Podróż do Bieguna Północnego/Część II/Rozdział X

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż do Bieguna Północnego
Podtytuł Pustynia lodowa
Data wydania 1876
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyages et aventures du capitaine Hatteras
Podtytuł oryginalny Le desert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Indeks stron
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY.
Przyjemności zimowiska.

Życie pod biegunem jest nader smutnie jednostajnem. Człowiek zupełnie jest zawisłym od kaprysów atmosfery, jednostajnie naprowadzającej swoje burze i mrozy. Przez większą część roku pogoda jest taka, że wyjść na powietrze niepodobna, a biedni ludzie zmuszeni tam zimować, siedzą zamknięci w swych domkach z lodu. Pędzą życie jak krety chowające się pod ziemią.
Następnego dnia termometr opadł znacznie, powietrze zapełniło się tumanami śniegu, resztę światła zupełnie zaciemniającemi. Doktór nie mogąc wyjść z domu siedział z założone mi rękami. Nie było co robić, chyba tylko odmykać często drzwi od korytarza, aby nie zamarzły, lub wycierać ściany lodowe, na które występowała wilgoć, wskutek ciepła wewnątrz utrzymywanego. Domek Doktora tak dobrze i trwale był zbudowany, że zamieć śniegowa nie tylko że mu nie zaszkodziła, ale owszem przyczyniła się jeszcze do trwałości, zwiększając objętość jego murów.
Składy również się dobrze trzymały. Wszystkie przedmioty wydobyte i przeniesione z okrętu, złożone w nich zostały w największym porządku; w tych, jak je doktór nazywał „dokach towarowych“. Chociaż znajdowały się one w odległości sześćdziesięciu tylko kroków od mieszkania, jednak w dniach silnych zamieci, niepodobna było przejść do nich; dlatego też pewną ilość zapasów żywności musiano w kuchni przechowywać na potrzeby codzienne.
Bardzo pożyteczną, okazała się przezorność wydobycia wszystkiego z okrętu i przeniesienia w inne bezpieczniejsze miejsce. Porpoise powolnie i nieznacznie, lecz wciąż i jednostajnie był przygniatany, większym coraz ciężarem spadającego nań śniegu i lodu — tak że wkrótce szczątki tylko na nic nie przydatne pozostać z niego mogły. Doktór jednak nie tracił nadziei, że potrafi z nich sklecić jaką szalupę, na którejby można było do Anglii powrócić, choć na robotę odpowiednią czas nie przyszedł.
Zimujący przepędzili większą część czasu w najzupełniejszej bezczynności. Hatteras leżał ciągle na łóżku głęboko zamyślony. Altamont pił lub spał, a doktór nie myślał ich budzić z senności, obawiając się ciągle starć między niemi. Dwaj ci ludzie rzadko mówili z sobą.
Dlatego też przy stole rozsądny Clawbonny tak kierował i naprowadzał rozmowę, aby nigdy nie zadrasnąć niczyjej miłości własnej; zmuszało go to do ciągłej baczności. Uczył, zabawiał, rozrywał swych towarzyszy; jeśli nie robił notat podróżnych, to głośno opowiadał coś z historyi, geografii, lub meteorologii, stosownie do potrzeby i chwilowych okoliczności. Rzecz przedstawiał zazwyczaj w sposób żartobliwy i filozoficzny, wyciągając pożytek z drobnych nawet okoliczności; bystra i szczęśliwa pamięć była dlań niewyczerpanem źródłem materyału do rozpraw, które zwykł był ożywiać i popierać silnemi, niezaprzeczonemi argumentami.
Słowem śmiało powiedzieć można, że zacny doktór był duszą tego niewielkiego towarzystwa, duszą, od której wiały czyste uczucia szczeroty i sprawiedliwości. Wszyscy też mieli w nim nieograniczone zaufanie, i sam nawet Hatteras ulegał mu przez przyjaźń i życzliwość; a przytem doktór mówił i robił wszystko z taką swobodą, z pewnością siebie, że ci ludzie znajdujący się w odległości sześciu tylko stopni od bieguna, uważali swe istnienie obecne za zupełnie prawidłowe. Gdy doktór mówił, słuchano go jakby rozprawiał w swym gabinecie w Liwerpoolu.
A jednakże, o ileż położenie tych rozbitków, różniło się od położenia rozbitków wyrzuconych na wyspy Oceanu Spokojnego, owych Robinsonów, których historya, zawsze ma tyle powabu dla czytelników! Tamci mieli grunt żyzny, natura ze wszystkiemi swemi bogactwami była im na każdym kroku ogromną pomocą, dając tysiączne środki egzystencyi; tam, z niewielkim zasobem wyobraźni i pracy, łatwo sobie było stworzyć dobrobyt materyalny. Polowanie i rybołóstwo dostatecznie mogły zaspokoić wszystkie jego potrzeby; drzewa obficie rodziły, groty dawały schronienie, strumienie orzeźwiały spragnionych, rozłożyste konary roztaczały szeroki cień, osłaniający przed skwarem słońca, a podczas łagodnej zimy, nigdy mróz ostry nie dokuczył. Ziarnko niedbale rzucone na tę płodną ziemię, w kilka miesięcy później wyrastało w kłos bujny; była to prawdziwa szczęśliwość z daleka od ludzi. Wreszcie uroczy ten i szczęśliwy zakątek, znajdował się na drodze uczęszczanej przez okręty; rozbitek miał ciągle nadzieję, i czekał cierpliwie dopóki go okręt jaki nie zabierze i nie zawiezie do ojczyzny.
Cóż za różnica w położeniu naszych podróżnych, na wybrzeżach Nowej Ameryki! Doktór nieraz w myśli robił to porównanie, lecz nie odzywał się z niem głośno, najbardziej go trapiła przymusowa bezczynność.
Gorąco pragnął on doczekać się odwilży, dla rozpoczęcia na nowo wycieczek, choć z drugiej strony obawiał się tej chwili, mogącej sprowadzić ważne pomiędzy Hatterasem i Altamontem nieporozumienia. Gdyby udało się dotrzeć do bieguna, do czegóżby doprowadzić mogła rywalizacya tych dwóch ludzi!
Wypadało więc być przygotowanym na wszelki przypadek, przysposobić tych współzawodników do porozumienia się szczerego w danym razie, do otwartego zwierzenia się ze swych myśli i projektów. Ale pogodzić Amerykanina z Anglikiem, dwóch ludzi, których właśnie wspólność pochodzenia tem zawziętszymi na siebie czyniła, z których jeden przesiąknięty był dumą wyspiarską, a w charakterze drugiego przebijał zmysł spekulacyjny, przebiegłość i zuchwałe brutalstwo — pogodzić dwa tak sprzeczne żywioły, to zadanie nie lada!
Myśląc o tem zawziętem współubieganiu się ludzi, o tej walce narodowości, doktór nie wzruszał ramionami, bo nigdy tego nie czynił, ale smucił się widokiem ludzkich słabości.
Częste w tym przedmiocie rozmowy prowadził z Johnsonem, a stary marynarz w zupełności podzielał zdanie doktora; szukali oni sposobów wyjścia z trudności i przewidywali liczne w przyszłości kłopoty.
Tymczasem pogoda była jak najgorsza, ani na chwilę nie można było wydalić się z Domu Doktora; wszyscy nudzili się okropnie, jeden tylko Clawbonny zawsze potrafił znaleźć sobie zajęcie.
— Czyż niema sposobu rozerwać się jakkolwiek? zapytał nareszcie pewnego wieczora Altamont. Żyjemy tu jak gady zasypiające na zimę — czyż to życiem nazwać można?
— Niestety! odpowiedział doktór, za mało nas tu jest, abyśmy mogli urządzić systematyczne jakieś rozrywki!
— Sądzisz więc doktorze, że łatwiej byłoby zwalczać nudy i znieść taką bezczynność, gdyby nas było więcej?
— Zapewne. Wiadomo, że gdy całe osady zimowały na morzach północnych, to nie doznawano takich jak my nudów.
— Ciekawy byłbym wiedzieć, rzekł Altamont, jak sobie radzono? trzeba było prawdziwego geniuszu, żeby wynaleźć coś wesołego w takiem położeniu. Przecież nie zadawano sobie szarad do odgadywania, jak przypuszczam?
— Szarad nie, ale coś zbliżonego, wprowadzano dwa potężne przeciw nudom środki: pismo peryodyczne i teatr.
— Jakto! mieli swą, gazetę? pytał Amerykanin.
— I grali komedyę? zawołał Bell.
— Tak jest, i wielką mieli w tem przyjemność, rzekł doktór. Podczas zimowiska na wyspie Melville, kapitan Parry podał myśl zajęcia się w ten sposób, a towarzysze jego bardzo chętnie ją przyjęli.
— Doprawdy, wtrącił Johnson, chciałbym był być z niemi; musiało to być bardzo ciekawe.
— Ciekawe i zajmujące, odparł doktór. Porucznik Beechey został dyrektorem teatru, a kapitan Sabine, redaktorem „Kroniki zimowej, czyli Gazety Georgii północnej“.
— Tytuł wyborny! rzekł Altamont.
Pismo to wychodziło co poniedziałek od 1 listopada 1819, aż do 20 marca 1820 roku. Opisywano w niem wszystkie wypadki zimowiska, polowania, wiadomości bieżące, różne wydarzenia, spostrzeżenia meteorologiczne i atmosferyczne; była tam i kronika, mniej więcej zabawna. Zapewne, trudno tam było o dowcip Sterna, lub powabne artykuły „Daily-Telegrapha,“ ale czytelnicy nie byli wybredni, i zawód dziennikarza musiał tam być wdzięczniejszy niż gdziekolwiek.
— Na honor, rzekł Altamont, ciekawy byłbym poznać wyciągi z tej gazety, której artykuły musiały być zamrożone od pierwszego do ostatniego wyrazu.
— Bynajmniej, bynajmniej, odpowiedział doktór; w każdym razie to, coby się wydać mogło nieco naiwnem Towarzystwu filozoficznemu w Liwerpoolu, albo akademii londyńskiej, wystarczało w zupełności osadzie okrętowej zakopanej w śniegu. Sami osądźcie.
— Jakto? pamiętałżebyś doktorze?...
— Nie, ja nie pamiętam, ale na pokładzie Porpoise’a znalazłem podróże kapitana Parry i chcę wam przeczytać własne jego opowiadanie.
— Prosimy oto, zawołali wszyscy.
— Nic łatwiejszego, moi drodzy.
To mówiąc, doktór poszedł do szafy stojącej w salonie, wyjął z niej książkę wspomnianą i odszukał ustęp o którym mowa.
— Oto macie, rzekł, niektóre ustępy „z Gazety Georgii Północnej.“ Jest tam list adresowany do redaktora:
„Z prawdziwą przyjemnością przyjęto pańską propozycyę założenia dziennika; przekonany jestem że pod pańskim kierunkiem, stanowić on dla nas będzie niemałą rozrywkę i uciechę przez ciąg stu dni ciemnych, które tu przebyć musimy.
„Ponieważ ta sprawa mnie obchodzi, badałem więc wrażenie jakie pańska zapowiedź wywarła na naszem całem towarzystwie, i mogę panu zaręczyć słowy uświęconemi w takich zdarzeniach przez prasę londyńską, że ogłoszenie to zwróciło uwagę całej publiczności.
„Zaraz nazajutrz po ukazaniu się prospektu, na pokładzie okrętu było nieznane i niepraktykowane dotąd żądanie atramentu. Zielone sukno naszych stolików, nagle pokryło się mnóstwem zrzynków od piór, z wielkiem niezadowoleniem jednego z naszych służących, który zmiatając takowe, wpakował sobie jeden za paznokieć.
„Dalej, doszło do mojej wiadomości, że sierżant Martin, tegoż dnia musiał ostrzyć aż dziewięć scyzoryków.
„Stoliki nasze jęczą pod ciężarem pulpitów do pisania przygotowanych, które od dwóch już miesięcy świata Bożego nie oglądały, a z magazynów otwieranych obecnie bardzo często, wydobyto całe ryzy papieru, któremu tym sposobem przerwano niespodzianie, niczem dotąd nie zakłócony wypoczynek.
„Nie wypada mi pominąć i tego, że możesz pan w redaktorskiej swej skrzynce znaleźć artykuły pozbawione charakteru oryginalności i obrobienia, a przeto nie przypadające do twego planu. Mogę cię naprzykład zapewnić panie redaktorze, iż nie dawniej jak wczoraj w wieczór widziałem jak jeden z improwizowanych autorów, pochylony nad pulpitem, ślęczał nad otwartym tomem Spektatora, z którego coś wypisywał, a inny tymczasem rozgrzewał swój atrament nad płomieniem lampy. Ostrzegam więc pana, abyś się miał na baczności przeciw podobnym podstępom; nie przystoi abyśmy spotykali w Kronice zimowej to, co przodkowie nasi przed stu laty czytywali przy śniadaniu.“
— Doskonale! wybornie! wołał Altamont, gdy doktór czytać przestał, — jest w tem humor i dowcip! autor listu musiał być tęgi chłopak i nie w ciemię bity.
— Zapewne, odpowiedział doktór, ale posłuchajcie dalej, bo są tu jeszcze rzeczy dość zabawne:
„Poszukiwaną. jest kobieta w średnim wieku, przyzwoitej konduity, do posług przy toalecie dam należących do składu trupy „królewskiego teatru Georgii północnej.“ Zapewnia się jej odpowiednie i przyzwoite wynagrodzenie, oraz herbaty i piwa ile zechce. Adresa nadsyłać należy do Komitetu teatralnego. Wdowy mieć będą pierwszeństwo.“
— Na honor, zawołał Johnson, tęgie chłopcy!
— Znalazła się jaka wdowa? zapytał Bell.
— Tak się zdaje, odpowiedział doktór, bo oto zaraz następuje odpowiedź, adresowana do komitetu teatralnego:
„Panowie! jestem wdową, mam lat dwadzieścia sześć i mogę przedstawić świadectwa bardzo pochlebne, polecające mą konduitę i zdolności. Lecz zanim przyjmę te obowiązki przy waszych aktorkach, zastrzegam sobie, aby mi do pomocy dodano, kilku silnych i barczystych majtków, którzyby pomagali sznurować te damy. Jeśli ten warunek będzie przyjęty, możecie liczyć na waszą najniższą sługę.
A. B.
P. S. Czy nie możnaby obiecanego piwa wódką zastąpić?“
— Ha! ha! ha! brawo! krzyczał Altamont, wyborni są, nieporównani ci towarzysze kapitana Parry!
— Jak wszyscy, którzy osiągnąć zdołali cel zamierzony, zauważył Hatteras.
Po zrobieniu tej uwagi, kapitan zapadł w zwykłe milczenie; doktór nie chcąc podnosić poruszonego przezeń przedmiotu, coprędzej wrócił do dalszego czytania.
— Teraz, mówił on, następuje opis niektórych utrapień i przykrości podbiegunowych. Możnaby je urozmaicać do nieskończoności, ale niektóre z tych uwag są bardzo trafne. Posłuchajcie:
„Wyjść rano na spacer i skąpać się w morzu w otworze przez kucharza urządzonym.
„Pojechać na polowanie, spotkać ogromnego renifera, zmierzyć się do niego, i niewystrzelić z powodu zamoknięcia podsypki.
„Wyjść w drogę, mając w kieszeni na zapas kawałek świeżego chleba, a gdy się poczuje apetyt, znaleźć chleb tak od mrozu stwardniały, że zęby na nim pokruszyć można, zamiast coby go one skruszyć miały.
„Zerwać się pośpiesznie od stołu na wiadomość że w blizkości przechodzi wilk, a za powrotem znaleźć obiad zjedzony przez kota.
„Wracać z przechadzki głęboko zamyślonym nad pożyteczną rzeczą, i znaleźć się nagle w uściskach ogromnego niedźwiedzia.“
— I my moglibyśmy także coś powiedzieć o nieprzyjemnościach pobytu pod biegunem, dodał doktór; kiedy się już czegoś ciężkiego doznało, to potem przyjemnie jest opowiadać o tem.
— Doprawdy, odezwał się Altamont, zabawne to było pisemko ta „Kronika zimowa“ i szkoda, że nie możemy jej prenumerować.
— A gdybyśmy sprobowali — założyć tu gazetę? rzekł Johnson.
— Pięciu nas jest, to zaledwieby z tego utworzyć można było radakcyę, a któż czytać będzie?
— Tak samo nie mielibyśmy widzów, gdybyśmy chcieli teatr urządzić.
— Ale, ale, rzekł znowu Johnson, powiedzno panie Clawbonny coś o tym teatrze kapitana Parry; czy grywano w nim jakie nowe sztuki?
— Bezwątpienia; najprzód odegrano wszystkie komedye, jakie się znajdowały w dwóch tomach zabranych z Anglii na pokład Hekli; przedstawienia odbywały się co dni piętnaście. Po wyczerpaniu tego repertuaru, autorowie improwizowani wzięli się do roboty, a nawet Parry sam napisał na święta Bożego Narodzenia komedyę okolicznościową pod tytułem: „Przejście Północno-Zachodnie, czyli Koniec Podróży,“ która miała wielkie powodzenie.
— Tytuł wspaniały, rzekł Altamont, ale przyznam się, że gdybymi przyszło pisać w tym przedmiocie, to doprawdy nie wiedziałbym jakie dać rozwiązanie.
— Masz pan słuszność, rzekł Bell, bo Bóg wie jeszcze jak się to skończyć może!
— Co tu myśleć, zawołał doktór, o końcu sztuki, kiedy pierwsze akty idą tak dobrze? Rozwiązanie pozostawmy Opatrzności, a sami odegrywajmy role nasze jak można najlepiej, a przytem ufajmy, że wielki nasz autor sztukę swą pomyślnie zakończyć potrafi.
— Więc idźmy śnić o tem, odezwał się Johnson, a ponieważ nadeszła godzina spoczynku, to chodźmy na spoczynek.
— Pilno ci coś dzisiaj mój stary przyjacielu, rzekł doktór.
— Cóż chcesz panie Clawbonny, tak mi dobrze na mojem posłaniu! a zresztą, lubię marzyć o ciepłych krajach; prawdę powiedziawszy, jednę połowę życia spędziłem pod równikiem, a drugą u bieguna.
— Winszuję ci panie Johnson, tak szczęśliwej organizacyi, rzekł Amerykanin.
— A więc panowie, nie męczmy dłużej naszego zacnego Johnsona, — czeka go słońce podzwrotnikowe. Idźmy spać.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.