Ostatnie dni świata (Bielski, 1910)/Rozdział I

<<< Dane tekstu >>>
Autor S. Bielski
Tytuł Ostatnie dni świata
Podtytuł Fantazja powieściowa
Pochodzenie Ostatnie dni świata
Wydawca Nakładem "Kurjera Litewskiego"
Data wydania 1910
Druk Druk Józefa Zawadzkiego w Wilnie
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz nieznany
Tytuł orygin. Под кометой
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ I.

Z tej nory, w której siedzę, widać naprawo czarną, zębatą ścianę gór, spowiniętych w liljową mgłę; okopcone, zwalone kłody drzew w dolinie i szare stosy kamieni. Czerwonawy blask zmniejsza odległość i nadaje wszystkim przedmiotom na zdeformowanej, czarnej ziemi, fantastyczne zarysy.
Szczyt Oldetta wygląda, jak olbrzym, który klęcząc, z pochyloną głową, uważnie przygląda się czemuś między zwaliskami Heljopolisu. Kamienna skorupa pokryła most, arkę pokoju i setki małych, tonących w zieleni domków, gdzie mieszkali robotnicy z głównej stacji elektrycznej. Zwęglony las jest, jak cmentarz.
Na wzgórzu, gdzie wznosiło się obserwatorium, wielkie głazy i zwalone gmachy utworzyły coś w rodzaju wywróconej do góry dnem łodzi. Tumany czarnej mgły ścielą się nad ziemią, powiewając nakształt żałobnego woalu.
Czarna, głucha pustynia! Ogień niebieski strawił wszelką barwę. Z trudnością mogę sobie wyobrazić zielone zbocza, białe szczyty gór, srebrzyste morze, żółte skały, — zwykłe, żywe oblicze ziemi. Zali snem było tamto, czy też to, co jest obecnie?
Ogień spalił nietylko miasta, lasy, — zniszczył też historję ludzkości, jej religję, naukę, sztukę, — cała ziemia jest jak zwęglony trup, tylko niebo teraz takie piękne, wspaniałe, jak nigdy.
Sześciopromienna kometa jest, jak biała lilja z płomienistym słupkiem; listki tej nadziemskiej lilji, która spaliła ziemię, zlekka się wyginają, jakby chyląc się pod naporem wichru unoszącego kometę w głąb nieba. Wieczorem lilia przybiera blado złocisty odcień, a dokoła niej rozsiewa się spokojny, srebrzysty blask.
Wczoraj o świcie stary Wincenty wdrapał się na ruiny obserwatorium i krzyczał:
— Ej, wy tam, na niebie! czy nas słyszycie? Nie chcemy być na ziemi, zawalonej trupami... Kto jesteś? Jak zwą ciebie, który jesteś na niebie? chcę cię posłyszeć...
Krzyczał tak, dopóki nie weszło słońce i nie zagasły krwawe smugi na niebieskiem sklepieniu.
Jest nas sześcioro: dwie kobiety i czterech mężczyzn. Trzeci już miesiąc żyjemy w ruinach królewskiego muzeum starożytności. Najstarszy z pomiędzy nas, Wincenty Enrio, ma lat 67; był zakonnikiem i na pół roku przed ukazaniem się komety zamieszkał w jednem z tych podziemi, co budziły grozę w każdym, kto zaszedł w wązkie, kręte galerje pod klasztorem św. Jakóba. Dniem i nocą klęczał Enrio w swej podziemnej celi, modlił się i bił tysiące pokłonów. Niejednokrotnie kusił go diabeł, który wychodził z wilgotnej ściany, gasił woskową świecę, przesuwał trumnę, gdzie zakonnik kładł się na spoczynek, wylewał wodę z kropielnicy. Na powierzchni ziemi, w słonecznem świetle, wszystkie te jego sztuczki wydawałyby się niemądremi figlami. Sam Enrio zresztą nie uważał tego demona za zbyt mądrego i zastawiał nań sidła i zasadzki, jak na bezmyślne zwierzę. Nawykłszy do czarnych murów podziemia i ustawicznej martwej ciszy, ojciec Wincenty najlepiej z nas wszystkich znosi cierpienia. Zdaje mu się, jakby nie zaszło nic szczególnego i tylko na bezkresną przestrzeń, od ziemi do nieba, rozsunęły się ściany tej mogiły, w której sam dobrowolnie się zagrzebał. Najwięcej martwi go zniknięcie demona, bez którego nie wie, czem zapełnić połowę swego czasu. Niebo wydaje się ojcu Enrio, jak ocean, na którym lada chwila ukaże się łódź ratunkowa. Całemi godzinami wystaje z podniesioną do góry głową na stosie kamieni, zwalonych u szczytu góry. Czasem ojciec Wincenty wyciąga ręce, przyzywając kogoś w napadzie rozpaczy i znowu zamiera, — czarny na czarnych kamieniach.
Drugi mój towarzysz, Olrid był kustoszem królewskiego muzeum starożytności.
— Wiedziałem, że to wszystko tak się skończy, — mówił Olrid, — trochę kamieni, stos skorup, starych monet, zardzewiała broń, resztki posągów, wpółzatarty napis — oto wszystko, co koniec końców pozostaje z każdego narodu. W jednym z kątów królewskiego muzeum stała zakurzona skrzynka, tak lekka, że dziecko mogłoby ją podnieść, a w skrzynce tej mieściła się cała spuścizna narodu, który istniał dwadzieścia przeszło wieków.
Kustosz muzeum, jak i ojciec Wincenty, przestający w ciągu wielu lat wśród kamiennych odłamków, wyrzuconych z łona ziemi, jak morze wyrzuca na piasczyste wybrzeże deski i maszty zatopionych okrętów, prędzej od nas wszystkich wyzbył się strachu.
Obłąkany zwał się Filip Evert. Nam, ludziom starego świata, imię to dobrze jest znane. Evert był znakomitym chirurgiem, który pierwszy potrafił zmieniać zużyte serca, jak się zmienia osłabłą sprężynę w zegarku.
Zwariował skutkiem potwornej myśli stworzenia wyższej, myślącej istoty z mózgu i innych tkanek żywotnych, sztucznie wytworzonych. Już od stu lat nasi chemicy wyrabiają wszystkie materje organiczne. W muzeum bjologicznem, w pierwszej sali naprawo od wejścia, znajdowała się bogata kolekcja organów, wytworzonych w laboratorjum. Każdy inżynier biolog umiał zrobić doskonałą wątrobę, wytwarzającą żółć; — oko, mocny, zdrowy muskuł, a maszyna muskułowa w wielu drobnych przedsiębiorstwach zaczęła zastępować stalowe mechanizmy.
Evert postanowił zbudować myślący mózg; a ponieważ nie było u nas artystów, poezja dawno umarła, nie było proroków, zatem chirurg postawił sobie za zadanie z soli, kwasów i alkalji stworzyć w swojem laboratorium głowę genialnego myśliciela.
Świat odczuwał potrzebę nowych, niezwykłych idei, wielkich błędów i wielkich prawd. Pośród pałaców, świątyń, kolosalnych fabryk, ludzkość dusiła się skutkiem braku natchnienia, jak ryba na dnie wyschniętego jeziora. Życie stało się zbyt mdłe, a że ani jedna głowa nie była w stanie dać nic takiego, coby przedtem już nie było wiadome, zatem wielu zgadzało się, iż pomysł Everta jest rozumny i pożyteczny.
Rząd oddał mu do rozporządzenia starą fabrykę chemiczną, gdzie w ciągu dwóch lat Evert z zapałem pracował nad stworzeniem swego proroka. Z polecenia „Gazety Południa“ zwiedzałem pewnego razu tę fabrykę, właśnie w dniu, kiedy znajdowały się tam wychowanki dwóch ochronek w jasno-błękitnych sukienkach, oraz ze trzydziestu nauczycieli, którzy pragnęli się zapoznać z najnowszemi zdobyczami techniki. Evert już wówczas zdradzał objawy rozstroju umysłowego. Mówił, że obawia się swego dzieła i z przerażeniem oczekuje chwili, gdy świadomość i myśl, przebiwszy się nakształt promieni słońca poprzez ciężkie, deszczowe chmury, zbudzi się w szarej masie sztucznego mózgu. Drżał przed jego dziką, żywiołową potęgą.
„Gazeta Południa“ pierwsza zauważyła, iż „stan zdrowia Everta wzbudza obawy“ (Nr 1273). Wspominam o tym fakcie nie przez próżność, lecz dlatego jedynie, iż w następstwie nędzny pismak i sprzedajny współpracownik „Wiadomości Heljopoliskich“ W. G. M. z właściwą sobie bezczelnością twierdził, jakoby właśnie on pierwszy powiadomił publiczność o warjacji Everta... Zresztą, teraz niema ani gazet, ani czytelników, ani wydawców. Jestem ostatnim w literaturze świata, niema więc poco wszczynać starych waśni.
Szczególnym wypadkiem, wszechświatowy pożar, w którym zginęły miljony zacnych ludzi, uczonych, polityków, filantropów, oszczędził człowieka, który trzy czwarte swego życia przepędził w więzieniach, nie mającego nawet własnego imienia i nazywającego się Nr 369. Bezimienny nie przyznaje się do winy i powiada, że parlament i królowie ustawicznie spóźniali się z wydawaniem tych praw, zgodnie z któremi ludzie postępowali i że jedynie skutkiem tego opóźnienia przesiedział 34 lat w 11 więzieniach.
Nr 369 ocalił się z łańcuchami na nogach, a że nie mieliśmy narzędzi, by go rozkuć, zatem zbiegły galernik całemi godzinami rozbijał swoje kajdany kamieniami, spadłemi z przeklętej komety. Przy pracy tej wyśpiewywał więzienne pieśni, wymyślał na parlament, królów, sędziów, prawa i wypowiadał głębokie zadowolenie z okropne] klęski, która zniszczyła całą cywilizację.
Wzamian jednak los oszczędził jednego z najznakomitszych ludzi w Heljopolisie, — mądrego i dobrego króla Mereditha XVI. Portrety nie dawały dokładnego wyobrażenia o wyglądzie jego królewskiej mości. Wszyscy malarze umówili się jakby, żeby przedstawiać go nie takim, jak jest na prawdę, lecz takim, jak być powinien. Niema w nim nic majestatycznego, a gdy milczy i siedzi w jamie, do której gwiazda nas zagnała, możnaby go wziąć za jednego z tych ludzi pozbawionych pracy, wynędzniałych z głodu i znużonych ustawicznemi niepowodzeniami, jakich tysiące błąkało się po miastach starego świata.
Wczoraj Nr 369 długo siedział obok Mereditha, przypatrując mu się tak uważnie, jakby rozwiązywał jakieś karkołomne zagadnienie.
— Więc to jest król? — zapytał Bezimienny, zwracając się do mnie, — ten sam król, który mógł wziąć pióro i napisać: Nr 369 zostaje mianowany na gubernatora Heljopolisu“, albo Nr 369 nadaje się tytuł hrabiowski“, a mnie zrobiliby gubernatorem, hrabią i wszystkiem, czemby się jemu podobało. Ale on mógł również wziąć pióro i napisać: „wyprowadzić Nr 369 na skałę, gdzie wykonywane są wyroki śmierci i zrzucić go z wysokości 500 stóp“. Wszystko to mogliście zrobić?
— Mogłem, — odrzekł król z uśmiechem.
— No, a teraz, któż wy jesteście?
— I teraz jestem królem.
Nr 369 roześmiał się.
— Wyjdź, Wasza Królewska Mość, z jamy i spójrz raz jeszcze, co zrobiło niebo z ziemią i Heljopolisem. Stos gruzów, jak po katastrofie z pociągiem kurierskim. Wspaniale rozbiliśmy się w największym pędzie. Ogon komety zmiótł wszelkie prawa. Twoją władzę i moje więzienie porwał za sobą ten oto biały drobiazg, co zwisa nad naszemi głowami.
— A mimo to ja jestem królem, — powtórzył z uporem Meredith.
Nr 369 zagwizdał marsza galerników i pobrzękując kajdanami (były one hygjeniczne, najnowszego systemu), skierował się ku wyjściu zawalonej galerji.
Dzisiaj spierają się na temat władzy królewskiej od samego rana. Mereditha XVI popiera zakonnik i kustosz muzeum. Po stronie Bezimiennego stoi obłąkany Evert.
— Już ja wam wybiję z głowy te głupstwa, — krzyczał Bezimienny. — Stary świat zgorzał, jak stóg siana i niema o czem mówić.
— Kometa nie mogła zniszczyć historji. Ty byłeś i będziesz zbiegłym galernikiem, Meredith królem, a czcigodny ojciec Wincenty człowiekiem cnotliwym i świątobliwym, czego mu nikt wydrzeć nie zdoła.
— Cóż więc, według was, zniszczyła kometa?
— Mury, tylko mury. Żaden ogień nie może strawić starych, odwiecznych ideałów.
— I odwiecznych błędów, — ochrypłym głosem odezwał się Evert.
Tak to sprzeczali się na wąskiej, czarnej platforemce, zalanej oślepiającym blaskiem słońca, i wyglądali w swoich łachmanach, obok kupy gruzów i skorup, na handlarzy starzyzną, którzy, kłócąc się, grzebią w śmietnisku.
Kobiety trzymają się zdala od nas. Jest ich dwie. Młodsza, Zuzanna, córka bogatego przedsiębiorcy, i upadła dziewczyna, Elza, będąca dawniej w wesołym zakładzie syndykatu, który skoncentrował w swoich rękach cały handel kobietami. Zuzanna jest bardzo piękna i nawet gdy płacze, siedząc na kamiennym złomie, jej silne, gibkie ciało wywołuje pożądanie. My wszyscy, za wyjątkiem Everta, chcieliśmy mieć ją dla siebie; ona o tem wiedziała i usuwała się bojaźliwie, gdy który z nas ku niej podchodził, ale w jej leniwem ciele i wyrazie olbrzymich oczu było coś takiego, co przeczyło jej bojaźliwości i nieledwie krzyczało:
— Weźcie mnie, pragnę żyć!
I to nieme bezustanne wołanie dziewiczego ciała niszczyło to, czego nie mógł strawić ogień komety. Budził się w nas człowiek pierwotny, nie wiedzący, co to wstyd, nie uznający władzy, religii ani prawa; zwierzęca namiętność owładała to tym, to owym; i wówczas na zboczu wzgórza, gdzie mieszkaliśmy, działy się straszliwe sceny, podczas których ojciec Wincenty przeklinał kobiety i wzywał kary niebios na nas wszystkich, Zuzannę i Elzę.
— Trzeba z tem skończyć, — rzekł pewnego wieczoru Nr 369. — Biorę dziewczynę za żonę i skończona historia.
Olrid powstał ze stosu metalicznego popiołu, nawianego przez kometę, i odpowiedział za wszystkich:
— Jeżeli dotkniesz Zuzanny, rozwalę ci głowę.
Bezimienny podniósł kamień i rzucił nim w Olrida. Kamień zdarł mu skórę na policzku i czerwona struga pociekła po twarzy i szyi kustosza.
— Krew, — rzekł ochrypłym głosem, patrząc na czerwone palce, któremi otarł policzek, a szara twarz jego nagle pobladła.
— Jestem silniejszy od was, więc biorę dziewczynę, — powtórzył Bezimienny i zwolna poszedł w tę stronę, gdzie siedziała Zuzanna. Jego wielka głowa, zarośnięta długiemi, splątanemi włosami, mocne, brązowe ciało, pokryte łachmanami aresztanckiej kurtki i błyszczący łańcuch z metalowych kółek na brudnych, bosych nogach, z przerażającą wyrazistością zarysowywały się w czerwonem świetle komety, którą widać było przez szeroki otwór w galerji. Wyglądało to, jakbyśmy siedzieli w olbrzymiej kuźni o czarnych murach z kamienia, a w otwartym kotle gotowały się stosy metali.
— Stój! — krzyknął Evert. W dźwięku głosu obłąkanego uczonego brzmiała taka siła, że Nr 369 odwrócił się i czekał. — Ta kobieta będzie matką, a dzieci jej stworzą nowy świat na gruzach starego...
— Więc ja będę patrjarchą nowej ludzkości — powiedział drwiąco Nr 369.
Evert ujął Bezimiennego za nagie, włochate ramię.
— Nie odejdziesz, dopóki nie powiem wszystkiego.
— Mów sobie, co chcesz, a przecież ona będzie moją żoną, ja tak chcę, słyszycie wy wszyscy, ja tak chcę!
Bezimienny założył ręce za plecy i stanął koło czarnego muru w takiej pozie, jakby mu było absolutnie obojętne, co powiedzą Evert i wszyscy inni.
— Kto z nas jest najgodniejszy być ojcem nowych ludzi? — Uczony spojrzał pytająco na gromadkę mężczyzn, cisnących się u wejścia do galerji. — Ty, królu, jesteś ostatnim potomkiem rodu, historję którego wszyscy znamy. Ojciec — kretyn, dziadek — pijak, rozpustnik, pradziadek — obłąkany, manjak. Zali możesz być mężem tej ostatniej kobiety starego świata, a pierwszej w świecie przyszłości? W związek ten wniósłbyś cały rój okropnych widm, które zaciążyłyby nad umysłem i duszą nowych ludzi.
Król milczał.
— Olrid, kustosz muzeum królewskiego — słabe, wynędzniałe ciało. Zbliż się ku mnie. Schyl głowę. Tak! Dobrze! — cienkie palce Everta przesuwały się szybko po małej głowie Olrida.
— Brak wyobraźni... Blady, drobny mózg.
— Napisałem dziesięć tomów o zabytkach starej kultury, — tonem głębokiej urazy powiedział kustosz muzeum królewskiego.
— I ty sam masz głowę starego typu... Kości czołowe zupełnie nierozwinięte. Czasami ogarnia cię strach, prawda, Olrid?
— Strach? przed czem?
— Ach, ty sam tego nie wiesz i w tem właśnie cała rzecz. Nachodzi na ciebie czarne przerażenie, boisz się nieba, króla, ciemności; czujesz się taki drobny, nędzny, jak mrówka, zbłąkana w odwiecznym lesie.
— Tak, to się zdarza.
— Pierwotny, zwierzęcy strach. Obawa — jest to najdawniejsze ze wszystkich uczuć; rozrasta się ona u pnia życia i tylko rozum może ją przezwyciężyć. Cienie nocne spływają od słońca.
— Teraz Wincenty.
— Czego odemnie chcecie, — krzyknął gniewnie zakonnik. — Nie waż się mnie dotykać, jesteś opętany przez djabła. Przeklnę cię, a gdy my wszyscy znajdziemy się w niebieskiej naszej ojczyźnie, będziesz sam jeden krył się w norach na tej przeklętej, spalonej ziemi, oświetlonej piekielnym, czerwonym płomieniem. Nie chcę tej dziewczyny, chociaż demon mnie kusi.
— Teraz Enrio Wittorino, — zwrócił się Evert do mnie. — Literat, lat 37. Neurastenia na podłożu dziedzicznego alkoholizmu (opisuję tę scenę możliwie najdokładniej ze względu na jej doniosłe znaczenie dla przyszłych pokoleń, jednak, chcąc być sprawiedliwym, muszę zaznaczyć, iż w stosunku do mnie Evert się mylił: piję bardzo mało i tylko czasem, kiedy zabraknie mi tematu, szukam go przy pomocy środków pobudzających).
— Pozostaje więc tylko Nr 369, czy jak go tam nazywają. Zbliż się do mnie.
Czarna postać oderwała się od skały i zwolna ruszyła ku oświetlonej platformie.
— No i cóż! — głucho zamruczał olbrzym, spoglądając zgóry na Everta.
— Zabójca! — cicho i wyraźnie powiedział doktór.
Wydało mi się, jakby to krótkie słowo rozległo się po wszystkich okolicznych skałach.
— Biliśmy się uczciwie, a ja temu nie winien, że jego nóż się złamał, — również cicho odparł Nr 369. A potem, podniósłszy głos, mówił dalej: — Wezmę tę dziewczynę, ponieważ tak chcę! Słyszycie: ja tak chcę! Nic mnie nie obchodzi, co będzie później. Doktór ogląda tu nas, jak konie na targu. Z tego, co mówi, wynika, że król przyciągnął tu z sobą wszystkich swoich obłąkanych przodków; Olrid jest nowem wydaniem starożytnego człowieka; w głowie i w czole literata siedzi z dziesięciu pijaków; ja jestem zabójcą. Nie wierzcie temu szaleńcowi: kometa spaliła wszystko, co było dawniej, przodków i ich mogiły. Po co, u djabła, wyciągacie tu trupy, płaszcze królewskie, ustawy parlamentu, a nawet jakiegoś głupiego demona! Jestem silniejszy od was wszystkich i ta kobieta będzie moją.
Bezimienny poszedł zwolna w tę stronę, gdzie spały kobiety.
Rozeszliśmy się, położyliśmy na spoczynek i w milczeniu patrzyliśmy na płomienny kwiat w srebrzystej otchłani nad czarną, opaloną ziemią.
W dolinach stały jeszcze trujące gazy, przyniesione przez kometę, to też od trzech miesięcy ani razu nie schodziliśmy z góry, na wschodnie zbocze której wychodzi zawalona galerja królewskiego muzeum starożytności.
Czuje, się bardzo źle, w uszach mam ustawiczny szum, jakby fal morskich. Zdaje mi się, że słyszę burzę, która porywa kometę i gnie jej sześć ognistych promieni.

Evert powiada, że jestem zatruty gazem cjanu. Trzeba się pośpieszyć z poprawieniem notat o zagładzie ziemi. Uwagi na marginesie rękopisu pisaliśmy ja i Evert. Te ostatnie podznaczone są literą E.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: S. Bielski i tłumacza: nieznany.