<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustave Flaubert
Tytuł Salammbo
Podtytuł Córa Hamilkara
Wydawca Wydawnictwo „Bibljoteki Groszowej“
Data wyd. 1926
Druk Polska Drukarnia
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Natalia Dygasińska
Tytuł orygin. Salammbô
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II
W Sikka.

Po dwu dniach jurgieltnicy opuścili Kartaginę. Rozdano im po sztuce złota z warunkiem, aby poszli obozować w Sikka, mówiąc z rodzajem pieszczoty:
— Wy jesteście zbawcami Kartaginy, ale możecie ją ogłodzić, dłużej tu pozostając, ona może zbankrutować. Lepiej się oddalcie, a Rzeczpospolita będzie umiała wynagrodzić to ustępstwo. Postaramy się podnieść kapitały, aby spłacić należny żołd i przygotować statki na odwiezienie was do krajów rodzinnych.
Bandy najemnicze nie zdołały się oprzeć takim namowom. Przywykłych do wojny nudził bezczynny pobyt w mieście. Przekonano ich więc bez trudności, a mieszkańcy spieszyli na wały, aby widzieć ich wyjście. Liczne te oddziały pomieszane razem i bez porządku szły ulicą Khamona i bramą Cirta. Konnica z piechotą, dowódcy z żołnierzami, Luzytanie z Grekami, w nieładzie opuszczali Kartaginę dumnym krokiem, dzwoniąc po bruku ciężkiemi koturnami; kity z piór Czaplich powiewały przy kaskach jak płomyki czerwone, zbroje ich obciążone katapultami do rzucania pocisków, twarze zczerniałe od spieków, chrapliwe głosy, wychodzące z pod zarosłej brody, koszule z żelaznych porozrywanych ogniw brzęczące o rękojeść mieczy, a nakoniec członki nagie, które wyglądały przez otwory zbroi, wszystko to czyniło ich podobnemi do groźnych wojennych machin.
Kindżały, siekiery, oszczepy, pilśniowe czapki i bronzowe laski poruszane wspólnym ruchem jednocześnie się posuwały.
Zapełnili tą wielką masą wojska całą ulicę pomiędzy sześcio-piętrowemi domami, umalowanemi ziemną smołą na szaro.
Tymczasem tarasy, fortyfikacje i mury okrył tłum Kartagińczyków ubranych czarno. Gdzieniegdzie tylko tuniki czerwone majtków wyglądały jak krwawe plamy wśród posępnej barwy ogółu. Dziatwa prawie naga, ze skórą błyszczącą, w miedzianych bransoletkach, spinała się swawoląc po kolumnach i gałęziach palmowych.
Na platform ach zaś wież ukazywał się niekiedy mąż jaki poważny i milczący z długą brodą, rysujący się na tle niebios, niewyraźny jak widmo i nieruchomy jak posąg z kamienia.
Wszyscy jednak byli przejęci jednym niepokojem: lękali się, aby barbarzyńcy widząc, że są tak silni, nie zapragnęli zostać się jeszcze. Ale ci oddalali się z takiem zaufaniem, że Kartagińczycy ośmieleni zaczęli się bratać z żołnierzami. Obsypywano ich zaklęciami i uściskami, zachęcano nawet do pozostania w mieście, ale to jedynie przez wybieg polityki i fałszywą hipokryzję.
Rzucano im pachnidła, kwiaty i sztuki srebra, ofiarowywano amulety przeciwko chorobom, ale pierwej skrycie napluto w nie potrójnie, co miało właśnie sprowadzać śmierć, lub zamieszczano wewnątrz włosy szakala dla uczynienia obdarowanych tchórzliwymi.
Dalej za oddziałami postępowała ciżba bagaży, bydlęta z jukami i maruderzy. Chorzy jęczeli na wielbłądach, inni, opierając się na drzewcu piki, szli kulejąc. Pijacy unosili z sobą skórzane łągwie z napojem. Łakomcy dźwigali ćwiartki mięsa, placki, owoce, masło w liściach figowych, lód w workach płóciennych. Widziano niektórych z parasolami w ręku i z papugą na ramieniu, inni prowadzili ze sobą brytanów, gazele, lub pantery. Kobiety libijskie usadowione na osłach wymyślały głośno murżynkom, które dla żołnierzy opuszczały lupanary Maiki. Niektóre z nich niosły na rzemieniach niemowlęta u piersi.
Muły, poganiane rękojeścią miecza, uginały się pod ciężarem zwiniętych namiotów. Oprócz tego było jeszcze pełno woziwodów i posługaczy wyschłych, zżółkłych od febry, ubrudzonych robactwem, jednem słowem cały osad gminu kartagińskiego, który się uczepił barbarzyńców. Kiedy wyszli, zamknięto za nimi bramy, lud jednak nie schodził jeszcze z murów, ścigając wzrokiem armję rozlewającą się na całej szerokości międzymorza.
Podzieliła się ona na dwie nierówne bandy i długo jeszcze ich lance ukazywały się, jak wysokie źdźbła trawy, aż nareszcie znikło wszystko w gęstym obłoku kurzawy. Żołnierze obróciwszy się za Kartaginą, nie zobaczyli już nic, tylko długie mury i odznaczające się na horyzoncie jej puste strzelnice.
Nagle Barbarzyńcy usłyszeli krzyk okropny. Zastanawiając się, coby to takiego być mogło, osądzili, że pewno niektórzy, pozostawszy w mieście, (gdyż nie znali swej liczby) zabawiają się rabunkiem jakiej świątyni.
Rozśmieszyła ich ta myśl i kończyli dalej swą drogę, rozweseleni wspomnieniami. Grecy zaśpiewali starą pieśń Mamerta:

Z moją lancą i z moim mieczem
Uprawiam grunt i zbieram plony.
Wszędzie jestem panem domu;
Wszędzie mąż rozbrojony pada na kolana,
Zowiąc mnie władcą i królem.

Krzyczeli, skakali swobodnie, najweselsi rozpowiadali zabawne historyjki, wszyscy się cieszyli, iż nędza ich już skończona. Przybywszy do Tunisu, zauważyli niektórzy, że brakuje jednej kompanji procarzy halearskich, lecz przypuszczano, że są niedaleko i nie kłopotano się o nich. Tymczasem część żołnierstwa poszła rozlokować się po domach w Tunisie, inni obozowali pod murami, a mieszkańcy przybyli gawędzić z niemi.
Przez całą noc widziano ognie błyszczące na horyzoncie od strony Kartaginy; te płomienie nakształt olbrzymich pochodni zlewały się w ogromne jezioro światła. Nikt jednak w armji nie umiał powiedzieć, jaką uroczystość mogą ta świecić.
Nazajutrz jurgielitnicy przebywali uprawne pola, folwarki patrycjuszów rozciągały się koło drogi, w nich starannie pokopane rowy w palmowych laskach. Zielone drzew oliwnych rzędy, całe doliny róż woniejących i niebieskawe gór obłoki wznoszące się za niemi, urozmaicały krajobraz. Wiatr dmuchał gorącym powiewem. Kameleony czołgały się po szerokich liściach kaktusu, Bandy zwolniły swój pochód.
Posuwali się oddziałami, ciągnąc jedni za drugimi w odległych odstępach. Objadali rodzynki na brzegach winnic, spoczywali wśród ziół, przypatrywali się ze zdumieniem ogromnym wołom ze zwijanemi sztucznie rogami, owcom ubranym w skórzane opony dla ochronienia wełny, ścieżkom formującym ostrokąty, pługom podobnym do kotwic okrętowych i drzewom granatu. Ta obfitość ziemi i przemysł mieszkańców olśniewała ich.
Wieczorem pokładli się na namiotach, nie rozpinając ich, zasypiali patrząc na gwiazdy i wspominając ucztę Hamilkara. W następnym znów dniu spoczynek wypadł nad rzeką, w klombach róż laurowych. Barbarzyńcy odrzucili spiesznie lance, pancerze, przepaski i płukali się, wykrzykując radośnie. Niektórzy czerpali wodę kaskami, inni pili, leżąc na brzuchu wspólnie z bydlętami jucznemi, z których zdjęto ciężary.
Spendius, siedząc na dromaderze zabranym ze stajni Hamilkara, spostrzegł z daleka Mathona, który z ręką obandażowaną, z odkrytą głową a smutną postacią poił swego muła i wpatrywał się w bieżącą wodę.
Były niewolnik natychmiast pobiegł ku niemu wołając: „Panie, panie.“ Mathon zaledwie go pozdrowił, lecz to nie zraziło Spendiusa i odtąd nie odstępował wcale młodego Libijczyka, zwracając od czasu do czasu niespokojne wejrzenia w stronę. Kartaginy.
Spendius był synem retora greckiego i nierządnicy kampanijskiej. Zebrał kiedyś bogactwa, handlując kobietami, lecz zrujnowany rozbiciem okrętu poszedł na wojnę z pasterzami Samnium przeciw Rzymianom. Dostał się do niewoli, lecz zdołał umknąć; aż drugi raz ujęty i zapędzony do robót w kopalniach, znękany pracą przy łażniach, znosił męczarnie niewypowiedziane jako własność swoich panów i przechodził wszelkie okropności. Nakoniec z rozpaczy rzucił się w morze ze szczytu galery, którą wiosłował. Majtkowie Hamilkara wydobyli go umierającego i zaprowadzili do Kartaginy, do ergastuli Megary. Lecz ponieważ wypadło zwracać Rzymowi zbiegów, on, chroniąc się tego losu, korzystał z zamięszania i uszedł z żołnierzami.
Teraz przez całą drogę nie opuszczał Mathona, przynosząc mu pożywienie, pomagając zsiadać z muła, zaściełąjąc wieczorem dywan pod głowę. Mathon w końcu został wzruszony jego usługami i powoli przywykał do ciągłego obcowania z nim. Opowiadał Spendiusowi, że jest urodzony nad zatoką Syrtejską. Ojciec zabrał go z sobą na pielgrzymkę do świątyni Ammona. Potem odbywał polowania na słonie w lasach Garamantejskich. Nakoniec wstąpił w służbę Kartaginy. Mianowano go tetrarchą przy zdobywaniu Drepanum, teraz zaś należą mu się od Rzeczypospolitej cztery konie, dwadzieścia trzy medyny pszenicy i żołd jednoroczny. Obawiał się on Bogów i pragnął umrzeć w swojej ojczyźnie.
Spendius rozrywał go, opisując swoje podróże, widziane kraje i świątynie. Znał bo też wiele rzeczy, umiał robić sandały, oszczepy, sieci, potrafił układać dzikie zwierzęta i gotować ryby.
Niekiedy jednak zrywał się wydając z głębi piersi okrzyk chrapliwy. Wtedy muł Mathona puszczał się naprzód, inne spieszyły za nim. Aż znów Spendius, zwolniwszy biegu, rozpoczynał opowiadania, dręczony ciągle silnym niepokojem, który go przecie czwartego wieczoru całkiem opuścił. Szli tak obok siebie przy armji brzegiem wznoszącego się wzgórza. Na dole płaszczyzna rozciągała się, ginąc we mgle nocnej. Szeregi żołnierzy postępujących przed nimi falowały w ciemności; od czasu do czasu księżyc wyjrzawszy z za obłoków oświecił ich nagłem błyśnięciem, wtedy gwiazdy drżały na końcach pik stalowych, kaski zamigotały przez chwilę i znowu znikało wszystko.
Odgłos tylu nóg stąpających po trawie krokiem przygłuszonym a regularnym godził się swoją monotonją z tą ciszą polną. Beki rozbudzonych trzód dolatywały czasem zdaleka i jakiś nieskończony spokój zdawał się opanowywać ziemię.
Spendius z przechyloną głową, z oczyma na wpół przymkniętemi oddychał chciwie świeżością powietrza, wyciągał ramiona i przebierając palcami lubował się wietrzykiem głaskającym jego ciało.
Rozbudzona myśl o zemście poruszyła go, nagle przycisnął ręką swe usta, aby, wstrzymać wyrywające się łkanie i prawie nieprzytomny w dziwnem upojeniu wypuścił cugle wielbłąda, który posuwał się wielkiemi krokami. Mathon znów pogrążony był w zwykłym swoim smutku, nogi mu się wlokły po ziemi, a trawa muskając po koturnach wydawała świst przeciągły. Tymczasem droga przedłużała się nieskończenie. Po przebyciu rozległej płaszczyzny wdrapywano się na zaokrągloną wyniosłość, potem spuszczano się znowu w doliny, a góry, zdające się w oddali zamykać sobą horyzont, usuwały się za zbliżeniem. Niekiedy rzeka zabłysnęła wśród zieleni i ginęła, okrążając małe pagórki, olbrzymie skały podobne zdaleka do okrętów lub wyniosłych posągów. Spotykano po drodze małe czworokątne świątynie służące na noclegi pielgrzymom udającym się do Sikka. Bywały one zamknięte jak groby i napróżno Libijczycy dobijali się do nich silnemi uderzeniami. Nikt z wnętrza nie odpowiadał. Powoli okolica stawała się coraz dzikszą. Przechodzono przez góry piasku najeżone jałowcami. Trzody baranów, ogryzających mech kamieni, strzeżone były przez kobietę okrytą płótnem niebieskiem, która uciekła wydając krzyki na widok pik żołnierskich.
Szli wąwozem otoczonym czerwonawemi wzgórzami, gdy nagle nieznośna jakaś woń uderzyła ich powonienia i ujrzeli na szczycie drzewa chlebowego coś bardzo niezwykłego. Była to głowa lwa pomiędzy liśćmi utkwiona.
Pobiegli tam wszyscy. To był istotnie lew, czterema nogami do krzyża przybity jak zbrodniarz. Jego ogromna paszcza spadała mu na piersi, a dwie przednie łapy ukryte pod obfitą grzywą szeroko były rozpięte nakształt dwuch skrzydeł ptasich. Żebra wystające pod rozciągniętą skórą, nogi tylne przybite jedna obok drugiej, spadały cokolwiek, a krew czarna, płynąc po sierści, tworzyła niby stalaktyty na ogonie wyciągniętym wzdłuż krzyża. Żołnierze gromadzili się wokoło, nazywali lwa konsulem i obywatelem rzymskim, rzucali kamyki w oczy jego, odganiając komary.
Lecz o sto kroków dalej ujrzeli dwa jeszcze, a potem nagle długi szereg krzyży unoszących na sobie takie lwy. Jedne nie żyły oddawna, tak że na drzewie trzymały się tylko szczątki ich szkieletów, inne w połowie obdarte straszyły wykręconą przeraźliwie paszczą.
Były między niemi lwy tak olbrzymie, że drzewo krzyża zgięte pod ich ciężarem kołysało się z wiatrem, a nad głowami wzlatywały gromady kruków niezatrzymujących się jednak nigdy. To była zemsta wieśniaków kartagińskich; oni to, gdy zdołali ująć dzikie zwierzę, sądzili, że tym przykładem odstraszą innych. Barbarzyńcy na ten widok przestali żartować, myśląc ze zdumieniem:
— Cóż to za naród, który się zabawia krzyżowaniem lwów!
Tymczasem w armji, pomiędzy ludźmi północy osobliwie, zaczęły wzrastać niepokoje; byli strwożeni i chorzy. Pokaleczyli sobie ręce kolcami aloesu, zjadliwe moskity brzęczały im za uszami, dyzenterje zaczęły się pokazywać. Przykrzyło się wszystkim, iż tak długo nie mogą doczekać się widoku Sikki. Przytem była obawa, żeby nie zabłądzić w pustej krainie piasków i straszydeł. Wielu nawet nie chciało iść dalej, ale wracało do Kartaginy. Nakoniec siódmego dnia pochyłą drogą z góry skręcili nagle na prawo i ujrzeli linję murów przypartą do białych skał i łączącą się z niemi.
Wtedy i miasto całe pojawiło się ich oczom. Na murach widać było zasłony białe, niebieskie, żółte, powiewające w różowej barwie wieczoru. To kapłanki Tanity, które biegły na przyjęcie mężczyzn. Stały rzędem na szańcach, uderzając w tamburina, dźwięcząc lirami, a promienie zachodzącego w góry Numidji słońca oświecały struny harf i obnażone ramiona kapłanek.
Instrumenty milkły chwilami, a wtedy rozlegał się z ust kapłanek głos mocno brzmiący, nagły, szalony prawie. Inne jednak stały milczące z podpartą na rękach brodą, nieruchome jak sfinksy, ścigały swemi wielkiemi czarnemi oczyma zbliżającą się armję. Ponieważ Sikka była miejscem świętem, nie mogła zatem pomieścić w sobie takiej tłuszczy. Świątynia ze swemi gmachami zajmowała sama połowę miasta.
Dlatego jurgieltnicy, podzieliwszy się na oddziały, według upodobań lub narodowości rozmieścili się na dogodnej płaszczyźnie.
Grecy wyciągnęli w szeregach swe skórzane namioty, Iberyjczycy ustawili w okrąg pawilony z płótna, Gallowie potworzyli baraki z desek, Libijczycy chaty z wyschłych kamieni, negrowie grzebali paznogciami w piasku jamy na noclegi. Wielu jednak, nie mając się gdzie schronić, błądziło pomiędzy bagażami i przepędzało noce na ziemi w podziurawionych swych płaszczach.
Rozległa równina była otoczona wkoło górami, tu i owdzie palma zwieszała się z piaszczystego wzgórza. Jodły i dęby zasiewały głębokie rozpadliny skał. Czasami strumień ulewny niby długa wstęga spadał z nieba w jednem miejscu, podczas gdy cała okolica pozostawała w lazurze i spokojności, dopóki wiatr gorący nie wzruszył ją tumanami kurzu. Tam potok spadał w kaskadach na wzgórza Sikki, skrapiając złocone dachy i spiżowe kolumny świątyń Wenery kartagińskiej, władczyni tutejszego kraju. Ona tu też głównie zdawała się panować. Wszakże te w strząśśnienia natury, zmiany nagłe atmosfery i bezustanna gra świateł przedstawiały dobitnie dziwaczną sprzeczczność siły z cudowną pięknością wiecznego jej uśmiechu. Wierzchołki gór miały kształt półksiężyców, inne podobne były do dziewiczej piersi, a barbarzyńcy czuli ciążące nad sobą rozkoszne znużenie.
Spendius za cenę swego dromadera kupił sobie niewolnika i cały dzień spoczywał rozciągnięty przed namiotem Mathona. Często zrywał się śniąc, że słyszy świst rzemieni i z uśmiechem przeciągał ręką po bliznach na nogach w miejscu, w którem wrzynały się noszone żelaza, potem znów zasypiał uspokojony.
Matho przywykł do jego towarzystwa i kiedy wychodził, to Spendius szedł za nim, jak liktor z długim mieczem pod pachą lub też wspierał go swoim ramieniem. Jednego wieczora, gdy tak przechodzili ulicą pośród obozu, spostrzegli ludzi okrytych białemi płaszczami, pomiędzy którymi znajdował się Narr-Havas, książę numidyjski. Matho zadrżał.
— Twoja broń — zawołał — muszę cię zabić.
— Jeszcze nie, — rzekł Spendius, wstrzymując go. Narr-Havas tymczasem zbliżył się ku nim i przytknąwszy dwa palce do ust na znak zgody, tłumaczył niewłaściwe swoje uniesienie nieprzytomnością pijanego; potem zaś rozwodził się, prawiąc długo przeciw Kartaginie, nie wydając się jednak wcale z tem, jaki powód sprowadza go do Barbarzyńców.
— Co on zamyśla, czy ich zdradzić czy Rzeczpospolitę — spytał się Spendius sam siebie, a ponieważ rad był zawsze korzystać z jakiegokolwiek zamieszania, więc się też starał wybadać zamiary Narr-Havasa. Młody dowódca numidyjski pozostał między jurgieltnikami. Zdawało się, że pragnie sobie koniecznie zjednać Mathona. Posłał mu podarki z pasionych kóz, złotego proszku i piór strusich. Libijczyk dziwił się tej życzliwości i nie wiedział sam, czy jej może dowierzać, lecz że był opanowany dziwnem a nieprzezwyciężonem jakiemś odrętwieniem, jak człowiek, który zażył już napój mający mu śmierć sprowadzić, dozwalał się powodować całkiem niewolnikowi, a ten go uspokoił względem Narr-Havasa.
Jednego rana udali się wszyscy trzej na polowanie lwów. Spendius dostrzegł, że Narr-Havas trzyma ukryty pod płaszczem puginał i nie odstępował go na chwile. Powrócili bez dobycia tego puginału. Drugim razem Narr-Havas pociągnął ich daleko aż do granic swego królestwa, a gdy weszli w ciasny wąwóz, oświadczył, śmiejąc się, że nie zna dalszej drogi, Spendius ją jednak odszukał. Najczęściej przecież Matho posępny, jak wieszczek, błądził od wschodu słońca po polach, lub też rzucał się na piasek i nieruchomy zostawał tak do wieczora.
Zasięgał on rady wszystkich z kolei wróżbitów w armji. Był u takich, co obserwują chód wężów, umieją czytać w gwiazdach, dmuchają w popioły zmarłych. Zażywał galbanum (rodzaj gumy), roślinę zwaną seseli i jad żmii, który ma oziębiać serca. Murzynki śpiewając przy świetle księżyca barbarzyńskie swe pieśni, nakłuwały mu na czole skórę złotym sztyletem: przywdziewał rozmaite naszyjniki i amulety. Wzywał po kolei Baal-Kamona, Molocha, siedmiu Kabirów, Tanity i Wenery greckiej. Wyrzynał słowa przepisane na blasze miedzianej, rysował je w piasku na progu swego namiotu. Spendius słyszał go zawsze, jak jęczał i jak mówił sam do siebie. Jednej nocy wszedł do niego. Matho obnażony leżał jak trup na lwiej skórze z twarzą ukrytą w obu rękach. Lampa wisząca oświecała broń skrzyżowaną nad jego głową przy ścianie namiotu.
— Ty cierpisz, — przemówił niewolnik, — co ci brakuje, odpowiedz mi, — i ujął go za ramiona wołając:
— Panie, panie!


Narr-Havas
Matho podniósł na niego strwożone oczy.

— Słuchaj — rzekł przytłumionym głosem, kładąc palce na ustach — to jakaś kara Bogów, ta córka Hamilkara, wciąż mnie prześladuje. Ja jej się lękam Spendiusie, — i przytulał się do piersi niewolnika, jak dziecię postraszone widmem. — Radź mi co, ja chory jestem, chcę się uleczyć, próbowałem wszystkiego, lecz może ty znasz Bogów silniejszych, mocniejsze zaklęcia.
— I co ci to potem, — spytał Spendius.
On, uderzając się piersiami po głowie, wołał:
— Abym się mógł pozbyć tego. — I znowu powoli z przerwami mówił niby sam do siebie:
— Ja jestem pewno ofiarą jakiego całopalenia przyrzeczonego przez nią Bogom. Ona mnie trzyma na niewidzialnym łańcuchu. Jeżeli idę, to za nią, gdy się zatrzymam, to na jej rozkaz. Jej oczy mi świecą, jej głos brzmi przedemną, ona mnie otacza, przenika, stała się duszą moją. A przecież pomiędzy nami są jakby bałwany niewidzialne nieprzebytego oceanu. Ona oddalona i niedościgła. Blask jej piękności otacza ją niby obłokiem świetlanym i myślę nieraz, że jej nie widziałem nigdy, że to sen tylko...
Matho płakał w ciemności wśród śpiących Barbarzyńców, a Spendius, patrząc na niego, przypominał sobie młodzieńców, którzy niegdyś ze złotem w ręku zanosili do niego prośby, gdy prowadził przez miasto swoje niewolnice. Litość wzruszyła nim i powiedział:
— Bądź silniejszym panie mój, przywołaj swoją energję i nie błagaj tych Bogów, którzy nie słuchają jęków ludzkich, płaczesz, jak tchórz jaki. Czyż ciebie nie wstyd cierpieć tyle dla jednej kobiety?
— Alboż ja dzieckiem jestem — odrzekł Matho. — Czyliż przypuszczasz, że mnie wzruszają twarze i śpiewy dziewcząt. Wszak mieliśmy ich tyle w Drepanum, że zamiatały nam stajnie. Bawiłem się niemi wśród szturmu, gdy dachy zlatywały nam na głowy, gdy pociski gwizdały wokoło... Ale ta, Spendiusie, ale ta jedna!...
Niewolnik przerwał:
— Gdybyż ona nie była córką Hamilkara...
— Nie — zakrzyknął Matho — ona nie jest ziemską córką. Widziałeś te jej wielkie oczy pod szeroką brwią błyszczące jak słońca pod triumfalnemi lukami. Przypomnij sobie, gdy ona się ukazała, pochodnie pobladły, diamenty gasły przy jej odsłonionej piersi. Czuć było za nią woń świątyń i coś wionęło z całej jej istoty upajającego jak wino, a strasznego jak śmierć. Ona szła przecież i zatrzymała się..
Tu zamilkł z rozwartemi usty, spuszczoną głową i utkwioną w jeden punkt źrenicą:
— Ależ ja jej pragnę, mnie jej potrzeba, ja umrę bez niej. Na samą myśl ujęcia jej w swoje ramiona szalona radość mnie ogarnia, a przecież ja ją nienawidzę, Spendiusie, chciałbym ją bić!! Lecz cóż począć, mam ochotę się sprzedać, ażeby zostać jej niewolnikiem. Ty nim byłeś, ty mogłeś patrzeć na nią, ach mów mi o n iej! Wszak każdej nocy ona schodzi na taras swego pałacu. Wtedy kamienie muszą drżeć pod jej stopami i gwiazdy zwieszać się z obłoków, aby spojrzeć na nią.
Wpadł w wściekłość, rycząc jak byk zraniony. Potem znów powtarzał jej śpiew: „I przebywał las, goniąc za niewieścim potworem, którego ogon przemykał po zeschłych liściach jak potok srebrzysty“. Wyciągając głos swój, naśladował Salammbo i przebierał lekko palcami po powietrzu, jak gdyby po strunach liry.
Na całą pociechę Spendius powtarzał mu swoje uwagi, i tak wszystkie noce przechodziły wśród jęków i upomnień.
Matho starał się odurzać winem, lecz upojony, był smutniejszym jeszcze, próbował rozrywać się grą w kości i tracił powoli wszystkie blaszki złote swego naszyjnika. Pozwolił zaprowadzić się do służebnic Bogini, lecz wnet uszedł z pagórka, szlochając jak gdyby wracał z pogrzebu.
Spendius przeciwnie stawał się coraz weselszy. Widywano go po szynkach rozprawiającego z żołnierzami. Naprawiał im stare pancerze, pokazywał sztuki z puginałem. Dla chorych zbierał zioła po polach. Był żartobliwym, zręcznym, pełnym wynalazków i przypowieści. Barbarzyńcy przywykli do jego posług i polubili go wszyscy.
Tymczasem wyglądano posłańca z Kartaginy, który miał sprowadzić na mułach kosze pełne złota. Wszyscy tworzyli sobie rozliczne plany i, powtarzając wciąż jedno, pisali palcem na piasku cyfry. Niektórzy chcieli mieć niewolników, kobiety, grunta. Inni myśleli zakopać swój skarb, lub też zakupić okręt jaki...
Wśród tych projektów irytowali się nieraz i panowały bezustanne kłótnie pomiędzy kawalerją a piechotą, barbarzyńcami a Grekami, łagodzone jedynie słodkim głosem kobiet.
Codziennie też przybywały gromady ludzi prawie nagich, z liściem na głowie dla ochrony od słońca. To byli wyrobnicy bogaczów kartagińskich, którzy nie chcąc uprawiać im gruntów, uciekali.
Napływ Libijczyków, wieśniaków zrujnowanych podatkami, wygnańców i złoczyńców, pomnażał coraz tłumy. Później dołączały się bandy kupców, dostawców win i oliwy oburzonych, że im Rzeczpospolita nie wypłaca należności. Wszyscy wyrzekali na Kartaginę. Spendius starał się jeszcze podburzać przeciwko niej z Wkrótce zaczęło brakować żywności, mówiono o powrocie do Kartaginy i wezwaniu pomocy Rzymian.
Nareszcie jednego wieczoru posłyszano dalekie dźwięki i zbliżające się ciężkie kroki. Ukazało się coś czerwonego w kłębach kurzu.
Była to wielka lektyka purpurowa, ozdobiona pękami z piór strusich. Szklanne łańcuszki i girlandy z pereł uderzały po obiciach lektyki.
Ciągnęły ją wielbłądy, poruszając dzwonkiem uwiązanym na piersiach, a wkoło nich jechali jeźdźcy ubrani od stóp do głowy w stroje ze złotej łuski. Stanęli o trzysta kroków od obozu, by zrzcić płaszcze, puklerze okrągłe, szerokie miecze i kaski beockie.mNiektórzy pozostali przy wyprzężonych wielbłądach, drudzy postępowali dalej.
Wkrótce ukazały się oznaki Rzeczypospolitej, to jest laski z niebieskiego drzewa zakończone łbami końskiemi lub szyszkami. Na ten widok barbarzyńcy porwali się, wykrzykując radośnie, kobiety biegły do Legji strażniczej, ściskając jej stopy. Lektyka tutaj była niesiona na ramionach dwunastu negrów, którzy postępowali zwolna, cofając się to w prawo, to w lewo, wstrzymywani przed sznury namiotów, przez bydlęta błąkające się i przez trójnogi, na których gotowano mięsiwa.
Niekiedy ręka tłusta obładowana pierścieniami rozsuwała lektykę i głos chrapliwy wykrzykiwał łajania, a wtedy niosący stawali i zmieniali kierunek drogi w inną stronę obozu.
Nakoniec purpurowe firanki zostały podniesione i ujrzano na dużej poduszce opartą głowę ludzką z wyrytym na twarzy wyrazem obojętnym a napuszonym. Brwi formowały dwa hebanowe łuki, które w środku łączyły się z sobą. Błyszczki złota migotały w nastrzępionych włosach, a twarz wyglądała tak blado, iż zdawała się posypana pyłkiem z marmuru. Reszta członków nikła w runie wełny zapełniającem lektykę.
Żołnierze poznali w tym człowieku suffeta Hannona, który swoją ociężałością sprowadził klęskę w bitwie przegranej o wyspy Egatae, łagodne zaś postępowanie jego po zwycięstwie Hekatompylu przypisywano jedynie chciwości, gdyż sprzedał na swój rachunek wszystkich jeńców, których śmierć Rzeczpospolita nakazała.
Upatrzywszy sobie miejsce dogodne na przemowę do armji, Hannon skinął, lektyka się zatrzymała, a on wsparty przez dwuch niewolników, stanął, chwiejąc się na ziemi. Był ubrany w buty z czarnej pilśni w srebrne półksiężyce. Bandaże okręcały jak u mumji jego nogi i ciało wyglądało z pomiędzy tej pokrzyżowanej bielizny. Wielki brzuch wystawał ze szkarłatnej sukmanki osłaniającej mu biodra, fałdy tłustej szyj i spadały aż na piersi jak podgardle u wołu.
Tunika w malowane kwiaty chrzęściła pod pachą. Nosił przytem szarfę, przepaskę i szeroki płaszcz czarny o podwójnych sznurowanych rękawach. Jednakże cała świetność tego ubrania, piękny naszyjnik z niebieskich kamieni, złote sprzączki i ciężkie wiszadła przy uszach czyniły jedynie jeszcze obrzydliwszą jego potworność.
Wydawał się jak wielkie bożyszcze wykute w olbrzymim klocu, gdyż blada cera całego ciała nadawała mu pozór martwej rzeczy. Tylko nos zakrzywiony jak dziób sępa rozdymał się gwałtownie dla wciągania powietrza i maleńkie oczka z przyklejonemi rzęsami świeciły blaskiem metalicznym. W ręku niósł spatulę aloesową dla drapania swej skóry.
Dwaj heroldowie zatrąbili w srebrne rogi, ucichła wrzawa i Hannon zaczął przemawiać. Wysławiał naprzód Bogów i Rzeczpospoiitę, dając do zrozumienia, iż barbarzyńcy powinni sobie uważać za zaszczyt przebywanie w jej usługach. Lecz że również powinni być wyrozumiałymi, gdy czasy okazują się ciężkie. „Wszakże gdy gospodarz posiada tylko trzy oliwki, to nic dziwnego, że dwie zachowuje dla siebie”.
Tak stary suffet przeplatał mowę swoją przypowieściami i przysłowiami, dając znaki głową o wywołanie potwierdzeń.
Ale używał języka punickiego, a ci co go otaczali, (najsilniejsi wybiegli nawet bez broni) byli Kampanijczycy, Gallowie, i Grecy, i nie rozumieli go ani słowa. Hannon spostrzegłszy to, przerwał mowę i namyślał się, kiwając głową. Wreszcie uznał za najlepsze zwołać dowódców, heroldowie ogłosili to w języku greckim, który od czasów Xantyppa służył do porozumiewań w armji katargińskiej. Straż jego biczem rozpędziła cisnącą się zgraję żołnierstwa i wkrótce kapitanowie falang spartiackich i dowódcy kohort barbarzyńskich, w zbrojach swych narodowych i z oznakami stopni przybyli. Noc zapadła, wielki rozruch panował na całej przestrzeni, tu owdzie zapalono ognie i wszyscy pytali między sobą: ”Co to znaczy, dlaczego suffet nie rozdziela pieniędzy?”
On tymczasem przedstawiał starszyznie ciężkie kłopoty Rzeczypospolitej. Skarb pusty, gdyż haracz wypłacony Rzymianom całkiem go wypróżnił.
— Nie wiemy sami, co począć... Żałować nas tylko wypada. — Od czasu do czasu pocierał swe członki aloesową spatulą lub odpoczywał, popijając z srebrnej czary podawanej przez niewolnika tyzannę z popiołów łasicy i szparagów wygotowanych w winie, poczem ocierał usta szkarłatną serwetą i ciągnął dalej tak:
— To, co kosztowało dawniej jeden sykl srebrny, dziś kosztuje trzy szekele złote, grunta zaniedbane w czasie wojny nie przynoszą nic; połów purpury jest prawie stracony, perły nawet stają się coraz rzadsze. Galary nie dostarczają nam korzeni, ani sylfium z powodu rozruchów na granicach Cyreny. Sycylja, z której najwięcej dostarczano nam niewolników, dziś dla nas zamknięta. Wczoraj oto za jednego łazienkarza i trzech kuchcików musiałem zapłacić drożej aniżeli dawniej kosztowała para słoni.
Tu rozwinął długi papyrus i czytał, nie opuszczając ani jednej liczby, spis wydatków, jakie rząd musi ponosić: na restaurowanie świątyń, na brukowanie ulic, naprawę okrętów, połów korali, na utrzymanie Syssitów i na machiny w kopalniach kantabryjskich. Ale dowódcy zgromadzeni nie więcej od żołnierzy rozumieli po punicku, jakkolwiek wszyscy jurgieltnicy zwykli byli pozdrawiać się w tym języku. Umieszczano w wojsku barbarzyńców kilku oficerów kartagińskich na tłumaczy. Ci po wojnie usunęli się, obawiając się zemsty, a Hannon nie pomyślał zabrać ich ze sobą. Stąd też głos jego przepadał napróżno w powietrzu.
Grecy opasani żelaznemi obrączkami, nadstawiali ucha, usiłując odgadnąć wyrazy, Górale okryci futrem jak niedźwiedzie spoglądali z nieufnością lub ziewali oparci ne swoich maczugach z bronzowemi gwoździami, Gallowie, nie zważając wcale, potrząsali z szyderstwem swe długie włosy, mieszkańcy pustyń słuchali nieruchomi, skrywając się prawie całkiem w swoje opony z szarej wełny, inni przystawali za nimi. Straż popychana przez całą tę ciżbę chwiała się na swoich koniach. Negrowie trzymali w rękach zapalone gałązki jodły, gdy tymczasem gruby Kartagińczyk przemawiał, usadowiwszy się na wzniesionem miejscu.
Barbarzyńcy nareszcie zniecierpliwili się, powstały szmery. Każdy coś zarzucał. Hannon coraz żywiej gestykulował swoją spatulą. Ci którzy chcieli uspokoić drugich, krzyczeli silniej i podwajali wrzawę.
W tej chwili człowiek jakiś nędznej powierzchowności podskoczył do nóg Hannona, wyrwał trąbkę z rąk herolda i dmuchając w nią ogłosił, że ma coś ważnego oznajmić.
Na to oświadczenie Spendiusa (gdyż to on był) wywołane w pięciu językach: greckim, łacińskim, galijskim, libijskim i balearskim; wodzowie śmiejąc się i dziwiąc, odpowiedzieli: — Mów, mów.
Spendius zawahał się, drżąc, potem, zwróciwszy się do Libijczyków najliczniej zebranych, wyrzekł:
— Czy słyszycie nikczemne groźby tego człowieka?
Hannon widocznie nie rozumiał po libijsku, gdyż nie odezwał się wcale, a Spendius dla dalszej próby powtarzał to samo w innych narzeczach barbarzyńców.
Oni zaś słuchali zdumieni, potem zaś sądząc, że rozumieją, zgodnym ruchem schylili głowy na znak potwierdzenia.
Wtedy Spendius zaczął gwałtownie wygłaszać:
— On mówi, że Bogowie innych ludów, to tylko złudzenia przy Bogach kartagińskich. Nazywa was podłymi złodziejami, kłamcami i psami; utrzymuje, że Rzeczpospolita z waszego powodu musi płacić haracz Rzymianom. Przez wasze nadużycia pozbawioną jest pachnideł, niewolników i sylfium, gdyż wyście zadarli z pasterzami na granicach Cyreny. Obiecuje, że winni będą ukarani i wylicza kary was czekające; pędzenie do brukowania ulic, uzbrajania okrętów, obsługiwania Syssitów, niektórzy zaś mają być wysłani do robót w kopalniach kantabryjskich.
Spendius powtórzy! to samo Gallom, Grekom, Kampanijczykom i Balearczykom. Ci, poznając wiele imion własnych, które uderzały ich słuch, byli przekonani, że im wiernie tłumaczy mowę Hannona. Kilku wprawdzie wołało: „Ty kłamiesz”, lecz głos ich ginął we wrzawie innych. Spendius dodał w końcu:
— Czy widzicie, że suffet zostawił w polu rezerwę swoich jeźdźców; na znak dany przypędzą oni tutaj, aby wyrżnąć nas wszystkich: Barbarzyńcy obrócili się w tę stronę, a wtedy wśród rozstępującego się tłumu ujrzano jakąś dziwnie nędzną istotę, człowieka wlokącego się jak widmo, zgarbionego, prawie całkiem nagiego, okrytego jedynie długiemi włosami nastrzępionemi suchym liściem, kurzem i kolcami. Około pasa i kolan miał on powrósła słomiane i płócienne łachmany.
Zbrudzona i wyżółkła skóra wisiała na schudzonych jego członkach jak gałgany na suchej gałęzi. Ręce trzęsły się bezustannie, szedł, opierając się na lasce oliwnej.
Przysunął się naprzód do negrów niosących pochodnie. Idjotyozny rodzaj śmiechu odsłonił jego blade dziąsła, a wielkie obłąkane oczy błądziły po całym tłumie bez myśli.
Nagle, wydając krzyk przestrachu, rzucił się wtył, chroniąc się za otaczających i wołając: — Oto oni, to oni. — Wskazywał na gwardję suffeta nieruchomą w błyszczących zbrojach, konie stawały dęba przestraszone blaskiem pochodni iskrzących się w cieniu. A ten żywy upiór rzucał się i jęczał:
— To oni ich zabili.
Na te słowa wymawiane w języku balearskim, barbarzyńcy przybiegli tłumnie, zadając mu pytania. On nie odpowiadał wcale, ale powtarzał:
— Zamordowani wszyscy, zgnieceni, jak rodzynki, dzielni młodzieńcy, nasi procarze, moi i wasi towarzysze!
Podano mu napić się wina i powoli zdołał rozpowiedzieć wszystko.
Spendius zaledwo mógł ukryć swą radość, do której jakiś tajemny zdawał się mieć powód. Tłumaczył Grekom i Libijczykom straszliwe wieści Zarxasa, którym trudno było zrazu uwierzyć.
Balearczycy bledli, słuchając, jak zginęli ich towarzysze. Był to oddział procarzy, którzy, ostatni wylądowawszy, zaspali dłużej w dniu wyjścia z miasta. Kiedy stawili się na placu Khamona, armja już była wymaszerowała, i znaleźli się bez obrony, bo nawet paki z bronią były złożone na wielbłądach z resztą bagaży. Dozwolono im zebrać się na ulicy Satheb pod bramą dębową okutą żelaznemi sztabami, a wtedy lud zgodnym ruchem rzucił się na nich.
Tu żołnierze przypominali sobie straszliwy krzyk, dolatujący za nimi. Spendius tylko, idąc wtedy przy pierwszych oddziałach, nie mógł go słyszeć.
Po dokonaniu morderstwa, trupy umieszczono w rękach Bóstw Pateckich, które otaczały świątynie Khamona. Wyrzucano im wszystkie występki jurgieltników, ich żarłoczność, złodziejstwa, bezbożność, obelgi i śmierć ryb świętych z ogrodu Salammbo. Obcinano im członki, kapłani opalili im włosy, co sprawiało udręczenia duszy, rzucano ich kawałkami po jatkach. Niektórzy szarpali ciała te własnemi zębami, wieczorem nakoniec spalono w stosach na rynkach. Te to płomienie widziane były zdaleka. Gdy ogień zajął kilka domów, rzucono nań coprędzej resztę trupów i konających.
Zarxas do rana przechował się w sitowiach nad brzegiem jeziora, potem błądził długo, szukając śladów armji. Dzień cały krył się po jaskiniach, wieczorem puszczał się w drogę, brocząc krwawemi ranami, zgłodniały, chory, żyjąc tylko korzeniami i padliną.
Nakoniec dostrzegł na horyzoncie piki rysujące się zdaleka i pośpieszył w tę stronę z rozumem przytępionym takiemi przejściami. Oburzenie żołnierzy powstrzymywane, dopóki Zarxas mówił, wybuchło z wściekłością: chcieli zamordować suffeta i straż jego. Lecz rozważniejsi zwrócili uwagę, iż pierwej należy przynajmniej dowiedzieć się, czy będą zapłaceni. Wtedy zaczęli wszyscy wołać: — nasze pieniądze! — a Hannon odpowiedział, że je przywozi.
Natychmiast rzucono się do forpoczt i bagaży suffeta, które sprowadzono w środek namiotów. Nie czekając na niewolników, barbarzyńcy sami rozwiązywali paki, znajdując w nich szaty hjacyntowe, gąbki, skrobaczki, szczotki, małe szydełka z antimonium do podmalowywania oczu. Wszystko należało do gwardji, która złożona z ludzi bogatych, przywykłą była do zbytków. Spotkano też na jednym wielbłądzie umieszczoną wielką wannę bronzową na podróżne kąpiele suffeta. Wiózł on z sobą wszelkie wymysły do swoich wygód; nawet żyjące w klatkach łasice z Hekatompylu, które żywcem palono na napój dla Hannona.
Ponieważ zaś jego choroba sprawiała mu nadzwyczajny apetyt, więc miał z sobą wszelkie gatunki używanych i mocnych win. Somiurę (rodzaj soli), mięso, ryby z miodem w małych kommageńskich garnuszkach, szmalec gęsi, jakąś zamrożoną potrawę i maszynki do siekania. Zapasy tego wszystkiego były bardzo znaczne.
Przy otwieraniu pak znajdowano coraz to coś nowego i wybuchano śmiechem.
Żołd jurgieltników zawierał się całkowicie w dwuch kufrach i z tych w jednej ujrzano małe miedziaki, któremi Rzeczpospolita posługiwała się jako monetą brzęczącą. Gdy barbarzyńcy okazali się tem zdziwieni, Hannom oświadczył, iż rachunek był zbyt trudny, a starszyzna, nie mając czasu na uregulowanie i sprawdzenie go, przesyła to tymczasem.
Wtedy wybuchło straszne oburzenie, wszystko przewrócono i zdeptano: muły, służących, lektykę, zapasy i bagaże. Żołnierze pochwycili żelazną monetę, żeby nią ukamienować suffeta.
Zaledwo zdołał nieborak wdrapać się na osła, i uciekał, uczepiwszy się sierści, wyjąc, płacząc; trzęsąc się, zmordowany, wzywał pomsty Bogów na armję. Jego szeroki naszyjnik zawisnął mu na uszach, zębami przytrzymywał swój wlokący się płaszcz.
Barbarzyńcy wymyślali za nim:
— Uciekaj precz, stary łotrze, podły wieprzu, szczekaczu Molocha, zabieraj twoje złoto i zarazę, prędzej, prędzej.
Eskorta w galopie pierzchała również. Jednak wściekłość barbarzyńców nie uspokoiła się jeszcze. Przypomnieli sobie, że wielu z pomiędzy nich udało się do Kartaginy i nie powrócili wcale.
Zostali bezwątpienia zamordowani.
Tyle niesprawiedliwości podwoiło ich rozpacz. Zebrali prędko swoje namioty, zwinęli płaszcze, posiodłali konie. Każdy z nich pochwycił swój kask i oręż, tak, że w jedną chwilę wszyscy byli gotowi. Ci, którzy nie mieli broni, puścili się do lasu, aby ucinać sobie pałki i bicze.
Kiedy dzień zaświtał, mieszkańcy Sikki zdziwieni powtarzali między sobą: — Idą do Kartaginy — i ten odgłos zapełnił całą okolicę.
Każdą ścieżką i każdym wąwozem spieszyli znów ludzie. Pasterze zstępowali z gór, łącząc się z innemi.
Kiedy barbarzyńcy odeszli, Spendius na punickim ogierze z niewolnikiem, który prowadził trzeciego konia, okrążał płaszczyznę.
Jedyny namiot pozostawał jeszcze. Spendius tam wstąpił.
— Wstawaj panie — zawołał — jedziemy.
— Gdzie jedziemy? — zapytał Matho.
— Do Kartaginy — krzyknął Spendius.
Matho dosiadł konia, którego niewolnik trzymał przed progiem.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gustave Flaubert i tłumacza: Natalia Dygasińska.