Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom VI/Gniew/Rozdział XIX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VI
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


XIX.

Trzy dni upłynęło od czasu jak Iwon Cloarek wyjechał z domu bez uprzedzenia o tem swej córki.
Mieszkanie to, zwykle tak spokojne, tak powabne i wesołe, przedstawia prawie wszędzie ślady świeżego spustoszenia, które daremnie starano się usunąć.
Jeden z pawilonów, przytykających do głównej budowli, został prawie zupełnie zniszczony przez pożar; poczerniałe szczątki ognia, deski i bele na wpół zwęglone pokrywają część ogrodu.
Drzwi i kilka okien dolnych w korpusie wyłamane ciężkiemi razami siekiery, zastąpione są prostemi deskami; szerokie czerwone plamy zakrwawiają mury, a w kilku miejscach wyższych pięter okna noszą widoczne ślady strzałów karabinowych.
Noc.
Przy słabem świetle lampy, oświetlającej jednę z sypialń domu, widzimy Onezyma; pościel na której spoczywa, tu i owdzie krwią jest poplamiona.
Zdaje się, że siostrzeniec Zuzanny śpi półsnem; bladość jego jest nadzwyczajna; od czasu do czasu lekki, prawie niewidzialny uśmiech błądzi na jego na pół otwartych ustach.
Kobieta w średnim wieku ubrana po wiejsku, siedząc w głowach jego łóżka, czuwa nad nim z widoczną pieczołowitością.
Głuche milczenie, panujące w tym pokoju, przerywane bywa tylko od czasu, skrzypnięciem drzwi, które się otwierają z nadzwyczajną ostrożnością. Wtedy wchodzi pani Robertowa i zalecając skinieniem wieśniaczce, ażeby się nie poruszała, zbliża się na palcach do łóżka swego synowca i uchyliwszy firanki, przypatruje mu się z trwogą i niepokojem.
W przeciągu tych trzech dni rysy Zuzanny zmieniły się prawie do niepoznania; boleść, trwoga i łzy wycisnęły na nich ślady okropnego cierpienia.
W milczeniu przyjrzawszy się przez chwilę Onezymowi, Zuzanna cofnęła się pocichu od jego łóżka, i skinęła na czuwającą przy nim kobietę, ażeby się do niej zbliżyła.
— Jakże się ma chory od chwili mojej ostatniej bytności?
— Zdaje się że jest mniej cierpiący, ale więcej wzruszony.
— Nie uskarżał się wcale?
— Bardzo mało, pytał mnie kilka razy o szczegóły wszystkiego, co się stało, ale, podług pani zalecenia nic mu nie odpowiadałam.
— Dzięki Bogu, widać że już wraca do przytomności.
— O! zupełnie pani. Zdaje się nawet, że mówiłby nierównie więcej, gdyby mu tylko odpowiadano na wszystkie jego pytania.
— Czy nie pytał się o mnie?
— Owszem, kilka razy powtarzał: „Wszakże moja ciotka przyjdzie? Czy ona rychło nadejdzie? Odpowiedziałam mu, że pani prawie co pół godziny przychodzi. I wtedy skinął głową jakgdyby mi chciał podziękować; potem znowu zasnął, ale kilka razy nagle się przebudził.
— Czy nie narzeka więcej niż zwykle na swą ranę?
— Nie, tylko dwa czy trzy razy zdawało się, jakgdyby z trudnością oddychał.
— O, mój Boże! — rzekła Zuzanna, składając ręce i wnosząc łzami zalane oczy ku niebu — oby tylko nie pojawiły się niebezpieczniejsze symptomaty.
— Wszakże chirurg upewnił już panią w tej mierze.
— Powiedział mi tylko, że ma nadzieję; ale, niestety nic więcej!
— Pani, zdaje mi się, że chory budzi się — rzekła wieśniaczka, przysłuchując się uważnie.
Rzeczywiście, Onezym poruszył się lekko na posłaniu i wydał głębokie westchnienie.
Zuzanna wejrzała powtórnie za firanki i przekonawszy się, że Onezym nie spał, rzekła do wieśniaczki:
— Zejdź teraz na obiad, moja kochana, ja później zadzwonię na ciebie.
Gdy wieśniaczka wyszła, Zuzanna usiadła na jej miejscu.
Usłyszawszy głos swej ciotki, Onezym zadrżał z radości, a ujrzawszy ją przy sobie rzekł do niej.
— Jesteś, moja ciotko, o, jakże to dobrze.
— Drogie, drogie moje dziecię — odpowiedziała ochmistrzyni ze wzruszeniem, które z trudnością tylko powściągała — słyszałam żeś westchnął czy zawsze jeszcze cierpisz, czy teraz więcej niż poprzednio?
— Nie, zapewniam cię, czuję nawet, że mi jest daleko lepiej.
— Tak tylko mówisz, ażeby mnie uspokoić.
— Patrz, weź moją rękę, widziałaś jak była dawniej rozpalona, zobacz, moja ciotko.
— To prawda, nie jest już tak gorąca. A twoja rana, czy ci zawsze jeszcze dolega?
— Trudno mi trochę oddychać, i nic więcej.
— Nic, mój Boże! Nic, od rany zadanej sztyletem w sam środek piersi?
— Moja ciotko kochana!
— Cóż chcesz?
— A panna Sabina?
— Wszyscy jesteśmy zdrowi, wszyscy, wszakżem ci już powiedziała.
Onezym wstrząsnął głową, jakgdyby nie dowierzał i dodał:
— A pan Cloarek?
— Słuchaj, moje dziecię, nie mówmy już o tem co się stało, nie zadawaj mi żadnych pytań, bo nie mogę ci odpowiadać. Jak będziesz zupełnie zdrów, wtedy co innego.
— Wiem ja, moja ciotko, dlatego nie chcesz mi odpowiadać, ażeby mnie nie wzruszyć zbytecznie, ale przysięgam ci, niepewność w jakiej zostaję co do losu panny Sabiny i jej ojca jest dla mnie zabijająca.
— Wszyscy są zupełnie zdrowi, powtarzam ci raz jeszcze.
— Nie, moja ciotko, nie, nie mogą być wszyscy zdrowi po tym okropnym wypadku, który dotąd jeszcze jest dla mnie niepojęty.
— Ale, zapewniam cię, mój drogi, że... otóż, znowu się niecierpliwisz, znowu się poruszasz. Mój Boże! jaki ty jesteś nierozsądny, Onezymie, proszę cię uspokój się.
— Mój Boże, mój Boże! alboż to moja wina? Dlaczegóż zostawiacie mnie w takiej trwodze o los panny Sabiny, o los pana Cloarek?
— Ale! wszakże ustawicznie ci powtarzam, że wszyscy są zdrowi.
— Ja zaś mówię ci, że to być nie może — zawołał młodzieniec w coraz większem uniesieniu — jakto, podczas owego nieszczęsnego wieczora uzbrojeni ludzie uderzają na nasz dom śród licznych wystrzałów, i przy blasku pożaru pokój, w którym znajdujemy się, to jest panna Sabina, ty i ja, zostaje zapełniony jakąś wściekłą zgrają, i ty chcesz, moja ciotko, ażebym wierzył, że panna Sabina, która drży na najmniejszy łoskot, nie doznała owego wieczoru najokropniejszego wstrząśnienia, może nawet śmiertelnego!
— Onezymie, na miłość boską, wysłuchajże mnie.
— A któż mi zaręczy, że ona nie umarła?
— Uspokój się.
— Ona umarła! — dodał w obłąkaniu — i ty ukrywasz to przede mną. Umarła! Oh! gdyby tak było... Boże mój!
— Mój synu, zaklinam cię...
— A pan Cloarek, jeżeli córka jego umarła, on, co ją tak kochał, gdzież on jest, co się z nim stało? jak on zniósł to okropne nieszczęście? Ja ci powiadam, że w tym domu panuje już grobowe milczenie.
— Nieszczęsny chłopcze! jesteś w obłąkaniu.
— Nie, to nie jest obłąkanie. Niestety! dręczą mnie moje obawy i to mnie zabija — dodał pocichu Onezym, upadając osłabiony na swoje posłanie; gdyż w nadzwyczajnem wzruszeniu swojem zdołał był poprzednio usiąść na łóżku.
Zuzanna, przestraszona, pochyliła się do swego siostrzeńca, i uniósłszy jego ociężałą głowę starała się go otrzeźwić; powoli minęło to osłabienie i z płaczem odezwał się do swej ciotki:
— Przebacz, przebacz mi zgryzotę, jaką ci sprawiam, moja ciotko. Ale gdybyś ty znała moje cierpienia, gdybyś wiedziała jak okropną jest dla mnie rzeczą pomyśleć, że zrana tegoż samego nieszczęsnego dnia pan Cloarek obudził we mnie nadzieję szczęścia tak wielkiego... tak wielkiego... że mu wierzyć nie chciałem. A teraz... tyle nadziei obróciło się tylko w łzy i popiół!
— Ale cóż ja mam na to uczynić, mój Boże!
— Tobie się zdaje, że czynisz jak najlepiej, ukrywając przede mną wszystko, wiem o tem, biedna i kochana ciotko moja, ale przysięgam ci, ty się mylisz, rzeczywistość, chociażby najokropniejszą była, mniej dla mnie będzie szkodliwą, jak ta niepewność dręcząca. Kiedy nie śpię, prześladują mnie najczarniejsze myśli, kiedy zamknę oczy, wtedy znowu przerażające marzenia snują mi się po głowie i budzę się z przestrachem, ażeby doświadczać nowej trwogi... nie, nie, powiadam ci, że to nie jest życie. Tysiąc razy śmierć wolę, bo w niej przynajmniej jest pewność.
Zuzanna, zatrwożona wzrastającem ciągle uniesieniem Onezyma, i obawiając się, ażeby milczenie jej rzeczywiście nie sprowadziło jakich nieszczęśliwych skutków, zawołała:
— Więc dobrze! słuchaj, ale mi przyrzeknij pierwej, że będziesz rozsądnym... mężnym...
— Mężnym, ah! wiedziałem ja dobrze, że nastąpiły wielkie nieszczęścia.
— Widzisz więc, cóż ja mam uczynić, co powiedzieć? — zawołała nieszczęśliwa kobieta. — Za pierwszem mojem słowem oddajesz się już rozpaczy.
— O! mój Boże! — rzekł Onezym przerażonym głosem — przeczuwałem ja to, ona umarła...
— Nie, nie, ona żyje — dodała skwapliwie ochmistrzyni — żyje, przysięgam ci na moje zbawienie, żyje, powtarzam ci jeszcze, cierpiała wiele, doświadczyła wiele, możesz się tego domyślić, ale jej życie nie jest już w niebezpieczeństwie.
— Więc była w niebezpieczeństwie?
— Przez dwa dni, tak jest, na nieszczęście, ale teraz dopiero, przed chwilą rozmawiałam z nią jeszcze. Stan jej jest zadawalniający, jak tylko być może.
— Dzięki ci, mój Boże! dzięki — rzekł Onezym pokornie. — Dziękuję i tobie moja biedna ciotko. Ah! gdybyś ty wiedziała ileś mi dobrego wyświadczyła, jaką ulgę teraz czuję, byłabyś szczęśliwą z radości.
— Jestem i tak już szczęśliwa, moje dziecię.
— A pan Cloarek, czy jest w domu?
— Nie...
— Niema go przy córce?
— Nie, mój synu... nie.
— Gdzież on tedy jest?
— Niewiadomo...
— O! mój Boże! przecież tej nieszczęsnej nocy?
— Przybył do domu, został nawet raniony, ale lekko.
— A potem?
— Nie widziano go już wcale.
— Ale dlaczegóż on nie został przy córce? to niepojęte! ona musi być bardzo niespokojna.
— Jest bardzo smutną, to prawda — odpowiedziała ochmistrzyni zmieszana.
— A ten krwawy napad, te przerażające, niepojęte słowa, wychodzące z ust panny Sabiny, które zdaje mi się, że słyszę jeszcze, jak gdyby we śnie okropnym, kiedy czułem, że życie razem z krwią moją uchodziło. O! mów, mów, są bowiem rzeczy, które rozum mój mieszają. Jakto! pytam się jeszcze. Pana Cloarek niema tutaj, niema go przy jego córce?
— Moje biedne dziecię, ja tylko z przykrością ulegam twemu życzeniu, ale w takiem wzruszeniu, w jakiem cię widzę, wszelka odmowa z mej strony byłaby może niebezpieczna.
— O! tak, bardzo niebezpieczna.
— Wierzę ci, posłuchaj mnie zatem. Powtarzam ci wszakże, bądź mężny, gdyż, niestety, rany duszy są częstokroć dolegliwsze od ran ciała, a biedna panna Sabina i jej ojciec, szczególniej na duszy, na sercu zranionymi zostali.
— Widzisz, kochana ciotko, że jestem spokojny, będę więc mężny.
— Przypominasz sobie, że po obiedzie tego nieszczęsnego dnia, pan Cloarek, który bez naszej wiedzy oddalił się z domu i pojechał do Hawru, przysłał z tegoż miasta umyślnego posłańca do swej córki, zalecając jej, ażeby była spokojna; gdyż interes jakiś, jej samej dotyczący, miał go jeszcze przez cały wieczór zatrzymać. Wszakże to sobie przypominasz, nieprawdaż?
— Tak jest — odpowiedział Onezym z westchnieniem — panna Sabina myślała nawet przez chwilę, że podróż jego dotyczyła niektórych przygotowań do naszego związku, który w oczach snem mi się wydawał. Niestety, było to zbyt piękne, zbyt niespodziewane, i dlatego też miało pozostać tylko marzeniem.
Obiecałeś mi, mój synu, że będziesz mężny...
— Będę nim. Mów tylko dalej.
— Przypominasz sobie także ów przestrach, jaki mieliśmy wieczorem w sam dzień przyjazdu pana Cloarek?
— Pamiętam, ci dwaj ludzie, których Teresa widziała.
— Biedna dziewczyna, widziała aż nadto dobrze, rzeczywiście dwóch mężczyzn, jakeśmy się później dowiedzieli, dostało się do ogrodu, nie w celu uderzenia na mieszkanie nasze, ale dla poznania drogi.
— Więc ci dwaj ludzie należeli do owej zbrojnej bandy?
— Jeden z nich był jej przywódcą, mój synu.
W tej chwili kobieta doglądającą Onezyma, wszedłszy do pokoju, przerwała dalszą jego rozmowę z ciotką, i skinęła na panią Robertową, że jej ma coś powiedzieć.
— Czego chcesz? — zapytała pocichu Zuzanna.
— Oto pan Segoffin przyjechał.
— A pan Cloarek?
— Pan Segoffin jest sam tylko i chce natychmiast mówić z panną, Teresa poszła uwiadomić ją o tem; i panna Sabina kazała mu przyjść do siebie.
— Czy nic nie mówił o panu?
— Nie.
— Idź teraz powiedzieć pannie, że jeżeli mnie będzie potrzebowała, natychmiast do niej przybędę.
Kobieta wyszła, a Zuzanna wróciła do swego siostrzeńca, chcąc dalej prowadzić rozpoczętą rozmowę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.