu ciężko jeszcze... bo...
I z nieopisanym wyrazem spojrzawszy na Baskinę, zamilkł.
Wreszcie tłumiąc westchnienie, mówił daléj:
— Lecz kiedy to minie, czuję tylko samę radość.... a jednak myślę że ten niegodziwiec kaleka bez nóg lepiéj byłby zrobił, gdyby mię zabił; bo, dzisiejszéj nocy mówiłem sobie: ojciec mój umarł z pracy: całe życie nędzę cierpiał, a jednak był uczciwy i pracowity... Prawda... ale wszyscy zacni ludzie z szacunkiem powiedzą o nim: biedaczysko... wiem że takie łotry jak kaleka bez nóg, nazwą go głupcem, dudkiem! ale nikt, ani dobrzy, ani źli, nie powiedzą że mój ojciec był: łotrem.
— O nie! — zawołałem wraz z Baskiną.
— Otóż! — śmiało mówił dalej Bamboche, — dobrze się nad tém dzisiejszéj nocy zastanowiłem: i o mnie może powiedzą: biedaczysko!..... głupiec!.... dudek!.... ale nie powiedzą nigdy: łotr.
Znowu ja i Baskina radośnie wykrzyknęliśmy.
— Kiedy ojciec mój umarł, — mówił znowu Bamboche, — najpierwéj pomyślałem o uczciwéj pracy; prosiłem bogacza o chléb i robotę... Prawda że zamiast odpowiedzi psem mię poszczuł, ale czyż cały świat taki?
— Zapewne że nie! — zawołałem.
— Wtedy, na nieszczęście, spotkałem kalekę bez nóg, a potém la Levrassa i całą jego bandę, i to mię zgubiło... ale, hola! jest głos co się tu odzywa, — i silnie się w piersi uderzył. — To też usłucham tego głosu... Już mię nikt odtąd nie nazwie: łotrem, dosyć już tego i dla mnie... i dla drugich.
I znowu z wyrazem głębokiej czułości i politowania spojrzał na Baskinę, dodając:
— Jéj po części zawdzięczam tę zmianę... Wczoraj wieczorem, kiedy śpiewała... niby żebrząc przebaczenia dla mnie, serce mi pękało gdym w niebo poglądał, i rzekłem: sobie: mówią o Bogu... jakże byłby dobrym gdyby nas na długo pozostawił na tym małym zakątku ziemi, gdzie nikogo nie krzywdzimy, gdzie nikomu nie dokuczamy; takie wiodąc życie, sami i tylko troje, poprawilibyśmy się zupełnie... uleczeni z niegodziwych zasad kaleki bez nóg, nigdy nie myślelibyśmy wracać do nich...
Przykry wypadek przerwał Bambochowi.
Zajęci jego opowiadaniem, ani ja ani Baskina, nie postrzegliśmy ani słyszeli człowieka, który obszedłszy lepiankę, przy stąpił do nas i groźnym głosem zawołał:
— W imieniu prawa... aresztuję was... pójdziecie ze mną do pana wójta!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: Seweryn Porajski.