<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Nauczycielka
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wyd. 1935
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.

— Kanapki z szynką, bułeczki, czekolada, her-r-r-bata! — rozległy się przeraźliwe nawoływania chłopaka bufetowego.
Halina drgnęła i wyjrzała przez okno. Pociąg stał przy peronie w Pińsku. Wspomnienia pierzchły. Z ciekawością rozglądała się dokoła. Przyjrzała się okazałemu gmachowi dworca, estetycznym trawnikom i rozłożystym drzewom, rosnącym na placu od strony miasta.
Gdy po raz drugi posłyszała przeraźliwy głos chłopaka, uczuła nagle głód.
Zdążyła wypić szklankę herbaty, zjeść bułeczkę z serem, a nawet wyprawić pocztówkę do matki. Skończywszy z tem, kupiła sobie jakiś dziennik miejscowy i zaczęła czytać, nie myśląc już o tem, co ją stale niepokoiło i sprawiało ból.
Około ósmej wieczorem wysiadła na małej stacyjce, skąd wózkiem miała się dostać do Harasymowicz. Postanowiła jednak przenocować na stacji. Zawiadowca, dowiedziawszy się, że panienka przybyła dla kierownictwa szkołą, uprzejmie zaprosił Halinę do siebie, gdzie się nią zaopiekowała jego siostra, wygadana i złośliwa stara panna.
Podczas kolacji, gdy toczyła się nudna rozmowa, pełna utyskiwań na podłe warunki służby i bytu, stara panna, zacinając usta, syknęła:
— Będzie się pani miała spyszna w Harasymowiczach, niema co! Posłać taką miejską i przystojną nauczycielkę do podobnej „hłuszy“ — to pomysł wprost djabelski!
— E-e, — przesadzasz! — zaprzeczył brat. — Uważam, że właśnie tam panna Olmieńska lepiej będzie się czuła, niż gdzieindziej na tutejszej wsi.
Siostra nic nie odpowiedziała i nieprzychylnie zerknęła w stronę Haliny.
— At — gadasz byle gadać!... — przeciągnęła po kresowemu i zaczęła ćmić papierosa.
Zawiadowca stacji nie dał jednak za wygraną i, trzęsąc rozwichrzoną czupryną, mówił:
— Mam słuszność i pani wnet się o tem przekona! Poleszucy — to ciemny i bardzo biedny lud. Jakiś pan z Warszawy, co tu w zeszłym roku miał odczyt w Pińsku, opowiadał, że za królewskich czasów Polacy, kiedy to w tych stronach mieli swoje zamczyska i pałace Dolscy, Sapiehowie, Wiśniowieccy, zaczęli oświecać tych „biesów“ błotnych, ale po upadku Polski, Moskale popchnęli Poleszuków do dawnej dziczy. Ciemny to jeszcze, pogański bodaj naród, no, i był czas, że pokazywał, co umie. Chłopi ulegają podszeptom, pochodzącym z Mińska, Kijowa i Moskwy: zdarza się nawet, że z karabinem lub siekierą czatują przy szlakach i napadają na pocztę, podróżnych i patrole. Słyszała pani zapewne o dywersantach? Otóż tacy oni już są — ciemny to lud; nie rozumieją „czubaryki“, że lepiej im z Polską trzymać niż z bolszewikami, którzy sami z głodu puchną! W Harasymowiczach — znacznie spokojniej. Znajdzie się i tam wprawdzie kilku buntowników i bandytów, ale reszta — to lud spokojny, bo to, proszę pani, — przeważnie dawna szlachta polska!
— Szlachta polska? — zainteresowała się żywo Halina.
— Szlachta, a jakże, najprawdziwsza, herbowa! — ciągnął zawiadowca, skręcając papierosa, lecz siostra przerwała mu, śmiejąc się szyderczo:
— Herbowa, ale, niech pani uważa, — bosa, łapciowa, siermiężna! Cha-cha-cha!
Halina słuchała ze zdumieniem i zaciekawieniem.
— No, tak — bosa i siermiężna — zgodził się brat, patrząc na starą pannę z wyrzutem, — i cóż z tego, że są biedacy?! Oddawna przed wiekami tu osiedli, dobrze im się powodziło, a potem zubożeli i „w chłopy“ poszli... ale, jakby tam nie było, — szlachta, panie dobrodzieju, i o tem każdy z nich pamięta, a dlatego na obrazę i krzywdę tacy są wrażliwi, tacy...
— ...że w dziurawych portkach łażą po bagnach i jeden drugiemu bydło i konie kaleczy przez zemstę! — wtrąciła zjadliwie stara panna.
Halina, widząc, iż zawiadowca zamierza wykłócić się z nieznośną siostrzyczką, wmieszała się do rozmowy:
— Niezmiernie ciekawych i nieznanych mi szczegółów dowiedziałam się od państwa! W seminarjum okropnie pobieżnie traktują sprawy naszych kresów wschodnich!
— Nietylko w seminarjach! — machnął ręką gospodarz. — Dlatego to z takim mozołem idzie praca w tych stronach. Potrzeba tu ludzi, rozumiejących duszę miejscowego ludku, słyszących, jak trawa rośnie na „hałach“[1] o czem wierzby szeleszczą i gaworzą nad jeziorami...
Westchnął ciężko i umilkł.
— Od niedawna dopiero zaczęliśmy nasze rządy na Polesiu — zauważyła Halina. — Nabrawszy doświadczenia, potrafimy wykonać zadanie, które jest zapewne niełatwe..
Zawiadowca zamyślił się, lecz po chwili, wypuszczając strugę dymu, mruknął:
— Nie należy istotnie tracić nadziei, tylko — oby nie było zapóźno, bo tam za kordonem nie śpią i ciągle coś przeciwko nam knują...
Halina dowiadywała się coraz to nowych szczegółów o tym kraju. Zawiadowca i jego siostra pochodzili z Sarn i znali całe Polesie, bo, przerzucani ze stacji na stację, w ciągu kilku lat zwiedzili te kresy we wszystkich kierunkach.
Dopiero koło północy znużona Halina udała się na spoczynek.
Długo nie mogła jednak zasnąć.
Niesłyszane nigdy przez nią dźwięki odpędzały sen z powiek.
Gdzieś z wysoka dochodziło ją głuche, basowe trąbienie, to znów rytmiczny częstotliwy poświst. Długo nie mogła zrozumieć znaczenia tych dziwnych odgłosów, ale wkońcu, gdy rozpoznała gęganie, domyśliła się, że gdzieś pod obłokami przelatuje stado dzikich gęsi. W wiosce, przy której stała stacja kolejowa, od czasu do czasu zrywało się wściekłe ujadanie psów.
Halina już drzemać zaczęła, gdy do ciemnego pokoiku z jakiemś suchem klaśnięciem wpadło echo dalekiego strzału.
Zapaliła świeczkę i usiadła na tapczanie, wsłuchując się w jakąś ni to trwożną, ni to spłoszoną ciszę.
— Niech pani śpi, — posłyszała przez ścianę głos zawiadowcy, — to patrol policyjny strzelił...
— Strzelił? — powtórzyła. — Do kogo?
W sąsiednim pokoju zabrzmiał cichy śmiech.
— Może do dywersanta, lub — do przemytnika albo może — do uciekiniera, przekradającego się za kordon... Zapewne jednak poprostu dla postrachu, aby każdy wiedział, że patrol czuwa... Zwykła to muzyczka nocna w naszych stronach! Dobranoc pani!
Halina zdmuchnęła świecę i wkrótce usnęła.
Nazajutrz rano serdecznie żegnana przez gościnnych kolejarzy wsiadła do rozklekotanego wózka, zaprzężonego w dwa białe koniki i wyruszyła w dalszą drogę.
Miała przed sobą jeszcze około czterdziestu kilometrów, ale woźnica, stary, brodaty Poleszuk — przysięgał na wszystkie świętości, że przed południem dowiezie nauczycielkę do Harasymowicz.
Przejeżdżający przez wioskę wózek zwabił na ulicę wszystkie kobiety. Wybiegały z chat i, stanąwszy przy płocie, tępym wzrokiem przyglądały się nieznanej panience, ubranej po miejsku, w ponsowym bereciku, wymykającemi się z pod niego ciemnemi pasemkami puszystych włosów. Chłopi, pracujący w ogrodach, gdzie tkwiły czarne od starości stodoły, czarną też kryte trzciną, obrzucali ją niechętnem spojrzeniem i poruszali ustami, jakgdyby żując przekleństwa i wyzwiska. Dzieci, brodzące po głębokich, czarnych kałużach, krzyczały coś i wygrażały jej pięściami.
— Lud nie spotyka mnie entuzjastycznie! — pomyślała Halina i uśmiechnęła się mimowoli, gdyż wyczuła raptem jakąś niezachwianą niczem pewność, że potrafi zmienić stosunek chłopów do siebie — samotnej nauczycielki, przybywającej dla szerzenia oświaty pośród ciemnej, zaniedbanej ludności.
— Dlaczego oni są tacy nieweseli i patrzą na mnie spodełba, gospodarzu? — zapytała powożącego chłopa.
Nie zrozumiał na razie zapytania, więc musiała mu długo i obszernie tłumaczyć.
Pojąwszy wreszcie, uśmiechnął się krzywo i, nie patrząc na Halinę, burknął w swej dziwacznej mowie — mieszaninie słów polskich, rosyjskich, ukraińskich i białoruskich:
— Czemu mają być weseli? Urodzajów nie było, głodować się sposobią, zbierają już lebiodę po „łuhach“[2] i podorywach, glinkę kopią, aby do mąki dodawać, he, he, he! Ot i pomyślcie, panienko, jak się oni mają radować i na was spoglądać łaskawie? Słyszeli oni, że do Harasymowicz przyślą nauczycielkę, no, to i źli są! Wiedzą chłopi, że każecie im dzieci do szkoły posyłać, od „pasionki“ odrywać, kary będziecie nakładać... A skąd oni wezmą dla dzieci kożuch i buty, a choćby łapcie i nowe onuczki? Ot i źli są na was gospodarze, bo to im nową „dokukę“[3] sprawiacie!...
Zaciął koniki i wyjechał na drogę, minąwszy ostatnie zabudowania i płoty wioski.
Droga biegła zawiłym zygzakiem po głębokich, sypkich piaskach, we wszystkich kierunkach pociętych szerokiemi koleinami. Widocznie wozy kluczyły, jak chciały po piaszczystej równinie, szukając twardszego nieco gruntu.
Po głębokich dołach, pełnych burej, mętnej wody, rozlewnych kałużach, pokrytych żółtą pianą, wózek jął się zapadać po osie kół, przewalać się z boku na bok i zgrzytać żelaznem okuciem obodów, dzwoniąc żałośnie i skrzypiąc.
Po jednej stronie drogi rósł na niewysokich falistych pagórkach mocno przetrzebiony bór sosnowy. Pośród młodej, cherlawej porośli iglastej sterczały grube, butwiejące pnie dawno już wyrąbanych olbrzymów; ciemne stożkowate krzaki jałowców i szaro-fjoletowe wrzosy okrywały łagodne zbocza pagórka. Obok rozjeżdżonego niemiłosiernie szlaku ciągnęły się drobne pola włościańskie — jedne okryte szczeciną ścierniska, drugie — gąszczem bujnych chwastów. W oddali, gdzie w świetle z trudem przedzierającego się przez mgłę słońca połyskiwały porosłe trawą rozlewiska, tkwiły wysokie stogi siana, a nad niemi z krakaniem, to opadając do samej ziemi, to unosząc się wysoko, krążyły czemś zaniepokojone wrony.
— Ach, zbóju jeden! — wyrwało się nagle Poleszukowi i zaklął przez zęby.
Odwrócił się do pasażerki i, biczem wskazując pobliski stóg, zawołał:
— Widzicie „korszuna“?[4] Duży, — zapewne taki, co cietrzewie i kury porywa?... Patrzcie, panienko, jak głową kręci i wronom grozi!
Od czasu do czasu zrywał się wiatr.
Żółte kłęby piasku mknęły wtedy wzdłuż drogi, ze zgrzytem siekły twarz i zasypywały ubranie. Konie parskały, opuszczając głowy.
Po polach biegły chochoły z poplątanych, zbitych w jeden zwał suchych, szeleszczących traw; rozpaczliwie wymachiwały nagiemi pędami połamane badyle i pręty nikłych krzaków, rosnących na miedzach.
Pola urwały się nagle. Znikły też piachy. Pociągnęły się natomiast i rozparły aż do horyzontu bure łąki, tam i sam przecięte wstęgą rzeczki lub lśniącem mętnie zwierciadłem jeziorka. Coraz częściej człapały kopyta końskie po kałużach i grzęzły w rozmokłej ziemi. Wózek nie wykonywał już szalonych skoków, kołami wrzynając się w miękki grunt i pozostawiając poza sobą głębokie bruzdy z sączącą się w nich wodą.
Bór, wysławszy naprzód, ku napierającym zewsząd bagnom, liściaste forpoczty brzóz, grabów i olszyn, pozostał w tyle i zniknął wkrótce.
Droga tymczasem wybiegła na bezbrzeżną, błotnistą nizinę, zarośniętą oczeretami, suchem, łamliwem sitowiem i gąszczem krzaczastych łóz, stłoczonych po brzegach prawie nieruchomych strumieni — burych i czarnych. Co chwila z przeraźliwem kraczeniem zrywały się dzikie kaczki, a biało-czarne czajki ze zgrzytliwym jękiem miotały się nad bagnami, niby ciśnięte pod wiatr kawałki blachy.
— Ostrów się skończył... — objaśnił chłop. — Teraz pójdzie marny szmat drogi, — najmarniejszy!... Hej, wjo, Sierko! — krzyknął gniewnie i batem zmacał prawego konika.
— Co to jest „ostrów“? — spytała Halina.
— Wysokie i suche miejsce, gdzie rosną bory i osiedlają się ludzie, aby ziemię orać, no — i dalej od bagien chaty stawiać, klecie i odryny... — mruczał woźnica, krzesząc ogień z krzemienia i zapalając fajeczkę.
Na zakręcie drogi, okrążającej jeziorko, zarośnięte trzcinami i pociągnięte liśćmi lilij, pędami wybujałych grzybieni i płachtą burej już rzęsy, wynurzyło się nagłe dwóch ludzi. Halina dojrzała granatowe mundury ze srebrnemi cyframi na kołnierzach i karabiny, przerzucone przez ramię.
— Policja... — burknął chłop i popędził konie.
Posterunkowi obrzucili bacznym wzrokiem toczący się wózek i, nie zatrzymując się, poszli dalej powolnym, znużonym krokiem.
Poleszuk, skulony na koźle, mruczał coś sobie pod nosem i nie oglądał się za oddalającym się patrolem.
Wózek wtoczył się tymczasem na poleską groblę — ów sławetny „nakat“, z taką druzgocącą złośliwością i szyderstwem uwieczniony przez Pola w jego wspomnieniach o Polesiu.
Przez trzęsawisko ręka ludzka przeciągnęła na olbrzymiej przestrzeni pomost z okrąglaków sosnowych i dębowych, niczem z sobą nie związanych i na niczem poza grzęsawiskiem nie opartych. Strugi czarnego błota wytryskiwały z pomiędzy ruchomych bierwion, kołami wtłaczanych w bagno, a mostki, ułożone ściślej z grubszych pionów, powiązanych łykiem i prętami, pływały na powierzchni gnijącej wody, niby porzucone tratwy.
Z turkotem zgrzytliwym skakały koła po dylowatej drodze, wpadając do wyrw, gdzie przegniłe belki spróchniały już doszczętnie. Wózek coraz-to przechylał się gwałtownie, grożąc przewróceniem. Halinie szczękały zęby, bo nieszczęśliwa kałamaszka wyczyniała szalone podrygi; od brutalnych i niespodziewanych wstrząsów bolały boki, lecz — rzecz dziwna i niepojęta — nic nie mogło przygasić radosnego nastroju nauczycielki.
Śmiała się wesoło, czepiając się żelaznych poręczy kozła, żartowała z mrukliwym Poleszukiem, aż i on zaczął się uśmiechać i raz po raz odwracał się ku niej i pocieszał:
— Teraz już połowa tylko „nakatu“ pozostała, a tam wyjedziem na bagno, to już lżej wam będzie!
Halina zaś myślała:
— Tak, tak! Z takich Harasymowicz człek nie zechce prędko się ruszyć! Żadnych tu nie będę miała pokus, bo ani do kina nie pojadę, ani na dancing nikt mnie nie sprowokuje... Ależ piękna droga! Stąd chyba bez przesiadania dostać się można na tamten świat i nawet bez szczególnej tęsknoty za tym padołem, przeciętym groblą i urozmaiconym bagnami i piachem!
Podzieliła się swoją myślą z chłopem. Ten ryknął śmiechem, a śmiał się tak szczerze, że aż zaczął kasłać i pluć. Od czasu do czasu klepał się w kolano i wołał:
— Ot, wesoła panienka, jak ten ptaszek!... Jak to powiedzieliście? Z tego nakatu prościuteńką drogą na tamten świat? I — prawda! Zła, podła droga, ale dobra i ta, kiedy innej niema!
— E-e, wkrótce będą lepsze, prawdziwe drogi! — krzyknęła Halina. — Polscy inżynierowie pobudują wam szosy i mosty!...
Chłop spoważniał nagle i, nieufnie spoglądając na panienkę, burknął:
— Dużo wody w rzece upłynie zanim co będzie...
— Czekaliście tysiąc lat, poczekajcie jeszcze dziesięć! — odpowiedziała wesołym, śmiałym głosem, jak rzucone komuś wyzwanie.
Poleszuk zatrzymał konie, aby obejrzeć orczyki i rzucić okiem na koła, bo zaczęły skrzypieć nieznośnie. Długo się grzebał, pochylając się nad obodami i zaglądając pod wózek, aż wreszcie, mrucząc, jął oś smarować kwaczem, umoczonym w kobiałce z dziegciem.
Halina, korzystając z chwilowego postoju, wyskoczyła z kałamaszki i szybko poszła drobnemi krokami, starając się stąpać po ruchomych, jak klawisze, najeżonych sękami belkach grobli.
Myślą odbiegła daleko od poleskiej drogi i tego kraju.
Właściwie, nie myślała o niczem określonem, oddała się raczej ogarniającemu ją uczuciu niepohamowanej radości i spokoju, jasnego, niby dzień słoneczny.
Natura, jakgdyby odpowiadała jej nastrojowi, bo mętne, szare mgły, wiszące gęstą płachtą nad równiną i olszyńcem, nagle rozstąpiły się i wsiąkły w topiel.
Słońce natychmiast wylało na całą okolicę powódź złocistych promieni, a w ich blasku cały kraj ożył i przyozdobił się w barwne plamy roślinności — zielonej, żółtej i brunatnej — i w połyskliwe, zawiłe skręty i pętle rzeczki, wijącej się kapryśnie wśród haszczy tataraków i sitowia i coraz to wybiegającej szerokiem „plosem“ na otwarte miejsca.
Blado-niebieski firmament ni to wzniósł się wyżej, ni to nabrał bezdennej ciągnącej ku sobie głębi.
Cisza panowała wokół, lecz tem głośniej, zmuszając Halinę do wzdrygania się za każdym razem, rozlegały się furkoty i łopot skrzydeł, podrywających się kaczek, drapieżny, przenikliwy skwir krążących nad niziną jastrzębi i nagły plusk ryb w rowach przydrożnych.
Halina uśmiechała się mimowoli do słońca, nieba, ptaków i rodzących się tak niespodziewanie odgłosów życia.
Bezwiednie zdawała sobie sprawę ze swego radosnego nastroju.
Było to wyraźne, kojące uczucie, przeświadczenie nawet, że nie jest sama, że ktoś bardzo drogi znajduje się wpobliżu, czeka na nią i czuwa.
Uświadomiwszy sobie to wrażenie, wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się ironicznie.
— O, tak! Czekają na mnie Poleszucy, którzy na sam mój widok mruczą przekleństwa; baby ich, z tępą złośliwością przyglądające się moim walizom, i te umorusane, obdarte dzieciaki, co pokazywały mi języki, grożąc czarnemi od błota piąstkami... A któż to tam ma czuwać nad tobą, nauczycielko wiejska z Harasymowicz? W najlepszym razie — policjant i to wszystko!
A jednak nawet te rozumowania nie rozproszyły jej dziwnie tego dnia radosnych przeczuć. Pomyślała więc, że Bóg i święta Teresa jej nie opuszczą i że to Oni właśnie zesłali pełen wiary i spokoju nastrój, rozpędzili błąkające się nad moczarami mgły i kazali słońcu roziskrzyć i ozdobić smętny beznadziejnie krajobraz.
— Siadajcie, panienko, pojedziem dalej! — zawołał chłop, gramoląc się na kozioł. — Tylko czekać, jak „nakat“ się skończy! Prędko na Łań wyjedziem, a tam już mokradeł mniej... zato piachy głębsze.
— I tak źle, i tak niedobrze! — zaśmiała się Halina i, siadłszy do wózka, wydobyła z torebki tabliczkę czekolady, poczęstowała woźnicę i jęła gryźć twardą, gorzkawą cegiełkę.
Grobla stała się wkrótce wprost niemożliwą. Wózek coraz częściej natrafiał na wyrwy i wyłomy, gdzie brakowało po kilka naraz belek, a wtedy koła tonęły w czarnej, cuchnącej cieczy, na której pękały głośno duże bąble.
W pewnej chwili Halina, podrzucona wysoko, wydała cichy jęk, gdyż zabolały ją uderzające o siebie zęby, a sama ledwie że nie wypadła z miotającej się, chybotliwej kałamaszki.
— Podły nakat! — krzyknął Poleszuk. — Bój tu był w r. 1920-ym no, to szrapnele i porwały bierwiona.
— Jaka bitwa? — zapytała ze zdziwieniem Halina.
— Polaki bodaj przez tydzień cały tłukli się tu z „naszymi“... — odpowiedział Poleszuk, lecz pomiarkował się, widać, bo zaciął usta i obejrzał się tchórzliwie.
Halina zrozumiała trwogę chłopa i przypomniała sobie sławny i tragiczny rok, w którym podnosząca się z ruin Polska, zmuszona była odpierać nieprzyjaciela od wschodu. Ksiądz Skorupka, „cud nad Wisłą“, ofiarna dziatwa szkolna i młodzież, garnąca się pod sztandary — wszystko to stanęło nagle przed jej oczyma i odżyło w pamięci. Spoważniała i cichym głosem powiedziała, dotykając ramienia Poleszuka:
— Nie bójcie się, gospodarzu! Nie powiem nikomu, kogo uważacie za „swoich“. Chcę tylko zapytać was o jedno. Powiedzcie mi, czy dobrze tu było za Moskali?
Chłop wzruszył ramionami i podrapał się w głowę:
— Wiadomo, że nie! Pop zdzierał z nas skórę za chrzest i pogrzeb, czynownik[5] ostatnią chudobę brał na podatki, policja za byłe co po mordzie biła lub skazywała na chłostę... Cóż dobrego? Nic — tylko sama krzywda!
Halina uśmiechnęła się mimowoli, usłyszawszy niespodzianie szczerą odpowiedź. Wiedziała już, co ma teraz mówić.
— Nie słyszałam o tej krzywdzie waszej... — zaczęła cichym głosem. — Zato wiem, że polscy urzędnicy w ten sposób z wami nie postępują... Polska nigdy nikogo nie krzywdziła i nie zniewalała do porzucenia wiary, obyczajów, języka...
Chłop ożywił się nagle i całem ciałem zwrócił się do nauczycielki:
— No, to prawda! Popów swoich mamy i nikt nam nie broni do cerkwi chodzić i po swojemu żyć, ale niedobrze to, że Polaki pozwolili na szkoły białoruskie, bo naco nam one? My po naszemu, po poleszucku gaworzyć umiemy od dziecka, a wy nas po polsku nauczcie, abyśmy z urzędnikiem, sędzią i policją rozmówić się mogli i sprawy nasze w porządku załatwić... Jeżeli nie my, to choć dzieci nasze, bo...
Nie skończywszy zdania, w największym popłochu jął batem śmigać po zmęczonych szkapach, nadsłuchując co chwila i podejrzliwie rozglądając się na wszystkie strony.
— Co się stało? — zapytała zdumiona i odruchowo zaniepokojona Halina.
Chłop nie odpowiedział, zapewne nie słyszał głosu pasażerki, bo rozpędzony wózek turkotał wściekle, skacząc po grobli.
Zjechali wreszcie z „nakatu“.
Wózek wytoczył się na błotnistą drogę, przeciętą dwiema głębokiemi koleinami, pełnemi wody. Olszynowy las, ciemny i zwarty w nieprzeniknione dla oka haszcze, otoczył jadących z obydwu stron.
Jechali jakgdyby w mrocznym tunelu, kiwając się i podskakując na uginających się, zgrzytliwych resorach.
— Czegoście się przestraszyli? — zapytała znowu Halina, pociągając chłopa za sukmanę.
Poleszuk zwrócił ku niej brodatą, pooraną głębokiemi, ziemistemi zmarszczkami twarz i długo patrzył na Halinę wzrokiem, w którym miotał się niepokój i podejrzliwość. Położył wreszcie palce na wargach i, ściągnąwszy lejce, szepnął:
— Ktoś strzelił w Suchem Uroczysku...
Halina uśmiechnęła się spokojnie:
— Cóż w tem strasznego? Może ktoś poluje?
Chłop machnął ręką i mruknął:
— Poluje... poluje! Jeden tylko jest taki, co poluje... Policja dobiera się zato do niego ale on jej się zawsze wyźlizgnie, niczem wijun[6]... Nie przyłapali go na kłusownictwie ani razu... Wszakże nie on to chyba strzelił teraz, bo od Harasymowicz daleko do Suchego... Może to jaka banda, co od bolszewików aż tu zabrnęła... Wtedy źle z nami będzie!... Zobaczą nas z uroczyszcza... Może przeczekać tu za olosem[7]?
Ledwie skończył, gdy konie szarpnęły nagle i rzuciły się na bok, chrapiąc i plącząc się w konopnych szlejach.
Sadząc przez krzaki i piersią roztrącając gąszcz, z lasu wypadł na drogę łoś. Rogatą głowę zarzucił na szczeciniasty grzbiet i chrapał, z trudem chwytając powietrze. Na śliskich wybojach potknął się raz i drugi, padł na kolana, lecz zerwał się natychmiast i, zgarniając długie nogi, skoczył przez rów. Tylne racice obsunęły mu się do wody i runął tuż na skraju zarośli olszynowych, wydając głuchy, urwany poryk. Leżał nieruchomy i tylko dziwnie wyprężona, wysoko podniesiona noga drżała mu i schylała się powolnie.
— Zabity?... — szepnął Poleszuk. — Nikt inny, tylko Konstantyn strzelił... Aj-aj! Daleko jednak poszedł ten łoś...
Zeszli z wózka i przyglądali się wspaniałemu zwierzęciu. Leżał na boku, lewa łopata[8] ugrzęzła już w bagnie; z szyi, tuż za uchem, sączyła się krew.
— Ot — dobra kula!... — wzruszonym i pełnym zachwytu głosem zawołał woźnica. — Oho! Konstantyn — to strzelec znamienity!
Powróciwszy do koni, Poleszuk długo rozplątywał postronki, podciągał popręgi i naprawiał porwane rzemyki uprzęży. Umocowawszy wreszcie sznury, któremi były przywiązane walizki Haliny, ruchem ręki dał znak, aby wsiadała.
Ujechali około dwu kilometrów, gdy ujrzeli obszerną łąkę, zaczynającą się tuż za przydrożnym rowem i wcinającą się na przeciwległym końcu w zgmatwane, posępne haszcze. Na bagnie porośniętem sztywną trawą i skrzypami występowały kałuże z pływającemi liśćmi lilij wodnych i stały samotnie pochylone, dziuplaste, rozwichrzone wierzby.
Z lasu wynurzył się nagle człowiek.
Halina właściwie spostrzegła tylko jakiś ruch na ciemnem tle olch, bo idący po trzęsawisku człowiek ledwie się znaczył na szaro-burym kobiercu łąki.
W siwej świtce i szarej płóciennej czapce z daszkiem, w onuczach, poplamionych rdzawem błotem i zielenią wodorostów, w przemokłych łapciach z kory, prawie się stapiał z ziemią, burą trawą i krzakami.
Niby jakieś przeźroczyste, zaledwie majaczące widmo, ni to niewysoki słup mgły, unoszącej się nad oparzeliskiem, ni to cień przebiegającej chmury, — ślizgał się bez szmeru, sunąc po grząskiej topieli długim, powłóczystym krokiem.
Zdawało się, że nawet trawa nie uginała się pod stopami idącego człowieka i nie pluskały kałuże, bo z pod łykowych chodaków nie wypryskiwała woda.
Szedł jednak szybko i lekko, podpierając się białą brzozową tyczką.
Stanął przed rowem, odcinającym drogę od „hała“ i lasu. Czarna woda wypełniała łożysko po brzegi; z toni wystawały zwalone w nieładzie pnie i gałęzie zatoniętych olch i wierzb; gęste zarośla tataraków i pędów wiklinowych tworzyły ścianę od strony moczarów.
Człowiek, obejrzawszy krawędź rowu, odszedł od niego, a potem pobiegł, trzymając tyczkę nad głową. Nabrawszy rozpędu, na samym skraju wyprężył się i skoczył. Nad gąszczem przybrzeżnym i nad czarną smugą wody, niby skrzydła jastrzębie, mignęły poły jego siwej świtki. Człowiek przesadził szeroki rów i zatrzymał się na środku drogi, obiema rękami wsparty na tyczce.
Stał i czekał, aż się zbliży wózek.
— Konstantyn!... — wykrzyknął chłop, zwracając oczy ku Halinie. — Tak ja i myślał!
Panienka z ciekawością przyglądała się nieznajomemu, o którym z takim nieukrywanym zachwytem mówił stary Poleszuk.
Młodą, ogorzałą, jurną twarz Konstantyna rozjaśnił nagle wesoły uśmiech.
Zmrużył stalowe, bystre oczy i błysnął dużemi, zdrowemi zębami. Po chwili podniósł rękę do daszka i zdjął czapkę. Na czoło spadły mu kosmyki płowych włosów, lecz on szybkim, wprawnym ruchem zgarnął je na prawą stronę i ostrym wzrokiem wpatrzył się w Halinę. Po chwili przemówił cichym, nieco głuchym głosem:
— Dzień dobry! Nowa nauczycielka?
Pierwszy odpowiedział mu woźnica, uśmiechając się żartobliwie:
— Wiozę wam nauczycielkę... Droga marna, boję się, że mi zemrze, nim dowiozę!...
— Nie bójcie się! — zaśmiała się Halina. — Mam mocniejsze skówki niż wasza kałamaszka.
Młody Poleszuk parsknął śmiechem i mrugnął do chłopa:
— Panienka dobrze tobie przygadała, Szymonie!
Zaczęli rozmawiać, nie zwracając już uwagi na Halinę. Mówili po swojemu, lecz panienka zrozumiała, że woźnica wspominał o spotkanym w drodze patrolu, a potem dokładnie objaśniał, gdzie padł zabity łoś.
Halina przyglądała się nieznajomemu z coraz większą ciekawością i zadawała sobie pytanie, jak mógł on, nie mając strzelby, zabić takie duże zwierzę?
Nie wytrzymała wreszcie i spytała go niby poważnie:
— To widzę, że umiecie z kija strzelać? Nie wiedziałam, że są tacy myśliwi na Polesiu!
Spojrzał na nią przenikliwie i nieufnie, lecz po chwili twarz mu się rozpromieniła i tonem przypowieści odparł, błyskając zębami:
— Na szlaku — kij, w puszczy — karabin, panienko! W lesie z kijem — źle, — na drogach — z karabinem niedobrze... Kij garnie się do dłoni, strzelba do dziupli... Tak to w naszych stronach uważamy... Niech jednak panienka o tym „sochatym“[9] lepiej nikomu nie wspomina, bo po prawdzie, to i niewiadomo, kto go właściwie ubił...
W głosie jego wyczuły się nuty szyderstwa, obawy i ukrytej prośby.
— Jest takie przysłowie, że o nieboszczyku mówi się tylko dobrze, albo się wcale nie mówi! — żartobliwym tonem odpowiedziała Halina. — Ponieważ tego łosia osobiście nie znałam, więc wolę wcale nie wspominać o nim. Nie widziałam też, kto go zabił. A może on padł nie od kuli, tylko od turkotu i zgrzytu naszego wózka? Jak myślicie?
Młodzieniec błysnął oczyma i zawołał ze śmiechem:
— Od takiego hałasu, to i niedźwiedź padłby!... Słyszałem, hen, koło Roztoki, że jedziecie...
Znowu zdjął czapkę i ukłonił się, mówiąc:
— Szczęśliwej drogi i szczęśliwego życia na nowem miejscu w Harasymowiczach życzę wam, panienko! Jutro się zobaczymy we wsi... A ty, Szymonie, powiedz ojcu, aby... gdy ściemnieje... z wozem tu podciągnął.
Ukłonił się raz jeszcze Halinie i ślizgającym się krokiem ruszył ku grobli.
Gdy posłyszał turkot toczącego się wózka, przystanął i obejrzał się.
Stał tak długo zamyślony i nieruchomy — leśny duch w postaci człowieka, co ledwie dostrzegalnie majaczył w mgiełce, snującej się nad rozgrzanemi, parnemi mokradłami.





  1. Poleskie słowo, oznaczające łąkę, najczęściej mokrą.
  2. Łuh — łąka.
  3. Kłopoty, dokuczania.
  4. Jastrząb.
  5. Urzędnik.
  6. Ryba, piskorz.
  7. Olos — olszynowy las na trzęsawisku.
  8. Róg łosia.
  9. Łoś.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.