Syn Marnotrawny (Weyssenhoff, 1905)/XII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Weyssenhoff
Tytuł Syn Marnotrawny
Rozdział XII
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1905
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa; Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XII.

W niewielkim porcie Nicejskim, wczesnym rankiem panował ruch targowy. Smolne łodzie rybackie wróciły z połowu; przekupnie nabywali rybę. Naprzeciw przystani murowany bazar zasłoniony był stosami beczek, które wyładowywał z siebie statek świeżo przybyły z Algieru. Zapachy jarzyn i owoców na brzegu zlewały się z ostrą wonią stęchłej wody morskiej, zamkniętej w przystani między rozrzuconymi kadłubami większych i mniejszych łodzi.
Wśród zgiełku i swędu, na murowanem cembrowaniu przechadzał się człowiek, nie mający tu pozornie nic do czynienia i zwracał uwagę handlującej rzeszy. Chodził tak od paru godzin, niektórym zawadzał, innych drażnił przez to samo, że był dobrze ubrany i nic nie nosił na plecach. Wkrótce jednak robotnicy i przekupnie, którzy tu łączą poufałość Włochów z szyderczą werwą Francuzów, zdali sobie sprawę, że ten pan oczekuje przybycia okrętu. Gdy kto nowy przybywał na próg przystani, ci, którzy już wiedzieli, objaśniali:
— Frajer plącze się tu, bo czeka na wpłynięcie grubego komina.
— Agent od kwarantanny? Nie... jakaś obca facyata.
— A jacht d’Anjorrant’a nie wrócił?
— Widzisz przecie, gapiu, że go niema.
— Ma tutaj przybić. Ale im nie pilno. Kobiety mają z sobą, nie nudzą się po kajutach.
— A ten pewno czeka na swoją.
— Taką ci ma gębę. Już mu kapelusz ledwo na łbie siedzi, aż mu się podnosi.
— Niby od czego?
— Głupiś! Zapytaj swojej Małgorzaty.
Fabiusz, gdy go doszedł wybuch śmiechu razem z okruchami tej brudnej rozmowy, przyśpieszył kroku i brwi zmarszczył jeszcze silniej. Ci ludzie z gminu przedrzeźniali po swojemu coś podobnego do jego własnych myśli. Daleki był od posądzenia Anny, ale wyobraźnia nasuwała mu bolesne obrazy. Widział ją wśród orgii, stropioną, bez opieki. Nie trzeba jej było puszczać na tę wyprawę, która przedłuża się w sposób nieprzyzwoity. Ale nie miał prawa zakazywać. Jakie on wogóle ma do niej prawa?
Noc spędził w oberży portowej, gdyż przybył około północy do portu. Nie spał, a teraz długo już chodził pośród wstrętnego zgiełku i marnych ludzi.
Nareszcie przybiegła do niego ładna dziewczyna rybacka, której obiecał franka za wiadomość o ukazaniu się jachtu na horyzoncie.
Mossiou! votre bateau il arrive!
Nagiem ramieniem z pod jaskrawej chusty wskazywała pióropusz pary po za groblą zamykającą port.
Dans venti minute.
I spojrzała na Fabiusza czarnemi oczyma i wyraziste usta ułożyła tak miłośnie, że poczuł niby prąd kobiecego współczucia dla swej niedoli. Ale dziewczyna wyciągnęła znowu ramię do niego, a palcami przywoływała wymownie obiecaną nagrodę:
Mossiou!
Oddając jej franka, Fabiusz uśmiechnął się i rzekł:
— Dusza twoja jest mała, ale oczy piękne.
Merci, mossiou!
Jacht, zbudowany do lotu, zbliżał się szybko. Wkrótce zawitały do portu herbowe anioły d’Anjorrantów i zawisły dumnie ponad ubogiemi łodziami.
Fabiusz namyślał się przez chwilę, czy stać i oczekiwać, czy oddalić się i przyjść na samo wylądowanie. Ale został.
— Śmieszny będę dla nich, to mi obojętne. Ci ludzie najwyżsi powiedzą o mnie to samo, co dopiero słyszałem z ust pospólstwa portowego. Powiedzą inaczej i będzie im się zdawało, że cywilizacya zawiera się w formie słowa i szaty, a ja wiem, że uspołecznienie ludzi jest w pięknie i miłości. Niech będę śmieszny dla nich, bo nie wiedzą, co zacz są. Ale ona ucieszy się do mnie.
Girlandy i proporce na statku wyglądały z daleka jeszcze wspaniale, tylko ostre światło poranka nie wypadało korzystnie dla jachtu, pośród brudnych lodzi, ani dla zmęczonych twarzy biesiadników pośród przywiędłych kwiatów. Na pokładzie zalegało milczenie, tylko Cyganie rzępolili bez fantazyi, jak przez sen. Gdy dojeżdżano, d’Anjorrant kazał kapeli urwać.
Fabiuszowi mignął w pamięci dobry tytuł marnego poematu:
— »Pijana Łódź«.
Jacht dobił do bulwaru i zaczęto lądować przez rzucony do lądu pomost.
Mężczyźni pokryli fraki płaszczami, a panie zakutane były w różne narzutki. Tylko hrabina Puckelswart ukazywała płowe swe włosy w dziwnym nieładzie i twarz zaczerwienioną, postarzałą. Pierwsi stanęli na lądzie obaj Filipowie, ojciec i syn, i arcyksiężna Fryderyka. Całe towarzystwo śpieszyło się w milczeniu, czasem tylko wybuchł śmiech nerwowy, odezwał się głos ochrypły. Ten szereg czarnych mężczyzn o twarzach bladych i oczach zapuchłych, z kobietami zakapturzonemi, wyglądał jak ucieczka jakaś wstydliwa. Tylko d’Anjorrant, świeżo ogolony, w nieposzlakowanym mundurze stał na pokładzie, żegnając gości wojskowym ukłonem. Jako kapitan, ostatni miał zejść z posterunku, i sam jeden wyglądał zwycięsko i spokojnie.
Dubieński wyskoczył na brzeg i podał rękę pani Oleskiej, która teraz dopiero z pod nasuniętego kapturka spostrzegła oczekującego Fabiusza. Jerzy doprowadził panią Annę do opiekuna i oddał ją z rąk do rąk z wyszukaną troskliwością, niby skarb uratowany.
— Jak dobrze, że Fabiusz przyszedł! Kochany Fabiusz!
Po cichem uściśnieniu dłoni Olescy odeszli w milczeniu do powozu, najętego przez Fabiusza.
Dopiero po południu zjawił się Fabiusz w mieszkaniu pani Anny. W białej porannej sukni, niby w greckim chitonie, zastosowanym do wymagań dzisiejszych, była tak ładna, że widok jej utrudniał poważną rozmowę. Pewne omdlenie w giętkiej kibici i cień około oczu świadczyły o przebytych nerwowych wzruszeniach. Ale zarazem biło od niej pachnące, żywe ciepło, jak od kwiatu rozgrzanego w słońcu.
Fabiusz zabronił sobie uprzednio okazać się nudziarzem albo spowiednikiem. Przybrał się więc w uśmiech swój dobry, który był wdziękiem jego poważnej twarzy; zaglądał głęboko w dusze, ale dusz czystych nie przejmował trwogą. Począł opowiadać swobodnie:
— Jadłem wczoraj obiad w Monte Carlo u Ciro. I ja zaczynam się puszczać. Po obiedzie rozmawiałem z dziwną figurą; nazywa się »wielkim poetą«, Blandignère. Stary człowiek z rozwianymi na skroniach siwymi włosami, w wytartym fraku, osypanym orderami z kartonu. Za byle jaką sztukę monety układa ody, miłosne wyznania, pieprzne epigramaty; błaznuje, tańczy, co kto chce. Ma karty wizytowe z bajecznymi tytułami, z których podobał mi się jeden: »Émule de Mr. Émile Zola à l’Académie Française«. Zaprosiłem go do swego stołu, bo mu patrzało z oczu trochę obłąkaniem, a bardziej nieszczęściem. I ten błazen powiedział mi rzecz godną uwagi: »Jestem cieniem poety, który się w jednej rzeczy pomylił: sądził, że zabawa jest szczęściem, podczas gdy zabawa jest przekleństwem«.
— To ciekawe — rzekła pani Anna.
— Jest to oczywiście paradoks, ale dobrze oświetla ten łachman ludzki, który miał niegdyś jedwabne w sobie nitki. A także illustraje szkicowo gwałtowny rozkład pod tutejszem słońcem pierwiastków dobra i piękna w osobnikach słabszych. Gdybym chciał stworzyć galeryę tych wszystkich ludzi wykolejonych, chorych, podejrzanych, sfałszowanych, jako winietę końcową nakreśliłbym tę marną głowę biedaka, wielkiego poety Blandignère. Dobry okaz nędzy, dobry wiór odrzucony przez maszynę, wyciskającą tutaj rozkosz ze złota.
— Jaka szkoda, że nie jadłam wczoraj obiadu z Fabiuszem, zamiast na tym jachcie!
— Doprawdy?
— Doprawdy. Było mi tam bardzo źle.
Opowiedziała swe wrażenia, jedyne w życiu. Mówiła bezładnie, śmiesznie i poważnie, ale szczerze, z zupełnem zaufaniem do przyjaciela.
— ...I doprawdy, gdy ci pijani zaczęli tańczyć, a noc była późna, nie wiedziałam, gdzie się schować, do kogo uciec. Wyratował mnie, zgadnij kto? Nasz Dubieński.
— Nasz?!
— Myślałam, że go lubisz?
— Tak... nie znam go dostatecznie.
— To przecie inny człowiek. Prawił mi naturalnie różne pochlebstwa przez grzeczność, ale zachował się zupełnie przyzwoicie i względem mnie i względem siebie samego. Ani się nie upił, ani tańczył. Wyglądał nawet zgorszony i podał mi myśl stowarzyszenia się z lady Cosway, sztywną Amerykanką, ale przynajmniej... Cóż to? Fabiusz niezadowolony?
— Owszem. Pan Dubieński ma dużo taktu; sam to zauważyłem.
— Cóż lepszego mogłam zrobić w tak rozhukanem towarzystwie, niż trzymać się z ludźmi najspokojniejszymi?
— Kochana pani Anno! Niech cię Bóg strzeże od przyjaciół, mających tylko względną, nie zaś istotną wartość. Nie mówię tego o wymienionych osobach, bo je mało znam. Opowiedz raczej jeszcze coś o wyprawie. Zaczynam żałować, żem tam nie był.
— Cóż mam dalej powiedzieć?... Towarzystwo dziwnie pomieszane. Książęta krwi i pan Ciampi... Także księżna Kobryńska nie podobała mi się. Zachowuje się dwuznacznie ze mną: zna mnie od dawna, a powiedziała wczoraj księciu Filipowi starszemu, że nie pamięta, jak się nazywam.
— Możemy ją podarować księciu Filipowi.
— Nie przyjmie! zaśmiała się pani Oleska, pokazując ząbki wesołe, niepozbawione jednak kobiecego okrucieństwa.
— Któż więcej ci się nie podobał? Wyznaję, że wolę ten gatunek.
— Z kobiet jedna, która podobać się musi, bo jest bardzo piękna, ale jakoś mi strasznie zagadkowo wygląda, to pani de Sertonville.
— Pani de Sertonville była na jachcie?!
— Była. Cóż z tego?
— Przed tą muszę cię ostrzedz stanowczo. Jest to kobieta najgorszych obyczajów.
Fabiusz tego powiedzieć nie mógł bez gruntownego przekonania. Pani Anna spoważniała:
— Widzisz, jak tu trzeba być ostrożną!
— Jak tu trzeba być ostrożną, — powtórzył Fabiusz.
— To jest, że źle uczyniłam, przyjmując zaproszenie d’Anjorrant’a.
— Najdroższa! Nie możesz uczynić źle, tylko zło może za blizko znaleźć się ciebie.
Pani Anna wzruszona podała Fabiuszowi rękę.
W tej chwili weszła służąca:
— Pan hrabia Dubieński zapytuje, czy go pani zechce przyjąć.
— Co? jak myślisz? — zwróciła się pani Oleska do przyjaciela, nie ukrywając nagłego wzruszenia.
Fabiusz spuścił oczy i rękoma dał znak, że nic nie radzi. Pani Anna zawahała się przez chwilę, poczem rzekła do służącej:
— Powiedz, że bardzo przepraszam, że mam lekcyę z dzieckiem.
Nie było to zupełnem kłamstwem, bo pani Anna dawała codzień lekcye swej małej Zosi.
Fabiusz nie podziękował, tylko po krótkiem milczeniu, odrzucił w tył głowę, a rysy jego przybrały wyraz szlachetnej odwagi. Czuć było, że mówi to, co powinien:
— Myślę często, bardzo często, bo ciągle, czy nie nadużywam twej dobroci, zabierając twe towarzystw dla siebie, to towarzystwo, któreby dla innych było może równie cennem dobrodziejstwem. Czy postępuję samolubnie? nie wiem, bo jeżeli ci mogę przynieść jaką korzyść moją radą, to znowu korzyść twoja jest mi najwyższą uciechą. Ja wiem, że widzę życie jaśniej i przezieram lepiej maski ludzi, niż ty twojemi młodemi oczyma, zapatrzonemi jeszcze w dziecinne, najpiękniejsze wizye. Prowadzić cię mogę za rękę i odpowiadać mą siłą za twe bezpieczeństwo, ale czy ręczyć mogę za twoje szczęście, lub choćby zadowolenie? Z samym sobą, jestem w zgodzie, ale jaka jest zgoda między nami?
— Mój drogi, skąd dzisiaj to wątpienie? Wiesz, że mi jesteś najmilszym przyjacielem, najpotrzebniejszym. Od ciebie tylu rzeczy nauczyłam się; ciebie przywykłam zapytywać o wszystko, a nawet gdy cię niema przy mnie, pytam się cicho: coby Fabiusz powiedział? Naprawdę, radzę się ciebie jak sumienia.
— Wierzę ci, Anno, i to mi wystarcza. Ale ja cię prowadzę do cichego obowiązku, nie znam innej drogi, a życie ma różne ponęty, których ci może brak, które poświęcasz mojej starej niewolniczej przyjaźni?
Pani Anna zarumieniła się.
— Fabiusz dzisiaj mówi dziwnie... Najprzód, nie jest stary.
— Ha, wolałbym nie być!
— Czterdzieści sześć a dwadzieścia sześć to mała różnica. Już i ja postarzałam.
— Gdy się kobiety, za dobrych czasów, rodziły dorosłe z piany morskiej, miały zapewne twój wiek.
— Ho, ho, ho! Takby to powiedział ktoś na jachcie. Nie, od mojego Fabiusza to więcej warte.
Fabiusz powstał, widocznie Z żalem, ale i z energią.
— Rzeczywiście, mijam się z właściwym stylem. A teraz może naprawdę Zosia czeka na lekcyę?
— Tak. Spałam po powrocie z Villefranche; dopiero co ubrałam się.
Uchyliła drzwi od sąsiedniego pokoju:
— Zosiu! do stryjaszka!
Mała panna Oleska nie wbiegła, ale weszła do salonu elastycznym krokiem, już nacechowanym elegancyą i podobieństwem do mamy. Rączki i ciemne oczęta dążyły prosto do ulubionego stryja. Ze słodką dziecięcą, powagą pocałowała go w policzek, dała się głaskać po jedwabnych jasnych włosach.
— Czy była Zosia na przechadzce?
— Byłam. Pani Jabłońska kupiła mi nowego Gastona, ale jest tani i brzydszy.
— Gaston? poczekaj... to ten, co w morzu utonął?
— O! tamten od stryjka był ładny, jak żywy.
— Poszukam takiego samego. Jutro ci przyniosę.
— Niech stryjek kupi także starszego, z brodą.
— Nie wiem, czy takiego znajdę.
— Jest, jest, na »venue de la Gare«, podobny do stryjka.
— Tak, jak Gaston do małego de Nielles?
— Tak samo.
— Zosiu! — przerwała pani Anna — nie trzeba przymawiać się o podarunki.
Zosia zaczerwieniła się mocno. Fabiusz objął oburącz jasną główkę, pocałował ją we włosy, a panią Annę w rękę.
— Wychodzę. Miło mi ustąpić miejsca w twym salonie tej kochanej istotce, nie komu innemu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Weyssenhoff.