Spowiedź królowej/IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Alphonse Daudet
Tytuł Spowiedź królowej
Podtytuł Królowie na wygnaniu
Wydawca "Rój"
Data wyd. 1928
Druk „Grafika“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Rois en exil
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IX.
W Akademji.

Klasyczny pałac, śpiący pod ołowianą kopułą przy końcu mostu Sztuk, tam gdzie się zaczyna Paryż, który studjuje, miał tego ranka wyraz niezwykłego ożywienia. Pomimo ulewnego deszczu czerwcowego, tłum cisnął się na stopniach, rozwijał się niby wąż wzdłuż krat i murów, płynął pod sklepieniem od strony ulicy Sekwany, tłum w rękawiczkach, dyskretny, oczekujący cierpliwie, wiedząc, że wejdzie, zaopatrzony w różnokolorowe bilety wstępu. Na wybrzeżu de la Monnaie sunęły w porządku pojazdy, najświetniejsze jakie Paryż posiada, o ugalonowanych iiberjach, zdobne w największe herby Francji i Europy, między któremi jaśniały nawet korony królewskie.
Od czasu do czasu, w dni uroczystych przyjęć, stary Instytut miewa takie przebudzenia, nagłe i interesujące. Ale tym razem nie chodziło o przyjęcie: miało się odbyć tylko rozdanie nagród akademickich, ceremonja, ściągająca zazwyczaj rodziny laureatów. Niezwykły ten napływ arystokratycznego towarzystwa do bram Instytutu tłumaczył fakt, że w liczbie dzieł nagrodzonych znajdowała się Historja oblężenia Raguzy przez księcia de Rosena; a koteria monarchistyczna skorzystała z tego dla zorganizowania manifestacji przeciwko rządowi pod osłoną własnej jego policji.
Południe. Dwanaście uderzeń na starym zegarze powoduje wśród tłumu poruszenie i gwar. Otwarto podwoje. Publiczność posuwa się wolno ku wejściom od placu i ulicy Mazariniego, podczas gdy herbowe pojazdy zawożą posiadaczy uprzywilejowanych kart pod portyk, gdzie krząta się uprzejmy szef sekretariatu, uśmiechnięty niby dobry marszałek dworu Śpiącej Królewny, co po stuletnim bezwładzie ocknęła się na paradnem łożu. Trzaskają drzwiczki karet, zeskakują z kozłów lokaje w długich liberiach. Przybyli zamieniają ukłony, uśmiechy, szepty giną wśród szmeru jedwabi na schodach, wiodących ku zarezerwowanym trybunom.
Amfiteatralna sala zapełniła się, niema ani jednego pustego miejsca. Burzliwe skłębienie głów, oświetlonych zimnym blaskiem kościołów albo muzeów; żółty i gładki stiuk murów oraz marmur widłach posągów Kartezjusza, Bossueta, Massillona, sławy wielkiego wieku, zastygłej w nieruchomym geście, potęgują jeszcze ten chłód. Nawprost przepełnionego półkola, mały stolik zielony z tradycyjną szklanką wody oczekuje na Akademję, która wkroczy za chwilę przez wysokie podwoje o grobowcowym napisie złoconym: „Literatura, Nauka, Sztuka“. Wszystko to tchnie starożytnością, chłodem i ubóstwem, tworząc kontrast z świeżością toalet, któremu rozkwita sala. Jasne materje, modnie skrojone, lekkie fryzury zdobne w koronki i mimozę, barwy ptaków egzotycznych pośród kokard z aksamitu i słomy o blaskach słońca, a nad tem ciągły, udarowy powiew wielkich wachlarzy o subtelnej woni.
Wszystko co Paryż ma eleganckiego, dobrze urodzonego i dobrze myślącego dało tu sobie rendez-vous i uśmiecha się: kwiat kluków, śmietanka Fauobourg, towarzystwo, które się nie udziela i nie daje się widzieć na premjerach, a jeno zrzadka w Operze lub Konserwatorjumj świat wymuskany i dyskretny, szczelnie zasłaniający swe okna przed gwarem ulicznym, świat, o którym mówi się od czasu do czasu z powodu śmierci, separacji lub ekscentrycznej przygody jednego z jego członków. Pośród tej elity kilka znakomitych rodzin iliryjskich, które podążyły na wygnanie wraz z swym monarchą, piękne typy mężczyzn i kobiet, zbyt akcentowane i egzotyczne w tem wyrafinowanem środowisku, Dalej — zgrupowane w widocznych miejscach salony akademickie, zawczasu już przygotowujące wybory i głosy: odwiedzanie ich jest dla kandydata ważniejsze od potęgi jego genjusza. Kilka znakomitości podupadłych epoki Cesarstwa przewija się między swemi „staremi partjami“, którym nie szczędziły ongi swej ironji parweniuszowskiej; a nawet widać klika modnych aktorek, znanych całemu Paryżowi, postaci tem banalniejszych, że inne kobiety ze wszystkich sfer starają się je naśladować. No i dziennikarze, reporterzy pism zagranicznych, z notesami i udoskonalonemu piórami, uzbrojeni jak gdyby udawali się w podróż do Afryki środkowej.
Nisko, w miejscu zarezerwowanem, widać księżnę Koletę de Rosen, żonę laureata rozpromienioną, w prześlicznej toalecie błękitno-niebieskiej z indyjskiego kaszmiru i starej mory. Obok niej gruby jegomość o wyglądzie pospolitym, ojciec Sauvadon, wielce dumny, że towarzyszy siostrzenicy, w stroju wieczorowym, który włożył wskutek nadmiernej gorliwości, chcąc uczcić uroczystą ceremonję. Czuje się więc nieszczęśliwy, skrępowany białym krawatem, i zerka ku wszystkim wchodzącym, szukając napróżno towarzysza niedoli.
Z tego pomieszania barw i postaci wyłania się rychło mocny gwar głosów, przebiegając niby prąd magnetyczny z jednego końca sali na drugi. Czuć tu wzruszenie, życzliwą ciekawość pierwszego przedstawienia, którego powodzenie jest pewne; a gdy od czasu do czasu zjawiają się znakomitości, kieruje się ku nim drżenie całego tłumu.
Czy widzicie w loży na górze dwie kobiety, którym towarzyszy dziecko? To królowa Ilirji i królowa Palerma. Obie kuzynki, wyprostowane i dumne, ubrane jednakowo, w kapeluszach nakształt djademów z długiemi piórami, tworzą czarujący kontrast dwóch typów szlachetnych. Fryderyka pobladła, słodycz jej uśmiechu łagodzi zmarszczka starości; również i twarz jej kuzynki świadczy o niepokojach i niedolach wygnania. Między nemi mały hrabia Zary potrząsa jasnemi kędziorami, a jego wygląd i wyraz twarzy mają coraz więcej pewności siebie.
W głębi loży stary książę de Rosen, obok niego inna osobistość, nie Chrystjan II, — który uchylił się od niewątpliwej owacji, — lecz duży chłopiec o gęstej czuprynie, nieznajomy, którego imienia nie wymówił nikt w ciągu całej ceremonji, a przecież ono właśnie powinno być na ustach wszystkich. Na jego to cześć odbywa się ta uroczystość, on spowodował ten uroczysty requiem monarchji w obecności ostatnich szlachciców Francji i zbiegłych tu rodzin królewskich.
W trybunie Kartezjusza, — wszystkie loże noszą nazwę statuy znajdującej się pod niemi, — król Westfalji zachowuje wyniosły wyraz, wskutek czego oczy jego wydają się bardziej jasne, nieruchome. Od czasu do czasu uśmiecha się w jakiemś kierunku, skłania się w innym: w ten sposób stara się zamaskować swą nieuleczalną ślepotę. Pomaga mu w tem córka, pełna poświęcenia, osoba wysoka i szczupła, której głowa chyli się, rzekłbyś, pod ciężarem złotych warkoczy, Ta piękna para kroczy z godnością szlakiem wygnania, niby aleją w parku królewskim.
Nieco dalej, w turbanie z olśniewającej satyny, zażywna królowa Galicji, niby pomarańcza o grubej skórze. Jest wielce ruchliwa, wachluje się, śmieje i rozmawia z inną kobietą, młodą jeszcze, o twarzy smutnej i dobrej, pobróżdżonej śladami łez. To księżna Palmy, istota nie stworzona do wstrząsów, jakich jej dostarcza awanturniczy małżonek. Właśnie lśni między obydwiema kobietami jego czarna broda i twarz opalona po ostatniej ekspedycji, równie kosztownej i nieszczęsnej, co i poprzednie. Bawi się w króla, miał dwór i kobiety, ukwiecone wjazdy. Dekretował i tańczył, przelewał krew, siał nienawiść, A przegrawszy batalję, schronił się do Francji w poszukiwaniu nowych żołnierzy i miljonów, przybrany w strój podróżny, obcisły w pasie surdut z guzami, nadającemi mu wygląd cygana.
Rzecz dziwna, dnia tego, kiedy tak trudno o dobre miejsca, że widać książąt krwi zagubionych pośród amfiteatru, stoi pustką mała łóżka Bossueta. Wszyscy zadają sobie pytanie, kto ją zajmie, — jaki wysoki dygnitarz lub bawiący w Paryżu przejazdem monarcha tak spóźniony, że posiedzenie zacznie się bez niego? Już stary zegar wydzwania pierwszą. Jakiś głos komenderuje nazewnątrz: „Prezentuj broń!“ i w automatycznym chrzęście chwyconych karabinów odbywa się wejście Literatury, Nauki i Sztuki przez otwarte naoścież drzwi.
Co zasługuje na uwagę w tych znakomitościach, pełnych życia i ruchliwości, to właśnie wygląd młodzieńczy, maskowany przez starców, podczas gdy młodzi usiłują wydać się jak najbardziej poważni, Dwa czy trzy zielone fraki zajmują miejsce przy stole z szklanką wody cukrzonej, i jeden z nich wygłasza tradycyjne zdanie: „Otwieram posiedzenie“. Lecz nikt w to nie wierzy, ani nawet on sam, wiedząc dobrze, że nie chodzi tu o sprawozdanie dotyczące przyznania nagrody Montyon, o czem jeden z najwymowniejszych akademików prawi subtelnie, z obfitością modulacyj.
Jest to wzór mowy akademickiej, napisany stylem akademickim, pełnym arabesek, mistrzowskich zwrotów biegnących pośród zdań dla zamaskowania ich i zaokrąglenia. W każdej innej okoliczności, zwykła publiczność wydawałaby okrzyki zachwytu. Dziś jednak przybyto w innym celu. Trzeba widzieć, z jaką lekceważącą nudą arystokratyczna publiczność słucha tego opisu pokornego poświęcenia, wypróbowanej wierności owych egzystencyj ukrytych w ciasnocie prowincji, skąd je tu wywołano. Sprawozdawca zaczyna pojmować, że nuży i zmierza ku końcowi. A ten koniec podobny jest do odwrotu. Rozlega się kilka oklasków, westchnienia ulgi. Nieszczęsny mówca siada, ociera pot, odbiera powinszowania dwóch współkolegów, ostatnich westalek stylu akademickiego. Polem pięciominutowa przerwa, podczas której sala huczy gwarem, odpoczywa.
Nagle głębokie milczenie. Powstaje jeszcze jeden zielony frak.
To czcigodny Fitz-Roy; i podczas gdy mówca porządkuje swe papiery, każdy ma prawo go podziwiać. Szczupły, zgarbiony, rachityczny, o wąskich ramionach, wygląda na lat siedemdziesiąt, choć ma tylko pięćdziesiąt. Ciało zniszczone i źle zbudowane dźwiga mają główkę; na bladej twarzy o rysach niekształtnych, rzadkie faworyty. Zielony strój potęguje jeszcze bladość, podkreślając sylwetę chorego szympansa... Wuj Sauvadon uważa, że jest boski. Pan o takiem nazwisku!.. Dla kobiet jest on pełen dystynkcji. Fitz-Roy!..
Zrazu wylicza zręcznie i łatwo drobniejsze dzieła, odznaczone przez Akademję; i by zaznaczyć, jak bardzo sprawa ta jest poniżej jego godności i mało go przejmuje, przekręca umyślnie nazwiska i tytuły. Przychodzi wreszcie kolej na nagrodę Roblot, przeznaczoną dla najpiękniejszego dzieła historycznego, ogłoszonego w ciągu ostatnich pięciu lat. „Panowie, nagrodę tę przyznano, jak wiadomo, księciu Herbertowi de Rosen za jego wspaniałą Historję oblężenia Raguzy...“ Gwałtowny grzmot oklasków wita te proste słowa wypowiedziane głosem donośnym, któremu towarzyszył okrągły gest. Czcigodny Fitz-Roy czeka, aż minie ten pierwszy wybuch entuzjazmu, poczem używając efektu kontrastu, naiwnego lecz pewnego, ciągnie dalej, spokojnie: „Panowie...“ Toczy wzrokiem po tym tłumie zgorączkowanym, który trzyma w swych rękach, i, zda się, mówi: „A gdybym tak nie chciał kontynuować?“ Lecz to on wyprowadzony jest w pole, bo gdy już chce mówić, nikt go nie słucha...
Na górze, w trybunie dotychczas pustej, rozległ się trzask drzwi. Weszła jakaś kobieta i usiadła swobodnie, odrazu zwróciwszy na siebie uwagę. Ciemna toaleta, skrojona przez mistrza nożyc, ozdobiona haftem pawim, uwydatnia zgrabną figurę tej Estery, pewnej swego ukochanego. Wszyscy szepczą jej imię, zna ją cały Paryż, od trzech miesięcy mówią tylko o jej miłostkach i zbytku. Pałac przy avenue de Messine przypomina wspaniałością urządzenia najpiękniejsze czasy Cesarstwa. Dzienniki podały szczegóły tego skandalu towarzyskiego, wysokość stajen, koszt malowideł w sali jadalnej, ilość pojazdów, zniknięcie męża, który, nie chcąc znosić dyshonoru, wyjechał zagranicę. Pozostało niewymienione tylko nazwisko nabywcy. W teatrze dama jest zawsze sama, w loży przyscenicznej, zaś w półcieniu kryje się dyskretnie za nią para wąsów. Na wyścigach, w Lasku również sama, a na pustem siedzeniu powozu — olbrzymi bukiet, na drzwiczkach zaś dokoła tajemniczego herbu dewiza moje prawo, mój król, którą obdarzył ją kochanek, zarówno jak tytułem hrabiny...
Tym razem została uznana. Umieszczenie jej tu, w takim dniu, na miejscu honorowem, przeznaczonem dla Królewskich Wysokości, w towarzystwie Watteleta, zausznika Chrystjana, i księcia Axela, pełnego gotowości, gdy chodzi o jakieś kompromitujące szaleństwo, równało się ozdobieniu publicznie herbem Ilirji. A jednak jej obecność nie budzi bynajmniej oburzenia. Królowie cieszą się wszelkiego rodzaju imunitetem; rozrywki ich są równie nietykalne, jak i osoby, zwłaszcza w tym świecie arystokratycznym, gdzie zachowała się tradycja kochanie Ludwików, które jeździły królewskiemi karocami i brały udział w wielkich łowach. W rzeczywistości wrażenie jest doskonałe. Kluby mówią: „Klasa“, Dziennikarze: „Pycha!.. “ Uśmiechy, pełne życzliwości, nawet lorgnony nieśmiertelnych kierują się ku zachwycającej kobietce, siedzącej bez afektacji na przodzie loży.
Ciekawe spojrzenia zwracają się również ku królowej Ilirji, aby zobaczyć, jak też się zachowa. O, doskonale! Ani jeden rys nie drgnął w jej twarzy. Obca uciechom stolicy, Fryderyka nie może znać tej kobiety; nigdy jej nie widziała i patrzy na nią jak na przeciętną kobietę. „Kto to?“ pyta królowę Palermo, która odpowiada bardzo żywo: „Nie wiem...“ Ale kilkakrotnie powtórzone w sąsiedniej loży imię sprawia jej niby uderzenie w serce. „Spalato... hrabina Spalato...“
Od kilku miesięcy tytuł ten prześladuje ją w sennych koszmarach. Wie, że go nosi nowa kochanka Chrystjana, który sobie przypomniał, że jest królem, aby ozdobić jednym z największych zaszczytów jakąś marną kreaturę. Tem dotkliwsza stała się dla niej owa zdrada. Ale oto szczyt wszystkiego. Tu nawprost niej i dziecka ta dziewka, panosząca się niby królowa. Jaka obelga! Wyzwanie błyszczy wyraźnie w pięknych oczach, nieskazitelnem czole i ustach tej kobiety... Tysiąc myśli krąży w głowie Fryderyki... Wielka niedola... codzienne poniżenia... Skąd Chrystjan bierze pieniądze dla tej kobiety?.. Od czasu sprawy sztucznych kamieni wie, że jest on zdolny do wszystkiego; i coś jej szepcze, że ta Spalato będzie hańbą króla i rodu. Przez chwilę waży się w tej gwałtownej naturze zamiar opuszczenia, wraz z dzieckiem, posiedzenia, ucieczki od tego nędznego sąsiedztwa i poniżającej rywalizacji. Ale wszak jest królową, żoną i córką króla, królem też będzie Zara; nie chce dać ich wrogom radości skandalu. O, jakże okrutne jest przeznaczenie królowych, będących przedmiotem zazdrości!
Czcigodny Fitz-Roy kontynuuje lekturę. Brzmi w stylu szarym, niby karta więzienna, pompatyczna pochwała Historji, napisanej przez młodego księcia Herberta de Rosen, „władającego równie dobrze piórem, co szpadą“, zwłaszcza pochwała owego „rycerskiego Chrystjana II, w którym uosobiony jest wdzięk, szlachetność i siła, jakie odnajduje się zawsze na stopniach tronu“. (Oklaski i wykrzykniki entuzjazmu).
Jak gdyby ożywczy poszum skrzydeł wionął w ciasnym gmachu klasycznym, rzekłbyś, rozszerzają się ściany. Cała sala powstawszy zwraca się ku loży Fryderyki, witając i pozdrawiając zwyciężoną lecz sławną monarchję w żonie i synu Chrystjana II, ostatniego króla, ostatniego rycerza. Mały Zara, upojony wrzawą, jak każde dziecko, i oklaskami sam klaszcze naiwnie, podczas gdy królowa, również ogarnięta entuzjazmem, odczuwa radość chwilowego złudzenia. A więc udało się jej otoczyć aureolą tę postać króla, za którą kryje się sama, zbogacić nowym blaskiem koronę iliryjską, którą syn jej będzie kiedyś nosił! Cóż więc znaczy wygnanie, zdrady, nędza! Bywają chwile olśniewające, w których tonie cały cień dokolny... Nagle odwraca się, aby złożyć hołd swej radości temu, co blisko niej oparłszy się głową o ścianę słucha z oczyma utkwionemi w kopule tych słów magicznych, niepomny, że są jego własnością, że to jemu skradziono tę sławę...
Posiedzenie skończone. Czcigodny Fitz-Roy, oklaskiwany, zniknął, a tłum, wychodzący wszystkiemu drzwiami, zaczyna wygłaszać zdania, które utworzą jutro opinję Paryża. W wielkim portyku z kolumienkami, oczekując na wywoływane pojazdy, całe towarzystwo arystokratyczne gwarzy z ożywieniem. Jakie posiedzenie!.. Co za powodzenie!.. Księżna de Rosen otoczona: „Musi być pani bardzo szczęśliwa. — O, tak, bardzo szczęśliwa“. Wuj obok niej. skrępowany wprawdzie białym krawatem, pełen dumy z powodu swego siostrzeńca. Wie dobrze, co o tem sądzić, bowiem książę Herbert ani napisał ani jednego wiersza z tego uwieńczonego dzieła, ale nie myśli o tem, tak jak i Koleta. Prawdziwa Sauvadon, gdy chodzi o próżność, zadowala się pozorami i musi się powstrzymywać, aby nie rzucić się mężowi na szyję wobec wszystkich, tak bardzo jest przekonana, że to on był w Raguzie, i napisał piękne dzieło. A ten poczciwy książę, choć zachwycony i zmieszany owacjami, ponad wszystko rad jest z niespodzianej serdeczności żony i miłosnego niemal oddania, z jakiem się opiera na jego ramieniu, co nie zdarzyło się już od czasu ślubu.
Teraz tłum rozstępuje się, dając drogę dostojnym osobistościom z trybun. Odbywa się prawdziwa defilada cieni królewskich; zjawia się też i Fryderyka z kuzynką i synem, piękna, dumna, promieniejąca.

Tego wieczora wdzięczne alegorje Bouchera, wymalowane w pałacu Rosenów w pokoju Herberta ocknęły się z swych leniwych póz, słysząc głos szczebioczący. „To ja... Koleta...“ Otulona w szatę nocną ze zwisającemi koronkami przyszła, aby życzyć dobrego snu swemu bohaterowi, swemu rycerzowi i genjuszowi... W tym samym mniej więcej czasie Elizeusz przechadzał się samotnie w ogrodzie przy ulicy Herbillon, pod lekką zielenią; wznosiło się nad nim jasne niebo czerwcowe, gdzie trwa długo jasność oblewająca białem światłem dom, rzekłbyś, martwy, o zapuszczonych żaluzjach. Świeciło się tylko okno króla, który nie spał. Cisza panuje dokoła, przerywana jedynie szmerem wody w basenie wodotrysku oraz zagubionym gdzieś trelem słowiczym, któremu odpowiadały inne słowiki. Unosiły się w powietrzu zapachy magnolij i róż. A gorączka, trawiąca bezustannie Elizeusza od dwóch miesięcy, od owej przejażdżki do Vincennes, miast uspokoić się w tej atmosferze woni i śpiewów, biła mu w rękach i skroniach, docierając falami aż do serca.
— Ach, stary warjacie... stary warjacie... — rzekł jakiś głos obok niego, pod jaworem. Stanął osłupiały: właśnie to samo mówił sobie od godziny
— Warjacie, nędzny manjaku... Należałoby rzucić cię do ognia, ciebie wraz z twoim zielnikiem.
— To pan, panie radco?
— Proszę nie nazywać mnie radcą... Już nim nie jestem... I wogóle niczem, niczem... Pozbawiony honoru i rozumu,... Ach porco...
I Boskowicz, łkając w porywie wybuchu, nawskroś południowego, potrząsał głową, dziwacznie oświetloną blaskiem przezierającym wskroś gałęzi. Biedak był od pewnego czasu jakiś poruszony. To, bardzo wesoły i rozmowny, zanudzał wszystkich swym zielnikiem lublańskim, który miał wkrótce odzyskać. To nagle, wśród potoku słów, przerywał wymowę, rzucał spojrzenie z podełba i już niepodobna było wyrwać go z milczenia. Tym razem Elizeusz sadził, że ma przed sobą szaleńca, który schwyciwszy go za ramię wołał tak, jak gdyby wzywał ratunku:
— Méraut, to niemożliwe... Trzeba przeszkodzić...
— Czemu przeszkodzić, panie radco? pytał tamten, próbując uwolnić się z tego nerwowego uścisku.
A Boskowicz szepnął głosem zdyszanym:
— Akt abdykacji jest gotów... wykoncypowany przeze mnie. W tej chwili Jego Królewska Mość kładzie na nim swój podpis... Nie powinienem był... Ma cha... ma che... On jest Królem... A przytem mój zielnik z Lubiany, który mi obiecał zwrócić... Wspaniałe okazy...
Ale Elizeusz już nie słuchał, trwając pod obuchem straszliwego ciosu. Pierwszą jego myślą była królowa. Oto nagroda za jej poświęcenie i abnegację!... W ogrodzie, nagle ogarniętym mrokiem, widział jeno światło w oknie, i tajemniczą w jego blaskach zbrodnię. Co czynić? Jak przeszkodzić?... Królowa jedynie... Ale czy mógł dotrzeć do niej?... Gdy Elizeusz zażądał tego widzenia pomyślano, że pożar zagraża pałacowi... Wreszcie zjawiła się w saloniku Fryderyka, owinięta w długi peniuar, wyraźnie uwydatniający jej wspaniałe ramiona i plecy. Nigdy jeszcze Elizeusz nie czuł tak blisko siebie kobiety.
„Co się stało? zapytała bardzo cicho i prędko, z drżeniem powiek, oczekujących ciosu. Przy pierwszem słowie wybuchnęła: „To niemożliwe... Tego nie będzie, pókim ja żywa!..“
Gwałtowność ruchu rozplotła masy płomienne jej włosów; chcąc je utrzymać podniosła tragicznym gestem rękę, z której aż po łokieć zsunął się rękaw.
„Proszę obudzić Jego Wysokość“, rzekła półgłosem w półcieniu sąsiedniego pokoju, sama zaś udała się bez słowa do króla.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alphonse Daudet i tłumacza: anonimowy.