Podróż do Bieguna Północnego/Część II/Rozdział XXII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż do Bieguna Północnego
Podtytuł Pustynia lodowa
Data wydania 1876
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyages et aventures du capitaine Hatteras
Podtytuł oryginalny Le desert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Indeks stron
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI.
Zbliżanie się do bieguna.

Czas upływał wśród takiej niepewności. Na tym ogromnym, poziomie oprócz nieba i morza, nic innego dostrzedz nie było można. Na powierzchni fal nigdzie nie zabłąkał się nawet listek lub trawki kawałek, zapędzony z lądu, podobnie do tego, na którego widok zadrżało serce Krzysztofa Kolumba, dążącego na odkrycie Ameryki.
Hatteras patrzył wciąż przed siebie.
Nareszcie około szóstej godziny wieczorem ujrzał jakąś mgłę kształtu niewyraźnego, unoszącą się nad poziomem morza, i wyglądającą jakby pióropusz z dymu. Niebo zupełnie było czyste, nie można więc było brać tej mgły za chmurę, tem więcej, że znikała ona chwilowo i znowu się ukazywała, jakby miotana powietrzem.
Hatteras pierwszy zwrócił uwagę na to zjawisko, i pochyciwszy za lunetę, obserwował je przez całą godzinę.
Nagle, spostrzegłszy widać jakąś już pewniejszą wskazówkę, wyciągnął ręce z radością i głosem drżącym od wzruszenia zawołał:
— Ziemia! ziemia!
Na te wyrazy wszyscy zerwali się ze swych miejsc, jakby poruszeni wstrząśnieniem prądu elektrycznego.
Jakiś rodzaj dymu wznosił się widocznie po nad morzem.
— Widzę! widzę! zawołał doktór.
— Tak jest! tak! powtórzył Johnson.
— Ależ to obłok, rzekł Amerykanin.
— Ziemia! ziemia! powtórzył Hatteras z niewzruszonem przekonaniem.
Wszyscy z największą uwagą rozpatrywać zjawisko poczęli.
Lecz jak się to często zdarza z przedmiotami niewyraźnemi z powodu zbytniego oddalenia, i im zdawało się, że znikł punkt obserwowany. Wkrótce jednak ukazał się na nowo, a doktorowi nawet zdawało się, że dostrzegł błysk jakiś w odległości dwudziestu może, lub dwudziestu pięciu mil na północ.
— To wulkan! krzyknął.
— Wulkan? powtórzył Altamont.
— Ani wątpić, odparł doktór.
— Pod tą szerokością geograficzną! zauważył Altamont.
— A dla czegóżby nie? odrzekł doktór; a Islandya nie jestże ziemią wulkaniczną, a nawet powiedzieć można, składającą się z samych wulkanów?
— Tak, Islandya! to co innego, odpowiedział Amerykanin, ale nie tak blizko bieguna!
— I nasz znakomity rodak kommodor Jakób Ross także potwierdza, że na lądzie Australii istnieją Erebus i Terror dwie góry ogień wybuchające i ciągle czynne, a to pod setnym siedmdziesiątym stopniem długości i siedmdziesiątym ósmym stopniem szerokości. Dla czegóżby zatem wulkany nie mogły się znajdować pod biegunem północnym?
— W rzeczy samej, być to może, odpowiedział Amerykanin.
— Ah! zawołał doktór, tak jest, widzę bardzo wyraźnie..... to wulkan!
— Spieszmy więc do niego, wołał Hatteras.
Tymczasem wiatr silny zaczął rzucać szalupę na wszystkie strony i pomimo najzręczniejszych manewrów Johnsona, oddalił ją od punktu obserwowanego, tak że zupełnie znikł z oczu.
Pomimo to, wątpić już nie było można o blizkości brzegów. Cel podróży dojrzany został, choć niedosięgnięty jeszcze. W przeciągu najwięcej dwudziestu czterech godzin, staną na tej ziemi nieznanej. Opatrzność dozwoliwszy im zbliżyć się do niej, nie zechce im stawiać przeszkód do wylądowania na nią.
Nikt jednak z towarzystwa, wśród obecnych okoliczności, nie okazał po sobie uszczęśliwienia, jakiemby każdego napełniać było powinno to wielkie odkrycie. Każdy zamknął się w samym sobie i rozmyślał o tej nieznanej ziemi podbiegunowej. Zwierzęta zdawały się uciekać od niej: wieczorną porą, ptaki zamiast szukać na niej przytułku, z szybkością nadzwyczajną ulatywały na południe. Byłże więc ten ląd tak pustym i niegościnnym, że mewa i kuropatwa schronienia na nim znaleźć nie mogły? W przezroczystej wodzie widzieć także było można, jak ogromne wieloryby uchodziły na pełne morze. Zkądże pochodziło to uczucie wstrętu, jeśli nie z obawy, jakiej doznają wszystkie istoty żyjące, które zwiedzają tę część kuli ziemskiej?
I podróżni nasi ulegli ogólnemu wrażeniu; każdy myślał o położeniu obecnem i nieznacznie uczuwał sen ciążący na swych powiekach.
Na Hatterasa straż przypadała; siadł on przy sterze, a doktór, Altamont, Bell i Johnson położywszy się tymczasem na ławkach, usnęli jeden po drugim i wkrótce pogrążyli się w świat marzeń.
Hatteras usiłował czuwać, nie chcąc stracić ani jednej chwili; lecz powolny ruch szalupy ukołysał go pomału nieprzepartą sennością.
Statek tymczasem posuwał się bardzo wolno; wiatr nie wydymał jego obwisłych żagli. W dali na zachodzie widzieć było można kilka nieruchomych brył lodu odbijających na sobie promienie słoneczne i wyglądających jakby rozpalone do białości blachy rozwieszone nad wodami oceanu.
Hatteras począł śnić; wypadki życia całego przebiegał myślą z ową szybkością nadzwyczajną, snom tylko właściwą, której żaden mędrzec obliczyć nie zdoła. Cofnął się w dni ubiegłe: przypomniał swe zimowisko w zatoce Wiktoryj. Szaniec Boskiej Opatrzności, Domek doktora, i znalezienie Amerykanina pod lodami.
Następnie dalej jeszcze myślą zasięgnął w swą przeszłość: marzył o swym okręcie, spalonym Forwardzie, o swych towarzyszach, o nikczemnikach którzy go opuścili. Co się też z nimi stało, z Shandonem, Wallem i gburowatym Pennem? Gdzie się teraz obracają? Czy zdołali po lodach przedostać się na morze Baffińskie?
Potem, rozbudzona wyobraźnia przerzuciła się na odjazd z Anglii, na podróże poprzedzające, na chybione wysilenia i przecierpiane nieszczęścia. Wtedy zapomniał o położeniu obecnem, o swych zamiarach już ziszczonych prawie, z radości przeszedł nagle do trosk i udręczeń.
Stan taki trwał całe dwie godziny; nagle myśl jego na nowy tor się zwróciła, wiodąc go do bieguna, owego już lądu angielskiego, na którym już powiewała flaga Wielkiej Brytanii.
Podczas snu kapitaną, ogromna chmura oliwkowego koloru zaległa widnokrąg i zaciemniła powierzchnię nad całą przestrzenią oceanu.
Trudno sobie wyobrazić, z jaką piorunującą szybkością zrywają się huragany na morzach podbiegunowych. Pary powstałe w okolicach podrównikowych, gęstnieją ponad rozległemi lodowiskami północy i z niepowstrzymaną gwałtownością sprowadzają ogromne masy mającego je zastąpić powietrza. To nam tłomaczy ową niezwykłą siłę burz północnych.
Pierwsze mocniejsze uderzenie wiatru, odrazu postawiło na nogi kapitana i jego towarzyszy.
Morze było bardzo niespokojne i ciskało fale bardzo wysokie, o wązkiej podstawie; szalupa gwałtownie kołysana, raz zanurzała się w przepaść głęboką, to znowu chwiała się na powierzchni ostro wyskakującego bałwana, pochylając się prawie pod kątem prostym.
Hatteras silną dłonią uchwycił rudel, a Bell i Johnson tymczasem wciąż wylewali wodę z szalupy.
— Na tę burzę pewnośmy nie liczyli, rzekł Altamont trzymając się swej ławki.
— Tutaj wszystkiego spodziewać się trzeba, odpowiedział doktór.
Rozmowie tej towarzyszył świst gwałtownego wiatru i szum bałwanów, wichrem na tumany wilgotne rozbijanych; prawie niepodobieństwem było słyszeć się wzajemnie. Trudno też było kierować się ku północy, bo i mgła gęsta nic widzieć nie dozwalała, i wszelkie pojmowanie położenia niemożliwe było. Ta niespodziewana burza, przypadająca właśnie w samej chwili zbliżania się do celu podróży, była jakby surową przestrogą, którą naprężone już i tak umysły wzięły za zakaz posuwania się dalej. Czyżby natura sama chciała wzbronić przystępu do bieguna? Czy do tego punktu kuli ziemskiej nie dopuszczały otaczające go zewsząd burze i huragany?
Jednakże, patrząc na pełne energii twarze tych ludzi, łatwo było odgadnąć, że nie ustąpią ani przed wichrem, ani przed falą, że dojdą aż do wytkniętego sobie celu.
Walczyli oni tak przez dzień cały, stawiając czoło niechybnej śmierci na każdym kroku; nie posuwali się ku północy, ale też i nie cofali się w innym kierunku. Przemokli od deszczu, a podskakujące w szalupie paki, tłukły im ciało. Powietrze napełniał głuchy świst wiatrów i przerażające krzyki spłoszonego ptastwa.
Około szóstej godziny wieczorem, nagle wszystko ucichło; wiatr ustał jakby za wpływem cudu, morze stało się odrazu gładkiem i spokojnem, jakby go burza nigdy nie tłukła. Huragan zdawał się chcieć uszanować tę część oceanu podbiegunowego.
Było to zjawisko nadzwyczajne, niepojęte, jakie już raz widział kapitan Sabine w swoich podróżach na morza Grenlandzkie.
Mgła jakkolwiek nie opadła, stała się jednak bardzo przezroczystą.
Szalupa żeglowała w pasie światła elektrycznego; ogromny ogień Ś-go Elma błyszczał, ale nie ogrzewał. Maszty, żagle i wszystkie części statku czarno rysowały się na fosforycznem tle nieba, z niezrównaną czystością. Twarze żeglarzy tonęły w kąpieli światła przejrzystego, a postacie ich barwiły się płonącym blaskiem. Nagła cisza na tej części oceanu pochodziła zapewne z podnoszenia się kolumn powietrza, podczas gdy burza z rodzaju trąby wrzała gwałtownie nad spokojną przestrzenią.
Ognista atmosfera nasunęła Hatterasowi pewną myśl.
— To wulkan! zawołał.
— Czy to być może? zapytał ciekawie Bell.
— Nie! nie! odpowiedział doktór, gdyby płomienie wulkanu aż do nas dochodziły, to udusilibyśmy się niezawodnie.
— Może wśród mgły widzimy tylko odbicie tych płomieni, rzekł Altamont.
— Także nie, bo należałoby przypuszać, że jesteśmy bardzo blizko lądu, a w takim razie słyszelibyśmy trzask towarzyszący wybuchowi.
— Więc cóż to jest?... zapytał kapitan.
— Zjawisko kosmiczne, odpowiedział doktór, zjawisko mało jeszcze dotąd zbadane. Jeśli posuniemy się dalej, to wydostaniemy się wkrótce z tego świetlanego okręgu i znów spotkamy ciemność i burzę.
— Cokolwiek bądź nas czeka, idźmy naprzód, zawołał Hatteras.
— Naprzód! powtórzyli jego towarzysze, nie myślący bynajmniej o odpoczynku w tym spokojnym obwodzie.
Żagle ognistemi fałdami wisiały wzdłuż iskrzących się masztów; wiosła zatapiające się w gorejące fale rozpryskiwały krople wody błyszczącej jak iskry.
Hatteras z busolą w ręku puścił się w dalszą na północ drogę. Pomału mgła traciła najprzód swą jasność, następnie przezroczystość; o kilka sążni wył wicher gwałtowny i wkrótce szalupa w pas burzy wpłynęła.
Na szczęście huragan zwrócił się na południe; statek przeto mając wiatr z tyłu, z szybkością niepomiarkowaną dążył do bieguna, bez względu na to, że lada chwila mógł się rozbić o skałę ukrytą, lub niedostrzeżoną wśród mgły górę lodową.
Jednakże ludzie płynący na nim nie zastanawiali się, nie zważali na nic, jakby trawieni gorączką szukania niebezpieczeństw; paliło ich pragnienie poznania miejsc dotąd nieznanych nikomu. Biegli tak nie ślepi, lecz zaślepieni, a szybkość biegu jeszcze nie odpowiadała ich niecierpliwości. Hatteras mocno trzymał rudel zawsze w niezmiennym kierunku, wśród pieniącej się fali wichrem biczowanej.
Bliskość brzegów coraz bardziej czuć się dawała; powietrze dziwnemi jakiemiś dyszało objawami. Nagle mgła rozpadła się, jakby zasłona wiatrem na wpół rozdarta, i przez chwilę, krótką jak ukazanie się błyskawicy, na horyzoncie widzieć było można słup płomienia wzbijający się ku niebu.
— Wulkan! wulkan!
Jeden głos wyrwał się z piersi wszystkich obecnych, lecz fantastyczne widmo znikło. Nagle zmieniający się wiatr południowo-wschodni porwał szalupę i odwrócił jej kierunek, jakby chcąc zmusić ją do uciekania od tego lądu nieprzystępnego.
— Przeklęty wiatr! krzyknął Hatteras; już tylko o trzy mile najwięcej byliśmy od brzegu!
Nie mogąc się oprzeć gwałtowności burzy, Hatteras płynął ukośnie do kierunku wiatru. Szalupa przechyliła się raz tak bardzo, że mogła zostać od razu zatopioną; powstała jednak dzięki umiejętnemu kierowaniu steru, jak rumak gdy się potknie i powstaje od razu znaglony ostrogą jedźca, zręcznie uzdą władającego.
Hatteras stojący z rozwianym włosem przy sterze, zdawał się być duszą tej wątłej barki, jednę z nią stanowić całość, jak koń z człowiekiem w czasach centaurów.
Nagle okropny widok uderzył jego oczy: nie dalej jak w odległości dziesięciu sążni, na wzburzonych bałwanach morskich kołysała się ogromna bryła lodu, grożąc co chwila zgnieceniem szalupy, gdyby się na nią zwaliła. Obok tego niebezpieczeństwa, groziło inne jeszcze nie mniej wielkie, bo na tej bryle wedle woli fal płynącej, stała gromada białych niedźwiedzi zbitych w kupę i odurzonych przestrachem.
— Niedźwiedzie! niedźwiedzie! wołał Bell przytłumionym z przerażenia głosem.
Płynąca bryła lodu wykonywała zwroty przerażające; niekiedy tak się pochylała, że zwierzęta staczały się jedne na drugie i wtedy wydawały odgłosy walczące siłą z łoskotem burzy. Okropnym był koncert tej menażeryi pływającej!
Niech by się wywrócił ten prom lodowy, a pewnie niedźwiedzie rzuciłyby się ku szalupie żeby się na nią dostać.
Przez kwadrans może, który się jednak wiekiem zdawał, szalupa płynęła równo z bryłą lodu, raz oddalona od niej na jakie dwadzieścia sążni, to znowu tak blisko, że prawie się o nią ocierała. Psy Grenlandzkie drżały z przestrachu; Duk stał nieporuszony.
Hatteras i towarzysze jego milczeli jak niemi; nikt nie pomyślał o odsunięciu się od tak niebezpiecznego sąsiedztwa, wszystkim głównie szło o niezboczenie z drogi.
Umysły ich opanowało dziwne jakieś uczucie zadziwienia raczej, aniżeli przestrachu; przerażający ów widok uzupełniała niejako walka żywiołów.
Nareszcie góra lodowa oddalać się powoli zaczęła odpychana wiatrem, któremu opierała się ożaglowana szalupa; zniknęła wreszcie pośród mgły, z której niekiedy tylko do żeglarzy dochodziły jeszcze ryki jej potwornej osady.
W tej chwili właśnie burza z podwójną zaczęła silić się gwałtownością, w atmosferze powstała ulewa niezmierna. Szalupa rzucana po falach, zaczęła się kręcić zawrotnym wirem; oderwał się od niej wielki żagiel i jak ptak biały uleciał w przestrzeń. Wśród miotanych gwałtownie fal powstał otwór okrągły jakby nowy Maelstrom; pochwyceni w tę otchłań żeglarze, obiegali ją z taką nieobliczoną szybkością, że krawędzie statku zdawały się im nieruchome. Szalupa coraz głębiej w otwartą zapadała otchłań, nadnie której wytwarzała się ssąca potęga wciągająca w siebie statek i grożąca połknięciem go z ludźmi. Wszyscy pięciu stali nieruchomi, zbłąkanem patrząc okiem na to co się działo. Powstało w nich, nieokreślone poczucie przepaści.
Lecz nagle szalupa stanęła, prawie pionowy jej przód wydostał się po za linię niebezpiecznego wiru, którego gwałtowność wyrzuciła ją na pełne morze z siłą kuli wypuszczonej z działa.
Altamont, doktór, Bell i Johnson upadli na swe ławki.
Gdy w chwilę potem powstali przyszedłszy do siebie, nie było Hatterasa.
Chronometr wskazywał drugą godzinę z rana.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.