Rilla ze Złotego Brzegu/Rozdział X

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Rilla ze Złotego Brzegu
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Księgarnia Czesława Kozłowskiego
Data wyd. 1933
Druk Salezjańska Szkoła Rzemiosł
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Rilla of Ingleside
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

ROZDZIAŁ X.
ZMARTWIENIA RILLI.

Minął październik i nadeszły ponure dni listopada i grudnia. Świat trząsł się nowemi wyczynami walczących z sobą armij. Antwerpja padła, Turcja wypowiedziała wojnę, a maleńka bezradna Serbja wzięła się w kupę i wyruszyła raz jeszcze na wroga. W dalekiem, przytulonem do gór, Glen St. Mary, w odległości tysięcy mil od frontu, serca mieszkańców biły trwogą o życie tych, którzy na wojnę wyruszyli.
— Kilka miesięcy temu, — mówiła panna Oliver, — mówiliśmy tylko o sprawach Glen St. Mary. Teraz myślimy i mówimy o posunięciach wojsk i dyplomatycznych intrygach.
Największem zdarzeniem każdego dnia było że od pewnego czasu pojawienie się wózka pocztowego na małym mostku między stacją i wsią, było dla niej czemś podniecającem. Dopóki nie przeczytała gazet, lub nie dowiedziała się tego, co one zawierały, nie była w stanie pracować normalnie.
— Muszę brać cię do szydełkowania, dopóki gazety nie nadejdą, pani doktorowo. Szydełkowanie jest jeszcze jedyną pracą, którą się można zająć nawet wtedy, gdy serce mocno bije i coś ściska w gardle. Wówczas wszystkie myśli się zatracają. Gdy widzę wielkie nagłówki wiadomości i dowiem się wreszcie, co one zawierają, mogę spokojnie wrócić do swoich zajęć. Całe nieszczęście, że poczta przybywa właśnie w takiej porze, kiedy trzeba gotować obiad i sądzę, że rząd powinien to jakoś zmienić. Jestem w każdym razie pewna, że Kaiser nie będzie jadł kolacji wigilijnej w Londynie. Wie pani, pani doktorowo, — Zuzanna zniżyła głos, jakby udzielała jakichś poufnych informacyj, — słyszałam z wiarogodnego źródła, bo inaczej nie powtarzałabym tego, szczególnie, gdy to ma związek z proboszczem, że wielebny Mr. Arnold co tydzień wyjeżdża do Charlottetown, gdzie bierze tureckie kąpiele na swój reumatyzm. Uważam, że nieładnie z jego strony, bo przecież walczymy teraz z Turkami. Jeden z jego wikarych zawsze twierdził, że Mr. Arnold nie jest prawowitym księdzem i zaczynam teraz wierzyć w prawdziwość tych słów. Muszę dzisiaj koniecznie upiec ciasto i posłać Jimowi na święta. Ucieszy się nasz kochany chłopak, jeżeli do tej pory nie zatonie w błocie.
Jim przebywał w obozie Salisbury i pisał wesołe listy, mimo tego, że kompletnie grzązł w błocie. Władek przysyłał z Redmond listy do Rilli, lecz te pozbawione były wszelkich wesołości. Rilla otwierała je zawsze z drżeniem w obawie, czy brat nie donosi jej, iż zaciągnął się do wojska. Smutny jego nastrój i jej się udzielał. Jakżeby chciała otoczyć go ramieniem i przytulić do siebie, jak czyniła to niegdyś w Dolinie Tęczy. Nienawidziła tych wszystkich, na których spadała odpowiedzialność za przygnębienie Władka.
— Na pewno pójdzie, — szeptała bezradnie pewnego popołudnia, siedząc samotnie w Dolinie Tęczy i odczytując jeden z jego listów, — na pewno pójdzie, a ja chyba nie przeżyję tego.
Władek pisał, że ktoś anonimowo przysłał mu kopertę, w której znalazł białe piórko.
„Zasłużyłem na to, Rillo. Czuję, że powinienem nosić to piórko w klapie, demonstrując w całem Redmond swoje tchórzostwo. Wszyscy chłopcy w moim wieku poszli. Codziennie zapisuje się kilku. Prawdopodobnie kiedyś i ja się zdecyduję. Wyobrażam już sobie tę chwilę, kiedy z wyciągniętym bagnetem napadam na człowieka, na wroga, który jest prawdopodobnie czyimś mężem, czy synem, a może ojcem drobnych dzieci. Widzę siebie leżącego w błocie, spragnionego kropli wody, otoczonego rannymi i dochodzę do wniosku, że nie mogę się na to zdobyć. Nie mogę nawet myśleć o tem. Jakże będę mógł stanąć w obliczu rzeczywistości? Przychodzą na mnie takie chwile, kiedy wolałbym, żebym się wcale nie urodził. Życie wydawało mi się taką piękną rzeczą, a obecnie jest wstrętne. Rillo ma Rillo, gdyby nie twoje kochane, szczere, wesołe i beztroskie listy, na pewno utraciłbym resztę równowagi. A listy Uny! Una jest naprawdę kochaną dziewczyną, nieprawdaż? Posiada tyle prostoty i szczerości w swojem postępowaniu. Nie potrafi pisać tak wesoło, jak ty, lecz w listach jej jest coś takiego, coby mnie skłoniło nawet do pójścia na front. Nie myśl, że Una kiedykolwiek wspomina o tem, że czyni mi jakieś wymówki na ten temat, nie leży to w jej usposobieniu. Jednakże nie mogę się na ten krok zdecydować. Ty masz brata, a Una przyjaciela, który jest tchórzem“.
— Och, Jakbym chciała, żeby Władek nie pisał takich rzeczy, — westchnęła Rilla. — To mnie boli. On nie jest tchórzem, stanowczo nie jest!
Spojrzała w zamyśleniu dokoła, na małą zalesioną dolinkę i szarą ścieżkę poniżej. Jak to wszystko przypominało jej Władka! Pożółkłe liście trzymały się jeszcze na gałęziach drzew, które z obydwu stron okalały strumyk. Połyskiwały na nich niby perły, delikatne krople deszczu, który dopiero niedawno przestał padać. Władek w jednym ze swoich wierszy opisał ten widok. Wiatr wzdychał i zawodził wśród ogołoconych konarów tuż nad źródełkiem. Władek powiedział kiedyś, że kocha tę melancholię jesiennego wiatru podczas dni listopadowych. Trójka Kochanków trzymała się namiętnie w objęciach, a Biała Dama, obecnie ogołocona z liści, zdawała się wpatrywać w szare, zasnute chmurami niebo. Władek dawno nadał tym drzewom owe imiona, a w zeszłym roku w listopadzie, gdy spacerował wraz z Rillą i panną Oliver po Dolinie, spoglądając na odartą z liści Białą Damę, i srebrzystą tarczę księżyca zawisłą nad jej konarami, rzeki: „Biała brzoza jest niby piękna pogańska dziewoja, która nigdy nie poznała tajemnicy raju“. A panna Oliver na to: „Napisz o tem w którymś ze swoich wierszy, Władziu“. Władek usłuchał rady i nazajutrz odczytał im króciutki poemat, przesiąknięty liryzmem. Och, jacy szczęśliwi byli wówczas!
Tak, Rilla zerwała się na równe nogi, czas upływał. Jaś na pewno zbudzi się wkrótce, więc trzeba mu przygotować śniadanie. Poza tem dziś wieczorem miało się odbyć zebranie Młodego Czerwonego Krzyża, a jeszcze worek należało wykończyć. Będzie to najładniejszy worek w całym Czerwonym Krzyżu, ładniejszy nawet, niż ten który zrobiła Irena Howard. Trzeba iść do domu i zająć się pracą. Zajęta była ostatniemi dniami od rana do wieczora. To małe małpiątko, Jaś, zabierał mnóstwo czasu. Ale rósł, naprawdę rósł. Chwilami Rilla czuła, że nie była to tylko jej przesada lecz że naprawdę wyglądał z każdym dniem lepiej. Poprostu była dumna z niego i klepała go od czasu do czasu, lecz pocałować go nigdy nie miała ochoty.
— Niemcy dzisiaj zajęli Łódź, — rzekła panna Oiliver pewnego grudniowego wieczoru, gdy razem z panią Blythe i Zuzanną zajęta była szydełkowaniem w przytulnej jadalni. — Dzięki tej wojnie nabieram trochę pojęcia o geografji. Chociaż jestem nauczycielką, to jeszcze trzy miesiące temu, nie miałabym pojęcia, w jakiej części świata znajduje się takie miasto, jak Łódź. Gdybym nawet słyszała o niem, nie interesowałabym się tą sprawą. Obecnie wiem o Łodzi wszystko, jaki jest obszar tego miasta, położenie i znaczenie pod względem strategicznym. Wczorajsze wiadomości, że Niemcy zamierzają zaatakować Warszawę, sprawiły, że serce zabiło mi z przerażenia. Obudziłam się w nocy i wciąż myślałam o tem. Nie dziwię się teraz, że dzieci zawsze płaczą, gdy się budzą wśród nocy. Wszystko razem przytłoczyło z szaloną siłą mą duszę, a żadna chmurka na niebie nie miała wyglądu srebrzystego obłoczka.
— Ja tam, jak się budzę w nocy i nie mogę zasnąć, — zauważyła Zuzanna, która szydełkowała i czytała jednocześnie, — wymyślam rozmaite sposoby, jakiemi możnaby zamęczyć Kaisera na śmierć. Ostatniej nocy postanowiłam usmażyć go w gorącym oleju i sama myśl o tem sprawiała mi ogromną przyjemność; szczególnie, gdy przypomniałam sobie te biedne belgijskie niemowlęta.
— Gdyby Kaiser był tutaj i gdyby znosił takie cierpienia, na pewno Zuzanna pierwsza okładałaby go wapienną wodą, — zaśmiała się panna Oliver.
— Ja? — zawołała z oburzeniem Zuzanna. — Ja, panno Oliver? Samabym go wepchnęła do rozpalonego oleju i patrzałabym, jak puchnie. Na pewnobym to uczyniła, mogę pani zaręczyć. Nie mogłabym patrzeć na jego cierpienia, rzeczywiście! Mógłby umrzeć w bólach, zanimbym go wyratowała.
— Pismo Święte mówi, że powinniśmy kochać naszych wrogów, Zuzanno, — wtrącił doktór uroczyście.
— Tak, naszych wrogów, ale nie wrogów króla Jerzego, panie doktorze, — odparła Zuzanna rezolutnie. Była tak zadowolona z siebie, że nawet uśmiechała się, wycierając szklanki. Do tej chwili Zuzanna nie myślała nawet o umyciu szklanek, bo musiała przedtem odczytać komunikaty wojenne. — Czy może mi pani powiedzieć, panno Oliver, jak się wymawia Mława, Bzura i Przemyśl?
— Są to wyrazy, których nikt u nas wymówić prawidłowo nie potrafi, Zuzanno. Ja także tylko zgaduję.
— Mojem zdaniem te cudzoziemskie wyrazy stanowczo nie mają sensu, — orzekła Zuzanna z niechęcią.
— Mam wrażenie, że Austriacy, Rosjanie i Polacy twierdzą tak samo o nazwach angielskich, — uśmiechnęła się panna Oliver. — Ale Serbowie doskonale się spisali. Zaatakowali Belgrad.
— I wysłali Austrjaków na grzybki, — dorzuciła Zuzanna, zabierając się do studiowania mapy Wschodniej Europy. — Jeszcze niedawno kuzynka Zofja uważała, że Serbja nic nie zdoła zrobić. Powiedziałam jej wówczas, że należy tylko wierzyć w przeznaczenie. Podobno bitwy tamtejsze były okropne. Chociaż to są cudzoziemcy, ale przykro jest pomyśleć o tylu zabitych ludziach, pani doktorowo.
W tym samym czasie Rilla na górze dawała upust swym uczuciom, spisując swój pamiętnik.
„W ostatnim tygodniu wszystko jest jakieś „zatracone“, jak powiada Zuzanna. Częściowo jest to moja własna wina, a częściowo tak się składa, ale czuję się okropnie.
„Któregoś dnia pojechałam do miasta, aby kupić sobie nowy kapelusz na zimę. Po raz pierwszy nikt ze mną nie pojechał i musiałam wybierać sama, widocznie mama przestała mnie już uważać za dziecko. Wybrałam najdroższy kapelusz, ale był prześliczny. Zrobiony był z aksamitu w odcieniu zielonym i było mi w nim bardzo do twarzy. Zielony odcień harmonizuje z moją cerą i podkreśla jeszcze wyraz oczu. Tylko raz w życiu miałam kapelusz zielony, ale był o wiele brzydszy od tego. Gdy tylko zobaczyłam ten kapelusz, postanowiłam go kupić i oczywiście zdecydowałam się bardzo prędko. Cena była wysoka. Nie napiszę tu ile kosztował, bo nie chcę, żeby wszyscy wiedzieli, że w czasie wojny, kiedy należy oszczędzać, ja ni z tego ni z owego wydaję tyle pieniędzy.
„Gdy wróciłam do domu i przymierzyłam kapelusz w swoim pokoju, zaczęły mnie dręczyć wyrzuty sumienia. Oczywiście, kapelusz był piękny, ale nieco za elegancki i wyzywający, aby pójść w nim do kościoła, lub spacerować po Glen, jednem słowem nieodpowiedni. Jakoś całkiem inaczej wyglądał w sklepie, a inaczej w moim białym skromnym pokoiku. I ta okropnie wysoka cena! A tam biedni Belgowie umierają z głodu! Gdy mama zobaczyła kapelusz i dowiedziała się ile kosztuje, spojrzała tylko na mnie. Mama posiada specjalny sposób patrzenia. Ojciec twierdzi, że zajrzała mu do serca przed laty, jeszcze w szkole w Avonlea, a ja w to wierzę, chociaż nasłuchałam się opowiadań o tem, jak rzuciła mu w głowę tabliczką na samym początku ich znajomości. Urwis był z naszej mateczki, gdy była jeszcze dziewczynką, a nawet później często płatała figle, gdy Jim już był na świecie. Ale wracajmy do mojej głupoty, to znaczy do mego zielonego aksamitnego kapelusza.
— „Czy sądzisz, Rillo, — zapytała mama spokojnie, za spokojnie nawet, — że słusznie uczyniłaś płacąc tak drogo za kapelusz szczególnie teraz, gdy cały świat cierpi nędzę?
— „Kupiłam ten kapelusz z własnych oszczędności, mateczko, — wyjaśniłam.
— „To nie jest tłumaczenie. Oszczędności swoje mogłaś wydać na jakiś cel rozsądniejszy. Skoro płacisz za jedną rzecz tak dużo, to mimowoli musisz zaoszczędzić na innej i z pewnością ci to nie daje zadowolenia. Jeżeli jednak uważasz, że uczyniłaś słusznie, nie mam już nic więcej do powiedzenia. Pozostawiam to w zupełności twemu własnemu uznaniu.
„Wołałabym, żeby mama nie zostawiła tego memu uznaniu! Ale co było robić? Nie mogłam przecież zwrócić kapelusza, bo byłam w nim na koncercie w mieście, więc rada nierada musiałam go zatrzymać! Było mi jakoś nieswojo i wpadłam nagle w zły humor, w paskudny, zły nieprzyjemny humor.
— „Mateczko, — rzekłam z dumą, — bardzo mi przykro, że ci się mój kapelusz nie podoba...
— „Nie idzie tu o kapelusz, — odparła mama, — chociaż uważam, że nie pasuje on dla takiej młodej dziewczyny, jak ty, idzie mi tu głównie o cenę.
„Humor mój pogorszył się jeszcze bardziej i stałam się jeszcze bardziej zimna, obojętna i dumna, chociaż bardzo mnie dotknęły słowa matki.
— „Muszę go jednak zatrzymać. W każdym razie obiecuję ci, że przez trzy lata, albo przez cały ciąg trwania wojny, nie kupię innego kapelusza. Nawet ty, — wyraz „ty“ był nasiąknięty pełną goryczy ironją, — nie możesz powiedzieć, że wydałam za dużo, jeżeli ten kapelusz ma mi starczyć na trzy lata.
— „Jeszcze przed upływem trzech lat znudzi ci się z pewnością ten kapelusz, Rillo — rzekła mama z pełnym prowokacji uśmiechem, który oznaczał mniej więcej podejrzenie, że z pewnością za tydzień rzucę mój kapelusz do kąta.
— „Czy mi się znudzi, czy nie, to jednak będę go nosić, — odparłam, poczem pobiegłam na górę i wypłakałam się w moim pokoju ze złości na samą siebie, że z taką ironją zwracałam się do mamy.
„Już teraz nie mogę znieść tego kapelusza. Ale skoro powiedziałam, że musi mi służyć trzy lata, to słowa dotrzymam. Powinnam ponieść zasłużoną karę.
„Właśnie to jest jedna z tych „zatraconych“ rzeczy. Druga znowu to to, że pokłóciłam się z Ireną Howard, czyli ona się ze mną pokłóciła, a właściwie pokłóciłyśmy się obydwie.
„Młody Czerwony Krzyż miał się wczoraj zebrać na posiedzenie. Oznaczono godzinę wpół do trzeciej, lecz Irena przyszła o wpół do drugiej, bo musiała jechać do Górnego Glen. Irena ostatnio od chwili organizacji naszego Czerwonego Krzyża nie była ze mną w dobrej komitywie, bo prawdopodobnie liczyła na urząd prezeski. Myślałam jednak, że wszystko się wygładzi i nigdy nie zawadzałam o ten temat. Gdy zjawiła się wczoraj u mnie, była od pierwszej chwili miła i uprzejma, tak, że zaczęłam już wierzyć, iż zaprzyjaźnimy się na nowo.
„Lecz, gdy tylko usiadłyśmy, Irena zaczęła mi dokuczać. Widziałam, jak z niechęcią patrzała na mój nowy szydełkowy worek. Dziewczęta niejednokrotnie mi mówiły, że Irena jest zadrosna, a ja nigdy w to nie wierzyłam. Teraz widzę, że miały słuszność.
„Przedewszystkiem przyczepiła się do Jasia, twierdząc, że strasznie lubi dzieci, wyjęła go z kołyski i zaczęła całować po całej twarzy. Prawdopodobnie wiedziała, że nie lubię, gdy ktoś w ten sposób całuje Jasia. To stanowczo jest niehigjenicznie. Tak go długo męczyła, aż biedak zaczął płakać, wówczas roześmiała się głośno i zwróciła się do mnie z udaną słodyczą:
— „Rillo, kochanie, wyglądasz tak, jakbyś sądziła, że zatrułam pocałunkami dziecko.
— „O nie, Ireno, — odparłam z taką samą słodyczą, — ale Morgan twierdzi, że dziecko należy tylko całować w czoło, aby nie zarazić go zarodkami jakiejś choroby. Uważam, że to samo tyczy się Jasia.
— „Moja droga, czyż mam jakieś zarodki? — zawołała Irena z oburzeniem. Wiedziałam, że kpi ze mnie i że w gruncie rzeczy wszystko się w niej gotuje, ale nazewnątrz ani cienia złości. Zaczęłam się już nawet zastanawiać, czy nie posądzam fałszywie Ireny.
„Potem zaczęła podrzucać Jasia w górę. Morgan twierdzi, że najbardziej niewskazaną rzeczą jest podrzucanie dziecka. Nigdy nie pozwalam, aby Jasia w górę podrzucano. Lecz Irena podrzucała go i temu wstrętnemu bachorowi widocznie to się podobało. Uśmiechnął się po raz pierwszy. Skończył już cztery miesiące, a nigdy dotychczas jeszcze się nie uśmiechał. Nawet mama i Zuzanna nie mogły wywołać uśmiechu na jego twarzyczce. A teraz smarkacz śmieje się, bo go Irena Howard w górę podrzuca! I mówić o wdzięczności!
„Muszę przyznać, że wskutek uśmiechu zaszła w nim ogromna zmiana. Dwa maleńkie dołeczki na policzkach pogłębiły się, a ciemne oczka poczęły błyszczeć rozradowaniem. W każdym razie Irena nie wywołała tego w uczciwy sposób, pomyślałam. Udawałam, że jestem zajęta szyciem i nie zwracam zupełnie na nią uwagi, Irena zaś wkrótce zmęczyła się tem podrzucaniem i położyła Jasia zpowrotem do kołyski. Smarkacz niezadowolony był z tego, że zabawa się przerwała, począł płakać i był już rozkapryszony przez całe popołudnie, chociaż z chwilą, gdy Irena go ułożyła do kołyski, nic mu się przecież złego nie działo. Irena spojrzała na Jasia i zapytała:
— „Czy on tak często płacze? — jakby nigdy nie słyszała przedtem płaczącego dziecka.
„Wytłumaczyłam jej poważnie, że dzieci powinny płakać pewną oznaczoną ilość minut dziennie aby tem samem trenować swe płuca. Morgan też tak twierdzi.
— „Gdyby Jaś wcale nie płakał, pobudzałabym go do płaczu, — rzekłam.
— „Och, istotnie! — zawołała Irena, śmiejąc się, jakby słowom moim nie wierzyła. „Wychowanie dziecka“ Morgana znajdowało się na górze, więc w danej chwili nie mogłam jej przekonać. Potem zauważyła, że Jaś ma bardzo mało włosów i orzekła, że nigdy jeszcze nie widziała, aby czteromiesięczne dziecko było tak łyse.
„Wiem, że Jaś nie ma dużo włosów, lecz Irena powiedziała to takim tonem, jakbym ja była temu winna. Odrzekłam jej na to, że widziałam już dużo dzieci tak samo łysych, jak Jaś, a Irena zaraz, że nie chciała mnie obrazić, choć wiedziała, że wcale nie czuję się obrażona.
„Tak już było dalej przez następne pół godziny, że Irena ciągle mi czemś dokuczała. Dziewczęta miały słuszność mówiąc, że jest złośliwa, ale ja nigdy w to nie wierzyłam. Uważałam zawsze Irenę za dobrą i szlachetną dziewczynę i bolało mnie teraz to, że okazało się inaczej. Postanowiłam jednak nie brać sobie tego do serca i szyłam dalej nocną koszulę dla jakiegoś belgijskiego dziecka.
„Wówczas Irena powiedziała mi coś strasznie podłego i obraźliwego, co podobno ktoś miał powiedzieć o Władziu. Nie chcę tego teraz powtarzać — nie mogę. Oczywiście zaznaczyła, że zdenerwowała się, słysząc to, lecz lepiej byłoby, żeby się nie tłumaczyła przede mną. Wiem, że powtórzyła mi tę rzecz, aby mnie dotknąć.
Wówczas wybuchnęłam.
— „Jak śmiesz przychodzić tu i powtarzać takie rzeczy o moim bracie, Ireno Howard? — zawołałam. — Nigdy ci tego nie zapomnę, nigdy. Twój brat także się do wojska nie zaciągnął — nie ma nawet najmniejszego zamiaru.
— „Rillo, kochanie, przecież ja tego nie powiedziałam, — rzekła Irena. — To były słowa pani Grzegorzowej Burr. Powiedziałam jej nawet...
— „Nie chcę słyszeć, coś jej powiedziała. Bądź łaskawa więcej nie rozmawiać ze mną, Ireno Howard.
„Oczywiście, tego mogłam nie mówić, ale tak się jakoś samo wymknęło. Potem zjawiły się inne dziewczęta, a ja napozór spokojnie grałam rolę gospodyni. Irena przez całą resztę popołudnia siedziała z Olą Keith i wyszła, nawet nie spojrzawszy na mnie. Widocznie przyjęła poważnie moje słowa, ale ja się o to wcale nie martwię, bo nie mogę przecież uważać za przyjaciółkę takiej dziewczyny, która powtarza nieprzyjemne rzeczy o Władziu. Mimo to jednak czuję się ogromnie nieswojo po tem wszystkiem. Byłyśmy zawsze bardzo zaprzyjaźnione z sobą i do niedawna Irena okazywała mi wiele serdeczności. Odarto mnie jeszcze z jednej iluzji i czuję się tak, jakby na świecie nie istniała prawdziwa, szczera przyjaźń.
„Ojciec kazał Józefowi Meadowi wybudować małą budę dla Wtorka, tuż przy budzie stacyjnej. Myśleliśmy, że gdy nastaną chłody, Wtorek zdecyduje się wreszcie wrócić do domu. Ale żadna siła ludzka nie może skłonić Wtorka do oddalenia się na pięć minut od stacji. Siedzi tam i obserwuje każdy przybywający pociąg. Postanowiliśmy więc uczynić coś, alby mu było ciepło i wygodnie. Józef wybudował budę w ten sposób, że Wtorek może leżeć w niej i obserwować peron, co jest głównem jego zajęciem.
„Wtorek stał się sławną osobistością. Przybył reporter z „Przedsięwzięć“ z miasta, fotografował go i opisał całą historję jego wiernego czuwania. Historia ta została wydrukowana w „Przedsięwzięciach“ i przedrukowana przez wszystkie gazety kanadyjskie. Dla Wtorka jednak nie posiada to żadnego znaczenia. Jim wyjechał, Wtorek nie wie dokąd i dlaczego, lecz czekać będzie cierpliwie jego powrotu. Czasami to wyczekiwanie Wtorka sprawia mi dziwną przyjemność. Może to głupie z mojej strony, lecz mimowoli mam wrażenie, że Jim wróci jednak, bo inaczej Wtorek na niego nie czekałby.
„Za mojemi plecami Jaś kicha w kołysce. Prawdopodobnie przeziębił się. Irena była wczoraj przeziębiona i jestem pewna, że zaraziła katarem dziecko. Jaś nie jest już taki niezdarny, jak był. Kosteczki mu stwardniały i może siedzieć całkiem przyzwoicie. Lubi nawet kąpiel i pluszcze się w wodzie bez grymasów i dawnych przygód. Och, nigdy chyba nie zapomnę tych pierwszych dwóch miesięcy! naprawdę nie wiem, jak ja je przeżyłam. Jednakże żyję i Jaś żyje i obydwoje jakoś to wszystko „przeżyliśmy“. Połechtałam go dzisiaj wieczorem przy rozbieraniu, Morgan nie zabrania łechtania, ot tak, aby się przekonać, czy się uśmiechnie, jak wczoraj do Ireny. I uśmiechnął się, ukazując swoje śliczne dołeczki. Jaka szkoda, że matka jego nie może tego zobaczyć!“
„Dzisiaj skończyłam szóstą parę skarpetek. Przy pierwszych trzech parach Zuzanna mi pomagała, ale potem zawstydziłam się i nauczyłam się robić skarpetki sama. Nienawidzę tej roboty, lecz tylu rzeczy nienawidzę, które muszę spełniać od czwartego sierpnia, że jeszcze jedna znienawidzona robota może się nie liczyć. Myślę teraz o Jimie, który żartuje, pisząc o błotach w obozie Salisbury i dochodzę do wniosku, że w porównaniu z tem robienie skarpetek jest rzeczą całkiem przyjemną“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.