Metamorfozy (Kraszewski, 1874)/Część druga/X

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Metamorfozy
Podtytuł Obrazki
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt; Michał Glücksberg
Data wyd. 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów; Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Tak skończył czytanie Konrad.
— A dalipan! zakrzyknął Teofil lecąc uścisnąć autora powieści, tegom się nie spodziewał... Tyś się z Rózią Piłsuciówną ożenił i śliczną bajkę napisałeś w dodatku... dwa razem cuda!
— Ożenił się z Rózią! dodali towarzysze chórem.
— Tak, podchwycił Longin, a ze spowiedzi wykręcił się sianem i wykłamał... Gdyby mu prawdę całą jak było przyszło śpiewać przed nami, nieraz by się zadławił.
— Ale jakże to było, na Boga! jak to było, Konradzie? spytał Cyryll.
— Słowo w słowo jak w bajce, z tą różnicą, że w niej myśli i uczucia splątały się i splotły z wypadkami i uczynkami... zresztą nie ma tu nic czegobym ja mniej więcej na jawie nie widział i nie doznał.
Trzeba tylko do bajki dodać mały komentarz nieprzerwany, a wszystkie tajemnice się wyjaśnią i bałamuctwa okażą rzeczywistością.
— A wieleż masz dzieci? zapytał Longin.
— Jak zwykle w bajkach, dodał Konrad — już ich jest sześcioro, nie sądzę jednak żeby rachunek miał być skończony.
— Szczęście jednak jakiego doznajesz, rzekł Longin, wybiło ci zęby i dobrze wytarło czuprynę!...
— Ha! cóż robić? Homo sum, humani nihil a me alienum puto! westchnął Konrad.
— Słowa są Terencjusza, dodał Cyryll, na pewno — chociaż je i innym przypisują.
— Nie można zaprzeczyć, dorzucił Albin, ażeby nas tą powiastką nie rozerwał... jest talent!
— Chyba talencik... talenciczek, talenciątko! przerwał Longin... ale co za chaos!
Opus tumultuarium!
— Jam też nie pisarz, wymawiał się Konrad — do autorstwa pretensji nie mam, bawiłem się sobie tylko.
— A nam przerwałeś wyznania czemś przynajmniej nie tak pospolitem... molle atque facetum, za cośmy ci wdzięczni, bo któż wie jakie jeszcze nieklasyczne tragedje oczekują nas w dziejach Jordana, Cyrylla, Teofila i Baltazara?
— Za pozwoleniem, zawołał milczący Dr. Baltazar — ja wcale nie wiem czy jestem do spowiedzi obowiązany, siedmiu was związaliście się juramentem, jam tylko służył za świadka.
— Ale się przecie od ogółu nie odstrychniesz! Jużciż kto cudze je, ten i swojem częstuje...
— Różnie to bywa... najczęściej przeciwnie.

Gdy tak gawędzą, drzwi od drugiego pokoju otwarły się szeroko, a przez nie jasność i woń razem rozkoszna buchnęła z przyległej sali, z której ukryta za wazonami muzyka zagrała nutę znanej pieśni akademickiej:
Gaudeamus igitur iuvenes dum sumus.

Znacież wy czytelnicy kochani tę pieśń tradycyjną sięgającą może XIIgo lub XIIIgo wieku, tylą wesołych pokoleń usty powtarzaną? Któż z niej więcej umie nad jedną strofę... a jest ich tyle i tak wyrazistych! Utwór to nie jednego upojonego studenta, któremu życie zaszumiało w głowie i w piersiach zawrzało, ale ich przez lat kilkaset nie wiem wielu po słowie i wykrzyku na ten hymn młodości się składali... Jest też w nim wszystko co być powinno w piosnce pierwszy raz wyswobodzonego dziecięcia, które pije z długo odmawianego kielicha życia...
Nutą tej znanej pieśni gdy zagrały pokoje, wszystkie piersi wspomnieniem zadrgały, nie jedna łza błysła na oku, a widok sali jadalnej, ukwieconej, przybranej, wyświeżonej i oświeconej wspaniale, stołu jaśniejącego kryształami migającemi jakby błyskiem łez i płomyków, owoców i zieleni ubierających go — woń uczty... wszystko to obudziło młodą wesołość w sercach starych ludzi.
Albin też miał słuszność chwaląc się swą wieczerzą, bo ją z całą starannością smakosza z powołania obmyślił, starając się i o jadło wykwintne i o zbytek a świetność, które go czynią ponętnem, o to, co niejako uzacnia jedzenie i daje mu na chwilę przynajmniej szatę jakiejś poezji. Nawet Siamskiemu słoniowi jeść dają w złotym żłobie, żeby mu strawa nie obmierzła.
Przyznać musiano, że Albin potrafił dobrze zbudować ten monument tak kruchy i wątły, który za godzinę runąć miał i w brzydkie rozwaliny się zamienić. Stół świecił, nęcił, pachniał, pociągał i byłby spokusił najobojętniejszego, najmocniej przekonanego nawet, że wieczerzę jutro odchorować będzie musiał.
Przywyklejsi do uczt takich weszli powoli rozpatrując się tylko, zgadując po woni przyszłość podniebienia i satysfakcje żołądkowe... Longin jeden zgłodniały przebił się przez stojących w około i posunął śmiało naprzód, ze wzgardą jakąś i przybranem zuchwalstwem rozsiadając na pierwszem miejscu. Oczy mu świeciły blaskiem dziwnym, a usta drgały uśmiechem pełnym goryczy.
— No, zaczynajmy ab ovo, to jest od wódki! zawołał, nie waszym tym kieliszeczkiem, który jest urągowiskiem z człowieka, ale starą szklenicą Goetzów z Berlichingen. Nalej, dawaj! w ręce wasze, panowie naparstkowi!
Albin się skrzywił, ale trudnoż było biednemu obdartusowi odmówić tej pociechy.
Baltazar z inną miną, ale równie chciwą i żarłoczną, przykradł się cicho, rozpatrując wszystko do bocznego stoliczka, jedząc naprzód oczyma przysmaki, połykając ślinkę i starając się ukryć jakie w nim obudzały się żądze. Ręka jednak wyciągniona drżała mu, oczy od widoku nagromadzonych łakoci oderwać się nie mogły.
Inni chodzili koło stołu nie śmiejąc rozpoczynać.
— A co? dobrzem się spisał? spytał Albin, pochwalcież.
— Przepysznie! rzekł Konrad.
— Wybornie, dodał Cyryll... ale wróć mi przeżytych lat dwadzieścia, a oddam tę ucztę lukullowską za samowarek Cymbusia i pieczone kasztany.
Albin westchnął.
— Weselsze tamte były gody, rzekł, weselsze! wszystko tam smakowało, dziś trzeba dobierać dla ust wybrednych... a sercu już nikt nic nie dobierze... Ale siadajmy panowie, niech gra muzyka dobrej myśli k’woli...
Słudzy w kawowych frakach, oblamowanych herbownemi pasami, z akselbantami i kamaszami, poczęli srebrne roznosić półmiski, Longin patrzał i uśmiechał się ciągle.
— Panowie, wniósł Teofil — gdybyśmy czasu nie tracąc, odprawiwszy tych niepotrzebnych adjutantów, dalej nasze ciągnęli opowiadania? Trudno nam będzie skleić rozmowę chyba ze wspomnień, bo życie rozbiło nas i porozdzierało tak, że nic między sobą wspólnego nie mamy... Na ciebie kolej, Cyryllu, coś wyszedł pieszo a wrócił karetą...
Biedny skazany westchnął.
— Nie będę się wam wymawiał, rzekł powolnie — nie powstydam się życia, chociaż ono i mnie omyliło, dając mi może nie to szczęście jakiego pragnąłem... ale takie jakie mu się podobało wydzielić.
— Nie skarż-że się a spojrzyj na buty moje! krzyknął Longin podnosząc nogę.
— Cale czego innego pragnąłem od życia... mówił Cyryll dalej — nauka była dla mnie celem jedynym a namiętnością książka; dzieckiem byłem już stary, bom się kochał tylko w Plantynach, Aldach, Manuzzich i Elzevirach, w naszych Łazarzach i Försterach. Chciało mi się uczyć i zaświetnieć nauką, marzeniem było zostać bibliotekarzem i jak szczur zaryć się w cichej izdebce nad niemym jakim foliałem. Czy sądzicie, że gdy zamiast ukochanych tych skarbów życie da człowiekowi garść złota, świetniejsze na pozór położenie, dostatek bankierski i żydowski, to potrafi mu nagrodzić czego poskąpiło tak okrutnie? Myślicież że kareta i dwór i majątek zastąpią mu to co kochał?
— A któż ci u licha broni? przerwał Konrad — nakupić sobie książek? zbierać Aldy i Elzewiry i cieszyć się niemi?
— Kto zabroni? Alboż ja panem dziś jestem siebie? a majątek nie jest-li niewolą? gorzko odparł Cyryll.
— Ale zaczynajże od początku! rzekł Longin.
Dicendi periculum non recuso — odezwał się Cyryll po chwili namysłu. Jeśli brzęk szklanek i talerzy nie da wam usłyszeć spowiedzi, tem lepiej, nie bardzoby kto skargę moją na los zrozumiał.
Gdyśmy rzucali miasteczko nasze, jam już miał nadzieję posady nauczycielskiej, osnułem sobie życie bardzo skromnie, na nauce i książkach, nic więcej, na pracy, którą ukochałem i co dla mnie była już nałogiem, w cichym kątku. Tak mi się śniło życie, ale począłem od walki z rzeczywistością; potrzeba było oczekując na umieszczenie żyć, jeść, mieć kątek na szpargały, stolik do pisania, izdebkę osobną. Na to wszystko grosza mi brakowało, musiałem zaprzedać pracę moją.
Poznałem się był w tych czasach z bardzo uczciwym i spokojnym człeczkiem przypadkiem, (bo to się zawsze tak w języku ludzi nazywa), choć przypadku niema na świecie. Był to cichy, niepozorny, ale naukę lubiący staruszek, z którym zszedłszy się w księgarni zbliżyliśmy się nieco, i jedne mając upodobania prawie, a czując się sobie potrzebni poprzyjaźniliśmy się powoli. Stary Horbacz, jakem się później z boku dowiedział, był niegdyś bardzo możnym człowiekiem, — nieopatrzna głowa i zbyt dobre serce go zgubiły. Majątek topniał w jego rękach i z dosyć znacznego, przeszedł na ledwie mu do biednego życia wystarczający. On i żona jego puściwszy resztki resztek dzierżawą, przenieśli się do miasta i tu skąpo i oszczędnie żyli odsunąwszy się od świata.
Dla Horbacza nie było wielkiem nieszczęściem, że zszedł do ubóstwa, nie miał bowiem pociągu do zbytku i skromnem się zawsze obchodził, ale go bolało, że już nic nie mógł czynić dla ludzi, i w kątku siedzieć był zmuszony nie mając udziału w dobrem, które inni robili.. On, żona, z wielkiego niegdyś domu, znosząca dosyć cierpliwie, ale nie bez zżymania się swój upadek, córka i syn składali tę rodzinę, która zmuszona liczyć się i skąpić, zajmowała na Skopówce mieszkanie od tyłu czyste i schludne, miłe nawet, ale ciemne i niepozorne.
Stary był jednym z tych ludzi, którym lada co wystarcza, bo się z wszelkim losem zgodzić potrafią, ale charakteru swojego nie potrafił przelać na żonę, która choć się taiła z boleścią przed nim, po kątach płakała nad upadkiem, oddaleniem przyjaciół i przyszłością dzieci; jak gdyby dzieciom koniecznie był potrzebny gotowy kapitał na podsycenie próżności i zapewnienie siedzenia z założonemi rękami — jak gdyby potrzeba zdobywania sobie stanowiska nie była także błogosławieństwem.
Horbacz poznawszy się ze mną polubił mnie bardzo, zrazu spotykaliśmy się najczęściej na przechadzkach i długie rozmowy wiodły nas na Antokol, na Pohulankę, ku Jeruzalem, na Rosę... Czytał ogromnie wiele, zajęcie to stanowiło jego życie; — stare, nowe, złe i dobre, mając czasu wiele, połykał, aby się upoić i zadurzyć, ale nie tak czytał jak drudzy. Ani imie pisarza, ani rozgłos, ani czarodziejstwo stylu nie obłąkiwały go w sądzie o rzeczy, a właśnie ta niezawisłość wyroku, ta śmiałość z jaką roztrząsał już rozsądzone i potępione lub okryte sławą dzieła, wielce go dla mnie zajmującym czyniły.
W domu ukrywać się musiał niemal przed żoną z tem zajęciem, które się jej nie podobało; ona chciała go nakłonić do zajęcia interesami, do procesów, chodzenia czynnego około spraw zawikłanych, które on zdawał na Pana Boga.
Chodziliśmy tak z nim czytając ukradkiem i gawędząc szeroko; podziwiałem, gdy mi swe dawne i dzisiejsze położenie opisał, tę duszę wyższą nad pospolite, ten umysł spokojny i w świat patrzący z rezygnacją stoika. Dziwiłem się jeszcze bardziej, że jak wielu ludzi istotnie wyższych, Horbacz ilem mu razy pochwalił myśl jego i do pracy na korzyść powszechną zachęcał — uśmiechał się nie bez szyderstwa ruszając ramionami.
— Ale dajże ty mi pokój! mówił — toż to dziesięć już razy, lepiej odemnie, ktoś zrobił, po co papier psuć i jedno powtarzać, a mazaninę mnożyć, gdy ludzie już aż nadto mają tego zaczernionego papieru.
Umysł prawdziwie poważny, umiał z najlżejszej rzeczy wyciągnąć treść istotną, nie gardził świstkiem i szpargałem najmniejszym, pisemkiem niepozornem i błahem, a często zdumiewał mnie sądem o rzeczy oklepanej, zupełnie oryginalnym, który w niej nowe i niespodziane strony odkrywał.
Słowem, pokochaliśmy się, ale nasze stosunki były dziwne; ja nigdy anim chciał, ani myślałem bywać u niego, on mnie do siebie nie zapraszał. Często u bramy mieszkania naznaczaliśmy sobie spotkanie i szliśmy dalej gawędząc; schodził, gdy mnie zobaczył, ale mnie do środka nie zapraszał. O rodzinie i położeniu swojem nigdy mi nie mawiał.
Jednego razu, gdym tak przyszedł na Skopówkę, aby go z sobą zabrać, wybiegł za nim chłopczyna, lat dziesięć mieć mogący, blady i delikatny, z poselstwem jakiemś od matki przypominającej godzinę powrotu, na którą się adwokata spodziewano.
W oczkach miłego chłopczyny świeciło chorobliwie podbudzone życie... ojciec wziął go za głowę, pocałował i rzekł pokazując mi dziecię:
— To mój syn...
— Nicbym nie chciał, dodał po chwili, tylko przelać weń ten spokój duszy, jaki mi dało doświadczenie, moją rezygnacją i wejrzenie na świat. Sam pracuję nad nim, ale z tą młodością to tak trudno! ze mnie tak zły nauczyciel! Nadto jeszcze jestem sobą bym mógł być dobrym pedagogiem; zbyt często wątpię i sumienny jestem, bym chciał dziecku narzucić to, w co sam nie wierzę, lub czego jasno nie widzę... Bieda to z temi dziećmi.
— Ale pan musisz-mieć nauczyciela? spytałem
— Otóż nie mam, kochany panie, bo to drogoby kosztowało, ja i matka dajemy mu lekcje, a że jeszcze ma siostrę, to się na nich podzielać musimy.
Tego dnia trudno nam było na inną przejść rozmowę i stary wciągnięty mimowolnie w gawędę pierwszy raz mi się wyspowiadał ze swemi domowemi okolicznościami. Żal mi się go zrobiło — nie byłem bardzo zajęty.
— Weź W. Pan mnie, rzekłem mu w końcu, daj mi tylko dach i chleb suchy, a będę ci dzieci uczył, parę godzin w dzień mogę im poświęcić i zajmę się serdecznie.
Stary spojrzał na mnie z rozczuleniem.
— Ale ty, rzekł, daleko lepsze sobie miejsce znaleźć możesz.
— Może, wiązać się jednak nie chcę, oczekuję nominacji na nauczyciela, a tymczasem próżnuję... nauczycielstwo potrzebuje nowicjatu, odbędę go u pana jeśli chcesz.
Przerwała się rozmowa, ale po dwóch dniach namysłu stary przyszedł do mnie sam i zastawszy mnie wśród moich szpargałów zajął się cały książkami, poczęliśmy swobodnie rozprawiać, czułem jednak, że mi coś ma do powiedzenia.
— A cóż projekt mój panie marszałku? spytałem po chwili, był bowiem jakimś marszałkiem.
— Właśnie z tem przychodzę — cóż? chciałbyś? Ale myśmy ubodzy i życie ubogie.
— Państwo mi łaskę robicie! rzekłem.
— No! to przenoś się do nas, — jest dwie izdebki trochę ciemnawo na twoje usługi, stół szlachecki... chleb powszedni! I wyciągnął mi dłoń drżącą.
— A serce nasze oceni cię, kochany Cyryllu!
Nazajutrz byłem już na Skopówce.
Sama pani przyjęła mnie zrazu z jakąś nieufnością, obawą, przyglądając mi się nieśmiało. Dobra to była kobieta, ale z niewieścią swą troskliwością o dzieci choć przywiązana do męża, pojąć nie mogła obojętności jego na ich przyszłość, miała mu za złe to opuszczenie rąk, płakała i gryzła się po cichu. Ja więc, jako sprzymierzeniec mężowski, wzbudziłem w niej odrazę i niechęć, bała się we mnie marzyciela; ale wprędce potrafiłem pokonać to uprzedzenie i zyskać sobie jej przychylność, zająwszy się szczerze dziećmi i małe czyniąc posługi. Biedna kobieta była tego przekonania, że majątek został im wyrwany nieprawnie przez opieszałość męża; że przy staraniu można się było dźwignąć z upadku, wyprocesować, poodbierać, co im wzięto. Nie można jej było wytłómaczyć, że prawo często bywa niezłomne i nie dozwala podnosić spraw raz ukończonych, nie pojmowała by sprawiedliwość ulegała przedawnieniu. Bolejąc z nią razem starałem się ją tem pocieszyć, żem dla niej biegał po prawnikach, radził się, uczył, studjował, starego do zajęcia interesami zachęcał o ile mogłem i umiałem. Oprócz tego zająłem się dziećmi, Stefankiem i Marynią, młodszą od niego o rok córeczką, poświęcając im wszystkie wolne godziny. Resztę czasu siedziałem nad książkami mojemi i swobodnie spędzałem go pod tym dachem gościnnym na własnej nauce, usiłując w jedną całość zbić i porządnie rozklasyfikować cały gmach wiedzy ludzkiej, hoc erat in votis. Musiałem, jak się domyślać łatwo, co chwila nowe przedsiębrać badania, aby każdą gałąź poznać i w swojem miejscu ją położyć. Zarzucony książkami, znajdowałem rozrywkę i odetchnienie w lekcjach z dziećmi, w rozmowie z Horbaczem, nawet w cichych użaleniach samej pani, która przedemną lubiała się to z żalem wylewać, to świetniejsze swe malować mi czasy. Stałem się pokornie powiernikiem wszystkich, doradzcą i przyjacielem. Nie wiem jak pozyskałem miłość tych dzieci, ojca i matki i wcieliłem się w rodzinę, przyjęty przez nich za brata, — trwogi ich, potrzeby, niepokoje podzielając sercem całem.
Horbacz teraz mając moje książki, więcej przy nich siedział w domu, co żonę jego uspokojało i cieszyło, bo go miała pod ręką dla narad z adwokatami. Ja sam pomagałem jej w nich i latałem, żeby biedną kobietę choć pocieszyć. Wszystko to jednak było napróżno, bo z tych mnogich procesów imaginacyjnych, prowadzonych bez pieniędzy z wymodloną protekcją, — naturalnie prócz zawodu nic wyrosnąć nie mogło.
Ale się przynajmniej jakąś łudziła pociechą, a choć popłakała, ożywiła się na chwilę tłómacząc po raz setny papiery, które według niej w przyszłości niechybne odzyskanie majątku obiecywały.
Prawie rok przepędziłem tak u Horbaczów, gdy niespodzianie Stefanek, dziecię istotnie zastanawiające nadzwyczajnem pojęciem, umarł z lekkiego przeziębienia i gorączki. Co tam był za lament w domu, jaka rozpacz matki i ojca, tego opisać nie potrafię. Gdy zachorował, sprowadziłem co było najlepszych doktorów w Wilnie, Wróblewskiego, Porcyankę, Mianowskiego, sam dzień i noc siedziałem przy łóżeczku — ale Bóg nie chciał dozwolić by nasz Stefanek wyżył i wziął go mimo wszelkich starań naszych. Umarłą dziecinę sam płacząc włożyłem w trumienkę, bom się do niego serdecznie przywiązał, i poprowadziłem z ojcem na cmentarz. Nas było dwóch tylko, ksiądz trzeci, matka w domu została z Marynią, a przyjaciół i znajomych, choć Horbacz miał ich dawniej wielu w wyższych społeczeństwa strefach, nikogo. Ta podłość ludzi uciekających od boleści nieozłoconej niczem, to opuszczenie i obojętność ścisnęły mi pierwszy raz serce, i dały uczuć, że nienawiść ku ludziom czasem się daje tłómaczyć.
Powróciłem już mniej potrzebny do tego domu, ale nie jako nauczyciel, lecz przyjaciel jedyny pozostałem przy nich. Stary oniemiał z boleści i straszliwie się odmienił, matka tonęła we łzach nieustannych, a potrzebowała mówić o dziecku straconem — porzucić ich w tej chwili byłoby barbarzyństwem, zwłaszcza żem się tam czuł potrzebnym, żem był dla nich ostatnim.
W tej właśnie chwili przyszło mi długo oczekiwane zamianowanie na professora i nakaz do wyjazdu; pobiegłem do naczelników wypraszać się, ale zwłoka była niepodobna, trzeba mi było albo jechać natychmiast, albo się wyrzec miejsca, a rozważywszy co powinność czynić każe i sumienie, nie wahałem się, co zresztą było małą rzeczą, poświęcić obowiązkowi tę jakąś nadzieję przyszłości. Miejsce straciłem, alem naturalnie nie mógł, ani potrafił wspomnieć o tem Horbaczom, którzyby ofiary przyjąć pewnie nie chcieli; jedno mnie tylko trwożyło, żebym im nie został niepotrzebnym ciężarem póki bym znowu jakąś posadę mógł sobie wyjednać. Zresztą nie było tu z mojej strony tak wielkiego poświęcenia, przywiązanie do nich czyniło je lekkiem i miłem, nicby mi bowiem, nawet swobodne i niezawisłe położenie, nie mogło dać szczęścia, gdybym o nich był niespokojnym.
Byli dla mnie drugą rodziną — ten starzec oniemiały z boleści, ta kobieta upadająca na siłach, to dziecię miluchne, płaczące więcej przeczuciem łez niż boleścią, która jeszcze w dziewczęciu długą i głęboką być nie mogła.
Poświęciłem się im jak mogłem; szczęściem znalazłem pracę maluczką przy wydaniu słownika jakiegoś, około którego zająwszy się szczerze, na siebie i trochę dla nich zarobić mogłem.
Nie marliśmy więc z głodu, a moje i ich było jednem. Pojechałem na wieś dla wyzyskania im coś z domu, gdzie najniepoczciwsza administracja majątek gniotła, a wróciłem dniem i nocą śpiesząc do biednych, którym dopiero się potrzebnym uznałem, gdym ujrzał jak mnie przybywającego przyjęli. Nie mogę myśleć o tem com dla nich czynił, tylko z gorącą wdzięcznością, że odemnie przyjęli ten ubogi serca datek, że mnie przyswoili jak krewnego, i powierzyli się jak bratu. Chwile to były ciężkie, niedostatek, strata dziecięcia, choroba wreszcie samej pani, zmuszały mnie podwajać się, aby wszystkiemu podołać.
Jużem nie myślał ani o posadzie niezależnej, ani o przyszłości, ani nawet o nauce, kradzione tylko chwile oddając jej w nocy, a gdy mi się starej książki zachciało, nie miałem wyboru, bo im ten grosz, którybym poświęcił fantazji na chleb powszedni był potrzebny. Wśród tego cierpienia matki i jej bezsilności, musiałem myśleć o Marylce i nią się zająć, bo dziecię rosło i potrzebowało oprócz boleści co ją do życia przygotowywała, innego wychowania. Pracując nad słownikiem, a później nad tłómaczeniami, które grosz jakiś dawały, postarałem się jej o fortepian, o metra muzyki, sam resztę nauczycieli, których opłacić nie mogłem, zastępując.
Horbacz dźwignął się nieco prędzej i znowu do zaczytywania się powrócił. Ma to do siebie nałóg ten pożerania książek i myślenia, że jest skutecznem lekarstwem na boleści i silną w chwili ciężkiej odrywką. Stary tak czasem zaczytany, dzień cały w jakiemś osłupieniu spędzał, a zajęcie się pewną epoką, krajem, człowiekiem, na chwilę go czyniło szczęśliwym monomanem, i jak Lafontaine co latał po ulicach pytając wszystkich czy czytali Baruch’a, tak on często zaprzątniony czemś, nie umiał już, jeno o tem myśleć i mówić.
Sama śmiercią syna do reszty sił i ochoty do życia pozbawioną została, nawet zwykłe zajęcie procesami, podźwignieniem majątku, nie mogło jej z odrętwienia rozbudzić — syna nie miała, dla którego to czyniła. Leżała w łóżku z książką od nabożeństwa, modliła się dnie całe i wypłakiwała oczy; posyłała mnie na grób dziecka, mówiła ze mną o Stefanku, a w przypominaniu jego, całą czerpała pociechę. Postrzegliśmy wkrótce, że siły ją opuszczały i niebezpieczeństwo objawiło się gorączką prawie stałą, zwiększającą się tylko co wieczora. Napróżno znów sprowadziłem lekarzy, choroba i boleść zaległy głąb duszy, nic jej uratować już nie mogło. Stary niemy i przybity nieodstępował jej łóżka od chwili niebezpieczeństwa do śmierci; — wkrótce drugi pogrzeb wyszedł z tego nieszczęśliwego domu, gdzie ja jak grabarz zostałem sam ze starym i sierotą. Mógłżem ich teraz samolubnie porzucić?
Przyjaciele moi, mój poczciwy protektor napróżno wystawiali mi konieczność pomyślenia o sobie i stratę upływającego czasu — godziłoż się ich tak odstąpić i na zgubę i zatracenie wystawić, bez rodziny i przyjaciół? Zwłaszcza że Horbacz stał się zupełnie niezdatnym do poprowadzenia domu, podtrzymania pozostałego majątku, nawet pamiętania o codziennych potrzebach; wzbudzał on we mnie miłość i szacunek, ale razem politowanie takie, żem się nie odważył pomyśleć o porzuceniu go. Ja i stara Mikulska, dawna ich domu z lepszych czasów sługa, całem musieliśmy zarządzać gospodarstwem.
Tak w tych wypadkach, przy pracy żmudnej i jednostajnej, upłynęło mi kilka lat nieliczonych niepostrzeżenie, Marylka podrosła na dzieweczkę, a moje przywiązanie do dziecka zmieniło się w dziwne jakieś uczucie, któregom raz tylko doznał w życiu. Dziewczę to ledwie dorastające, owładnęło mną zupełnie, rządziło, opanowało. Nieszczęście co ją wykołysało, czy szczególne dary Boże, uczyniły z niej istotę niezwyczajną i wyjątkową. Nie powiem nic o jej piękności, są wdzięki marmurowe, których ja nie rozumiem, i są szpetne twarze, które tak rozpromienia duch, że je cudnemi czyni. Ona nie była ani tak piękną, jak są czasem piękne istoty, przed któremi ludzie klękają, ani brzydką, ale niechybnie oblicze to było niepospolite i uderzające, rozumem i uczuciem razem. Nic w niej nie było dziecinnego, pojęcie bystre i jasne, wzrok ducha szybko przenikający do głębi, a serce tak rozgrzane cierpieniem, jakiegom w życiu nie spotkał. Dojrzała wcześniej niż inne, a łzy lat jej dopełniły... ojciec zresztą i ja cośmy z nią byli ciągle i codzienne jej składali towarzystwo, brak niewieścich znajomości i rówieśniczek, coś jej dały męzkiego i od pospolitych kobiet odmiennego z instynktem wdzięku, z upodobaniem piękna, z sercem czującem wszędzie co było dobrem i wielkiem. Była ona raczej młodzieńcem rozmarzonym, niż słabą kobietą, śmielszą niż kobiety w jej wieku bywają, mniej płochą i już świat pojmującą surowiej.
Potrzeba ciągłego czytania ojcu, który wzrok sobie nadwerężył, a musiał się żywić jedynym pokarmem, do którego był przywykł, zastępowanie mnie często przy nim, wdrożyły ją do poważniejszego zajęcia, tak, że czasem postrzeżenia jej i uwagi podziwienie w nas wzbudzały. Nie były to błyskotliwe i dowcipne popisy, ale słowa z duszy płynące i wyciśnione wątpliwością, bo Marylka była zadumaną i milczącą i nie łatwo się z myślą swą wydała...
Dla mnie to był anioł pociechy, dobroci, spokoju, nie wiem jak z jej nauczyciela stałem się prawie dziecięciem. Ona teraz opiekowała się mojem ubóstwem, odgadywała potrzeby, czuwała by mi nie zbywało na niczem, tam gdzie często brakowało wszystkiego.
W piętnastym roku była to już niewiasta poważna i zbrojna do życia, a ojciec i ja po troszę mogliśmy się chlubić tem wychowaniem.
Coś majestatycznego ale łagodnego razem miała w wyrazie twarzy ślicznej, wypogodzonej, uśmiechnionej, a spokoju pełnej jak niebo w dzień pogodny. Nie wiem jak i zkąd podowiadywała się, może od poczciwej Mikulskiej, com ja dla niej robił, i heroiczną jakąś przyjaźnią, posunioną do egzaltacji, starała się ten dług wypłacić.
Tymczasem stary Horbacz dziecinniał, z przestrachem patrzałem na te symptomata starości, które potężny umysł obracając w ruinę, może przykrzejsze uczucie wzbudzają, niż widok zwalisk najpotężniejszych grodów. Starość niedołężna wielkiego człowieka jest pewnie więcej znikomości ludzkiej dowodzącym i bardziej upokarzającym obrazem, niż w gruzach zagrzebana Niniwa. Widzieć umysł co pracował, co się wyzwolił i dźwignął, co się wzbogacił, powoli, przez osłabienie narzędzi, które mu posługiwały, wątlejący, tracący energję, pozbawiony pamięci, rozsypujący się w nicość... to coś tak okropnego, że życie nie ma sztraszniejszego nadeń widowiska — śmierć w pełni sił — jeszcze apoteoza; a to już po starosłowiańsku marne zczeznienie. Horbacz miał chwile powrotów silnych do życia, wybuchy te jednak trwały krótko i przechodziły jak błysk, a po nich następowało głuche, głębokie milczenie, w ciągu którego oczy wlepiał w jedno miejsce, usta mu zapadały dziwnie i nieporuszony siedział tak godzinę całą. Napróżno wówczas ja i córka usiłowaliśmy go rozbudzić, ożywić; — roztargniony pytał o jedno po kilkakrotnie, nie rozumiał odpowiedzi i uśmiechał się tylko ze starego nałogu, ale widać było, że myśl znużona nawet na pracę pochwycenia słów naszych nie wystarczyła i przedsiębrać jej nie śmiała.
Niekiedy znowu powtarzał jedno a jedno uparcie, i tracąc pamięć jakiegoś słowa, a innym go zastąpić nie mogąc, obracał się w koło... Dla Marylki i dla mnie widok to był może smutniejszy nad śmierć samą, oboje pracowaliśmy aby go wyrwać z tego zabójczego odrętwienia; stary wówczas dorozumiewając się tych usiłowań naszych, chwytał za rękę mnie lub ją i nic nie mówiąc płakał.
— Dajcie mi pokój, rzekł raz, wy chcecie nazad ku ziemi ściągnąć ulatującą już duszę, a tu jej tęskno i ciasno. Na co ja wam? na co świat mnie? dusza się gdzieś dalej wybiera, dzieci moje, jedno ją może tu trzyma, to przywiązanie do was, choć ja wam nie potrzebny tu chyba jak świadek... Zresztą mnie już tylko patrzeć, mówić nawet nie mogę, ciężko mi... myślenie samo utrudza...
— Słuchaj Cyryllku, rzekł inną razą do mnie — czemu ty o swojej przyszłości nie myślisz? cóż dalej? Okułeś się w kajdany dla nas, ja to pojmuję, jeśli serce za co płaci, mnie i Marylkę masz całych, ale cóż dalej? co dalej? Ja z dnia na dzień umrzeć wam mogę, dziecinne czułostki na bok, potrzeba obmyśleć i przewidzieć. Wierzcie mi żem nie długowieczny...
A po chwili dodał:
— Gdybym był bogaty, wiem cobym ci powiedział; ale Marylka uboga... a ty...
Spojrzał mi w oczy.
— Gdybym miał wam co dać... ot, powiem ci szczerze, ożenił bym cię z nią i byłbym spokojniejszy.
Uściskałem starego, ale mi się słabo zrobiło na myśl tego niedostępnego szczęścia, które jak gałąź zaczarowanego drzewa spuszczało się nademną, by umknąć potem, gdybym ku niemu rękę wyciągnął.
— Byćże to by mogło? ale ja... ale ona! — rzekłem pomieszany.
— Ona cię kocha jak ojca, jak brata, jak męża i byłaby z tobą szczęśliwą... Są tam jakieś szczątki naszego dawnego mienia.... gdyby się to ułożyć mogło, jabym już sobie umarł spokojnie... pomyśl. Ona pracowita i wytrwała, ty także... weź dziecko moje.
— Ojcze mój drogi, odpowiedziałem wzruszony, ale to byłoby z jej strony poświęceniem, imie jej, urodzenie, stan, zresztą umysł i serce dają prawo do daleko większych nadziei, jam biedny, ubogi, sierota...
— Ale ona cię kocha... a tyś ją sobie sam wychował, rzekł żywo ojciec, ona tego pragnie, ja to widzę.
— Nie! to być nie może! nadto by było szczęścia dla mnie, zawołałem.
Stary zapłakał i pocałował mnie w głowę...
— Jeśli to będzie szczęście, moje dziecko — rzekł, tyś na nie gorżko zapracował... ale ona uboga...
— Czyż ubóstwo przestraszać może? odparłem... czyż się go lęka kto się nie obawia pracy?
— Marylko! — zawołał stary podszedłszy ku drzwiom jej pokoju, w które zastukał, chodź tu, chodź tu...
— Oto twój mąż! zawołał niecierpliwie, gdy się drzwi otworzyły, chwytając i łącząc ręce nasze, nie mam pierścionka abym was zaręczył, ale was poślubiam błogosławieństwem ojca i łzami.
Z obawą spojrzałem na nią, ale w jej oczach błyskała odwaga i radość dziecinna.
— Spełniło się, rzekła, czegom pragnęła... Teraz, za twe poświęcenie dla nas, ja powinnam ci zapłacić szczęściem, czuwaniem nad tobą, drogi nasz przyjacielu... Będziemy szczęśliwi, o ile ludzie mogą być na ziemi.
Żem nie oszalał w tej chwili, wielka to łaska Boża, ale mi się zdało, że się ziemia pod nami obraca i całując jej ręce, które drżały w moich dłoniach, płakałem razem ze starym.
Cicho odbyło się nasze wesele, ledwie kilku ciekawych służyli nam za świadków, pieszo poszliśmy do katedralnego kościoła, w codziennych sukniach, ona w białej muślinowej, ja w wyszarzanym fraku, nad który lepszego nie miałem, stary ojciec za nami. Kapłan przed ołtarzem św. Stanisława, męczennika obowiązku i prawdy, połączył nas na życie boju i trudów, które się ciężkiem obiecywało wówczas.
Jakkolwiek znałem Marynię, codzień z nią będąc od dziecka, mogę powiedzieć, że mi się po ślubie nową objawiła istotą, gdy cała jej dusza i myśli, żadną dziewiczą nie okryte zasłoną, zajaśniały przedemna. Jeżeli kiedy mną władała, to teraz upadłem przed nią jak przed istotą, w której zjednoczył Bóg co innym swym dzieciom daje po cząsteczce.
Siedzieliśmy zasklepieni w naszem szczęściu, ani chcąc wyjrzeć na świat, a stary na chwilę nas nie opuszczał, rzekłbyś, że się obawiał stracić widoku, na który długo oczekiwał.
Nie wiem czy go uspokojenie ożywiło, czy przeszła apatja, w jakiej od śmierci żony zostawał, ale nagle rozruszał się i począł krzątać więcej niż dawniej o majątek i przyszłość naszą. Nie chcieliśmy mu dozwolić aby jechał na wieś, ale się tego naparł tak mocno, że dla jego spokoju potrzeba mu było dogodzić. Zapóźna to praca jednak nie przyniosła owoców, bo majątek był zniszczony, a administracja, jak pospolicie u nas, wziąwszy go raz w swe szpony, dojadała do reszty. Wypasali się na niej ludzie bez sumienia, dla których robienie grosza choćby na sierocych ostatkach, byle go schwycili, jest rzeczą w święcie najnaturalniejszą. Pastwy tej, gdy ją raz pochwycą, nikt już im z rąk nie wydrze. Starzec użył teraz całej dobytej z siebie energji, aby ocalić szczątki choćby sprzedażą majątku, ale i to było trudnem, bo administratorom chodziło o ich zyski. Starzy przyjaciele Horbacza pogłuchli i zobojętnieli, a dzierżawca miał silnych popleczników i składając rachunki wołające o pomstę do Boga, śmiał się prawie z tego, któremu mienie wydzierał. Dopiero krzyk pokrzywdzonego, który z rozpaczą niemal dobył się publicznie z jego piersi, opamiętał nieco ludzi, którzy bezsilnego gnieść się nie wahali, i ulękli się wywołanej a strasznej boleści. Starzec nie bardzo umiejętnie wziął się do swej sprawy, ale przynajmniej nadzieję jakąś uzyskał, że go ze skóry nie obedrą. Złoczyńcy pomiarkowali się i musieli zawstydzić. Horbacz powrócił małym swym tryumfem gorżko opłaconym, szczęśliwy i promieniejący.
Tymczasem Bóg mu niespodzianie gotował daleko większą pociechę, i w chwili kiedy ubóstwo nasze opromieniało jeszcze szczęście nowe i pokój młodości, odebraliśmy wiadomość prawie do bajki podobną o śmierci stryja Marylki, który nieznajomy jej, na przekór kallatoralnym dokuczliwym, cały swój majątek zapisał. Słyszałem o nim nieraz za życia matki, bo ona dla biednego Stefana całe na nim i bezżenności jego pokładała nadzieje, utrzymywała z nim korespondencją, ale po śmierci pani Horbaczowej, na kilka listów Marylki nic nie odpowiedział i wszelkie z nim stosunki zerwane zostały. Stary ten kawaler, rządny aż do skąpstwa, zostawił po sobie miljon kapitału i dwa razy tyle wartujący majątek, w jednem więc mgnieniu oka z ubóstwa przeszliśmy do bogactw, jakie się nam nigdy nie śniły.
Wyznam wam, że mnie to boleśnie dotknęło, w pierwszej chwili ucieszyłem się dla starca, dla niej, ale czułem upokorzony... Gdyby byli kilka tylko miesięcy poczekali, jabym nie był im zawadą, i nie byłbym nieznany, ubogi, jak kula na łańcuchu spętał ich sobą i przykuł do siebie. Postrzegł to stary i ona, nie dali mi boleć długo, potrafili pocieszyć, ale w głębi nie zmieniło to mojego położenia przykrego, człowieka, który nic nie mając, wziął chleb po żonie i na cudzem żyje.
Przy szczęściu mojem jest to troska codzienna, jest to nieustanna obawa; nie śmiem dotknąć tego grosza cudzego, tej pracy, tej własności, którą za swoją uważać nie mogę. Boję się zażądać czegoś, jestem męczennikiem dostatku, na który patrzę, którego użyć nie mogę, nie śmiem, nie powinienem.
Złoto wprowadziło mnie, prócz tego, w świat nowy, obcy, do któregom ja nie był wcale stworzony. Z niem razem zjawili się przyjaciele starzy, których niedostatek porozpędzał, krewni, rodzina... Nazajutrz po nowinie owej, drzwi, które próg lubiły, jak się wyraża Horacjusz (Amatque janua limen) — i nie otwierały się, chyba popchnięte dłonią poczciwej Mikulskiej, zaczęły skrzypieć nieustannie od pochodu winszujących. Ci co nie umieli pocieszać i dzielić ubóstwa, przybiegli zobaczyć zaraz jak nam będzie z dostatkiem do twarzy; — pozbyć się ich było niepodobna. Ale Horbacz i Marylka i ja nie porzuciliśmy ani Skopówki, ani życia, do któregośmy byli przywykli, pełnego wspomnień miłych. Trwało ono aż do naszego przeniesienia się na wieś. I nie łacno nam przyszło rozstać się z tą małą, ciasną kamieniczką, oblaną tylą łzami. Nareście z bolem serca musieliśmy wyjechać, opuścić te miejsca i stary w chwili odjazdu prawie zaniemógł z żalu, tak nałogowo przywiązał się do swojego więzienia.
— Wy sobie jedźcie, mówił, a mnie tu zostawcie, po co ja pojadę?
Opierał się długo, ale jechać nam potrzeba było razem lub razem pozostać, namówił się w ostatku, bo mu widok naszego szczęścia był potrzebny. Tak rozpoczynaliśmy życie nowe, które dla mnie nie przyniosło nowego szczęścia, owszem, szczerze powiem wam, że mi ono popsuło marzenia moje i przyszłość.
Grosz włożył na mnie cięższe kajdany niż nędza, której się nigdy nie obawiałem, dał mi natrętów, zabrał czas, przemusił zająć się obojętnemi rzeczami, zwichnął, onieśmielił. Byłem panem siebie i przyszłości, stałem się sługą grosza.
Bogactwo jest przesądem, z którego nie łatwo będzie wyleczyć się ludzkości, jeszcze pod tym względem dziecinnej, ale to pewna, że ono częściej daje pozór zazdrośny, niż dobro i spokój. Chleb powszedni, o którym mówi Ojcze nasz, oto co człowiek żądać powinien, i nic nad chleb powszedni, chleb jutrzejszy i pozajutrzejszy jest już ciężarem, za który się drogo płaci. Jam tego doznał na sobie, i choćbyście się z niedowierzaniem uśmiechać mieli, powiem i powtórzę, żem nieraz po cichu przeklinał te miljony, które na nas spadły.
Pracując na chleb, miałbym prawo dogodzić i mojej fantazji bibliomana i zachceniom dziwaka, zakochanego w okładce, druku i papierze — bogaty musiałem odegrywać rolę bogatego, z cudzego grosza zaczerpnąć nie śmiejąc, i wyrzec się jedynego, co po Marylce i ojcu kochałem. Obawiałem się aby dziwactwo moje nie stało się dla nich ciężarem, lękałem się tknąć cudzego grosza, którybym zamienił na ukochany mój papier zbutwiały... Potrafiłem nawet oszukać Marylkę, udając zobojętnienie... ale co cierpię, Bóg wie!
Gdy to mówił, Teofil, który słuchał z natężoną uwagą, wstał i ukłonił mu się z uśmiechem.
— Co takiego? spytał Cyryll.
— Nic, mów dalej... później się to wytłumaczy jakeś oszukał żonę...
— Jestem szczęśliwy zresztą, dodał opowiadający, Bóg mi dał niezależność, żonę anioła dobroci, dzieci które mi się uśmiechają, ojca który w pokoju dożywa starości — ale to wszystko okupuję potajemną męczarnią, wyrzekłszy się powołania dla świata i zajęć obojętnych, nudnych, ciężkich dla mnie.
Czasem, gdy salony i ludzie, co po nich chodzą, znudzą mnie, zamykam się na klucz w mojej izdebce, gdzie pod sprzętami jakiemiś ukrywa się gromadka moich starych książek, którem zbierał niegdyś od gęby sobie odrywając... tam zasiadłszy w kątku, przeglądam te skarby i przypominam dobre czasy, kiedym się z bibliomanją taić nie potrzebował. Dziś nie mogę już ani zapragnąć więcej, ani ręki po nic wyciągnąć, bo Marylka kupiłaby dla mnie bibliotekę Mazaryńską gdyby była do sprzedania, ale ja nie chcę, aby moja fantazja odjęła dzieciom chleb, na który nie pracowałem, dostatek, który mieć będą nie po mnie... Brałbym to jak jałmużnę, upokorzony...
Gdy mi się bardzo czego zechce, po cichu pracuję pod cudzem imieniem, biorę za to grosz jakiś i ten własny szeląg zapracowany obracam ukradkiem na książczynę, z którą się taję. Nie jednej nocy kawałek, pod pozorem rachunków gospodarskich, poświęciłem aby nabyć kronikę świata, która mi się trafiła, której chciałem, a grosza na nią z kasy naszej nie wziąłbym za nic. Co przykrzej, taić się muszę z zabytkami temi, aby poczciwa żona nie postrzegła, aby nie odkryła mojej słabości, bo by jej chciała dogodzić kosztem wszystkiego co ma... a tego ja nie chcę...
— Kochanku, to tylko duma dorobkowicza — rzekł Albin, przyjmowali od ciebie twą przyszłość, którą im dawałeś po kawałku, a ty od nich nic dziś przyjąć nie chcesz? Jest czasem grzechem nieprzyjęcie ofiary i rodzajem skąpstwa duszy, która wdzięcznością płacić nie chce... Tego ci nie pochwali nikt, dobrowolny męczenniku, jest to po prostu dziwactwo...
— Zrozumiecie mnie czy nie, pochwalicie czy nazwiecie egoistą — cóż robić? dodał Cyryll — ja się odmienić nie mogę i nie chcę.
— To źle, rzekł Konrad.
— Dodajcie, mówił pierwszy, o czem już napomknąłem, wcielenie moje do świata zupełnie obcego, moje onieśmielenie z tego powodu, rodzaj ukrytej ale dającej się czuć od ludzi wzgardy, które dziecię plebanii wiejskiej spotyka w tych sferach, niedostępnych zwykle jemu podobnym, nadto harde by się z pochodzeniem swojem taiło, zbyt przenikliwe, by tego co wzbudza nie zrozumiało. Ani moje obejście się, ani język, ani upodobania nie są dla nich miłe, ja też przymuszony często podzielać ich zabawy i fantazje, nie bardzo się niemi uszczęśliwiam. To czcze życie wystawy, kłamstwa, które nikogo nie oszukuje, popisów, fanfaronady, zabaw i rozrywek dziecinnych, jest dla mnie męczarnią... Aleśmy na nieszczęście bogaci i nosić musimy jarzmo złote na karku.
Często w chwili, gdy się napawam książką, gdy myśl z trudnością wysnutą dobywam z siebie, zastukają do drzwi, wołają mnie do salonu i jeszcze rozgrzany pracą, wychodzić muszę żeby zabawiać fircyka w białych rękawiczkach, który jako eks-uczonego, bo za takiego uchodzę, bawi mnie, owianego wonią klasyczną, swojemi fatałaszkami francuzkiemi i popisuje się z erudycją maślanych okładek. Często gdy w słowniku Ducange’a szukam wątpliwego wyrazu tej średniowiecznej łaciny, która jest językiem osobnym, gdy go łapię, gdy już dochodzę czegoś porównaniem i analogją, dzwonią po mnie do obiadu, na który oczekuje krewny hrabia i daleki kuzyn, pełen dowcipu a razem głupiusieńki, mający mnie bawić topografją Paryża.
Trudnoż się zakopać, zerwać ze światem i zdziczeć dla niej, dla dzieci, zresztą dla tego, żeby mnie bakałarzem nie nazwano — niepodobna. Wiedzcie i to, że tam o mnie dziwne familja rozpowiada historje, że mi kochani kuzynkowie żony co chwila czuć dają pochodzenie moje, ściskają serdecznie gdy potrzeba pożyczyć pieniędzy, ale im imie nawet to Cyrylla, tchnące parafią, ciężko przez usta przechodzi.
Otóż to szczęście, któreś karetą zajeżdżające widział Longinie, któregoś może pozazdrościł w duchu, szczęście, co by się mieniało na chatkę ubogą z tą kobietą, która więcej stworzoną była do niedoli niż na dolę... Ona słabsza odemnie i cóż za dziw, że nie pasując się, serce jej dało się owładnąć złotu i orszakowi, jakie ono wiedzie za sobą, że musiała zostać panią? Jam w duchu jeszcze ubogi i obyczaje mam stare; ona zapomniała naszych dni próby na Skopówce, które są dla niej snem tylko i żyje w swoim żywiole.
Nędzy zląkłbym się dla niej i dla siebie, ale ubóstwa uczciwego, cichego, przy pracy i swobodzie, pragnę i wołam: niech im znów będę potrzebny, niech na mnie spoczywa ich przyszłość, a rozwiążą mi się ręce i całkiem będę szczęśliwy.
Skończył Cyryll i smutnie spuścił głowę, a towarzysze jego spojrzeli po sobie.
— Ten znowu, rzekł Konrad, tak przefiltrowuje to co mu pan Bóg dał, że w końcu męty same otrzymał z kryształowego napoju!
— Człowiek zawsze człowiekiem, dodał Teofil — musi mędrować i męczyć, a machinka życia tak jest urządzona, że choćbyś ją jak pokręcił zawsze zapiszczeć musi. Najzabawniejsza to, że myśli, iż żonę oszukuje...
— Tymczasem, przerwał Longin, pozwólcie mi nie boleć wcale nad dolą i udziałem szanownego towarzysza, który ma trzy miljony i nie może sobie kupić książki za kilkaset złotych; albo warjat, albo go żona tyranizuje, do czego się przyznać nie chce...
Cyryll uśmiechnął się boleśnie.
— Ten anioł dobroci! ona! ona coby mi chciała nieba przychylić!
— A jednego Alda nie domyśliła się kupić? — zawołał Teofil... Jakże to być może, żeby nie zgadła, nie odkryła, nie wyszpiegowała ciebie i twojej namiętności?... kobieta co rywalkę odgadłaby w słupie, gdyby się w nim człowiek zakochał!
— Bo nie jest kobietą i nie obawia się rywalki, odparł Cyryll, zresztą proszęż i mnie coś przyznać, bo nowe życie wcale na nie złego wystrychnęło mnie komedjanta... Zdziwilibyście się z jaką rolę moją odgrywam powagą i prawdą... Książki nie tknę, nie spojrzę zwłaszcza na starą, kryję się z nałogiem tym jak z pijaństwem, a niestety... jest to taki nałóg i fantazja, jak każdy inny... Książka wzbudza we mnie to co w was widok karty, butelki, kobiety... namiętność — pragnę jej, czuję że mi do życia braknie, że mógłbym ją ukraść... to dosyć! Zważcież co kosztować musi walka z taką namiętnością, codzienna, dręcząca... chwilami to ogłupia. Raz przyjechał wędrowny żydek, co na furze w sianie wozi razem elementarze, inkunabuły, rękopisma i nowe romanse... Nie wiem kto i na co kazał mu się rozpakować w sieniach, miał Danta takiego i parę nieoberzniętych Elzevirów, że gdym je przypadkiem wziął w ręce krew mi się rzuciła do głowy... miał wydania, które pachniały jak stare wino, śmiały się jak młode kwiaty... ale cóż? drżąc uciekłem do mego pokoju, aby się nie wydać z pokusą, a żyd powędrował dalej z Elzevirami, rzuciwszy je w słomę... Mogłem je nabyć łatwo, ale byłbym się wydał z moją namiętnością, którą chcę ukryć, postanowiłem ukryć i ukryję!
Teofil, nie mogąc już dłużej wytrzymać, rozśmiał się na całe gardło, a wszyscy znowu obrócili oczy na niego.
— Co ci jest? rzekł Cyryll.
— Co mi jest! ale to przedziwna historja! temu człowiekowi naiwnemu zdaje się, że kobietę oszuka.
— Zkąd-że te twoje wesołe protestacje? spytał Cyryll niespokojny, wiesz-że co? zdajesz się mówić na pewno? nie pojmuję.
Teofil począł szukać po kieszeniach.
— Historja jest taka, rzekł — ja się w książkach wcale nie kocham... móle to jedzą i miejsca potrzebuje... Ja, brat mój stryjeczny i siostra, odziedziczyliśmy świeżo po kanoniku H... wielkim bibliomanie, trzy do czterech tysięcy książek zbieranych przez całe życie. Mają to być raritates, unikaty, inkunabuły, białe kruki, czarne łabędzie... i co chcecie...
— To zbiór jedyny w kraju! zawołał Cyryll. Znam go z katalogu...
— Chcieliśmy go sprzedać i ogłosiliśmy o tem w gazetach.
— Wiem, dodał biblioman... ale cóż? pójdzie to jak wszelkie ludzkie zbiory, co kosztują życie pracy i zachodów, a potem się rozchodzą po rękach i rozsypują po świecie.
— Dajże mi skończyć! zawołał zwycięzko Teofil, od ogłoszenia przedaży jeden list tylko odebraliśmy; patrzaj-no, kochanie, nie znasz ty od kogo? nie poznasz czasem ktoby go mógł pisać? jak ci się zdaje?
Cyryll spojrzał na adres, na pieczątkę, i pobladł... rzucił okiem na podpis i poznał rękę żony, która znać niedawno doszedłszy tej tajemnicy bibliomanii tak starannie ukrywanej, po cichu zaczęła umowę o nabycie całego zbioru dla męża. Na widok listu, który oczy jego przebiegły żywo, Cyryll zadrżał wzruszony cały i od łez wstrzymać się nie mógł.
— Anioł zawsze, anioł! wykrzyknął... ale w cóż poszła praca moja i walka... ona wie! ona odkryła wszystko.
— Otóż masz płaksę, który i teraz gotów jeszcze narzekać, rzekł Longin, najwyraźniej oszalał!
— Widzę z listu, przerwał po chwili wychodząc nagle z osłupienia Cyryll — że o bibliotekę stanęła umowa... ale któż jej pilnuje?... lękam się już amatorów co mogą dzieła pozamieniać, przeklętych zbieraczy sztychów, którzy gotowi karty wycinać...
Dla książek zapomniał na chwilę o swojem przerażeniu i o żonie, ale wnet składając ręce, dodał znowu:
— A! czemże ja jej potrafię to wywdzięczyć!
— Zdrowie pani Cyryllowej! zawołał Albin podnosząc kieliszek... najpierwsze jej należy!
Za nim wszyscy podnieśli się powtarzając:
— Zdrowie pani Cyryllowej...
On milczał stojąc z głową spuszczoną...
— Tam jest żywot Opecia i Marchołt! rzekł jakby się budząc — wiem pewnie... i pyszny egzemplarz Biblii pauperum... to był biblioman niepospolity! A! byle by tam nie pokradli! co za szczęście! Marja moja! poczciwa i anielska Marja!
Mówiąc to, zerwał się od stołu nagle.
— Wybaczcie mi, rzekł, książki to głupstwo, ale żona taka to więcej... to skarb droższy nad wszelkie ziemskie... Miło mi z wami, jednakże po tym liście któryście pokazali, chwili dłużej zabawić nie mogę... lecę do nóg jej upaść.
— A! na Boga, tożbyś się mógł wstrzymać choć do jutra.
— A ananasy moje! zawołał Albin, jeszcze nie skończona wieczerza, deser panowie!
— Dajcie mi pokój z wieczerzą i deserem — wykrzyknął Cyryll, posyłam po konie i lecę do domu, bądźcie zdrowi!
Ruszyli się wszyscy, usiłując go nadaremnie powstrzymać, ale się im wyrwał, opanowany myślą o żonie i bibliotece. We drzwiach już wychodzącemu Longin, jak żebrak hiszpański z garłaczem na gościńcu, z miną zuchwałą zastąpił drogę.
Date obolum Belisario! rzekł z dumą. Nie jedź nie wspomógłszy dawnego towarzysza... jesteś szczęśliwy, podziel się szczęściem i nie odpychaj.
Cyryll drżącą ręką dobył pugilaresu i podzielił się nim z Longinem, którego oczy zabłysły straszną dla reszty zgromadzonych groźbą przyszłej składki.
Z kielichami przeprowadzono Cyrylla do przedpokoju, do sieni, w dziedziniec, ale nim Vivat krzyknęli, znikł im już pędząc ulicą do domu.
— Osobliwsza historja! rzekł gospodarz siadając znowu do stołu... to tylko źle że nam wieczerzę przerwała, a nic gorszego nad przerwane jedzenie... nie ma potem całości, nie ma ciągu, zepsuł mi swoim wybrykiem tak doskonale obmyślaną budowę...
— Już teraz, aby jej do reszty nie popsuć, rzekł Teofil — możeby dać pokój autobiografiom, które są smutne zawsze... chybaby kto nam chciał dać o Jordanie wiadomość; cudza historja zawsze się chłodniej opowiada.
— Jam gotów, zawołał rozweselony Longin, podobno napróżnobyśmy go już czekali, kiedy do tej pory nie ma; ja może lepiej niż on opowiem jego przygody... On by nieochybnie kłamał, gdy ja żadnego nie mam powodu go oszczędzać... Więc posłuchajcie! jak mówi nieoszacowany Jowialski. Jakoś nie o sobie mówiąc lżej język chodzi, i wam nie potrzeba będzie min nastrajać, lepiej gadać i słuchać wygodniej... będę mógł upowieściować nieco relacją... ale jeszcze kieliszek tej madery, to nie zła rzecz!
— Sucha, stara madera, dodał Albin kiwając głową.
— Nie wiem co ty suchą nazywasz, odparł biedak, ale to pewna że gardło odwilżą przyjemnie... a po niej historja Jordana pójdzie jak po maśle... Szczerą zresztą prawdę powiem za niego, możecie być pewni.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.