Pamiętnik Wacławy/Świat mojej matki/XXVII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1884
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Świat mojej matki”
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XXVII.

Aby przejść z mojéj sypialni do salonu, musiałam za każdą razą mijać drzwi pokoju babki Ludgardy; bywały one często otwarte, a wtedy zbliżałam się do progu, pytałam o pozwolenie wejścia i otrzymawszy je, wbiegałam, aby ucałować rękę babki, która wzbudzała we mnie tyle sympatyi, ile siostra jéj obawy i chłodu.
Pokój babki Ludgardy wpół ocieniony był zielonemi roletami, napełniały go staroświeckie krzesła, z wysokiemi, toczonemi z orzecha, poręczami. Obok łóżka na ścianie wisiał wielki, czarny krzyż z Chrystusem ze słoniowéj kości, a na aksamitnéj poduszce klęcznika znaczne były dwie głębokie wklęsłości, utworzone snać długiemi nocnemi modły mojéj babki. Dębowa posadzka w czarne i żółte kwadraty i leżąca na klęczniku wielka Biblia, w oprawie z czarnego aksamitu o srebrnych ozdobach, dodawały powagi i posępności pokojowi temu. Był w nim jednak jeden punkt światły i śpiewający. U jednego z okien uchylona była połowa rolety, a na jéj miejscu wiło się kilka gałęzi bluszczowych, obejmujących splotami klatkę, w któréj szczebiotały dwa kanarki. Naprzeciw téj klatki siadywała zwykle moja babka na swojém krześle o wysokiéj poręczy, z czarno oprawną Biblią na kolanach; ale oczy jéj nie spoczywały na wyrazach Pisma Ś-go, lecz najczęściéj utkwione były w dwoje ptasząt świergocących, trzepoczących się w swéj klatce, lub w kawałek błękitnego nieba, które, wydobywając się z za ciemnych jodeł, rosnących za oknami, migotało za szybą, niby na pociechę ptaszynom, zamkniętym w niewoli.
Stawałam nieraz na progu i kilka minut przypatrywałam się twarzy mojéj babki, bladéj, rysującéj się na tle szarego pokoju, z łagodnemi oczyma, utkwionemi w niebo i w ptaki, z rękoma złożonemi nieruchomie na srebrnéj klamrze świętéj księgi. Na czole jéj, pomiędzy licznemi zmarszczkami, błąkały się wtedy oddalonych wspomnień błyski, a na bladych ustach wisiał, blady także, zamyślony uśmiech.
Pytałam siebie nieraz, o czém myślała, siedząc tak długiemi godzinami, babka moja? Czy to błękitne niebo mówiło jéj o lepszém życiu, niż to, które przebyła na ziemi, a które poorało zmarszczkami jéj czoło i smutny wyraz złożyło na ustach, niby przebytych cierpień pieczęć? Czy widok śpiewających i kochających się ptaków przywodził jéj na pamięć na zawsze znikłe promienne chwile przeszłości? Czy może w téj klatce, owiniętéj bluszczem i ozdobionéj kilku kwiatami, wdziała obraz niewoli, przystrojonéj światowemi połyski, w jakiéj zapewne spłynęło jéj życie? Raz, gdy tak stałam na progu, patrzyłam na moję babkę i myślą zadawałam sobie te pytania; niby przeczuwając obecność moję, odwróciła się, spojrzała na mnie i z łagodnym uśmiechem wyciągnęła do mnie rękę. Poskoczyłam i, przyklęknąwszy przed nią, pocałowałam ją w kolano. Miękką dłonią podniosła ku sobie moję głowę i długo mi w twarz patrzyła. Oczy jéj spoczywały na mnie z dobrocią i zamyśleniem, przez które, jak zwykle bywało u niéj, przebijał się smutek. Ogarnęło mię rzewne ku niéj przywiązanie, a przy tém wzrok jéj ośmielił mię.
— Babciu — rzekłam — powiedz mi, proszę, o czém myślisz, patrząc na tę klatkę z ptakami i na kawałek tego nieba, co przez szybę do twego pokoju zagląda?
Kilka sekund nie odpowiadała, potém przesunęła z pieszczotą dłoń po mojéj twarzy, oczy jéj znowu w klatce utkwiły i zwolna wyrzekła:
— Ptaki, zamknięte w kunsztownie urobionéj i kwiatami zdobnéj klatce, śpiewające do nieba i swobody, które widzą z dala, to, moje dziecko, obraz naszego życia.
— Jakto, babciu, naszego? — spytałam, nie rozumiejąc w całéj rozciągłości myśli jéj wyrazów.
Milczała chwilę, potém patrząc ciągle na klatkę i niebo, mówiła jakby do siebie:
— I ja niegdyś, tak jak ty, byłam młodą... jak ty, urodziłam się w sferze po za któréj granice wyjść mi nie pozwoliły zwyczaje... pragnęłam nieraz przekroczyć te granice, rozejrzéć się po świecie szerokim, znaléźć gdzieindziéj to, czego obok siebie znaléźć nie mogłam... nie pozwolono mi czynić tego... młodość mi przeszła, jak tym ptakom w klatce... śpiewałam z tęsknotą do nieba i miłości, których w klatce mojéj nie było... postarzałam... życie przebyłam sama jedna... wiecznie zależna... nikt mię nigdy nie kochał. — Umilkła i blade usta jéj drżały, szepcąc coś, modlitwę, czy skargę jakąś.
Żal mię zdjął wielki; objęłam ją ramionami i, przyciskając się do jéj piersi, zawołałam:
— Babciu droga! ja cię kocham!
Drżącemi dłońmi objęła moję głowę.
— Dobre jesteś dziecię! — wyrzekła. — Ty i matka twoja nie podobne jesteście do tych istot, co pochlebiają bogactwu przez nadzieję otrzymania go w spadku...
Urwała, jakby lękając się więcéj powiedziéć, i patrząc mi w oczy, spytała nagle:
— Jak ci się podoba pan Agenor?
Czułam dla niéj ufność i przywiązanie, odpowiedziałam więc bez namysłu:
— Bardzo, moja babciu!
Skinęła głową parę razy, ale nie zrozumiałam dobrze, co ten gest znaczył: smutek, namysł, czy powątpiewanie?
— Ostrożnie, dziecko moje, ostrożnie! — wyrzekła zwolna, a gdy patrzyłam na nią zdziwiona, mówiła daléj:
— Jak ja niegdyś, tak ty teraz, nie masz prawa rozejrzéć się po szerokim świecie; musisz przyjmować to, co w ciasném kółku twojém za najlepsze uznasz... jeśli nie weźmiesz tego, co ci dają, zostaniesz, jak ja, sama jedna, i nikt cię nigdy kochać nie będzie... niech cię Bóg od tego obroni... Kobieta, która nigdy kochaną nie była, tęsknotę niesie z sobą do grobu, a nad brzegiem mogiły jeszcze z pamięci jéj wydobędą się mary lat minionych i duszy jéj utrudnią przejście na łono Boga... O, wyjdź za mąż, wyjdź za mąż koniecznie, abyś nie została na całe życie jedna... i abyś była kochaną... Ale ostrożnie! dziecko, ostrożnie!...
Przy tych wyrazach wzrok babki Ludgardy sposępniał, a drżące jéj dłonie ogarniały moję głowę, jakby pragnęły ją od niebezpieczeństwa jakiego uchronić. Obawa zdjęła mię nieokreślona.
— Babciu! — zawołałam — czy słowa swoje do pana Agenora stosujesz?
Obejrzała się trwożnie, jakby się obawiała, aby ktokolwiek nie usłyszał tego, co mi chciała powiedziéć, potém pochyliła się tak, że aż siwe włosy jéj, uwolnione od czepca, opadły na moje czoło, i pół-głosem wyrzekła:
— Nie wierz temu, co błyszczy, a szukaj serca... szukaj serca, bo jeśli go nie znajdziesz, nieszczęśliwą będziesz! Patrz przedewszystkiém, abyś była kochana: nieszczęście kobiecie, która kochaną nie jest! Szukaj serca! patrz na serce! a jeśli go nie znajdziesz, odrzuć daleko od siebie błyszczącą brzękawkę. Za rok odjedziesz do swego ojca... tam jest świat szeroki... tam pozwolą ci obejrzéć się, patrzéć i wybierać. Wyjdź za mąż! wyjdź koniecznie za mąż, abyś, jak ja, nie pozostała jedna i abyś była kochaną... ale ostrożnie! ostrożnie!
Gdy, pochylona nade mną, z wyrazem niemal boleści na twarzy, kończyła wymawiać te słowa, w przyległym pokoju dał się słyszéć głos babki Hortensyi, zbliżającéj się w towarzystwie pani Rudolfowéj.
Babka Ludgarda przycisnęła usta do mego czoła i z lekka usunęła mię od siebie.
— Odejdź! — szepnęła — babcia Hortensya nie chce, aby mię kochał ktokolwiek... aby kto przede mną tak klęczał, jak ty przed chwilą... Babcia Hortensya jest bogatą, bardzo bogatą... ja nic prawie nie posiadam, ona może ci przyszłość świetną zapewnić... nie trzeba, aby się rozgniewała na ciebie.
Otworzyła Biblią i, niby przestając zwracać na mnie uwagę, smutnemi oczyma wpatrzyła się w wiersze pocieszającéj księgi.
Wyszłam z pokoju babki Ludgardy, bardzo wzruszona; oparłam się o piérwszą konsolę, która była na mojéj drodze, spojrzałam w lustro i zobaczyłam, że byłam bledsza, niż zwykle. Zakryłam oczy dłonią i myślałam.
Straszne-bo téż rzeczy zamigotały przede mną z za słów babki, niby z za ażurowéj zasłony złowrogie jakieś widma. Wyrazy: ostrożnie! ostrożnie! brzmiały mi wciąż w uszach. Przed czém-że strzedz się miałam? Jakie groziło mi niebezpieczeństwo? Szukaj serca! mówiła mi babka; ależ i ja instynktowo i niewyraźnie, niemniéj jednak silnie poczuwałam potrzebę znalezienia tego serca, które-by z mojém w jeden takt uderzyło. Ileż boleści było w mowie babki, gdy mówiła, że kobieta, która nigdy nie czuła się kochaną, tęsknotę niesie do grobu, a nad brzegiem mogiły jeszcze z pamięci jéj wyjdą mary, co duszy utrudnią przejście na łono Boga. O, tak! trzeba koniecznie, aby mię ktoś ukochał bardzo, silnie, nad wszystko; aby stał się dla mnie światem całym, a ja-bym mu za świat cały starczyła! Ale... mój Boże! czy serce takie, czy miłość taką znajdę w klatce, z któréj mi wyleciéć nie wolno, aby wznieść się pod samo niebo i z pod niego orlim wzrokiem potoczyć po ziemi, i widziéć wielu, i wybrać... Może kiedyś, po mnogich latach upłynionych, z siwemi włosami i pooraném czołem, usiądę, jak babka Ludgarda, sama jedna i przez nikogo nie kochana, naprzeciw okna o migocącym kawałku błękitnego nieba, i patrzéć będę, jak w klatce zamknięte trzepocą się ptaszki, i z pamięci mojéj szeregiem wyjdą mary tęsknot a żalów, i duszę mą, do lepszego rwącą się życia, zatrzymają pomiędzy niebem a ziemią, na skrzydłach nie przepłakanych nigdy boleści? Biedna babka Ludgarda! Jak żywo usunęła mię od siebie, usłyszawszy głos swojéj zimnéj, despotycznéj siostry! Co znaczyły jéj słowa: Babka Hortensya jest bardzo, bardzo bogatą, może ci świetną przyszłość zapewnić... ja nic prawie nie posiadam. Nie trzeba, aby się rozgniewała na ciebie; ona nie lubi widziéć, że mię kocha ktokolwiek!
W istocie słyszałam już była wprzódy, że Rodów z przyległościami i znaczne jeszcze kapitały były wyłączną własnością babki Hortensyi, która je otrzymała po zmarłym mężu i któremi rozporządzać za życia i po śmierci miała zupełne prawo; i słyszałam także, że babka Ludgarda mieszkała z siostrą, żyjąc prawie z jéj funduszu, bo sama posiadała bardzo mało znaczący kapitalik, ale dotąd nie zastanawiałam się nigdy nad tą różnicą fortuny dwóch moich babek. Miałaż-by ona teraz podawać mi klucz do odgadnięcia niepojętéj dotąd dla mnie uniżoności pani Rudolfowéj względem babki Hortensyi, a stosunkowo jakby upośledzonego położenia w domu babki Ludgardy. Mój Boże! mogłaż być na świecie dość nizka istota, która-by chciwym wzrokiem ścigała w przyszłości chwilę czyjegoś skonu, w tém przewidywaniu, że pochlebstwami i fałszywemi objawami miłości zdobędzie sobie bogactwo, mające wypaść z ręki śmierci zesztywniałéj? Nie, młoda dusza moja w podobną nikczemność uwierzyć nie mogła! Zmęczone długiém życiem serce babki Ludgardy w zbyt ciemnéj barwie świat ten jéj ukazywało. Myliła się; a gdy ostrzegała mię przed błyszczącemi powabami młodego sąsiada, myliła się także. Mogłoż złe lub zepsute serce ukrywać się pod tak piękną, świetną powłoką? Nie! Stwórca nie zadaje kłamu sobie samemu. To, co utworzył piękném, co oblał światłością, płynącą wprost od oblicza Jego, musi być piękném aż do dna. Mogąż piękne, ognia i rozumu pełne, oczy człowieka, kłamać, gdy obiecują miłość wielką i tryskającym z nich płomieniem mówią o uwielbieniu, pierś zapełniającém? Możeż szlachetność kształtów kryć nikczemność ducha? Głos, przypominający wiosnę i wszystkie jéj rozkosze, być echem zwodniczém, wychodzącém z piersi, w któréj rozsiadła się martwa zima? Nie! to być nie mogło; babka Ludgarda źle zrozumiała świat i ludzi, albo ja źle zrozumiałam jéj słowa.
Mój Boże! mój Boże! a gdyby tak było? Gdyby istniały rzeczywiście na ziemi nikczemne istoty, zaprzedające uśmiechy, pocałunki, godność swą i uczciwość, za garść spodziewanego w przyszłości złota? Gdyby oczy, i usta, i głos pana Agenora, były kłamliwemi echami, zwodniczemi połyskami, przed któremi, trzeba ostrzegać młode, niedoświadczone, jak moje serce?
O! gdyby tak było, ten świat mojéj matki, ten świat, o którym śniłam tak uroczo... byłby... Nie dokończyłam mojéj myśli, bo posłyszałam zbliżający się do mnie chód męzki. Odjęłam ręce od oczu. Przede mną stał pan Agenor i patrzył na mnie swemi ciemno-szaremi oczyma, na których dnie w téj chwili ćmił się wyraz wzruszenia.
— Pani tak smutna i zamyślona! — wyrzekł swoim głębokim głosem, o mistrzowskich modulacyach tonów.
Podniosłam na niego wzrok i odrzekłam:
— W téj chwili bawiłam się sama z sobą w tę grę, jaka wczoraj zajmowała nas wszystkich. Zadawałam sobie różne pytania i w umyśle moim szukałam na nie odpowiedzi.
— I umysł pani odpowiedzi téj dostarczył? — zapytał pan Agenor.
— Nie zupełnie — odrzekłam z uśmiechem — umysł mój jest jeszcze słabą dzieciną i na wiele zapytań odpowiedziéć nie umié.
— Wezwij pani mój do pomocy; może w połączeniu powiedzą pani to, o czém chcesz wiedziéć.
Popatrzyłam na niego długo i tak mi się jakoś rzewnie zrobiło, że aż poczułam, że oczy mi zachodzą łzami. Po chwili wyrzekłam:
— Wzywam umysł pana, aby mi odpowiedział: czy młode ptaszę, przez szczelinę swojéj klatki na błękitne niebo i szerokie pola patrzące, może być kiedy szczęśliwe? Dlaczego są na ziemi klatki i zamknięte w nich ptaszęta? Czy to, co piękném jest napozór, może być brzydkie w gruncie? Czy wyraz oczu, dźwięk głosu i słowa, głosem tym wymawiane, bywają kiedy przeciwne temu, co dzieje się w sercu człowieka?
Umilkłam, a pan Agenor patrzył na mnie długo, nie odpowiadając. Zdawało mi się, że usta jego zadrżały trochę, a na czoło powoli, powoli wypływać poczęła ta zmarszczka przykra, w któréj zdawało się gnieździć mnóztwo tajemnic. W końcu uśmiechnął się dziwnie, spojrzał mi prosto w oczy i wyrzekł zwolna:
— Umysł mój nie odpowié pani na pytania, które mi zadałaś. Myślałaś pani o nich tylko pięć minut, a twarz twoja zbladła; cóż będzie, jeśli nad niemi dłużéj myśléć będziesz? Radzę pani, abyś nie zastanawiała się zbyt długo nad pytaniami temi.
— Jakże można żyć — zawołałam — nie szukając odpowiedzi na pytania, jakie nam własna myśl zadaje? Wszak w odpowiedziach tych leży prawda, a któż prawdy ujrzéć nie pragnie?
— Prawda! — powtórzył pan Agenor, zamyślonym wzrokiem patrząc przed siebie — są ludzie na ziemi, którzy spędzają życie w jéj poszukiwaniu, ale ci ludzie nie do naszego świata należą. Ludzie ci siadują długiemi godzinami, z czołem podpartém dłonią i myślą, albo po całych nocach czytają książki, w których mędrcy świat wyłożyli, albo borykają się z losem przeciwnym i odnajdują prawdę w boleściach wielkich, czy tam w gonitwach za tém, co zwą ideą.. my tego wszystkiego nie czynimy...
— A cóż czynimy? — zapytałam.
— Każdy z nas — mówił daléj pan Agenor — w najwcześniejszéj młodości miewa parę rycerskich zapałów i sielankowych marzeń o prawdzie. W owéj porze, gdyby była po temu sposobność, każdy z nas przywdziać gotów-by w jéj obronie pancerz stalowy i rzucić rękawicę, choćby samemu zmartwychwstałemu Goliatowi. Ale pora ta trwa krótko. Przychodzi doświadczenie życia, znajomość świata i jego powabów; stalowy pancerz opada z ciała, sielankowe marzenia z głowy wychodzą i z piersi, razem z wydychanym kwasem węglowym; a my poznajemy, że w świecie, w którym nas los postawił, poszukiwanie prawdy nie jest zadaniem życia.
— A wtedy czegoż szukamy? — spytałam jeszcze.
— Wesela, rozkoszy, szczęścia, wszystkiego słowem, co miłe; — odpowiedział pan Agenor i, nagle zmieniając ton, jakim mówił, pokazał mi przez okno stojące przed gankiem cztery osiodłane wierzchowce i rzekł wesoło:
— Oto naprzykład i w téj chwili, pani stałaś tu zamyślona, smutna, bawiąc się sama z sobą w grę niebezpieczną poszukiwania prawdy; a tam stoją, do przejażdżki gotowe, osiodłane konie, i mogą natychmiast unieść nas w zachwycającém towarzystwie na zachwycające wzgórza, kędy nad nami będzie świeciło zachwycające słońce, a wkoło nas zaszumią zachwycające jodły.
Zaśmiał się wesoło i ode mnie smutne a poważne pierzchnęły myśli. Uśmiechnęła się ku mnie przejażdżka konna, ruch, ożywiona rozmowa z panem Agenorem, a gdy, włożywszy amazonkę i kapelusik z piórkiem, po kilku chwilach wychodziłam na ganek, byłam już zupełnie wesoła i przywiązane do mojéj twarzy oczy pana Agenora wyraźnie mi mówiły, że śród zachwycających wzgórz, zachwycającego słońca i zachwycających jodeł, ja-to dla niego byłam najbardziéj zachwycającą.
Rozalia stała jeszcze na ganku, gdy siadałam na konia, a pan Agenor podawał mi strzemię.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.