Obrazy z podróży (cykl)/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Napierski
Tytuł Obrazy z podróży
Pochodzenie Obrazy z podróży
Wydawca Dom Książki Polskiej
Data wyd. 1933
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

II
Obrazy z podróży
„Que viens-je encore chercher ici? — Peut-être, ainsi qu’un corps brulant trouve joie à se plonger nu dans l’eau froide, mon esprit, dépouillé de tout, trempe dans le désert glacé sa ferveur.”
(A. GIDE)




Późna godzina 
 45
Poemat italski 
 46
List poety do podróżnika 
 47
Piszę z Lipska 
 48
Elegja na Vaduz 
 49
Ghetto wiedeńskie 
 50
Kassel 
 51
Teatr w Niemczech 
 52
Poemat (Tu z dalekiego miasta...) 
 53
Marchja Brandeburska 
 53
Amsterdam (Przyjdź-że raz jeszcze...) 
 54
Skryty sens pejzażu 
 55
Ville-Franche 
 56
W sztambuchu 
 57
Nancy 
 57
Paryż
I. Paryż jesienny 
 58
II. Wieczór w Paryżu 
 59
III. Podejrzana uliczka 
 60
IV. Paryż-Triumf 
 61
V. Trójkąt szczęścia — to Paryż 
 61
VI. Pory dnia — Paryż 
 62

PÓŹNA GODZINA

Lśniącym lakierem powleczone liście eukaliptusa; kiście sztywnych palm, sucha żółtość ich owoców, szeleszczących, jak ruda bibuła; czerwone dachówki, nagrzane aż do oparzenia, płyną w rozedrganem powietrzu; i świegoty ogłupiałych jaskółek nad tarasami, w fali róż i kukurydzy opadającemi ku morzu.
Ono łączy się barwą niedotykalną mleka z horyzontem; jeszcze ciemnieją drobną plamą maleńkie wiosła na wodokręgach, powracających ku ochrze brzegu. I w późną tę godzinę stateczek — z pomiędzy dwóch cyprysów, które trwają, wycięte nieruchomo, jak czarne trybularze zieleni, pozostawia smugę sunącą granatowej krwi. Wtedy do chłodnych schronić się portyków...
Pomiędzy płytkiemi szczelinami płyt, po których, wracając, płasko stawiasz stopy, trudzą się w wielkim pożarze pojedyńcze mrówki, jakgdyby one to miały usprawiedliwić całą resztę, ten nakrywający nas dzwon pustki, o który tłucze twe zdyszane serce; nie, nie obchodzi cię realność.



POEMAT ITALSKI

W krzyku ptactwa, w dokuczliwem graniu cykad, (które dzwoni w uszach), pod wschodzącemi gwiazdami — a rozwierają się jak oczy nadto jasne po długiem spaniu — w zbyt dotykalnej siatce dźwięków i odbijalnych świateł, patrzysz na ziemię ciemną, blednącą w uśmiechach.
Mury, bielone mury, krają meble pożółkłemi mrocznie cieniami. (Niechaj nie zadrżą palce, kiedy ujmujesz ołówek, tajemniczy, jak wiosło, odbijające brzeg, nie dygocą ci wargi, jak u posągów w księżycu).
Nie podnoś do oczu kubka z lodem chlupoczącym, jak szkło, mógłbyś dojrzeć teraz ręce własne, rozpływające się, jak widmo.
Po lśniącym filarze balkonu, po naoliwionym maszcie marmuru, ześlizgujesz się w glebę rozwaloną rudo aż do mrocznych korzeni, gibki, kosmaty i tępy, jak one.
I nagle — przez otwarte na oścież drzwi — jak po płaskich płytach, zalewanych przez tafle morza i lunę, wbiegasz, przerażając żywych: nagi i bardzo głodny, pchasz w usta surowe figi.



LIST POETY DO PODRÓŻNIKA
„Werde nicht ungeduldig, Seele.”
(RUDOLF HUCH)

Hjalmarze! nadto dobrze przedmieścia Berlina
znam: wiem, nie patrząc, z jakiego komina
dym fabryczny, jak chorągiew anarchji, nad jakiem
więzieniem z brudnej cegły żałobnie rozpina
skrzydła sadzy. I w której knajpie gra muzyka. W takie-m
wieczory chodził, w kułak pięści zacisnąwszy, do kina
staromodnego obok gazowni, gdzie pianino gra księżycowo,
trzeszcząc, jak rozklekotany flet, w który nie mam już sił dąć: flet Apollina.
Że żagle w niczem nie przypominają ptaków (chociaż twierdziłem inaczej)
tutaj na tem jeziorze zmierzchowem, wierz mi na słowo;
robotnicy bladzi idą na piwo, bezradna jest dziewczyna,
a nocami drzewa szumią, jak wszędzie, w rozpaczy.
A jeśli myślisz jeszcze, o, silny Hjalmarze,
że tu, w cyrku wędrownym, wielce romantyczni
siłacze do przetrwania dodają otuchy:
o, nie! pod plaskającemi płótnami na wichrze
stracisz ostatnie złudzenie, mój druhu,
gdy dojrzysz ich wargi zaciśnięte w torturze: bo tak walczyć musi atleta!
I ja tak pragnę sprostać w blasku metalicznym
reflektorów — wizji codziennej, co mnie przerasta,
gdy, o ucieczce myśląc, samotnie się trudzę.

Hjalmarze! pijesz whisky w barze portowego miasta,
jak w kinie, wdychasz słony wiatr, pachnący tranem i przestrzenią.
Ale ode mnie odeszli ludzie. Moja miłość do świata nie jest prosta,
a słowa te, to groszaki jałmużny, co już nic nie zmienią.
Wybacz dziś, że do ciebie piszę ja: poeta.



PISZĘ Z LIPSKA

Przyjacielu daleki w dalekiej Warszawie!
Jakiem słowem powiedzieć, żem szczęśliwy prawie
Bez ciebie? Ulic szarość, drzew smutna zieloność
Rumieńcem oblewają słowa, które płoną,
I, jak ptaki niechętne, nad miasto im obce
Wzlatują, by powrócić. O, tak, tyś jest chłopcem:
Wszystkie miasta i drzewa i ptaki sekrety
Tobie jeszcze zwierzają najczulsze. Poety
Strzeż się! Serce jego spalone na płomień.
Kiedy miłość do świata wyzna, wraz podpowie
Zdradę. W tem mieście pokonał olbrzyma
Chór. Tu-m szczęśliwy. Bowiem ciebie niema.
Więc nie myśl, że me słowa służą tylko tobie,
A kroki te bez celu. Kiedy dłonie obie
Ponad pomniki chwały i śmiertelne kraje
Nie tobie, ale widmu wieczności podaję,
Tą wargą, z której oddech odlata, ślubuję,
Że czuję za tysiące. — Bez ciebie nie czuję!

Listy, pełne wybiegów, jakby dla zabawy,
Piszę znów, proch przed tobą i cokół twej sławy.
Poezja — czyż pamiętasz? — podała nam ramię
Pod cieniem tamtej wiosny. To nas obu łamie.
Tedy dziś jeszcze mową wyznaję zawiłą,
Żem z obu śmierci bardziej gorzką obrał: — miłość.



ELEGJA NA VADUZ

Liechtenstein! O, jedyny zakątku na świecie
Romantyczny! Jak w ojczystym zapadłym powiecie:
Pełno nieuprzątniętych pośród szyb pajęczyn,
Tu, w lochach, o księżycu, napewno ktoś jęczy,
Szeleści łańcuchami, za sobą je wlecze,
Jak w młodości, gdy-m czytał Walter-Scotta. Leczy
Czas ponoć rany dawnych pięknych umiłowań,
Lecz zawsze jeszcze serce drga, gdy dzięcioł kowa,
Znużony-m, a znów młode drży serce człowiecze.

Więc to tutaj? Wśród zdarzeń widmowej zamieci
Cóż prócz przędzy zostało pajęczyn, rupieci
Z dawnych marzeń? Prócz garści, którą ważę, prochu,
Prócz echa, co przedrzeźnia, że nie zdołam kochać
Piękna świata? Że ono raz jeszcze przerasta
Siły wzniesione serca, kiedy-m uciekł z miasta,
By uciec sobie? Iż napróżno dyszę
Krwią, którą ono tłoczy, w słowach się kołysze,
Za każdym prostym krokiem nieznacznie się skrada,
Iż wstaje w czarnem oknie nieczekana blada
Twarz księżyca sądząca, bym znów zastygł w ciszę?


Pozwól westchnąć powiewem, zanim zgasisz oczy!
Spójrz, kiedy dzień opada, wślad poza mną kroczy
Cień drzew. Gałęźmi gościnnie szeleści,
Do spoczynku zaprasza, jak w starej powieści,
I pod dębem raz jeszcze drżącemi rękoma
Łamię chleb. Trzeszczy w zębach ta razowca kromka,
Zbóż dookolnych plony. Popiję go mlekiem,
I drogi się rozłożą, białe i dalekie,
Osnute sinym pyłem perłowe winnice
Nad popielate zmierzchem i mleczne ulice
Chłód, miły sercu, rzucą na tę jedną chwilę,
W której, spojony z ziemią, nie zapragnę tyle
Jej, by wreszcie odpocząć. Oddaloną burzę
Wdychając, widnokręgiem teraz się nie znużę
I w podzięce ku ziemi sennej się pochylę.



GHETTO WIEDEŃSKIE
Poza wąską, szarą, zamuloną rzeką, która was odgradza, przegradza nieprzekraczalnie, dzieli na zawsze, jak najtragiczniejszy wyraz świata: „nigdy!“;
za tym potokiem wspaniale - barbarzyńskiej rozpaczy, zwolna cofającym się wstecz, ku praźródłom, zasypanym okropnym gruzem tysiącleci,
(a przez most z obcych dzielnic miasta huczą na motocyklach przestrzeń gwałcący, silni optymiści, w szkarłatnych koszulach, z różą między zębami, lśniącemi, połyskującemi wilczo):
na placu świątecznie wymiecionym szarą miotłą pustki;
pośród kwiatów zalęknionych, jaskrawych, o barwach paschalnych;
między parasolami siwobrodych patrjarchów, kupców przygarbionych w czarnych, zbyt wielkich, bezsilnie - owisłych kapeluszach;
lichwiarzy o źrenicach, rozjaśnionych iskierką przebiegłej radości, o nosach mięsistych dojrzałej bulwy;
nosach, opadających drapieżnie na wargi wydęte lubieżnością;
wśród ostrego zapachu cebuli:
plączą się paradoksalne gołębie
i podfruwają w trzepocie ku palcom żylastym, wykrzywionym podagrą, cierpliwie,
bez przerwy, nabożnie, przeliczającym pieniądze.



KASSEL

Pośród marmurów i krzewów, których aromat bije,
dusznych kwiatów jaskrawych, lśniących strzyżonych bukszpanów,
wiatr na łące zdziczałej chyli trawy pochyło,
a one nagle ciemnieją, jak wargi przed pocałunkiem.
Znowu cisza. U sztachet, złoconych szpiczastych grotów,
zefir w wątłej melodji plącze płoche girlandy,
w locie listki gubiący i pęki luźnych stokroci,
o szyby stuka pałacu, oczekujące Aurory.

Przechodzę aleją, szczęśliwy! Na omszałym cokole
Amor, nad rdzawym basenem strzegący zamarłej fontanny,
uśmiecha się dziwnie i palec do rozchylonych usteczek
wznosi, nabrzmiałych słodyczą, przekorny, prawie mówiący.
A dęby, gdzie wicher północy i chmury, wzdęte scenicznie,
gniazdo wiją dostojne, wtórują dudniącem milczeniem.



TEATR W NIEMCZECH

Na scenie i na ulicy pukają welocypedy.
O, synu kupczyka,
Pojąłeś córkę oficera,
A teraz ci serce zamiera,
Kiedy się z rąk wymyka.

Święty Franciszek, wykręcony jak drzewo,
Zachłyśnięty miłością człowieka.
Grajek w popękanych lakierkach
Przez blask reflektorów ucieka.

Ale miłość zbyt jest wielka
(zawsze jest jakiś ładny chłopiec nie wiedzieć skąd
o ruchach zbyt wdzięcznych
i jedzą w zapachach perfum mdłe kanapki).


POEMAT
Tu z dalekiego miasta szum już tylko dolata
zdyszany, jak z kotła; a w parku starodrzewu trzeszczą nad głową konary,
gdy na placyku ubitym szczapy drwal rozłupuje, ten muskularny Anioł.
Pęka czyjaś pierś, jak posągu. Wiadomo: gdzie drwa rąbią, lecą wióry.
O, romantyzmie! piszę te słowa, jakby szeptały je duchy,
gdy poniżej płachty zielonej, tuż u burej chmury,
słońce, rozszczepione konarem, blask w źrenice sypie,
że, oszukany, ledwo dojrzeć mogę nasyp
stromy, który w Prusiech zwie się celowo, jak strzała: Damm.
Prostoto! Anglicy pocieszają się przekleństwem: „Goddam“.
Nic o tem nie wiem. Nawet nie byłem w Londynie.
Zapomniał mnie przyjaciel z tamtych stron. — Czy żyje?



MARCHJA BRANDENBURSKA

Chmurno. Puszysto-bronzowa
kora, jak futro niedźwiedzia,
który łapą w dziuplę omszoną
po dzikich pszczół plaster sięga.


Szaro. Szuranie liści,
jak szmer kołowrotków drewnianych;
dziergają płótna grube
kobiety przetowłose!

Chłodno. Rude gałęzie,
jak drzewce mocno ciosane,
jak groty z ostrzem stępionem,
dźwięczące w wrzasku ptactwa!

Dęby. Starce dostojne
z rozwianą na wichry północy
brodą, skrawą i groźną,
łagodne i już zmurszałe!

Nad jeziorem wzburzonem przystaję
pod tysiącletniemi chmurami,
o tatarak potykam się bury,
jak o włócznię rdzawą Wenedów...



AMSTERDAM

Przyjdź-że raz jeszcze, chłopcze pięknolicy,
Na Nieuwe Hogstraat, w żydowskiej dzielnicy,
Stań, głowę pochyl, i posłuchaj srebra
Melodyjnego dźwięków z sczerniałej wieżycy.
Nim zsiniałe źrenice nakryją powieki,
Tę lipę starodawną i kanał daleki

Ujrzysz, wargi wilgotne i ramiona smagłe
Rozchylisz, abstrakcyjne, gnane wiatrem żagle,
Sunące nad czeluścią żałobnej ulicy,
Skąd bije odór tłuszczu i zamorska febra.
Tytoń ciemny i kawę wonną w tej stolicy
Sprzedają, lecz okręty rdzewieją w przystani, —
Tułam się, jak Spinoza, powracam z otchłani,
By w oczach martwiejących ujrzeć trójkąt nagle.



SKRYTY SENS PEJZAŻU

Woły w jarzmie pod kabłąkiem
niebios ciągną worki, z białym pyłem drogi mieszając mąkę;
nie słuchając terkocącego motoru samochodu,
silniejszego od serca, pochyl się, wybladły,
ramionami nad mrocznem jeziorem; pełnemu czułostkowości
gąszcz rozchyla magja ciemno-zielona,
a pojedyńcza kropla rosy nad leśną mogiłą oświetla wiele
lśniących słów..



VILLE-FRANCHE
Gdy odczytuję błahą nowelę Sienkiewicza, wspaniałego stylisty,
(Pamiętam te zielone tomiki, kradzione i wertowane na pluszowych fotelach o zbyt wysokich poręczach),
Wspominam na nowo: Ville-Franche.
Dzisiaj powiedziałbym chyba: w girlandach gór, gdybym, posłuszny modzie, nie podrwiwał z sentymentalizmu,
Ale każde przypomnienie — to, co zostaje z realności — jest czułe przez swą daremność.
Jeden pancernik, czarny i lśniący: „Patrie”.
Odbijało się łódką, lekko kołysaną przez dyszące fale,
Ponad żelazną ścianą przerzucano drabinki,
A flagi na masztach trzepotały wesoło.
Marynarze z podkasanemi na grube i czarne ramiona rękawami
Oprowadzali po pokładzie, pokazując z uśmiechem działa.
Dotykało się ich ostrożnie, jak zwierzęcia,
I przeczuwało podróże, które miały zakończyć młodość.
Nie wiem nic więcej o „Patrie” ponad to, co jeszcze pamiętam,
I nigdy nie dowiem się imienia prawdziwej ojczyzny.
Ale dość symbolizmu! Chciałbym tylko pokazać, że pluskały się ryby,
I dna nie było widać poprzez czarne bałwany.


W SZTAMBUCHU
Przejeżdżam Metz. Zdaleka oglądam katedrę. Wspominam Bazaine’a.
Lecz tu jasnowłose panienki czytują jeszcze Oktawa Feuilleta,
którego heroiny brną przez śnieg w długich trenach.
Ach! cóż za wzniosłe nazwy: Lotaryngja, Alzacja,
jakimż zielonym chłodem powieje wspominana Mozella,
a drobnomieszczańskiej prowincji nie zdziwi się trzydziestoletni poeta. —
Lecz wielce jestem znużony. W polskim ogródku przekwitła akacja
oddawna. I nikt mnie w ojczyźnie nie czeka.



NANCY

Znów we Francji. Obco tu żyją.
Piszą listy na blatach,
Blagują. Porto piją.
A miłość tu jest taka:
Siedzą. Godzinami milczą.
I uważnie grają w tric-trac’a.

Na prowincji, w katedrze, poczułeś się święty.
Deszcz skrapia drzewa (jak wszędzie) zielone
I rokokowe cudne monumenty.
Wrony kraczą. Idź „między one“.


Paryż.
I
PARYŻ JESIENNY

W młodości! ach, co mówię: przed dwoma jeszcze laty
Wzruszyłby mnie ten widok na stolicę świata,
Na jej dachy wyniosłe, szyfrowe i srebrne,
Na morze dachów, jak fal skamienionych,
Żaluzje staroświeckie i zdaleka bledsze,
I chmury błąkające się pośród kominów nieruchomych.
Pasma dymu, chwiane czyjemiś ustami na wietrze,
Ustami, których niegdyś byłem spragniony,
Miłością nieziemską zatruty.
Ale tutaj połóż kres, tutaj
Wstrzymaj się u kraty
Okna.
Serce twoje tyle jest starsze, pokój jemu!
Wkrótce dachy poczną moknąć
I lśnić o wieczorze, podobne oku czarnemu,
Ślepnącemu od łez.
A w dali zygzak, którego nie czekasz, znak krwawy,
Pragnie cię zbudzić do młodości! do uczucia! do sławy!
Że ważyć się będą, jak liście wilgotne, znów niecierpliwe słowa.
Gdy się wychylisz: trawy suche na wietrze
Przez jesienne najczystsze powietrze
Chwieją się... Przecie możesz raz jeszcze spróbować.



II
WIECZÓR W PARYŻU

Wszystko jest dobre
Miasta po których błądzisz pozbawiony wiary
Pachnące cedrem szelestem gazu mandarynkami
Płaszcz zamyślenia jak szara chmura
Miasto łagodnej oddali z wieczora
Perłowy brzeg morza w trąbce dłoni
Spływają u stóp bałwany gnane oddechem
Za mgłą łez nie ujrzysz wielkich oczu okrętów
Jak ryby łagodne krążą oczy po fali
Po napiętych niebiesko linach nerwach gnanych pośpiechem
Strunach stalowych drgających piosenką żelazną z wieczora
Muzyko! Zegar cyka i gaśnie
Jak blada latarnia zielono
Powracasz pijany Wszystko jest dobre
Wieczór zapadający się zwolna jak kielich kwiatu
Widzisz ostre zarysy wskazówki zabójczego zegara
Gdy łagodnie jak matka morduje realność



III
PODEJRZANA ULICZKA

Naga tancerka, czyżby z bronzu? Pusta
wewnątrz, odlana! Och, zarys jej w lustrach,
pokrytych mgłą. Na ułamanym marmurze konsoli
powykręcane bibeloty, strasznie! Powoli
przemieniają mnie w widmo! Zapatrzę
się w blask naftowy lampy. Na teatrze
pocznie się dramat rzeczy grać. Dekoracje
przemień. Uciekaj póki się nie zbudzi
ich wrogość, przestrzeń obca, raz na zawsze
dopóki nie uwięzi, między ludzi
idź!
W czapkach na bakier, tak miękkich,
jak gołąb, w szalach barwionych, barwnych, z głębi
akordeonów, na prostych stołkach, przy blacie
nagim: a na tej desce plama,
głęboka czerwień. Nie krew to, likier! W dramacie
krwi niema! Humor, pięść, łuna różana
nad miastem szarem, róża u apasza
w klapie, tłuczone szkło. To uliczka nasza,
gdzie powracamy w zachód malowany
złotem nad Sacré Coeur, jak w bramy
szczęścia, gdzie powracamy zawsze.



IV
PARYŻ-TRIUMF

Zamiast wedrzeć się przemocą
Do pałacu z różu szarego i mgły
Za żaluzje gdzie skrywa się szczęście i kłamstwo
W jesienny dzień płynący: klęknę
Łagodnie uśpionym leżeć
Na chłodnych płytach bazyliki
Serca Jezusowego ponad nią
Dymy się ważą jak sztandar
Wzywający ptaki do odlotu



V
TRÓJKĄT SZCZĘŚCIA — TO PARYŻ
Miasto ze szkła
z żelaza z kwiatów z betonu z różu ze szronu
Kelner w spękanych lakierkach
pod takt nieprawdziwej muzyki
Deputowani w bawełnianych rękawiczkach
drepcą Deszczyk kropi
Przed mostami pochylając kominy zwolna przejeżdzają parowce
Wielki przemysłowiec wraca do smrodliwego hoteliku łacińskiej dzielnicy
Na rzece zamulonej wyładowują kamienie
To jak me serce ciężkie którego nie zmienię
Dzisiaj w dzień mglisty wspominam ze szczęścia mnie boli
Zdaleka widzę różowiejący obelisk
Jak w mieście garnizonowem pod kryjącym się księżycem
łypają białkami żołnierze
W białych rękawiczkach z ciężkim karabinem mierzonym krokiem
ront tam z powrotem
Banici
zużywając resztkę sił
jeżdżą konno po opustoszałych alejach
O ziemio! Melodjo bez złudzeń!
Pies dziecko gramofon — to trójkąt szczęścia
Latarnie we mgle
Aureola
jak srogi ból wniebowzięcia



VI
PORY DNIA — PARYŻ
Gdy naiwnie słucham Chopina
chleb poranny chrupiąc
co niedziela gra trąbka zwołująca wartę
w przedsionku parlamentu
Uśmiech na wargach rozkwita róża o sercu z djamentu
jak lśniący miecza błysk aureola
nad głową posągu


Liryczne opryszki w zaułkach
wyciągają torebki amerykankom
a za zwrot żądają pocałunku
(Dlatego reemigracja
nie od giełdy zależna od sentymentu
przekracza wszelkie nadzieje)


Na głowie Republiki z ślepego kamienia
stroszą się szare wróble symbol zwinnie brudząc


Na oknie cień mój w słońcu
zasłuchany w niebo zielonkawe
w najczystszy skrzypiec ton posłuszny gwiazdom


W południe farbą cuchnący murarze
przechodzą białe ślady stóp na brukach
jak apostołów
nałożenie wapna
każde pociągnięcie pędzla jest wezwaniem do nowego porządku


Poprzez ekran zachwytu oglądam ludzi
ich ruchy usta we mnie rewolucjonista się trudzi
przeszywający cienie płomieniem
Ptaków lot na powietrzu dżdżystem
nad Panteonem jest jak głos elegji


Ciepłe na dłoniach łzy oceany słone
łez przez źrenice złote zadziwione
ryby płyną
na widnokręgu żagle się kołyszą
na błękitnej emalji powleczonej martwem złotem


W szlafroku różowym na balkonie
kobieta ponad ubogim ogródkiem W święto
żółte niebo przedmieść gryzie jak chlor


Na rozmokłej grudzie urlopowani
uderzają piłkę rakietkami
Szybkobiegacze o wysmukłych nogach
Z za drzew bieleją dziewczęta
z poza drzew ciemniejących oplecionych w bluszcze
palce widm


Zmrok granatowy długo się ociąga
jak śmierć kropla o migdałowym posmaku


Zamknięty w mętnem olbrzymiem akwarjum dnia
wszędzie natykam się na zielonkawych sobowtórów
każda twarz powleczona fosforem
gaśnie jak zjawa o sinym świcie
Nierealności! i ten czar okropny
który mnie chwyta unosi i dławi
jak szczęśliwego topielca


Gdybyż nie samotność
jak łatwy i mały świat


„PARYŻ” —
Karolowi Szymanowskiemu,
wielkiemu europejczykowi.
1928 — 1932




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Marek Eiger.