Rękopis znaleziony w Saragossie/Dzień pięćdziesiąty

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Potocki
Tytuł Rękopis znaleziony w Saragossie
Redaktor Jan Nepomucen Bobrowicz
Wydawca Księgarnia Zagraniczna (Librairie étrangère)
Data wyd. 1847
Druk F. A. Brockhaus
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Edmund Chojecki
Tytuł orygin. Manuscrit trouvé à Saragosse
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom V
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Rękopis znaleziony w Saragossie, dzień 50. Nagranie LibriVox w wykonaniu Niny Brown.
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
DZIEŃ PIĘĆDZIESIĄTY.

Nazajutrz naczelnik widząc wszystkich zebranych, tak zaczął mówić:

DALSZY CIĄG HISTORYI DIEGA HERWASA OPOWIADANY PRZEZ SYNA JEGO, POTĘPIONEGO PIELGRZYMA.

— Herwas pozbawiony przez szczurów swojej sławy, opuszczony przez lekarzów, znalazł przecie opiekę w doglądającej go w jego chorobie kobiecie. Ta nieszczędziła mu starań i niebawem szczęśliwa kryzys ocaliła mu życie. Była to trzydziestoletnia dziewczyna, nazwiskiem Maryka, która z litości przyszła się nim opiekować, wynagradzając mu uprzejmość z jaką czasami wieczorem rozmawiał z jej ojcem szewcem z sąsiedztwa. Herwas, przyszedłszy do zdrowia, uczuł całą wdzięczność jaką był jej winien. «Maryko — rzekł do niej — ocaliłaś mi życie i osładzasz teraz mój powrót do zdrowia. Powiedz, co mogę dla ciebie uczynić?» — «Mógłbyś pan uczynić mnie szczęśliwą — odpowiedziała — ale nie śmiem powiedzieć jakim sposobem.» — «Mów — przerwał Herwas — i bądź pewną że uczynię wszystko co będzie w mojej możności.» — «A gdybym — rzekła Maryka — prosiła abyś się ze mną ożenił.» — «Z największą chęcią, z całego serca — odrzekł Herwas — będziesz mnie żywiła gdy będę zdrów, będziesz mnie pielęgnowała podczas choroby i obronisz mnie od szczurów w razie gdybym na jaki czas wyjechał z domu. Tak jest Maryko, ożenię się z tobą, kiedy tylko sama zechcesz i im prędzej to się stanie, tem lepiej.»
Herwas nie odzyskawszy jeszcze zupełnie sił, otworzył skrzynię zawierającą szczątki jego encyklopedyi. Chciał pozbierać szpargały i wpadł w recydywę, która go mocno osłabiła. Gdy wreszcie wrócił do zdrowia, natychmiast poszedł do ministra skarbu, przedstawił że pracował przez piętnaście lat i wykształcił uczniów którzy byli w stanie go zastąpić, że nadwerężył sobie zdrowie i poprosił o uwolnienie go od służby i udzielenie mu dożywotniego wsparcia wyrównywającego połowie jego płacy. W Hiszpanji ten rodzaj łaski nie jest trudnym do otrzymania, Herwas otrzymał czego żądał i ożenił się z Maryką.
Wtedy nasz uczony, zmienił sposób życia, najął mieszkanie w oddalonej części miasta i postanowił nie ruszyć się z domu, dopóki napowrót nie uzupełnił swoich stu tomów. Szczury pogryzły wszystek papier przyklejony do grzbietu książki i pozostawiały tylko połowy kartek, które były podarte. Wszelako Herwas obdarzony niesłychaną pamięcią, potrafił powoli dojść ładu. Tak zajął się powtórnem wykończeniem swego dzieła. W tym samym czasie wydał drugie cale odmiennego rodzaju. Maryka wydała mnie na świat, mnie potępionego pielgrzyma. Ach, niestety, dzień mego urodzenia był uroczystym w krainach piekielnych, wieczne płomienie tego straszliwego pobytu rozgorzały nowym blaskiem i szatany podwoiły męczarnie potępionych, aby tem więcej cieszyć się ich wyciem. —
Pielgrzym domawiając tych słów zdawał się być pogrążonym w głębokiej rozpaczy, zalał się łzami i zwracając się do Cornandeza rzekł: «Nie mam dość siły do dalszego dzisiaj opowiadania. Przyjdź tu jutro o tej samej godzinie i nie waż się uchybić, idzie tu o twoje zbawienie lub zatratę.»
Cornandez wrócił do domu, z duszą przepełnioną nowym przestrachem; w nocy, nieboszczyk Penna Flor znowu go obudził i liczył mu nad uchem dublony, od pierwszego aż do setnego. Nazajutrz, udał się do ogrodu OO. Celestynów i zastał tam już pielgrzyma, który tak dalej mówił:
— Po przyjściu mojem na świat, matka moja wkrótce umarła. Herwas znał tylko przyjaźń i miłość z określenia tych dwóch uczuć jakie umieścił był w 77 tomie swego dzieła. Strata jego małżonki dowiodła mu, że także był stworzonym do przyjaźni i miłości. W istocie, tym razem w głębszy wpadł smutek aniżeli gdy szczury pożarły mu jego stutomowe dzieło. Mały domek Herwasa, trząsł się od krzyków jakiemi go napełniałem. Niepodobna było dłużej mnie w nim zostawić. Dziad mój szewc, przyjął mnie do siebie uszczęśliwiony, że miał w swoim domu wnuka, który był synem contadora i szlachcica.
Dziad mój, uczciwy rzemieślnik, używał przyzwoitego bytu. Posyłał mnie do szkół, gdy zaś doszedłem szesnastu łat, sprawił mi wykwitny ubiór i pozwolił w szczęśliwem próżniactwie, przechadzać się po ulicach Madrytu. Znajdował że był dość wynadgrodzonym za swoje trudy, gdy mógł powiedzieć My nieto el hijo del contador, mój wnuk, syn contadora. Ale pozwól żebym wrócił do mego ojca i zbyt znajomego smutnego jego losu. Oby mógł on posłużyć i za przykład i za naukę dla bezbożników.
Diego Herwas, przez ośm lat naprawiał szkodę zrządzoną mu przez szczury. Dzieło było już prawie ukończonem, gdy dzienniki zagraniczne które wpadły mu w ręce, doniosły mu, że mimo wiedzy jego, nauki od tego czasu znacznie były postąpiły. Herwas, westchnął nad tem powiększeniem jego pracy, wszelako nie chciał aby dzieło jego niebyło zupełnem, dodał więc do każdej nauki nowo poczynione odkrycia. Praca ta, zajęła mu cztery lata. Tak więc dwanaście lat przepędził, nie wychodząc prawie z domu i wiecznie ślęcząc nad swojem dziełem.
Takowy tryb życia zniszczył jego zdrowie. Dostał boleści w piersiach, paraliżu w krzyżach, kamienia i podagry. Natomiast stutomowa encyklopedya była skończoną. Herwas zaprosił do siebie księgarza Moreno, syna tego samego, który niegdyś wystawił na sprzedaż jego nieszczęśliwą analizę i rzeki mu: «Mości Moreno, oto widzisz przed sobą sto tomów które zawierają w sobie cały obszar wiadomości. Encyklopedya ta przyniesie zaszczyt twemu zakładowi, a nawet mogę powiedzieć, całej Hiszpanji. Nie żądam żadnej zapłaty za rękopis, racz tylko najłaskawiej wydrukować go, ażeby pamiętna moja praca nie była całkiem straconą.»
Moreno przejrzał wszystkie tomy, bacznie im się po kolei przypatrzył i rzekł: «Chętnie podejmuję się dzieła ale musisz Don Diego skrócić je do 25u tomów.»
«Zostaw mnie — odparł Herwas z najwyższem oburzeniem — zostaw mnie, wracaj do twego sklepu i drukuj ramoty romantyczne lub głopio uczone, które wstydem okrywają Hiszpanią. Zostaw mnie pan z mojem dziełem i moim gienijuszem, na którym gdyby się ludzkość była umiała poznać, byłaby mnie otoczyła czcią i poszanowaniem. Ale teraz nic już nie wymagam od ludzi, a tem mniej od księgarzy. Zostaw mnie pan.» Moreno odszedł, Herwas zaś wpadł w niepohamowaną rozpacz. Ciągle miał przed oczyma swoje sto tomów, dzieci jego gienijuszu, poczęte z rozkoszą, wydane z bolem, które opromieniły mu przyszłość nadzieją a teraz tonęły w falach zapomnienia. Widział że zmarnował całe życie i zniszczył byt swój w teraźniejszości i przyszłości. Wtedy to umysł jego wyćwiczony w przenikaniu tajemnic przyrody, na nieszczęście zwrócił się do zgłębiania przepaści nieszczęść ludzkich, i im bardziej przemierzał tę głębię, tem widoczniej, wszędzie złe tylko odkrywał, nareszcie prócz złego nic więcej nie widział i zawołał w duchu: «Stwórco złego, powiedz mi kim jesteś?» Herwas sam przeląkł się tej myśli i chciał wyśledzić, czyli istnienie złego pociągało za sobą konieczność stworzenia. Następnie daleko obszerniej jął zastanawiać się nad tą zagadką. Obrócił się do przyrody i przypisał materyi energiją, która zdawała mu się wszystko tłumaczyć, bez żadnej przyczyny stworzenia.
Co się tyczy człowieka i zwierząt, przyznawał początek ich bytu rodzącemu kwasowi, który fermentował w materyi, nadawał jej stałe kształty, tak samo prawie jak kwasy krysztalizujące zasady alkaliczne i ziemne w mniej więcej podobne do siebie polygony. Uważał materye lepkie, wydawane przez wilgotne drzewo, jako ogniwo łączące krystallizacyą fossyljów z utworzeniem roślin i zwierząt, a które wykazywało jeżeli nie tożsamość, to przynajmniej nader ścisłe stosunki.
Herwas, pełen nauki, z łatwością roztoczył fałszywy swój system sofistycznych dowodów, zdolny do obłąkania mniej dzielnych umysłów. Tak naprzykład znajdował że mół, należąc do dwóch rodzajów, mógł być przyrównanym do soli pomieszanych zasad, których krystalizacya jest mętną i niewyraźną. Fermentacya cząstek ziemi z niektóremi kwasami, zdawała mu się przybliżyć do fermentacyi lepkiej, roślinnej. Te zaś uważał jako początek życia, które dla braku przyjaznych okoliczności, nie mogło dostatecznie się rozwinąć.
Herwas, zauważył że kryształy w tworzeniu ich, zgromadzają się w najświetlejszej części naczynia i z trudnością ścinały się w braku światła. Ponieważ zaś światło równie jest przyjaznem roślinności, poczytał więc płyn światła za jeden z żywiołów, z których składa się kwas uniwersalny ożywiający przyrodę. Z drugiej strony, widział że światło po pewnym przeciągu czasu, czerwieniło papier błękitny i to był jeszcze jeden powód, dla jakiego rzeczony kwas w niem odkrywał.
Herwas wiedział że w wysokiej szerokości geograficznej, około biegunów, krew w braku dostatecznego ciepła była wystawioną na zalkalizowanie się i że dla zaradzenia temu stanowi, należało używać kwasów. Z tego wniósł, że kwas mógł pod pewnym względem zastąpić cieplik, że zatem ten ostatni musiał być rodzajem kwasu, lub przynajmniej jednym z żywiołów kwasu uniwersalnego.
Herwas wiedział że grzmoty kwasiły i wprowadzały fermentacyę do wina. Czytał był w Sanchoniatonie: że na początku świata, gwałtowne grzmoty rozbudziły stworzenia powołane do życia, i nieszczęśliwy nasz uczony nie lękał się oprzeć na tej pogańskiej kosmogonji, dla dowiedzenia jedynie, że materya piorunu mogła była wprawić w działanie kwas rodzący, nieskończenie rozmaity ale stały w przeradzaniu się w tychże samych kształtach.
Herwas starając się przeniknąć tajemnicę stworzenia, powinien był odnieść całą sławę do stwórcy i oby był tak uczynił; ale jego anioł stróż go opuścił i umysł jego obłąkany pychą wiedzy, rzucił go bezbronnego obłędom wyniosłych duchów, których upadek pociąga za sobą zgubę świata. Niestety! podczas gdy Herwas wznosił swoje grzeszne myśli nad sfery pojęcia ludzkiego, blizka zatrata zagrażała jego śmiertelnej powłoce. Na domiar cierpień, niewypowiedziane boleści zaczęły rozdzierać mu płuca; paraliż odjął mu władzę w lewej ręce i przechodził już do prawej. Jednem słowem, czarna hypokondrya niszczyła siły jego duszy i ciała zarazem. Lękał się świadków moralnego swego poniżenia, odepchnął moje starania i nie chciał wcale mnie widzieć. Stary jakiś inwalid, zużywał resztki sił na krzątanie się koło niego. Wreszcie i ten rozniemógł się i mój ojciec musiał zgodzić się na moją obecność, ale wkrótce dziad mój także zapadł na zgniłą gorączkę. Chorował tylko przez pięć dni i czując się blizkim śmierci, zawołał mnie do siebie i rzekł: «Błażeju, mój drogi Błażeju, chcę cię jeszcze ostatni raz pobłogosławić. Urodziłeś się z ojca uczonego, któremu oby niebo było mniej udzieliło tej nauki. Szczęściem dla ciebie, dziad twój jest człowiekiem prostym w wierze i uczynkach, i wychował cię w tejże samej prostocie. Nie daj się obłąkać twemu ojcu; od kilku lat niedba wcale o religiję i zdań jego powstydziłby się nie jeden heretyk. Błażeju, nie ufaj mądrości ludzkiej, za kilka chwil ja będę mędrszym od wszystkich ziemskich filozofów — dziecie moje, błogosławię cię — umieram.» W istocie to mówiąc wyzionął ducha.
Oddałem mu ostatnią posługę i wróciłem do mego ojca, którego od czterech dni nie byłem widział. Śród tego, stary inwalid także był umarł, i bracia miłosierni zajęli się jego pogrzebem. Wiedziałem że mój ojciec był sam i chciałem poświęcić się jego usłudze, ale wchodząc do niego, nadzwyczajny widok uderzył mój wzrok i zatrzymałem się w przedpokoju, zdjęty niewypowiedzianem uczuciem zgrozy.
Mój ojciec pozrzucał był suknie i owionął się prześcieradłem nakształt całunu. Siedział na łóżku i wpatrywał się w zachodzące słońce. Po długiem wpatrywaniu się, podniósł głos i rzekł: «Gwiazdo, której gasnące promienie po raz ostatni obiły się o moje oczy, dla czegoż oświeciłaś dzień mojego urodzenia? czyliż chciałem przyjść na świat i po co nań przyszedłem? Ludzie wmawiali we mnie że miałem duszę i zająłem się kształceniem jej kosztem mego ciała. Pracowałem nad moim umysłem, ale szczury mnie pożarły, księgarze mną wzgardzili — nic ze mnie nie pozostanie — umieram cały, bez śladu, tak jak gdybym nie był się narodził. Nicości! pochłoń twoją ofiarę!» Herwas, jakiś czas utonął w posępnych dumaniach, następnie wziął kubek, który zdawał mi się napełnionym starem winem, wzniósł oczy ku niebu i rzekł: «Boże! jeżeli gdzie jesteś, zlituj się nad moją duszą, jeżeli mam jaką!» To mówiąc wychylił kubek; postawił go na stole, następnie położył rękę na serce jak gdyby doświadczał w niem nieznośnych boleści. Herwas przygotował był drugi stół, na którym poukładał był poduszki, położył się więc na nim, splótł ręce na krzyż i słowa więcej nie wymówił.
Dziwisz się że widząc te przygotowania do samobójstwa nie rzuciłem się na kubek, lub też że widząc mego ojca leżącego, nie zawołałem o pomoc. W tej chwili ja sam się temu dziwię; ale z drugiej strony pamiętam, że jakaś nadprzyrodzona siła przykuła mnie na miejscu, tak że nie miałem żadnego ruchu wolnego. Włosy tylko najeżyły mi się z przestrachu.
Bracia miłosierni, którzy pogrzebali byli naszego inwalida, znaleźli mnie w tej postawie pełnej zgrozy i zadziwienia, spostrzegli mego ojca leżącego na stole i owiniętego w prześcieradło i zapytali mnie, czyli już umarł? — Odpowiedziałem, że nic o tem nie wiedziałem. — Wtedy zapytali się kto go owinął prześcieradłem? Odpowiedziałem że sam to sobie uczynił. Przypatrzyli się ciału i w istocie znaleźli je bez życia. Ujrzeli stojący obok kubek z resztką płynu i zabrali go z sobą, dla przekonania się czyli nie było w nim śladów trucizny. Poczem wyszli wzruszając ramionami i zostawili mnie w nieopisanem pognębieniu. Następnie zeszli się ludzie z parafji, zadawali mi też same zapytania i wyszli mówiąc: «Umarł jak żył, pogrzeb jego nie do nas należy.»
Zostałem się sam na sam z nieboszczykiem. Straciłem był zupełnie odwagę a znią razem władzę czucia i myślenia. Rzuciłem się w krzesło na którem niedawno siedział jeszcze mój ojciec i wpadłem znowu w letarg w jakim mnie znaleźli ludzie z parafji.
Następnej nocy, niebo pokryło się chmurami, gwałtowna zawierucha zdawała się przelatywać obok mnie i pogrążyła mnie w większej niż przedtem ciemności. Śród tej ciemności, zdało mi się że poznaję jakieś fantastyczne kształty — następnie, że ciało mego ojca wydało długi przeciągły jęk, który dalekie echa roznosiły śród nocy po przestrzeni. Chciałem wstać, ale niepojęte uczucie przykuło mnie na miejscu — nie mogłem się ruszyć, lodowaty dreszcz przebiegł po moich członkach. Krew gorączkowo biła mi w żyłach, dziwaczne marzenia obłąkały moją duszę, sen zaś opanował zmysły.
Nagle zerwałem się i ujrzałem sześć wysokich świec woskowych, zapalonych na około ciała i jakiegoś człowieka siedzącego naprzeciw mnie, który zdawał się oczekiwać chwili mego przebudzenia. Wyraz twarzy był wspaniały i rozkazujący. Wzrostu był wyniosłego, włosy czarne nieco kędzierzawe spadały mu na czoło, wzrok miał bystry i przenikliwy ale zarazem łagodny i przyciągający, wreszcie nosił na sobie kryzę i płaszczyk szary, podobne do tych w jakie szlachta na wsiach się odziewa.
Nieznajomy spostrzegłszy że się obudziłem, uśmiechnął się do mnie wdzięcznie i rzekł: «Synu mój, tak cię nazywam, uważam cię bowiem jak gdybyś do mnie należał, Bóg i ludzie opuścili cię, ziemia wkrótce zamknie się nad tym mędrcem który dał ci życie, ale my cię nigdy nie opuścimy.»
«Mówisz pan — odrzekłem — że Bóg i ludzie mnie opuścili. Co się tyczy tych ostatnich masz słuszność, nie sądzę jednak aby Bóg kiedykolwiek mógł opuścić jedno ze swoich stworzeń.»
«Uwaga twoja pod pewnym względem nie jest bezzasadną — przerwał nieznajomy — później jaśniej ci ją wytłumaczę. Tymczasem ażebyś przekonał się jak dalece się tobą zajmujemy, przyjmij tę kiesę z tysiącem pistolów. Młody człowiek powinien mieć namiętności i środki do zaspokajania ich, nie oszczędzaj złota i licz zawsze na nas.»
Po tych słowach, nieznajomy klasnął w dłonie, sześciu ludzi zamaskowanych weszło i uniosło ciało Herwasa. Świece pogasły i ciemność znowu ogarnęła izbę. Nie pozostałem w niej dłużej, omackiem udałem się do drzwi, wyszedłem na ulicę i ujrzawszy niebo zasiane gwiazdami, dopiero wolniej odetchnąłem. Tysiąc pistolów które czułem w kieszeni, niemało przyczyniło się do dodania mi odwagi. Przebiegłem Madryt i przybyłem na koniec Prado, do miejsca gdzie później postawiono olbrzymi posąg Cybeli. Tam położyłem się na ławce i wkrótce twardym snem zasnąłem. —
Cygan domówiwszy tych słów, prosił nas o pozwolenie odłożenia dalszego opowiadania na dzień następny i w istocie już go więcej nie ujrzeliśmy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Jan Nepomucen Bobrowicz, Jan Potocki i tłumacza: Edmund Chojecki.