Spowiedź królowej/VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Alphonse Daudet
Tytuł Spowiedź królowej
Podtytuł Królowie na wygnaniu
Wydawca "Rój"
Data wyd. 1928
Druk „Grafika“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Rois en exil
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VII.
Uciechy ludowe.

Popołudnie pierwszej niedzieli majowej: dzień wspaniały, pełen światła, niemal czerwcowy, a tak ciepły, że królowa Fryderyka wraz z księciem i jego guwernerem wyjechała otwartem landem na przechadzkę. Ta pierwsza pieszczota wiosenna wskroś nowego listowia rozgrzało serce królowej tak, jak oświetliła jej twarz pod błękitnym jedwabiem parasolki. Czuła się szczęśliwa, bez powodu, wśród powszechnej łagodności zapominając na kilka godzin o niedoli: wciśnięta w róg ciężkiego powozu, mając obok siebie dziecko, pogrążała się w błogostanie. Naprzeciwko nich siedział Elizeusz Méraut, z którym wiodła intymną rozmowę.
— To dziwne, rzekła, zdaje mi się, że widzieliśmy się zanim jeszcze nastąpiła nasza znajomość. Pański głos i oblicze obudziły we mnie jak gdyby wspomnienia. Gdzież to mogliśmy się widzieć po raz pierwszy?
Mały Zara przypominał sobie dobrze to spotkanie. Było to w klasztorze, w owym kościele pod ziemią, gdzie tak bardzo zląkł się pana Elizeusza. Jeszcze nieco tego leku zabobonnego pozostało w spojrzeniu nieśmiałem i łagodnem, jakie dziecko zwróciło ku swemu mistrzowi... Ale królowa była przekonana, że się widzieli jeszcze przed wieczorem wigilijnym:
— A może to było w przeszłem życiu, dodała niemal poważnie.
Elizeusz zaśmiał się:
— Istotnie, Wasza Królewska Mość się nie myli. Działo się to w innem życiu, ale w Paryżu, w dzień Jej przyjazdu. Stałem nawprost Hotelu pod Piramidami na cokole krat tuileryjskich...
— I krzyknął pan: Niech żyje król!... Teraz przypominam sobie. Ach, jakże się cieszę... To pan powitał nas pierwszy... Gdybyś wiedział, jak bardzo pokrzepił mnie ten okrzyk.
— A mnie! rzekł Méraut... Tak dawno nic miałem sposobności wznieść tego triumfalnego: Niech żyje król!.. Tak dawno wisiał mi na ustach... To okrzyk serca, związany ze wszystkiemi radościami dzieciństwa, młodości; w nim zawarły się wzruszenia i nadzieje naszej rodziny, w nim odzyskuję akcent południowy, gest i głos swego ojca, i tak samo czuję się wzruszony, jak i on niegdyś. Poczciwiec! W tem jednem słowie mieściło się dlań instynktowne wyznanie wiary. Któregoś dnia, wracając z podróży do Frohsdorfu, ojciec Méraut dążył przez plac Carrousel w chwili, gdy miał wychodzić Ludwik-Filip. Przywarłszy do krat, czekała ciżba ludu, tłum obojętny, nawet wrogi, jak to bywa pod koniec panowania. Ojciec mój, dowiedziawszy się, że będzie przejeżdżał król, rozpycha tłum, kierując się ku pierwszym szeregom, aby zmierzyć wzrokiem i zmiażdżyć pogardą Ludwika-Filipa, tego nędznika, i intruza, co ukradł tron legityzmu... Nagle zjawia się król, przechodzi przez pusty dziedziniec, pośród martwej ciszy, milczenia ciężkiego i przytłaczającego cały pałac: rzekłbyś zaczynał się już rozlegać terkot karabinów i trzeszczały wiązania tronu... Ludwik-Filip, nawskroś mieszczuch, stary już, zbliżał się ociężałym krokiem, trzymając w ręce parasol. Nie miał w sobie nic z króla, nic z władcy. Ale ojciec mój widział go innym. I na myśl, że w wielkim pałacu królów francuskich, pełnym sławnych wspomnień, przedstawiciel monarchji kroczy wśród tej straszliwej pustki, jaką nienawiść narodu szerzy dokoła panujących, coś w starcu poruszyło się i zbuntowało; zapomniawszy o owych urazach, i obnażywszy nagle głowę, krzyknął, raczej jęknął: „Niech żyje król!“, głosem tak szczególnym, że król zadrżał i podziękował mu długiem, wzruszonem spojrzeniem.
— Ja winnam była podziękować panu w taki sposób... rzekła Fryderyka, a oczy jej spoglądały na Mérauta z tak tkliwą wdzięcznością, że biedny chłopiec pobladł cały. Ale zaraz, wracając do usłyszanego opowiadania, zapytała:
— Ojciec pański nie był jednak szlachcicem?
— O, nie... Był to człowiek niskiego, skromnego stanu... zwykły tkacz.
— To szczególne... rzekła w zamyśleniu.
Jego odpowiedź dala im asumpt do podjęcia wieczystej dyskusji. Królowa nie lubiła ludu, nie rozumiała go i czuła jakiś lęk fizyczny. Uważała, że jest brutalny i przerażający zarówno w uciesze, jak i w zemście. Nawet podczas uroczystości koronacyjnych, miodowego miesiąca panowania, bała się tych tysięcy rąk, co, wzniesione na znak powitania, trzymały ją jak gdyby na uwięzi. Nie potrafili się nigdy zrozumieć: łaski, względy, jałmużna szafowane przez nią były niby przeklęty posiew, niezdolny do kiełkowania, choć winy nie ponosiła tu ani jałowość gleby ani bezpłodność nasion.
— Tak, wiem dobrze... lud budzi lęk w Waszej Królewskiej Mości, która go nie lubi, a raczej nie zna... Ale proszę spojrzeć dokoła, na te aleje... A przecież tu przechadza się właśnie i bawi najgroźniejsze z przedmieść paryskich, skąd pędzą rewolucje, wyrywając z bruku kamienie... Jak ci wszyscy ludzie wyglądają poczciwie i naturalnie!... Jakże się cieszą tym dniem wypoczynku i słoneczną pogodą...
Z szerokiej alei, którą lando jechało stępa, widać było pod kępami ledwie rozkwitłych polnych hijacyntów śniadania rozłożone na murawie: bieliły się talerze pośród otwartych koszyków, a z zieleni wynikały, niby wielkie piwonje, grube szklanki napełnione winem. Na gałęziach wisiały szale i kurtki, w cieniu drzew czytano, odpoczywano lub nawet zajmowano się szyciem: na polance migały tanie stroje tych co się bawili w ciuciubabkę albo uczestników kontredansa, zaimprowizowanego przy dźwiękach niewidzialnej orkiestry, dochodzących raz po raz. A tłumy dzieci biegały pośród starszych, którzy jedli i bawili się, od jednej rodziny do drugiej, podskakując i krzycząc, napełniając cały lasek rozgłośnym szczebiotem, niby chmary jaskółek, do których były podobne z ruchliwości i zwinności, W przeciwieństwie do Lasku bulońskiego, poprawnego i ogrodzonego sztachetkami, gaik Vincennes, pełen swobody, był, zda się, stworzony do tych uciech ludowych przez samą naturę, bardziej tu łaskawą i żywą.
Nagle, na zakręcie alei, okrzyk zachwytu wydarł się z piersi królewicza: rozbłysło pełnią powietrza i światła jezioro, rozprzestrzeniając, zda się, lasek hen, poza murawą pokryte brzegi. Widok był wspaniały, niby morze nagle zjawione pośród zakurzonego labiryntu głazów włoski bretońskiej. Ozdobione flagami łódki, pełne jaskrawych barw, pruły jezioro we wszystkich kierunkach, niecąc pianę srebrem wioseł. Chmary kaczek pływały hałaśliwie, majestatyczne łabędzie trzymały się brzegów, a z głębi zielonej wysepki orkiestra siała na cały lasek radosne dźwięki. A wokół wesołe ożywienie, trzepot flag na wietrze, wołanie wioślarzy, hałas dzieci, gwar dwóch kawiarenek, zbudowanych niemal na wodzie... Na brzegu jeziora było niewiele pojazdów czasami ukazał się fiaker, wioząc z przedmieścia nowożeńców, lśniących nowością strojów, albo furgon handlowy pełen korpulentnych dam, litośnie spoglądających na tłum kroczący po piasku. Ale szczególnie dużo krążyło wózków dziecięcych, a w tym pierwszym zbytkownym sprzęcie rodziny robotniczej poruszały się główki w czepeczkach, kiwając się radośnie w oczekiwaniu na sen.
Pośród tego tłumu nie mogła przeminąć bez wrażenią liberja i powóz o herbach iliryjskich. Fryderyka bywała tu zwykle tylko w dni powszednie. Trącano się łokciem; na turkot kół ustępowano z drogi, poczem padały uwagi pełne zachwytu dla wyniosłej urody królowej i arystokratycznego wyglądu Zary. Czasem z gęstwiny ukazała się bezceremonjalna mina dziecięca i rozlegał się okrzyk; „Dzień dobry pani...” Czy to wskutek słów Elizeusza, czy też wspaniałej pogody i radości, szerzącej się aż ku horyzontom, czystym i prawdziwie sielskim, dość że Fryderyka odczuwała sympatję do tej niedzieli ludowej, wzruszającej schludnością ubiorów, zważywszy ciężki trud i rzadkie chwile wypoczynku. Co się tyczy Zary, to nie mógł poprostu usiedzieć na miejscu; pragnąłby wyskoczyć z powozu, tarzać się wraz z innymi na murawie, jeździć łódką.
Tymczasem lando wjechało w aleje mniej hałaśliwe, gdzie publiczność czytała lub spała na ławkach, a pod drzewmmi krążyły, objąwszy się, pary. Tu cień miał w sobie świeżość źródła, prawdziwie leśne powiewy. W gałęziach szczebiotało ptactwo. Lecz zarazem dochodziło z drugiej strony wyraźne echo jakiejś zabawy: wystrzały, warczenie bębnów, dźwięki trąb i dzwonów, na tle wielkiego gwaru buchającego nagle w górę, niby chmura dymu. Rzekłbyś, odbywało się łupienie miasta.
— Co to jest?.. Co tam słychać? pytał młody książę.
— Jarmark na pierniki, Wasza Wysokości, odparł stary stangret, odwracając się na koźle, a że królowa zgodziła się obejrzeć to zbliska, powóz potoczył się po przez mnóstwo uliczek, ledwie uporządkowanych, gdzie nowe, sześciopiętrowe domy wznosiły się obok nędznych lepianek, pomiędzy rynsztokiem biegnącym z obory i ogrodem zieleniarza. Na każdym kroku szynczki, huśtawki szpetnie malowane na zielono, tłumy publiczności, wśród której było mnóstwo wojskowych w artyleryjskich czakach i białych rękawiczkach. Słuchano arfisty lub wędrownego skrzypka, który na dany znak rzępolił arję z „Faworyty“ albo „Trubadura“, gdyż swawolny ludek paryski uwielbia sentymentalną muzykę, nieszczędząc datków, gdy się bawi. Raptem lando staje: pojazdy nie mogą jechać dalej, Ale widok mrowiska ludzkiego pośród istnego szpaleru budynków jarmarcznych zapalił taką ciekawością oczy Zary, że królowa zaproponowała, aby pójść dalej pieszo. Była to ze strony dumnej Fryderyki rzecz tak niezwykła, że Elizeusz zawahał się, zdumiony.
— Czy to coś niebezpiecznego?
— Nie, bynajmniej... Ale skoro udajemy się tam, lepiej, by nam nikt nie towarzyszył. Liberja zwróci zbyt wiele uwagi.
Na rozkaz królowej lokaj wrócił na kozioł; postanowiono, że lando zaczeka. Zresztą zabawią krótko, spojrzą tylko na pierwsze namioty.
Na pierwszym planie — lotne kuchnie, buchające ostrą wonią prażonego tłuszczu i płomieniem różowym w świetle dziennem; dokoła krzątały się biało ubrane kuchciki pośród stosu pączków; a dalej fabrykanci jakichś słodyczy, wychwalający towar pachnący migdałami... Młody książę patrzył w osłupieniu. Było to dlań coś zupełnie nowego, bo wychowany, jak ptak w klatce, pośród wysokich komnat pałacowych, otoczony lękiem i nieufnością, zabawy ludowe oglądał jedynie z wysokości balkonu lub powozu otoczonego gwardją. Zrazu, onieśmielony, kroczył obok matki, ściskając ją mocno za rękę, lecz powoli odurzył go gwar i atmosfera zabawy. Oszałamiały dźwięki katarynek. Miał wielką ochotą biec, pociągając za sobą Fryderykę, a jednocześnie czuł potrzebę zatrzymywania się co krok, to znowu dążenia naprzód, coraz dalej, gdzie gwar był największy, a tłum najgęstszy.
W ten sposób oddalali się niepostrzeżenie coraz bardziej, podobnie jak pływak, którego unosi nurt, zwłaszcza że nikt nie zwracał na nich uwagi, gdyż wśród tylu jaskrawych strojów ginął kostjum królowej o bronzowych tonach, oraz dyskretny ubiór Zary; chwilami tylko obnażone łydki i duży kołnierz chłopca powodowały czyjąś uwagę: „To Anglik...“, podczas gdy matka i Elizeusz zamieniali z sobą uśmiechy, widząc radość maszerującego między niemi dziecka. „O, mamo, spojrzyj... Proszę pana, co tam się dzieje?... Chodźmy zobaczyć!...“ I przechodząc zygzakowatą linją z jednej strony na drugą, zagłębiali się coraz więcej w tłumie.
— A możebyśmy wrócili? zaproponował Elizeusz, ale dziecko jest tak pijane, a matka czuje się tak szczęśliwa, że malec wyszedł wreszcie ze stanu zwykłego odrętwienia, iż daje się pociągać dalej i dalej...
Dzień staje się coraz gorętszy, a zabawa przybiera wygląd czarodziejski. Nastąpiła chwila przedstawień. Cały personel cyrków i bud wylęga nazewnątrz poprzed ściany płócienne, na których pod wpływem wiatru, rzekłbyś, ożywiają się wymalowane zwierzęta, akrobaci i siłacze. Tu odbywa się przegląd wojskowy: pomieszanie kostjumów epoki Karola IX i Ludwika XV, strzelb i muszkietów, peruk i pióropuszy. Naprzeciwko, na drewnianej estradzie, źrebaki popisują się wyuczonym tańcem, ukłonami i rachunkiem, a obok — prawdziwa produkcja jarmarczna: pajace w kraciastych strojach, skoczki w obcisłych trykotach i rosła dziewczyna w spódniczkach tancerki, żonglująca kulami, flaszkami i nożami o błyszczących klingach cynowych.
Książę zapomniał o wszystkiem, wpatrzony w tę piękną postać, gdy nagle zjawia się, oparta o balustradę, królowa, prawdziwa królowa z bajki w lśniącym djademie i krótkiej tunice z srebrzystej gazy. A oto rozlegają się dźwięki orkiestry, ale nie zwykłej ot, orkiestry: na trąbce gra pan o krótkich faworytach i połyskującej czaszce, a jakaś dama, zupełnie tak uroczysta, jak pani de Silvis, w jedwabnym płaszczyku i kapeluszu z kwiatami, bije w duży bęben, spoglądając roztargnionym wzrokiem na prawo i na lewo...
W nieskończonej i coraz to zmiennej panoramie tańczyły niedźwiedzie na łańcuchu, murzyni, djabły i djablice w czerwonych turbanach; gestykulowali zapaśnicy, wsparłszy się ręką pod biodro, mistrzyni szermierki w czerwonych pończochach, pancerzu i masce na twarzy, jegomość w aksamitnym stroju, podobny do Kolumba albo Kopernika, a gdzieś z tyłu dochodziły wraz z mdłym zapachem stajni, ryki zwierzyńca Garela.
A na każdym kroku — król zabawy, piernik we wszystkich postaciach i kształtach, ozdobiony kolorowym papierem i wstążkami, naśladując groteskowo znakomitości paryskie, szerząc dokoła smakowitą woń miodu i smażonych owoców.
Teraz niepodobna już się cofnąć. Trzeba iść z prądem, popychającym to w jedną stronę, to w drugą; wybuchają śmiechy, żarty. Nigdy jeszcze królowa nie oglądała tak blisko ludu. Czując niemal jego oddech i dotknięcie, nie doznaje przecie niesmaku ani lęku, i aż jej dziwno. Uspokaja ją pogodna wesołość tych poczciwców i niepohamowana radość syna, i mnóstwo wózków z dziećmi, krążących, gdzie największa ciżba... Lecz Elizeusz zaczyna się niepokoić. Wie on, co to tłum, tak na pozór spokojny, zna niebezpieczeństwo, kryjące się w tych przypływach i odpływach. Niechby tylko lunął deszcz z ciężkich, gromadzących się nad nimi chmur, jakaż powstałaby zaraz panika i popłoch! A gorąca wyobraźnia maluje mu sceny potwornego skłębienia i stratowania...
Małemu księciu bardzo gorąco i skarży się, że nic nie widzi. Wówczas Elizeusz stawia sobie Zarę na ramionach: jakiż nowy, a wspaniały widok! W długiej perspektywie, na tle zachodzącego już słońca, trzepocą flagi i bandery i płótna na przodzie namiotów. Młyn djabelski podnosi na wysokość trzech pięter wózki napełnione publicznością, karuzele kręcą się z mnóstwem wielobarwnych lwów, lampartów, bestyj fantastycznych, dosiadanych przez dzieci o wyglądzie małych pajacyków. A bliżej całe chmary czerwonych balonów, jasnożółtych młynków papierowych, oraz mnóstwo główek dziecięcych, wzniesionych, tak jak Zara, nad tłumem. Promienie zachodzące oświetlają Pierota i Kolombinę, dwie białe plamy kredowe na czarnem tle budy... A wszystko ginie w olbrzymiej wrzawie jarmarcznej, huku żywiołowym, powszechnym i wielogłosym kołatek, grzechotek, gongów, bębnów, katarynek, ryku zwierząt, parowych syren.
Nagle zmęczenie, oszałamiająca atmosfera tej masy ludzkiej, upał słoneczny przyprawiają królowę o zamroczenie. Ledwie ma czas uchwycić Elizeusza za ramię, aby się na nim oprzeć, i szepcze, cała blada: „Nic.., to nic...“ ale skłania się głową i ciałem ku niemu — przez jedną chwilę... O, tej chwili on nie zapomni nigdy...
Ale to już przeszło, Fryderyka odzyskała siły. Świeży powiew wrócił jej równowagę, ale nie puszcza ramienia Elizeusza, który doznaje jakiegoś niewysłowionego uczucia. Nie myśli już o Paryżu, zabawie, tłumie i niebezpieczeństwie! Buja w krainie niemożliwości, gdzie ziszczają się marzenia najbardziej czarodziejskie i niezwykłe. Idzie, nic nie widząc i nie słysząc, otoczony jakimś obłokiem, co mu wszystko przesłania,.. Wreszcie odzyskuje świadomość rzeczywistości. Powóz królowej — daleko. Muszą wrócić pieszo na ulicę Herbilłon, dążyć w zmierzchającem świetle przez szerokie aleje, pełne szynków i rozbawionej publiczności. Prawdziwa eskapada, ale żadne z nich nie myśli o niezwykłości takiego powrotu. Mały Zara mówi bez przerwy, jak zwykle dzieci oszołomione widowiskiem, przynaglone potrzebą wypowiedzenia wszystkich wrażeń i obrazów, jakie przesunęły się przed ich oczyma. Elizeusz i królowa milczą. On, drżąc jeszcze, stara się odtworzyć ową szczególną chwilę, która mu wyjawiła smutną tajemnicę jego życia. Fryderyka myśli o rzeczach dotąd nieznanych i nowych, widzianych po raz pierwszy. Po raz pierwszy usłyszała bicie serca ludowego, skłoniła głowę ku lwiej grzywie: pozostało wrażenie mocne i łagodne, niby uścisk, pełen pieszczoty i męskości.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alphonse Daudet i tłumacza: anonimowy.