Szkice z podróży w Tatry/Dolina Kościeliska w Tatrach

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugeniusz Janota
Tytuł Szkice z podróży w Tatry
Wydawca Tygodnik Wielkopolski; nakładem autora
Data wyd. 1874
Druk L. Merzbach; Drukarnia Leona Paszkowskiego
Miejsce wyd. Poznań; Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Dolina Kościeliska w Tatrach.
Skreślił Dr. E. Janota.

Miłuj naturę a ukochasz Boga
i nauczysz się wyrozumiałości.
Gordon.

O Tatrach już nie mało u nas napisano, z oschłością naukową i z polotem poetyckim, z gruntowniejszą rzeczy znajomością i z powierzchownością i lekkomyślnością prawdziwie francuzką, posuniętą aż do przekręcania nazwisk i widzenia rzeczy takich, jakich nie ma, lub widzenia ich tam, gdzie ich nie ma. Zdarzało się to przedewszystkiém piszącym nibyto z natchnieniem, piszącym w upojeniu i oczarowaniu, nie mogącém przy pierwszém wrażeniu wydobyć się z sfery wykrzykników ach i o! Nie jestem z kamienia i lubię góry, ale gdy raz ktoś wyszedłszy w Pieninach na miejsce, z którego widać u stóp ich kawał Dunajca, na widnokręgu południowym Tatry a przed niemi kęs Spiża, upadł na kolana i rozkrzyżowawszy ramiona, zaczął gadać jakieś androny, odwróciłem się, aby się nie rozśmiać i nie przerwać tego nabożeństwa, które zdaniem mojém równało się szczerością kubek w kubek niejednemu innemu, i nie mogłem pozbyć się podejrzliwéj myśli, że widok półmiska z smaczną przekąską i niektórych innych jeszcze rzeczy ten sam byłby sprawił skutek. Ktoś inny ujrzał od pięciu stawów polskich Kraków. Prawda, widać go, ale ze Świnnicy w dzień bardzo pogodny przez lunetkę; od pięciu stawów Pieniny i Czorsztyn gołém okiem każdy zobaczy, a Kraków chyba wtedy, gdyby ciekawego podniesiono za uszy przynajmniéj na jakie 650 metrów w górę, bo szczyty zasłaniające widok właśnie w stronę Krakowa wznoszą się nad stawy na 600 i więcéj metrów. Gdyby Tatry nawet szklane były, to od Pięciu Stawów Krakowa nie zobaczyłby nikt. Jeszcze ktoś inny już w Mogilanach doznał zachwycenia i został porwany w trzecie niebo, ujrzał bowiem nietylko zamek lanckoroński, który ztamtąd każdy inny śmiertelnik i pospolity grzesznik zobaczyć może, ale zarazem objawił się mu zamek berwałdzki i dobczycki. I jeszcze komuś innemu wapienna skała Pisaną zwana w dolinie Kościeliskiéj zamieniła się w piaskowiec, szczelina Kraków w pieczarę, a na górnéj granicy świerków urosły jarzyny. Że ptaki jedzą jarzębinę, to wiadomo; i człowiek jeść ją może już dla właściwego mu zakresu smaku tak rozległego, jak u żadnego prawie innego zwierzęcia, co przyrodnicy włożyćby powinni między charakterystyczne cechy i własności człowieka, a że ledwie jedno zwierzę zbliża się w tym względzie do niego, nie przewyższając go jednak, więc ta wszystkożerność powinna być także policzona do własności, wynoszących człowieka nad resztę stworzeń ziemskich. Atoli czy krzewiasta jarzębina, rosnąca miejscami w kosodrzewinie bardzo obficie, rodzi owoc, tego nie wiem, nie widziałem go przynajmniéj, chociaż jednego roku w drugiéj połowie września często przechodziłem w Tatrach koło takich gąszczów jarzębinowych. Jeżyny na téj wysokości także nie ma. Może być, że autorka, mówiąc o jarzynie rosnącéj na górnéj granicy świerka, miała na myśli owce, krowy, konie lub jakie inne zwierzęta. Toby oczywiście rzecz zmieniło. Nie powiedziawszy tego atoli wyraźnie, z swemi pojęciami botanicznemi czytelnika w błąd wprowadza. W codopiéro wydaném pisemku niemieckiém pewien autor jezioro popradowe czyli Rybie pleso Słowaków umieścił na szczycie Wysokiéj, a zatém o 1024 m. wyżéj nad rzeczywiste położenie swoje. Cóż dopiéro mówić o tych pisarzach, którzy podróżnych z Łomnicy spuszczali zawiniętych w niedźwiedzią skórę, lub których wózki wraz z końmi górale przenosili przez przepaści?
Myłki te i zmyślenia umyślne i nieumyślne pochodzą zwykle stąd, iż ten i ów przybywszy do Tatr, nieraz na czas zbyt krótki, zajrzawszy i tu i tam, ale lotem tylko, olśniony pięknością tych gór, spisuje doznane wrażenia z pamięci, nieraz po upływie dłuższego czasu, bez zapisków dokładnych na miejscu robionych i z pomijaniem dotychczasowéj literatury Tatr, jak wycieczkę przedsięwzięto bez przygotowania. Byli nawet i tacy, którzy pisali o Tatrach, a wcale ich nie widzieli lub tylko z daleka się im przypatrzyli. Wszakże co dotąd napisano u nas o Tatrach, jakiémkolwiek ono jest, świadczy, jak silne wrażenie sprawiają te góry na każdym, który je widział, świadczy, jak pożądaną byłaby dokładna i wyczerpująca monografja, jak potrzebna szczegółowa mapa Tatr.
Piękna mapa, zrysowana według najnowszych zdjęć naziomu znajdujących się w Instytucie jeograficznym wojskowym w Wiedniu, kosztem Komisji jeograficznéj Tow. Naukowego Krakowskiego a staraniem jednego z jéj członków w r. 1865, dotąd nie została wydaną. Nie ma funduszu na nakład, nie przenoszący 800 złr. w. a., któryto wydatek tém pewniejby się wrócił, gdyż tak obfita niemiecka literatura map prócz niedostatecznéj mapy Korzystki nie posiada żadnéj dokładnéj mapy Tatr, zaś sekcje G2 i H2 wychodzącéj w Instytucie jeograficznym wojskowym wiedeńskim specjalnéj mapy Węgier obejmujące Tatry mimo pięknego wykonania są o jedne piątą mniejsze od mapy komisji fizjograficznéj.
Naukowe badania, przedewszystkiém zbieranie szczegółów do opisów topograficznych Tatr, są bardzo mozolne, z licznemi połączone niewygodami i kosztowne, a mecenasów wspierających naukę jest u nas zbyt mało. U tych zaś, którzy mają najwięcéj sposobności do zbierania przydatnego nauce materjału, mianowicie treści etnograficznéj, i topograficznéj, jużto usposobienia, już téż ochoty do takiego zajęcia nie ma. Zresztą niepodobna wymagać wszystkiego od wszystkich, owszem najlepiéj nie wymagać od nikogo niczego. Miałem w szkołach kolegę, który po ostatnim examinie ułożywszy w stosik książki i bazgraniny pożyczone, był bowiem za skąpy, ażeby je kupić, a do pisania wielu nie dostawało mu rzeczy, w obec wszystkich współuczniów swoich uroczysty uczynił ślub, że już żadnéj nie tknie się więcéj książki. Nie słyszałem, ażeby nie był dotrzymał tego pięknego ślubu. Że bardzo wielu u nas czyni takie śluby przy zejściu z ławy szkolnéj, choć nie jawnie, to w duszy, o tém wiedzą najlepiéj księgarze i autorowie. Jeden kupuje chociaż nie wieś, to przynajmniéj pole, lub je w procencie w wieczny bierze zastaw, ma więc potrzebę wyniść i oglądać je; drugi kupił pięć jarzm wołów i idzie ich doświadczyć; trzeci pojął żonę i przeto trzeba go mieć za wymówionego; czwarty kupił sobie szafkę Wertheima, jużcić nie na minerały lub zielniki zebrane w Tatrach; piątemu nie może wyjść z pamięci ów piękny wierszyk: Est deus in nobis, agitante calescimus illo, i tak daléj. Nic więc dziwnego, że Alpy zajmujące przestrzeń około 2536 mil kwadrat., nie licząc południowo-zachodniego skrzydła od przełęczy pod górą Cenis aż po wybrzeża morza śródziemnego, są daleko lepiéj znane, zbadane, pomierzone, opisane, zrysowane, fotografowane, niż Tatry zajmujące z najbliższém Podhalem po rzeki przecinające cztery walne doliny u stóp Tatr, Dunajec, Poprad, Wag i Orawę, nie więcéj jak 65 mil kwadratowych. Ztąd odważę się wyprowadzić wniosek, że poniżéj podane szczegóły o dolinie Kościeliskiéj zwiedzającym takową zastąpią prostego przewodnika, nie umiejącego zwrócić na nie uwagi podróżnika.
Dolina Kościeliska jest tedy dla przybywających do Zakopanego dla zwiedzenia Tatr w kilku dniach jakby Mekką. Prócz niéj trzeba tylko jeszcze zobaczyć tak zwane źródło Białego Dunajca (właściwie wywierzysko Bystréj pod Kalatówkami, polanę powyżéj hut zakopiańskich i Morskie Oko czyli Rybie, i otóż stało się zadosyć gorącemu serca pragnieniu a poniekąd nawet wymaganiu mody, widziało się Tatry, można o nich rozprawiać i pisać wierszem i prozą. Tacy zastosować mogą do siebie nie słowa: Dixi et salvavi animam meam, lecz: Vidi et salvavi animam meam. W polskiéj części Tatr dolina Kościeliska jest tém, czém dla przybywających do Szmeksu (szczaw sławkowskich biorących nazwę od wsi Sławkowa, Gross-Schlagendorf, w któréj obrębie leżą), dolina Wielka (w zwykłém u Niemców przekręcaniu nazw słowiańskich Felką zwana, a jeden z tych lingwistów zrobił z niéj nawet dolinę ludów, Völkerthal) albo Mięguszowiecka (tak nazwana od wsi Mięguszowiec, Mengsdorf, do któréj należy), lub wreszcie dolina Zimnéj Wody (Kaltbacher Thal, z któréj Niemcy zrobili dolinę potoku jużto węglanego lub kapuścianego, Kohlbacher Thal, już téż łysego, Kahlbacher Thal).
Przybywający z Zakopanego do doliny Kościeliskiéj spuszczają się z dosyć stromego stoku północno-zachodniego ramienia Jaworzynki, wznoszącéj się nad doliną Miętusią i Kościeliską, do niewielkiéj międzygórskiéj kotliny, rozpostartéj nad strumieniem przybywającym z doliny Kościeliskiéj, więc od południa, pospolicie za Czarny Dunajec uważanym, na północ zamkniętéj Palenicą (1194˙9 m.[1]), a przeciętéj od wschodu na zachód przed samém ujściem doliny Kościeliskiéj drogą prowadzącą, z Zakopanego do Witowa. Część téj kotliny na południe od pomienionéj drogi jest piękną trawiastą równinką, tworzącą wniście do doliny Kościeliskiéj, od wschodu i zachodu lesistemi objętą czubami, zwężającą się ku południu. Bok wschodni, jak namieniono, tworzy ramię Jaworzynki, w boku zachodnim widać trzy czuby lasem porosłe, Kopkami zwane. Po krańcu wschodnim prowadzi droga, na krawędzi zachodniéj płynie między smrekami potok kościeliski, którego sporą część puszczono na tracze. W pobliżu traczów i tuż przy drodze do Witowa jest leśniczówka. Jeden z tych traczów wybudowano za byłych właścicieli Zakopanego, teraz wybudowano drugi. Dzierżą je żydzi orawscy, dwór zakopiański dostarcza pewnéj liczby tramów, deski wywożą do Węgier. Mówiono, że do pierwszego tracza przyszli żydzi skutkiem pożyczki zaciągnionéj przez byłych właścicieli na pokrycie wydatków połączonych z festynem urządzonym przy odsłonięciu ostatniego z kilku pomników wzniesionych koło dworu zakopiańskiego arcyksiążętom austrjackim jako członkom panującéj rodziny. Przy Morskiém Oku znajdował się także pomnik postawiony na cześć jednego z byłych gubernatorów Galicji. W roku 1848 rozbito go i utopiono w Morskiém Oku. Były o to jakieś dochodzenia i złożono winę na robotników przy kuźnicach w Jaworzynie spiskiéj, jakoby ci pomnik ten byli ukradli. I cóż za powód do wznoszenia tutaj rzeczonych popiersi? Otóż były to stopnie i grzędy do wlezienia do herbarza, gdyby zmartwychwstał Paprocki, Niesiecki lub jaki kuzyn ich. Figle te, sprowadzanie o mil kilkanaście i więcéj najwyższych dostojników rządowych, wojskowych i duchownych z liczną ich świtą, podejmowanie ich w drodze i na miejscu, obwożenie po Tatrach i odwożenie napowrót, niemałe wyciągały wydatki. W czasie pierwszéj podróży cesarza do Galicji, chciano go ściągnąć do Zakopanego. Jużcić Karol Radziwiłł mógł w Albie podejmować Stanisława Augusta, ale Zakopane nie było i nie będzie Nieświeżem, pomijając jeszcze niektóre inne różnice. Były prostsze drogi do zadowolenia téjto próżności swojéj, zaszczytniejsze dla próżnych a użyteczniejsze dla okolicy i kraju, ale ich nie dostrzeżono i dążono do celu pochlebstwem.
Zwróciwszy się wyżéj wspomnianą drożyną ku południu w dolinę, mija się tuż pod górą maleńką chatkę uhlarza (węglarza). Przy niéj wystaje kawał gołéj skały, na którą przewodnicy lubią zwracać uwagę zwiedzających dla nadzwyczajnego mnóstwa skamielin tworzących tę skałę. Dla podobieństwa niektórych z nich do drobnych pieniążków numulitami je nazwano, wapień zaś jest dolomitem. Górale zowią te skamieliny jarcem (jęczmieniem jarym, bo ozimego zboża nie sieją i nie mogą siać). Bywa, że ten lub ów zabiera z sobą kawałek téj skały na pamiątkę a pamiątkę tę spotyka los wszystkich prawie pamiątek, które się czas jakiś poniewierają u posiadacza, a wreszcie bywają precz wyrzucone.
Na południe w prawym czyli wschodnim boku doliny widać stopniami wznoszące się skały, jużto murawnikiem pokryte, już téż kosodrzewiną, niżéj smreczyną porosłe. Jest to ramię Czerwonego Wierchu upłaziańskiego, zwane Wysranką. Nazwa ta prawdopodobnie to samo znaczy, co Wyzranka, iż ramię to wyziera ku dolinie, tak samo jak w Beskidach zachodnich w Ujsołach słyszałem wyraz ślew, w Tatrach mówią żleb (Runse). Za Wyzranką widać w tyle zbiegający ku dolinie grzbiet trawiasty jednego ze szczytów otaczających od wschodu górną część doliny; na prawo, w południowo-zachodnim rogu wznosi się Bystra, pospolicie, lecz mylnie Pyszną zwana, Pyszna bowiem jest hala w południowym końcu doliny, Bystra dosyć wysokim szczytem wysuniętym z grzbietu głównego ku południu i należy już do Liptowa.
Opisane wniście do doliny Kościeliskiéj należy do niźniéj Miętusiéj kiry. Miętustwo jest część wsi Cichego, pierwotnie sołtystwo. Miętusowie najdawniejszymi są posiadaczami dolnéj części doliny Kościeliskiéj i po nich nazwanéj doliny Miętusiéj.
Nieco daléj ku południu dolina znacznie się zwęża, skaliste ściany obu boków zbliżają się tak do siebie, że tylko dla potoku wolne zostaje miejsce, zwane Bramą. Po nad potokiem za pomocą sąsieka z tramów sporządzonego i do potoka wpuszczonego i ponarzucanych do tego sąsieka głazów urządzono przejście i niby drogę, bo kilkosążniowéj przestrzeni zarzuconéj skaleni, jak takowe padło, bez ułożenia porządnego, bez zasypania z wierzchu drobnym kamieniem i żwirem, przecież nie można nazwać drogą. Jak koniętom góralskim dziwić się należy, iż z rzadką zręcznością umieją przebywać takie miejsca bez połamania nóg, tak niedbalstwo górali a zarazem właścicieli Zakopanego, mogących ścierpieć takie drogi, nie jest do pojęcia ani do darowania. Drogi w Tatrach w czasie pobytu bydła w halach są bardzo uczęszczane już przez samych górali, zwożących nabiał do wsi na koniach jucznych i wózkami. Prócz tego temi drogami zwożą siano z polan, drzewo, rudę, czasem węgle, a w porze letniéj liczni goście zwiedzają Tatry, zostawiający rok rocznie nie mały grosz między ludem. Nieraz dosyć znaczne przebywać trzeba przestrzenie, na których nie ma wiele do widzenia, a przynajmniéj na jednoby wyszło, czyby po nich rozglądano się z wózka, czy idąc pieszo. Prócz tego zyskanoby na czasie, gdyby takie miejsca wygodnie na wózku przebyć można. Tymczasem jazda po tych drogach daleko więcéj zmęczy i utrudzi, niż odbycie ich pieszo. Dla tego téż drogę do Morskiego Oka odbywają teraz mężczyźni zwykle pieszo przez Zawrat, odkąd ten przesmyk przestał być strasznym, a na powrót od Roztoki popod Wołoszyn i przez Waxmundzką jak na Tatry dobremi szedłem ścieżkami tak, że ruszywszy po godzinie 12 od źródełka przy drodze nieopodal Morskiego Oka i uczyniwszy po drodze kilka pomiarów barometrycznych, co mi najmniéj 2½ godziny czasu zabrało, stanąłem jeszcze za dnia przy Jaszczurówce, wózkiem zaś do odbycia drogi z Zakopanego do Morskiego Oka lub na powrót przez Bukowinę, wynoszącéj na mapie mało co nad 4 mile, w rzeczywistości z 5 mil, potrzeba jeżeli nie więcéj to nie mniéj czasu, jak ażeby z Zakopanego przez Waxmundzką zajść do Jaworzyny spiskiéj. Ja przynajmniéj wybrawszy się raz z Zakopanego około 9téj przed południem, przed 4tą z południa byłem w Jaworzynie. Mężczyźni zatém nie mający nóg od saméj tylko parady, choć ze stratą czasu tak kosztownego na wycieczkach górskich wolą tam nawet iść pieszo, dokąd przy lepszych drogach możnaby jechać. Najgorzéj na tych jazdach wychodzą kobiéty, które chcąc nie chcąc najbezecniejsze przestrzenie przebywają na wózkach.
Można czasem słyszeć, że w tych górach niepodobna utrzymać dróg w porządku, gdyby je nawet założono. Deszcze nawalne i strugi ściekające z boków gór psują niezawodnie bardzo drogi międzygórskie; lecz gdyby je raz urządzono, jak się należy, mając wszelki do tego potrzebny materjał pod ręką, kamień mianowicie i drzewo, szkody te nie byłyby tak znaczne i z łatwością naprawićby się dały, byleby nie lenistwo i obojętność na własną wygodę, na własne bydło i sprzęt własny. W Żywiecczyźnie, w dobrach arcyksiążęcych, w kilku miejscach widzieć można drogi ciągnące się daleko w góry lasem nad potokami, drogi zbudowane umyślnie do ułatwienia zwozu drzewa z wyrębów, tak równe i porządne, jakich w Tatrach nie spotka się nigdzie, a przecież narażone na te same uszkodzenia, jak drogi tatrzańskie. Jak indzie, tak i pod Tatrami lud ogląda się na dwór, a dwór na gminę, urzędy autonomiczne na nieautonomiczne i na odwrót, więc jak wiele innych rzeczy dotyczących się dobra pospolitego, tak téż drogi, mosty, szkoły poruczone są opatrzności boskiéj.
Roku 1867 Biały Dunajec wezbrawszy w skutek niezwykłéj ulewy około 10 lipca, zerwał most powyżéj Szaflar. Ktokolwiek raz tylko przejechał tamtędy do Tatr, wié, jak uczęszczana jest droga między Nowymtargiem a wsiami bliżéj Tatr położonemi, wié, jak niewygodna jest przeprawa przez rzekę (Biały Dunajec) w bród z próżnym wózkiem i przy małym stanie wody, bo przy najmniejszém wezbraniu staje się niebezpieczną a nawet niepodobną, wié, jak niewygodny objazd przez wzgórza na zachód od Szaflar, t. j. przez Bańską i Skrzypne. I otóż od zerwania wspomnianego mostu w lipcu 1867 nie upłynęło ani mniéj, ani więcéj czasu i jak tylko lat cztery, nim postawiono nowy, a co najlepsza, toż to, że pierwsza skuteczna pobudka, jak mówiono, do téj roboty miała wyjść od prostego górala Zakopianina. Dnia 29 czerwca tego roku (1871) woda nowe utworzywszy sobie koryto, most ten zostawiła na boku. Pytanie, ile lat będzie potrzeba, aż nowy stanie most, lub aż za pomocą tamy i podebrania dawnego koryta, teraz kamieniami zawalonego, woda zostanie zwróconą do dawnego łoża.
W wzorowym nieporządku utrzymuje także stolica Podhala, Nowytarg, w obrębie swoim drogi do Szaflar i do Waxmunda, a kałuża potężnych rozmiarów zalewająca przy lada deszczu między ostatniemi zabudowaniami miejskiemi od płotu do płotu drogę do Szaflar i nie pozwalająca żadnym sposobem obejść się ani objechać, świadczy wymownie o wielkiéj wzajemnéj miłości trzech władz rezydujących w Nowymtargu, magistratu miejskiego, rady powiatowéj i urzędu powiatowego, i rzecz oczywista, że utrzymanie między sobą dobrego porozumienia sąsiedzkiego i przykładnéj zgody chrześciańskiéj więcéj ma wartości, niż usunienie rzeczonéj kałuży, tém więcéj, gdyż ani konie, ani żadne inne bydło czworonożne nie chodzą w butach, więc ich téż nie potrzebują zdejmować dla przebycia jéj, w zimie zaś kałuża ta, gdy zamarznie, dla chłopców uczęszczających do szkoły miejskiéj i innych lubowników ślizgania się, jeżeli ich posiada Nowytarg, jest nader wygodném miejscem do ślizgania się bez najmniejszego niebezpieczeństwa utonienia na wypadek załamania się.
Po tych kilku uwagach o drogach na Podhalu i w Tatrach wracam do Bramy w dolinie Kościeliskiéj, namieniając jeszcze, że przystęp do niéj, niby ulica między zbliżającemi się do siebie z obu stron skałami, zwie się między ściany. Do belek ułożonych w kształcie skrzyni lub sąsieka między naśladowaniem, a raczéj ironją drogi i potokiem były leśniczy kościeliski Kocyan przybił łatę w celu uważania stanu wody w potoku. Uczciwi górale zerwali łatę dla wydobycia gwoździ, któremi była przybita.
Za Bramą dolina znowu się rozszerza, tworząc piękną, zewsząd lasem otoczoną polanę, tak zwaną wyżnią Miętusią kirę. Zachodnią ścianę tworzą Kopy, o których już wspominałem, po wschodniéj stronie wygląda z lasu turnia Jaworzynka, 1278˙85 m. wysoka i śpiczasta, przepaścista turnia Kończysta wznosząca się do 1311˙61 m. Na południe wznosi się po wschodniéj stronie doliny Twardy upłaz do 2049˙8 m. Położysté, trawą porosłe stoki pasterze tatrzańscy i w ogóle górale beskidowi upłazami zowią. Jak na innych polanach, t. j. łąkach górskich, które się koszą a potém dopiéro nieco spasają i uprawiają, tak téż na Miętusiéj kirze uderzą uważnego wędrowca rzędami i jakby za sznurem kładzione kamienie. Są to tak zwane miedze czyli granice pojedynczych działów mających osobnych właścicieli. Stąd téż większą, niż się zdaje być potrzebną, na téj polanie widać liczbę szop. Są to stajnie krowie, w których mała przegroda niby komora służy za mieszkanie doglądającym bydła, inna zaś jest schowkiem dla nabiału. Na strychu składają siano. Krów doglądają dziewczęta, kucharkami zwane, miejscami mężczyźni sami lub wraz z kobiétami. Najweseléj na polanie podczas sianożęci, odbywającéj się w dobrych latach w drugiéj połowie lipca lub pierwszéj sierpnia. Upatrzywszy czas pogodny, przybywają właściciele polany z czeladzią, aby się z robotą czemprędzéj uporać i nim nastąpi zmiana pogody, trawę skosić, ususzyć i złożyć na szopach. Trawa skoszona przy sprzyjającéj pogodzie schnie szybko, a skoro nieco przeschnie, dziewczęta grabiami bezustannie ją rozrzucają i przerzucają, przyspieszając i ułatwiając wyschnięcie. Dla tego téż górale sianożęć zowią robieniem siana. Siano tak zrobione jest zieloniuteńkie i wonne, więc téż dla bydła wyborne. Na noc, gdy już nieco przeschło, składają je w kopy, ażeby nie namokło od rosy obfitéj w górach w nocach chłodnych i dłuższych niż na równinie. Jakoż w dolinach ciasnych lub wysokiemi otoczonych szczytami słońce nieraz o kilka godzin późniéj wschodzi a o kilka wcześniéj zachodzi, niż na równinie. W dwóch dniach, jeżeli pogoda sprzyja, siano jest zrobione i składa się na szopach. W tym celu wyjmują z dachu dwie lub trzy tarcice, nie gątami bowiem, lecz tarcicami szopy, a po części nawet domy mieszkalne są kryte, a tarcice nie gwoźdźmi, lecz kołkami poprzybijane do łat i krokwi. Tym otworem wrzucają siano na szopę; po ukończeniu roboty tarcice wyjęte znowu się przybijają.
Właściwa góralom ruchliwość i wesołość uwydatnia się także przy sianożęci, mianowicie gdy pogoda pracę ułatwia i ochotę podnieca. Polana jest jakby mrowisko; nie ma tam tego leniwego łażenia, téj ospałości i ociężałéj nieruchawości, jaką odznacza się przy robocie lud równinowy; u górali, mianowicie u Podhalan, zbiorki odbywają się w lot, w skok. Zmusza ich poniekąd do tego pośpiechu niestałość i zmienność pogody, a opieszałém ociąganiem się i mitrężeniem naraziliby się bardzo łatwo na utratę i tak nader skąpych plonów. Więc gdy potrzeba tego wymaga, uwijają się na łąkach i roli do późnéj nocy przy świetle księżyca lub latarniach. Widziałem téż, jak uczciwy sąsiad nocą pobiegł na pole powinowatéj wdowy, wiązać owies, aby go deszcz nie zmoczył. Co do panującéj przy robocie wesołości wspomnieć należy, iż byli i są ludzie, którzy ponurym napojeni ascetyzmem średniowiecznym zabraniają ludowi przy pracy wesołych śpiewek i w wiecznie milczących chcą go zamienić trapistów. Wprawdzie nie wszystkie piosnki Podhalan są nienaganne. Zabranianie takich nic więc nie wadzi; ale czy na poskromienie téjto swawoli nie ma innego sposobu, jak przytłumienie wrodzonéj temu ludowi wesołości umysłu, będącéj podstawą niejednego pięknego przymiotu w życiu towarzyskiém, to niechaj osądzi nieuprzedzony czytelnik. Są inne wady w usposobieniu i życiu Podhalan: przeciwko tym niechaj występują rzeczeni reformatorowie.
Uprawianie polan uskuteczniają dwojakim sposobem. Gdzie mają owce, tam po skoszeniu trawy i uprzątnieniu siana koszar, w którym je na noc zgromadzają, posuwają z miejsca na miejsce; krowy widzieć można rzędem na noc poprzywięzywane do palików. Nawóz zostaje więc na miejscu i nie trzeba go dopiero wynosić na polanę, jakkolwiek zostawianie bydła na dworze w nocach chłodnych a nawet zimnych, częstokroć dżdżystych, nie może być dlań pożyteczném. Wreszcie koło szop i szałaszów nagromadzony gnój przed opuszczeniem polany i powrotem do wsi rozrzucają po polanie.
Zarzucić jednak można i należy Podhalanom, iż dla bydła swego czyli statku, jak mówią, owiec (drobnego statku) i krów (hrubego t. j. grubego statku), nie okazują wcale téj staranności, jakiéj wymagają ludzkość i wzgląd na własną korzyść. Owce prawie wszędzie zostają dniem i nocą, tak podczas największego skwaru południowego, jak podczas najniegodziwszéj szarugi i zimna pod gołém niebem w błocie po kolana między kamieniami. Po stronie liptowskiéj widzieć można dachy na słupach, pod które w czasie upału południowego, podczas słoty i na noc spędzają owce. Krowy zaganiają na noc zwykle do szop, miejscami, n. p. przy stawach Gąsienicowych, do nędznych, z kosodrzewiny, mchu, kory świerkowéj i kamieni posklejanych szałaszów. Ale i tu bydło żadnéj nie ma wygody. W szałaszach wspomnianych bydło stoi na gołéj, rozdeptanéj, rozbłoconéj ziemi, w szopach są wprawdzie podłogi, ale nie z tarcic, lecz z okrąglaków. Pościałki nie widziałem nigdzie; biedne krowiny stoją i leżą więc na onych niegodziwych klawiszach i w własnéj mierzwie, którą rano po wyjściu bydła na paszę wygarnują. Podój ranny odbywa się w zanieczyszczonéj stajni. Nic więc dziwnego, że bydło tak pielęgnowane nie może być doborowém, owszém jest nędzne, a ktoby sądził, że w tychto alpach naszych gospodarstwo nabiałowe na wysokim zostaje stopniu, mocnoby się mylił. Zaniedbane bydło nie wiele téż daje mléka, jakoż sam na własne przekonałem się oczy, że u jednego z najzamożniejszych gospodarzy Zakopanego na południe kilka podoić musiano krów, aby otrzymać kwartę mléka. Przedstawienia, że trzymanie mniejszéj liczby krów, ale lepszego gatunku, roślejszych i mléczniejszych, większe przynosiłoby korzyści, nie odnoszą żadnego skutku. Do przełamania tego lenistwa i zakorzenionych przesądów trzebaby usilnego działania i wpływu z góry. Tego nie ma, owszém tam, skądby ten wpływ najwłaściwiéj i najskuteczniéj powinien i mógł wyjść, raczéj obojętność na dobrobyt ludu spostrzedz się daje, niż jakakolwiek myśl podniesienia go. To wstrętne zjawisko z łatwością wytłomaczyć sobie można; własny byt dobry bez pracy czyni ludzi obojętnymi na powodzenie drugich.
Przybytek ludności na Podhalu, idąca za nim coraz większa trudność wyżywienia się, ubóstwo ziemi, często chybiające zbiorki, brak zarobkowania zachęcaćby powinny i lud i stojących między nim jakby na świeczniku do szukania nowych sposobów zarobku i ułatwiania takowego. Dałyby się one i wynaleść, gdyby nie wspomniana bojaźliwość a czasem i gnuśność Podhalan, nie licująca dobrze z ich wrodzoną bystrością umysłu. Kapelusze, których używają Podhalanie, są wyrobem obcym, bo orawskim, jak mi mówiono; pojawiające się tu i owdzie obuwie, tworzące coś pośredniego między kierpcem a trzewikiem, pochodzi także z Orawy; najpospolitsze sprzęty, n. p. stołki i naczynia drewniane zwożą na jarmarki do Nowegotargu od Jordanowa, więc ich na Podhalu nie robią; tak pięknie i zgrabnie zrobionych konewek, dzieżek, cebrzyków z szerokiemi, płaskiemi obręczami, jak je widzieć można na Morawie, na Szląsku i na Orawie tu i owdzie, nie spotka na Podhalu, albo téż przywędrowały z Orawy. W wielu okolicach Niemiec i Szwajcarji, w Czarnym lesie badeńskim, w Alpach bawarskich, w Szumawie czeskiéj i w Kikonoszach lud znaczny ma zarobek i dochód z strugania bawidełek i rozmaitych innych rzeczy wytworniejszych, ramek do obrazów, z toczenia pudełek, słoiczków, czarek, strugania lub toczenia cygarniczek i t. d. Mieszkańcy doliny grödeńskiéj w południowym Tyrolu dla swych wyrobów drewnianych struganych w Hiszpanji i Portugalji, utrzymywali do niedawna 22 domy składowe i handlowe. Wyroby drewniane z Berchtesgaden w Bawarji słyną daleko. Mieszkańcy Kikonoszów i gór czeskich z kosodrzewiny rozmaite wyrabiają rzeczy, które podróżującym i gościom kąpielowym w okolicy sprzedawają. W wszystkich wsiach około jezior nowiduńskiego (Thun) i bryenckiego (Brienz), tudzież w dolinie Hazli (Hasli), tutaj mianowicie w Guttannen, bardzo wiele rodzin żyje tylko z strugania i snycerstwa drzewnego. W Brienz do 800 ludzi, t. j. prawie cała męska ludność téj wsi, zajmuje się tém rzemiosłem. Zatrudnienie to w tych okolicach tak jest rozwinięte, że w pewnych miejscach lub pewne rodziny jednym tylko gatunkiem roboty zajmują się. Tak n. p. w Iseltwaldzie robią tylko domki, w Oberriedzie tylko grabki, noże i łyżki do sałaty, indziéj tylko skrzyneczki (kasety), zwierzęta, kwiaty i t. d. Zakład braci Wirth w Brienzie, zatrudniający do 250 robotników, wyroby swoje wywozi do Genewy, Paryża i Londynu, gdzie niektóre przedmioty, mianowicie sprzęty rzeźbione, po 600 do 800 franków (243 do 324 złr. w. a. srebrem) płacą. Inną gałęzią tego rękodzielnictwa jest wycinanie piłeczkami skrzyneczek, koszyczków, linji i t. p. Przemysł ten, dziś tak korzystny, nie jest wcale dawny. Twórcą jego ma być niejaki Krystyn Fürst z Brienzu około r. 1815. Rząd kantonu berneńskiego wspieraniem, zakładaniem i urządzaniem szkół rysunkowych podniósł tę gałąź przemysłu do znaczenia sztuki. Rusini spiscy z Folwarku i Lipnika w okolicy Szczawnic zajmują się plecieniem koszyczków, robieniem pudeł i innych rzeczy drewnianych do użytku domowego i między gośćmi szczawnickimi dosyć tego towaru zbywają. Biedni Rusini z Biłowieży pod Bardyjowém z koszykami i przeróżnym drobiazgiem drewnianym jeżdżą w głąb Węgier, do Jas i do Warszawy. W Krakowie widziałem ich nieraz. Szwajcarzy do swych wyrobów drzewnych biorą zwykle drzewo klonowe (Acer platanoides) i przekładają je nad jaworowe (Acer Pseudoplatanus). Najkosztowniejsze rzeczy do składów paryskich i londyńskich są z drzewa orzechowego. Czy w górach naszych nie ma drzewa? Orzechów wprawdzie nie ma, ale kosodrzewiny ma każdy zadarmo ile chce; limby należałoby z największą starannością rozmnażać i pielęgnować, tak samo cisy, klony i jawory. Aptekarze krakowscy, a niezawodnie i inni w kraju, chętnie braliby drewniane pudełka od górali naszych, gdyby ci dostarczali takowych. Pieniądze zostałyby w kraju, które dziś idą za granicę. Jeden z aptekarzów krakowskich posłał téj wiosny do Zakopanego nasiona niektórych roślin aptekarskich, któreby w tamtych stronach dały się chodować. Wygadam się tutaj i z tém, że kilku zacnych ludzi w Krakowie nosi się z myślą zaszczepienia na Podhalu bednarstwa, tokarstwa i snycerstwa, że gotowi są łożyć na wyuczenie jednego lub dwóch młodych Podhalan tych rzemiosł i wysłanie ich w tym celu nawet za granicę. Rzecz ta zajmować powinna samych Podhalan, zajmować powinna przedewszystkiém Radę powiatową nowotarską, zajmowaćby powinna jeszcze kogoś innego.
Są jeszcze inne źródła dochodu dla górali naszych, gdyby ich zachęcano do korzystania z nich, a zarazem podano im możność odbytu. Tak w Wirtembergji i Turyngji w okolicach obfitujących w jałowiec znaczną ilość jagód jałowcowych wywożą do Indji wschodnich. W Szwajcarji w niektórych okolicach zbierają do wywozu borówki w znacznéj ilości, znakomity przytém mając zarobek. W Szumawie czeskiéj brusznice zaprawne winem w baryłeczkach daleko rozsyłają.
Do charakterystyki naszych Podhalan niechaj posłuży jeszcze następujący szczegół. Téj wiosny widząc się z pewnymi Zakopianami, nakłaniałem ich do strugania wykłówaczów do zębów, dzisiaj tak powszechnie używanych. Według tego, jak w Krakowie za nie płacą, okazało się, że mający jaką taką w struganiu zręczność, narobiłby ich dziennie za 30 do 50 centów. Przyrzekłem postarać się o zapewnienie odbytu, narzędzia potrzebne do strugania sam kupić chciałem. Zakopianie nie zjawili się więcéj, a wykłówacza nie dostarczyli ani jednego. W Nowym Jorku lepsze restauracje wypotrzebowują dziennie 600 do 1000 sztuk wykłówaczów. Sprowadzają je z Chili, a tutaj robią je z drzewa pomarańczowego. Jeden robotnik nastruga w godzinie 500 sztuk, a za 1000 płacą 45 cent. srebrem. Jeden tylko dom kupiecki w Nowym Jorku sprowadza tych wykłówaczów rocznie 5 do 6000 beczek. W Niemczech już zwrócono uwagę na ten przemysł. Trzmielina bardzo przydatna na wykłówacze rośnie na Podhalu nowotarskiém, spiskiém, (aż po Kiezmark) i liptowskiém (aż po Hradek). Do Krakowa sprowadzają ten towar ze Szląska pruskiego.
Lecz czas ruszyć z Miętusiéj kiry. Minąwszy tedy tę polanę, przechodzi się przez mostek[2] na zachodni brzeg wody kościeliskiéj. A dla czego nie Czarnego Dunajca, skoro wszyscy ten strumień tak zowią? Otóż dla tego, że jeszcze żadnego nie słyszałem dostatecznego powodu, aby ta woda miała być Czarnym Dunajcem. Na mapie katastralnéj, jeżeli się nie mylę, tę sarnę nazwę ma potok płynący przez dolinę chochołowską, a ma ją jeżeli nie z większém, to przynajmniéj nie z mniejszém prawem, jak woda kościeliska. Potok doliny chochołowskiéj wypłynąwszy z gór, zabiera na wschodnim brzegu mniejszy płynący z doliny Lejowéj (między doliną kościeliską a chochołowską), a nieco niżéj łączy się z wodą kościeliską. Stąd dopiéro należy się obu połączonym strumieniom nazwa Czarnego Dunajca, tak samo, jak potok płynący od hut zakopiańskich nie jest Białym Dunajcem, lecz Bystrą, a nazwę Białego Dunajca dostaje dopiéro od Poronina, po połączeniu się z Cichą, płynącą na północnym rąbku Zakopanego pod Gubałówką i z Porońcem pod kościołem w Poroninie. Skąd zaś jedna z tych rzek, t. j. zachodnia, zowie się Czarnym, druga, t. j. wschodnia, Białym, nie trudno wytłomaczyć. Zjeżdżając z południowego stoku Górca — tak zowią Podhalanie Beskidy, zamykające od północy wyżynę nowotarską — z Niwy do Nowegotargu, Czarny Dunajec płynący już od wsi Czarnego Dunajca między niskiemi, torfiastemi brzegami czyli borami, wydaje się jak ciemna, zielona smuga, podczas gdy Biały Dunajec, mający spadek znaczniejszy a łoże zasłane daleko grubszym odtokiem granitu jasnéj barwy, niż Czarny Dunajec, skądkolwiek z góry widziany, przedstawia się jakby wstęga czystego srebra. Co do samego Dunajca zaś nie ulega wątpliwości, że ta nazwa nic nie znaczy innego, jak toń, głęboka woda lub w ogóle woda.
Przed wspomnianym mostkiem widać boczną drożynę, zwracającą się na wschód w las nad potokiem wpadającym nieopodal mostku do wody kościeliskiéj. Drogą tą dostać się można na polanę Zahradziska i do Miętusiéj doliny, tudzież na Upłaz. Przez wyłom, który namieniony potok z Miętusiéj doliny utworzył w wschodniéj ścianie doliny kościeliskiéj, widać po prawéj ręce (po stronie południowéj) tak zwaną Wielką Turnią, t.j. skaliste, przepaściste ramię Czerwonego Wierchu, wprost ku wschodowi wygląda między świerkami piramidalna czuba Giewontu, na lewo (po stronie północnéj) sterczą Kończysta i turnie jaworzyńskie.
Od mostku wspomnianego zaczynają się małe Kościeliska, Murawniki i porozrzucane gromadkami po dnie doliny smreki i jarzębiny koło drogi sadzone tutaj jeszcze czasem owocujące, upiękniają tę część doliny. Przy saméj drodze między drzewami jest mała kapliczka, koło niéj są ławeczki. Szkoda, że gdy ją stawiano, nie było nikogo, coby się był o to postarał, ażeby była gustowniejszą. Nie wiem zresztą nic zajmującego o niéj, chyba to, czego jednak nie nazwę zajmującém, że raz kłódkę, którą zamykano drzwi kratowe kapliczki, i obrazki, któremi zdobią jéj ściany, pokradziono. Mam wielką ochotę o kradzież kłódki posądzić Kościeliszczan. Z wielkiém nieraz zbudowaniem i większą jeszcze przyjemnością nasłuchałem się ich wrzasków, gdy w dni targowe lub jarmarczne na pół lub całkiém pijani w późnéj nocy wracali z Nowegotargu, pędząc na złamanie karku. Nie byłbym wcale żałował, gdyby który z nich był rzeczywiście kark skręcił, biednych koniąt atoli zawsze żałowałem. Jeden z owych obrazków ukradł dziad jakiś, chodził z nim między ludzi i mówił, że mu się objawił, a ludzie głupcy wierzyli oszustowi i karmili go, aż pewien leśny poznał obraz i dziada obił. Wspomniana kapliczka ma stać w miejscu, w którém dawniéj większa stała kapliczka czyli kościołek.
Poniżéj kapliczki przy dolnym końcu dawnéj przekopy zaczynają się stare Kościeliska, i tutaj niedaleko od kapliczki widać szczątki dawnego dworu i leśniczówki, przed niewielą latmi jeszcze zamieszkałéj, daléj ślady kuźnicy (istniała do r. 1841), powyżéj stał młyn i tartak, naprzeciwko jest rozwalająca się karczma i rozwalony czardak. Po téj stronie drogi stało kilka chat hutników. W pobliżu leśniczówki są dwie piękne lipy, oczywiście sadzone, prawdopodobnie jedyne wśród Tatr okazy. Według Fuchsa lipa ustaje na wysokości 802˙5 m. W dolinie Kościeliskiéj mamy ją wyjątkowo 971 m. nad pow. morza. W alpach szwajcarskich wznosi się do 1200 m.
Dotąd dojeżdża się zwykle wózkami; daléj lepiéj iść, niż jechać, chyba komu nie żal wózka, koniąt i własnych kości. W karczmie odpoczywali dawniéj strudzeni dalszemi wycieczkami na Smytnią, Ornak, lub nawet na Bystrą, a przemoknieni, o co w Tatrach nie trudno, suszyli się przy ogniu roznieconym na nalepie. I ja w téj karczmie w 1846 roku miałem nader przyjemny nocleg. Przybywszy pod wieczór pieszo z dwoma współuczniami do doliny Kościeliskiéj, strudzeni całodziennym pochodem nie pragnęliśmy niczego jak kawałka chléba lub ziemniaków z masłem lub mlekiem, a na posłanie trochy słomy lub siana. Atoli prócz garści jakiegoś berłogu i dwóch czy trzech suchych kukiełek nie dostaliśmy niczego. Po trochę mléka leniwéj karczmarce, jeżeli go nie miała, do bliskiego szałaszu nie chciało się posłać. Ta uprzejmość wznieciła w nas pewne podejrzenia co do bezpieczeństwa osób, a przynajmniéj zawiniątek naszych. Naprzeciwko szynkowni t. j. po drugiéj stronie sieni odkryliśmy izdebkę brudną, wilgotną i zatęchłą. Zajęliśmy ją na noc i otrzymawszy garść siana czy słomy, dwóch z nas położyło się na tém wyborném posłaniu, podparłszy wpoprzód drzwi drągiem, ja zaś wsunąwszy zawiniątko pod głowę, położyłem się na gołym stole. Było to moim zwyczajem, ile razy musiałem nocować w byle jakiém karczmisku, a czyniłem to dla spokoju od robactwa. Na domiar naszego niepowodzenia dzień następujący był tak piękny i powabny jak ta karczma, niebo tak czyste, jak szyby w jéj oknach, szczyty naokoło zamglone, a gdyśmy ruszyli ku Pisanéj, przywitał nas rzęsisty deszcz, zmusił od Pisanéj do odwrotu i drogę zabłocił. Tak skończyła się pierwsza moja wycieczka do doliny Kościeliskiéj. Rzecz prosta, że odtąd do téj karczmy nieprzezwyciężony miałem wstręt i na wszystkich późniejszych wycieczkach unikałem jéj starannie. Przed kilką latmi znaleziono karczmarkę pewnego poranku zamordowaną w izbie. Odtąd nikt nie miał ochoty osieść w niéj; nie było téż dla kogo i po co, mianowicie odkąd strażnicy opuścili sąsiedni czardak.
Pominąwszy kawałek drogi w Bramie, utworzony jakby dla doświadczenia zręczności gimnastycznéj przechodzących tamtędy ludzi i koni, resztę drogi aż do karczmy jak na Tatry dobrą nazwać trzeba, bo lepszéj nie ma tutaj istotnie nigdzie. Dno doliny równe, drobnym zasypane żwirem; większe odtoki głazu widać tylko koło potoku i w nim. Gdyby nagły spadek strumienia nie przekonywał o znaczném pochyleniu doliny ku północy, mniéj uważny łatwoby pomyślał, że jest do poziomu ułożona.
Kto zna tę drogę lub pozna ją kiedy, gotów posądzić mnie o zmyślenie, gdy mu teraz powiem, że na wyższéj Miętusiéj kirze na téjto drodze na samym środku zapadłem się nagle wraz z koniem i wózkiem, wprawdzie nie po same uszy, lecz koń po sam brzuch, wóz po osi. Rzecz miała się tak. W roku, nie pomnę już którym, nadzwyczaj dżdżystym, bawiłem kilka tygodni w Zakopaném. Był tam na kuracji profesor teologji z Tarnowa. Pobyt ten w Tatrach tak dobrze mu posłużył, że przed odjazdem postanowił zwiedzić przynajmniéj Mekkę i Medynę tatrzańską, t. j. dolinę Kościeliską i Morskie Oko. Do doliny Kościeliskiéj wybrał się ze mną i mieliśmy wyjść na Bystrą. Ranek był dosyć piękny; szliśmy więc pomału, ażeby się nie zmęczyć i ja zbierałem rośliny po drodze, z czego można się już domyśleć, żeśmy nie doszli na Bystrą, bo jakkolwiek z Zakopanego na ten szczyt na mapie są tylko dwie mile, łatwiéj je zmierzyć cyrklem, niż nogami i piersiami czyli płucami. Gdyśmy dochodzili do ujścia doliny Kościeliskiéj, rzut oka na Babią Górę nie zapowiadał nam nic pocieszającego. Wszystkim mieszkającym w obrębie widnokręgu téj staréj czarownicy wiadomo, że jéj oblicze jest najpewniejszą skazówką pogody lub niepogody. Jest to grymaśna piękność z noskiem pełnym much i foch, co się nieraz i u młodziuchnych córek Ewy zdarza, a zatém u tak staréj panny, jaką jest Babia Góra, da się to tém łatwiéj pojąć i wytłomaczyć. Gdy się zasępi i turbanem szarych mgieł zakryje połowę twarzy, wonczas nie poradna puszczać się daleko w góry, nie chcąc się narazić na porządną kąpiel natryskową. Ale myśmy nie raczyli zważać na złe usposobienie téj wszechwładnéj rządczyni chmurami i deszczem na całą okolicę i puściliśmy się daléj. Ta fircykowata zuchwałość nasza obraziła niezmiernie starą piękność, a że podobno piękności ziemskie w wszystkich okresach bytu swego, przed rozkwitem, podczas kwitnienia i po okwitnieniu lubią zawsze mieć własną wolą i wszystko tłoczą pod swoje stopy, więc i my zostali przykładnie ukarani. Rozdąsana wielkomożna pozwoliła nam dojść prawie do samego szałaszu na Pysznéj, lecz gdyśmy się do niego zbliżyli, zawyrokowała: dotąd, a nie daléj, i rzęsistym deszczem zmusiła nas schronić się do szałaszu. Było już po trzeciéj z południa, więc o Bystréj ani marzyć, ale i do domu wrócić nie było jako, bo nietylko deszcz nie ustawał, lecz dla tém gruntowniejszego upokorzenia i sponiewierania nas wziął sobie do pomocy krupy, śnieg i wicher. W tém smutném położeniu pocieszaliśmy się tylko tém, że psom i owcom na polu było jeszcze gorzéj, niż nam, i postanowiliśmy usłuchać mądréj rady bacy i juhasów i zanocować w szałasie. Nocleg w szałasie może być niekiedy bardzo romantycznym; o ile zaś do nas dałby się zastosować ten piękny przymiotnik, zaraz zobaczymy. Jeżeli gdzie w domu jakim dla złego urządzenia kominów dymi się, słudzy lub właściciel takich kominów zawsze gotowe mają tłomaczenie, wina nie spada nigdy na komin, lecz według okoliczności na słońce, na wiatr lub na słotę. Co do szałaszów, a raczéj dymu w nich, nie słyszałem i nie spostrzegłem, a by słońcu jakikolwiek robiono zarzut, ale wichru i słoty przy najlepszéj woli niepodobna obmyć z winy. Mrugaliśmy więc oczyma, dopóki było można; lecz gdy nam dym dojechał, a raczéj dogryzł, zaczęliśmy przesiadać się z pod jednéj ściany pod drugą, z jednego kąta do drugiego. W wyborze miejsca dogodniejszego ograniczał nas deszcz przeciekający przez okopcony dach, t. j. pomiędzy tarcicami, zatém przyjemnéj barwy tabaczkowéj. Wreszcie usiedliśmy jak najbliżéj ognia przy saméj ziemi na stołeczkach, jakich nie znajdzie lada gdzie. Stołeczek taki jest to łupka drzewa długa na łokieć, przy któréj jednym końcu zostawiono końce dwóch konarów rozchodzących się, jak ramiona kąta. To są samorodne nóżki tych stołeczków. Siedząc tak milczący i patrzący w ogień, musieliśmy być podobni do indyjskich świętych lub chłopów oldenburskich, którzy téż całe godziny umieją przesiedzieć przy ognisku z fajką w ustach, nic do siebie nie mówiąc i czasem tylko spluwając do ognia, co im jednak nie przeszkadza utrzymywać, iż się wybornie ubawili. Co do nas ta zachodziła różnica, żeśmy do ognia nie plwali, bo ogień u ludu rzecz święta, a plwać do niego jakby grzech, wreszcie żaden z nas nie twierdził nigdy, żeśmy się w tym szałasie ubawili.
Kto się wybiera w góry, nie powinien obciążać się niepotrzebnemi jukami, bo gdy przy pogodzie przyjdzie iść pod górę, człowiek nieraz z własnéj wyskoczyłby skóry, jak gąsienica przy zamienieniu się w poczwarkę. Szkoda, że tego zrobić nie można, ja przynajmniéj byłbym już mógł wszystkie gabinety anatomiczne zaopatrzyć w okazy całkowitéj skóry ludzkiéj. Przeświadczeni tedy o niepodobieństwie takiego rozbierania się, a zarazem wiedząc, że Bystra jest szczyt wysoki, a nie wziąwszy przewodnika, uważając go za niepotrzebny ciężar, prócz trochy chleba i sera nie wzięliśmy nic ze sobą; a gdy nam i te skromne zapasy zaczęły być niewygodnemi, przenieśliśmy największą ich część z kieszeni do żołądka, nim doszliśmy do szałaszu, rozumiejąc, iż przy mléku, serze i żętycy odbędziemy wygodnie jednodniową wycieczkę, a powróciwszy do domu, zastaniemy obiad i wieczerzę razem. W téjto rachubie naszéj nie było najmniejszego błędu ani matematycznego ani loicznego; że w zastosowaniu okazała się mylną, nie sobie, lecz Babiéj Górze winę przypisaliśmy. Żętycy i sera dawano nam więcéj, niż serce nasze pragnęło, ale chléb się minął, a towarzyszowi memu cygara się wytliły. Wytrwałość naszą podtrzymywały przykładem swoim znowu jedynie psy owczarskie, które przez cały czas pobytu swego na halach karmią tylko resztkami żętycy i opłóczynami naczyń, w których była żętyca lub mleko, juhasów bowiem za przykład stawiać sobie przed oczy nie mogliśmy, gdyż im choć czasem przyniesie kto moskala (placek owsiany) lub miarkę ziemniaków; co do fajki zaś, radzą sobie bardzo oryginalnym sposobem. Wypaliwszy ją, wysypują popiół na dłoń, plwają weń, rozmięszawszy kładą napowrót do fajki i wstawiają takową do żarzących węgli, a gdy się fajka rozpali, wygarnują ją, biorą na cybuszek i palą. Fajeczki te są gliniane i blaszką mosiężną okute. Można je więc bezpiecznie włożyć do ognia.
Prócz dymu rozganianego od wiatru na wszystkie strony, deszczu przeciekającego licznemi szparami w dachu a dziurami w ścianach, inne mieliśmy jeszcze rozrywki. Od czasu do czasu przychodził przemoknięty juhas, aby się trochę ogrzać przy ogniu. Woda ciekąca z niego proch w szałasie zamieniała w błoto, a słupy pary występujące przy ogniu z mokréj odzieży, wcale się nie przyczyniały do uprzyjemnienia naszego mimowolnego pobytu w szałasie pyszniańskim.
Nadeszła noc. Jak tu spać i gdzie? Najchętniéj byłbym się położył na ławeczce przymocowanéj do jednéj z ścian szałaszu, gdzie deszcz najmniéj przeciekał. Ale ławeczki te są zwykle tak wązkie, że chcący leżeć na nich musi wyciągnąć się jak struna albo umieć przenieść środek ciężkości do części ciała zwróconéj ku ścianie, aby nie spaść za każdém poruszeniem się. Na dobitkę ławeczka ta nie była tak długa, aby było można wyciągnąć się na niéj. Przytém spólność niedoli nie dozwalała żadnemu z nas szukać jakiéjkolwiek wygody przed drugim. Uradzono tedy, ażeby juhas nałamał smreczyny z gęstego smreku, zatém nie bardzo mokréj. Tę rozesłano na ziemi nieopodal ognia, na niéj rozciągnął baca świąteczną gunię swoję, pod głowę dano nam siodła, było bowiem na hali kilka koniąt. Tak przeleżeliśmy noc, więcéj udawając śpiących, aniżeli śpiąc rzeczywiście. Ranek nie pocieszył nas wcale. Deszcz i śnieg nie ustawał. Czekaliśmy do popołudnia. Zaczęła się wreszcie urywać bohaterska cierpliwość nasza; postanowiono więc, bądź co bądź dostać się do domu. Że zmokniemy do nitki, na to jużeśmy się zgodzili. Ale czy obuwie nasze wytrwałością swoją naszéj wyrówna, o tém słuszna powstawała w nas obawa, gdyż blisko dwie mile mieliśmy iść nietylko w błocie, ale więcéj w wodzie i po ostrych kamieniach. Więc pełen obawy, ażeby podeszwy obuwia naszego na tak ciężką narażone próbę nie wypowiedziały nam w drodze posłuszeństwa i nie kazały nam odbyć resztę drogi bez ich towarzystwa, zapytałem jednego z juhasów: Macie tu konie; może macie i wózek? — A jest, zabrzmiała wdzięczna dla nas odpowiedź. — A możebyście go złożyli i odwieźli nas do Zakopanego? — Je, czemu nie, była wtóra odpowiedź jeszcze wdzięczniejsza od pierwszéj; jeno musimy się spieszyć, bo potoki zbierają; mogłyby pozrywać mostki. — Rozumie się, że o godzeniu się za tę jazdę nie było mowy; rzekłem tylko, że dziś nie dam już wrócić góralowi na halę, lecz że zostanie w karczmie w Zakopanem na naszym żołdzie on i koń, ażby deszcz zwolniał. W kilka minut wózek był gotowy, baca i któryś z starszych juhasów pożyczyli nam świątecznych guń, które będąc grube na ćwierć cala i jeszcze nie zużyte, chroniły nas choć nieco od deszczu. Minęliśmy szczęśliwie wszystkie mostki, a gdyśmy przez ostatni z nich wjechali na wyższą Miętusią kirę, odetchnęliśmy głęboko, pewni, że nas już żadna nie spotka przygoda, gdy nagle na równéj zapadliśmy się drodze. Jak z procy wyskoczyliśmy wraz z woźnicą na trawnik przy drodze, który się nie zapadł z nami, góral zwrócił i konia w tę stronę, który usiłując wydobyć się, coraz głębiéj tonął, potém wyciągnęliśmy wózek osiadły na osiach i rozworze, i po łące objechaliśmy ostrożnie zdradliwą drogę. Takiéj przygody z podróżujących w Tatrach pewnie jeszcze nikt nie doświadczył.
Nim wytłumaczę ten wypadek, rzućmy jeszcze okiem na otoczenie starych Kościelisk i postąpmy o kilka kroków daléj w górę. Bok wschodni téj części doliny Kościeliskiéj zwie się pod-Adamicą, sama bowiem Adamica jest lesisty czubek daléj w tył, t. j. na wschód położony. Zachodni bok tworzą tak zwane Stoły i wznoszące się za niemi Kominy.
Powyżéj karczmy i nieopodal od niéj, ale na wschodniéj stronie potoku na małéj równince obfite bije źródło, zlewające swe wody dwiema strugami do strumienia kościeliskiego. Niedorzecznością zatém jest uważać je za źródło strumienia, który przybywając z góry, zabiera jego wody z sobą. Do źródła prowadzi kładka. W jakim ona dzisiaj jest stanie, nie wiem; atoli przed dwoma laty pod jednym z towarzyszących mi uczniów gimnazjalnych załamała się jedna jéj połowa, a uczeń wpadł do potoku. Dawniéj źródło otoczone było poręczą, na strugach, uprowadzających wody jego do strumienia kościeliskiego, są mostki, około niego było kilka, prostych ławek i siedzeń z kamieni i darni sporządzonych, rozumie się samo przez się, że nie dla wygody zwiedzających te miejsca, lecz dla byłych wielkomożnych właścicieli Zakopanego. Że obmyślenie jakichkolwiek wygód dla przybywających do Zakopanego, dla zwiedzania Tatr i ułatwienia im pobytu w Zakopanem powiększy ich liczbę, a tém samém przysporzy w ogóle niezamożnym góralom dochodu, tego, zdaje się nie pojmowano, owszem mniemaćby można, że ubóstwo ludu wydawało się pożądańszém, ażeby był zmuszonym przestawać na jak najlichszym zarobku, a ten jeszcze uważał za łaskę i dobrodziejstwo. Ciepłota wody w pomienioném źródle czyni tylko 4˙08° R.
Zaraz nad źródłem dolina znowu się zwęża. Skały Wysranki czy Wyzranki i Kominów zbliżają się do siebie, zostawiając jak w Bramie tylko dla potoku i drożyny nad nim wązkie przejście zwane między krzesanice. Krzesanicami zwą górale skały bardzo strome lub całkiem prostopadłe, zatém nieprzystępne, więc jakby okrzesane czyli skrzesane.
Nim się puścimy w dalszą drogę, rzućmy okiem na część doliny kościeliskiéj, dotąd przebytą. Na wyżnią Miętusią kirę ciasnym wstępuje się wyłomem; stare Kościeliska zamyka taki sam wyłom. Część doliny kościeliskiéj położona między temi dwoma wyłomami, od północy i południa zamknięta niemi, jest piękną kotliną podługowatą o dnie w ogóle równém, pochyloném ku północy. Że ta kotlina była kiedyś wielkim stawem górskim, nie podlega żadnéj wątpliwości. Doliny górskie powstały, jak każdemu wiadomo, jedne równocześnie z górami, wśród których się znajdują. Są to smugi czyli miedze prócz ogólnego wzniesienia spólnéj podstawy całego pasma lub gniazda górskiego najmniéj dotknięte działaniem odśrodkowych sił wnętrza ziemi, których czynności powstanie gór przypisujemy. Inne doliny powstały i tworzą się dotąd bezprzestannie przez działanie wód, deszczów, śniegów i lodów, gorąca i mrozów. Jeszcze inne doliny, a do tych należy właśnie dolina Kościeliska, tworzyły pierwotnie jednę lub kilka kotlin zapełnionych wodą. Wody ściekające z nich skutkiem ich przepełnienia tworzyły sobie na mniejszych lub większych przestrzeniach coraz głębsze i szersze koryta, biorąc wagę ku uściom dolin. Tak powstały wyłomy rzek nieraz przez całe pasma gór. Cztery takie wyłomy rzadkiéj piękności mamy naokoło Tatr, świadczące, że Tatry były kiedyś wielką, z wszech stron wodami oblaną wyspą, na północnym wschodzie wyłom Dunajca przez Pieniny między Czorsztynem a Krościenkiem, Popradu przez Beskidy poniżéj Andrejówki na granicy ziemi spiskiéj i Galicji, Orawy od Parnicy aż po ujście do Wagu, wreszcie Wagu poniżéj Kralowanu. Doliny międzygórskie, jakimkolwiek powstały sposobem, bezustannym ulegają zmianom. Z skalistych szczytów osaczających doliny, jeżeli nie są porosłe lasem, odrywają się i staczają do dolin odłamy skał wszelkiéj wielkości, potoki wezbrane znoszą z górnych piątr odtok zawalający ich łoże. W wszystkich dolinach stromemi otoczonych skałami, drobniejsze odłamy, w Tatrach piargami zwane, zawalają stopy tych ścian do znacznéj nieraz wysokości. Stosownie do wzniesienia swego nad poziom morza porastają te piargi z czasem trawą, krzewiną, kosodrzewiną lub lasem, zwężając doliny po bokach, a podnosząc zarazem dno ich. Wały odłamów przegradzające doliny szersze od ściany do ściany, niemniéj pagóry złomów skał wszelkich rozmiarów w środku dolin, są zabytkami okresu lodowcowego. Tatry dziś nie mają lodowców, ale że je kiedyś miały, nie ulega żadnéj wątpliwości. W roku 1869 zastanawiałem się nad kilku ogromnemi świeżemi odłamami granitowemi wśród kosodrzewiny przy Morskiém Oku. Oglądając się naokoło, aby dostrzedz zkąd spadły, w północno-zachodniéj ścianie w znacznéj wysokości ujrzałem plamę innéj barwy od reszty skały. Ztamtąd więc spadły te odłamy. Dziwiłem się jednak, jakim sposobem zatoczyły się tak daleko w kosodrzewinie gęstéj, nie zatrzymawszy się w niéj lub nie zostawiwszy w niéj przynajmniéj śladu odbytéj drogi. Po śniegu w zimie aż tutaj stoczyły się te głazy, rzekł góral, inaczéj nie byłyby się tak daleko zatoczyły.
Gdy obszerniejsze kotliny międzygórskie przez długi czas zalewała woda, nagromadzony w nich drobny zwir i piasek, roznoszony przez poruszenie wody po całéj przestrzeni, zapełnił z czasem zagłębienia między większemi głazami i równe utworzył dno czyli płaszczyznę, która po ustąpieniu wód wnet bujną pokryła się roślinnością, tworzącą już to zbity murawnik, już téż pyszne łąki górskie czyli polany. Wyżnia kira Miętusia w dolinie Kościeliskiéj, środkowa część doliny Miętusiéj, Mała Łąka, Kondratowa po za Giewontem, Jaworzynka pod Magurą Zakopiańską są takiemi stawiskami. Jeżeli lite dno tych kotlin nie leży głęboko, a przy ich ujściu nieckowato się wznosi, w czasie dłuższych deszczów zagłębienia te zapełniają się wnet wodą do samego wierzchu, która bokami tylko ścieka, częścią w parę się zamienia a w części przez bujną roślinność bywa spotrzebowaną. Wonczas miejsca nieporosłe trawnikiem a nasiąkłe wodą nie zdołają znieść większego ciężaru i łatwo zapaść się na nich, aczkolwiek nie tak głęboko, ażeby to miało grozić rzeczywistém niebezpieczeństwem.
Ktoby z czytelników zwiedził w czasie dłuższéj pogody Małą Łąkę i z niéj podszedł ku przełęczy między Giewontem i Kopą Kondratową (Kondracką) lub między rzeczoną Kopą a Czerwonym Wierchem, spostrzeże, że tu i owdzie żlebkami sączą się strużki z boków gór otaczających górny koniec doliny Małéj Łąki. Téj zaś żaden nie przerzyna strumyk. Dopiéro znacznie niżéj w lesie wydobywa się spory potok. Rzecz oczywista, że woda ściekająca namienionemi strużkami ginie w zwirze Małéj Łąki, sączy się w nim i po calcu skalistym tworzącym właściwe dno doliny, aż wreszcie w miejscu znacznie niżéj położoném wydobywa się na wierzch. Taki jest początek prawie wszystkich potoków tatrzańskich i licznych wywierzysk, n. p. głównego ramienia Bystréj pod Kalatówkami, potoku w Olczyskach i wielu innych.
Tu jedno jeszcze pytanie: Zkąd wzięła nazwę dolina Kościeliska? dla czego jedna jéj część, t. j. ta właśnie, która do niedawna była zabudowaną i zamieszkaną, zwie się Staremi Kościeliskami? — Od mnóstwa kości ludzkich porozrzucanych po dolinie od czasu porażki jakichś wojsk nieprzyjacielskich, która, jak mówi Goszczyński w swoim Dzienniku podróży do Tatr (str. 218) miała właściwie zajść w dolinie leżącéj pod Giewontem przy drodze z Zakopanego do Kościelisk a zwanéj dziś Biały Potok. Zdają się potwierdzać tę wieść rozrzucone po niéj kości ludzkie do niezliczenia, utrzymuje Goszczyński.
Wywód ten prócz przypadkowego podobieństwa imion nic nie ma za sobą. Że Mongołowie w czasie wtórego napadu swego na Europę (1241—1242) pustoszyli ziemie sandecką i spiską, na to są dowody dostateczne. Na Podhalu nowotarskiém w r. 1204 nie było jeszcze ani jednéj osady, w tym bowiem roku Henryk, książę krakowski i szląski, Teodorowi, wojewodzie krakowskiemu, nadał prawo do osadzania Niemców w lesie koło rzek Ostrowska, Dunajca (białego), Dunajca czarnego, Rogoźnika, Lepietnicy, Słonéj (teraz Słonki przy Rabce), Ratajnicy, Niedzielskiéj i Stradomi. W r. 1234 istniał już Ludźmierz, w tym bowiem roku Wisław, biskup krakowski, temuż Teodorowi, synowi Jana, pozwolił budować kościół w Ludźmierzu (Ludomer[3]), a w roku 1237 wspominany jest Rogoźnik[4]. Przywiléj lokacyjny Nowegotargu jest z r. 1252[5]. W nim wspomniany jest zamek szaflarski, wreszcie w dyplomie z r. 1254[6] wymienione są między innemi rzekami oba Dunajce, wielki i mały Rogoźnik, Leśnica, Piekielnik, Poroniec, dalej góra Obidowa, wreszcie pola i łąki zwane Długiepole, Ludźmierz, Dębno, Ostrowiec. Na tych tedy opierając się dowodach, nim nowe, dotąd nieznane zostaną odkryte dyplomy, słusznie utrzymywać można, że od Szaflar i Rogoźnika aż po same Tatry całe Podhale gęstym pokryte było lasem. O Zakopaném najdawniejszą wzmiankę znalazłem za Stefana Batorego. Dzianisz powstał dopiéro około r. 1600; w aktach oryginalnych z r. 1630 znalazłem bowiem skargę Dzianiszan na szlachetnego Pietrzykowskiego, osadcę swego, że ich do robót poniewala, lubo im wola jeszcze nie wyszła. Komisarze królewscy uczynili ich przeto wolnymi od wszelakich robót, powinności i podatków. W północno-zachodniéj części ziemi spiskiéj, tworzącéj orograficznie i hydrograficznie z Podhalem nowotarskiém całość jeograficzną, przed r. 1300 istniały Frydman (1073?), Nowa Biała i Krempach (1278), Łąpsz dolny (1274), Kaczwin (Katzenwinkel 1278), Starawieś (1300), Hanuszowie (1236) i Lechnica (1278). Dopiero w XIV wieku wspominane są Dursztyn (Dürrenstein? 1312), Frankowa (1320), zamek dunajecki (Niedzica, 1328), Rychwałd i Lipnik wielki (1334—38), Osturnia (1366).
Po obu brzegach Białki od Krompachu aż w Tatry w r. 1320 były lasy[7]. Jeżeli zatém na Podhalu nowotarskiém dopiero w pierwszéj połowie XIII wieku zaczęto zakładać osady, czegoby tam byli szukali podówczas Mongołowie? w lasach bezdrożnych, poprzerzynanych rwącemi rzekami i potokami? czego w dolinie Kościeliskiéj albo zgoła w Białém pod Giewontem? Proszę zajrzeć do Białego a iść potokiem, nad którym atoli żadnéj nie ma ścieżki, aby zrozumieć całą niedorzeczność twierdzenia Goszczyńskiego. Wreszcie jeżeli w Białém pod Giewontem była potyczka, jakimże sposobem miano Kościelisk dostało się nie téj, ale całkiém innéj, z kolei czwartéj dolinie, prawie o milę na zachód odległéj? W Białém pod Giewontem Goszczyński nie był, więc kości ludzkich rozrzuconych po téj dolinie do niezliczenia sam nie widział. Powiedziano mu bajkę, a on jéj uwierzył. Albo je widział w dolinie Kościeliskiéj? Wątpić należy, ażeby tam były mogły przeleżeć od czasów jakiéjś potyczki. Dopóki przeto więcéj przekonywających nie dostarczy kto dowodów na wywód nazwy doliny Kościeliskiéj od kości pobitych w niéj nieprzyjaciół, Szwedów czy nawet Tatarów, za bajkę uważać go należy. W kopalniach w Ornaku i w Pysznéj pracowano z pewnością już za Zygmunta I, ale nie za Bolesława Chrobrego. W części doliny Kościeliskiéj, zwanéj dzisiaj staremi Kościeliskami, górnicy mieli kościołek, który z czasem upadł, zostawiając nazwę miejscu, w którém się znajdował. W kościołku tym lub koło niego chowano może zmarłych górników. Jeżeli zatém na Kościeliskach znaleziono jakie kości ludzkie, dawnych górników kości to być mogły. Po zaniechaniu robót w pomienionych kopalniach górnicy opuścili swoją osadę w starych Kościeliskach, a na osadę późniejszą, powstałą u ujścia doliny w miejscu otwartszém między polanami przeszła nazwa Kościelisk. Kościeliszczan Zakopianie dotąd zowią ludźmi z polan. Jaka była pierwotna nazwa osady górniczéj w starych Kościeliskach, nie wiadomo. Wreszcie opowiadanie Goszczyńskiego przypomina zbyt żywo porażkę księcia rakuskiego Leopolda przez Szwajcarów pod Morgarten (1315).
Z zwężeniem się doliny powyżéj starych Kościelisk ustaje także ta nazwa doliny. Ściany skaliste otaczające ten wyłom ciasny, wznoszą się miejscami wprost z potoku, są prawie wszędzie prostopadłe, gdzieniegdzie podzielone na piątra. Krzesanice zaraz po wschodniéj stronie potoku zwą małemi organami, a dziury w nich zbójeckiemi oknami. Już w pierwszych dniach września dopiero o godzinie 10téj słońce zaziera w tę część doliny. Ogromna skała tuż przy drodze ma imię stołu zbójeckiego. Wątpić jednak można, ażeby zbójcy kiedykolwiek byli jedli na tym stole. Przeszedłszy po mostku (2) na wschodni brzeg potoku, ma się znowu kawałeczek bezecnéj drogi. Nie wzniesiona nad poziom wody ulega częstemu zalewaniu, a skutkiem tego psuciu. Co do mostków, będzie tutaj na miejscu następujące objaśnienie dla tych, co jeszcze nie widzieli mostków tatrzańskich. Dwa, trzy lub cztery tramy położone na poprzek potoku, końcami wsparte na brzegach, na nich szereg okrąglaków nie poprzybijanych do tramów, na których leżą, zatém ruszających się pod stopami przechodzących, a podnoszących się kolejno pod końmi, jak klawisze fortepianu, oto mostek tatrzański. Gdy który z tych okrąglaków zgnije lub złamie się, nikt nie kwapi się zastąpić go nowym. Tym sposobem powstają mostki przezroczyste, które nie są wcale rzadkością. Człowiek wprawdzie po najgorszym z nich przejść może wygodnie, podziwiać atoli należy zręczność, z którą konięta góralskie przechodzą po nich, omijając dziury. Poręczy na tych mostkach nie ma.
Uszedłszy nie wielki kawałek drogi, dolina rozszerza się znowu nieco, nie tworząc jednak równinki, jak na kirze Miętusiéj lub w starych Kościeliskach, lecz spadając z obu stron ku potokowi dosyć stromo. Jest to polana Pisana. Nad nią wznosi się w ścianie wschodniéj prawie w środku skała od ludu zwana Saternem, z czego w książkach zrobiono Saturna, słusznie czy nie, kto to wiedzieć może. Obok Saterna ku południu jest turnica zwana Straszakiem, ku północy dwie inne zwą się Nad zamkiem i Spadami. Po zachodniéj stronie potoku trawiasty żlebek prowadzi po za Stoły i na Kominy.
Z polany Pisanéj schodzi się do łożyska w czasie pogody bezwodnego potoczka, przybywającego od wschodu z ciasnéj szczeliny między ścianami to w tę, to w ową stronę nachylonemi. Dno téj szczeliny miejscami nie szerzéj nad 2 metry, zawalone jest złomami skał naniesionemi w czasie nawałności z góry. Tu i owdzie znajdzie się połamany i otłuczony pień drzewa. Szczelinę tę nazwano Krakowem. Na górnym końcu rozszerza się ona i rozczepia na dwa ramiona. Południowo-wschodniém wyjść można na skalisty grzbiet, tworzący północny bok hali Tomanowy, a daléj ku kopalniom w Tomanowie i na rzeczoną halę; ramieniem północno-wschodniem wyjdzie się na Czerwone Wierchy. Przechodząc tamtędy w r. 1867 znaczną przestrzeń na zachodnio-południowym stoku twardego upłazu, widziałem ogołoconą z murawnika skutkiem usunienia się wierzchniéj warstwy ziemi. Kiedy znowu płat ten ogromny pokryje się roślinnością i czy porośnie, to pytanie. Takie spustoszenia zdarzają się w Tatrach coraz częściéj; są one bezpośrednim skutkiem silnego przemoknienia cienkiéj warstwy ziemi podczas nawalnych deszczów, a w wielu miejscach następstwem nierozsądnego wyrąbania całemi płatami kosodrzewiny lub nawet wypalenia jéj, jak to n. p. w górnym końcu doliny Raczkowéj pod klinem (starorobociańskim), w dolinie Wierch-Cichéj i indziéj widzieć można. W hali Kondratowéj wyrąbywano kosodrzewiny na sprzedaż, jak mi mówiono. Lud czyni to nierozważnie dla rozszerzenia pastwisk halskich niewystarczających dla wielkiéj liczby bydła, które po halach trzymają, a którą dla własnego dobra ludu ustawy ograniczyćby powinny. Nie baczą atoli, że przedewszystkiém na stromych i kamienistych zboczach niczem niewstrzymane strugi wód i uwożące się śniegi w krótkim czasie niszczą nietylko uzyskane powyższym sposobem pastwiska, ale zarazem niżéj położone murawniki zrywają lub zasypują żwirem (piargiem) z góry spłókanym.
Kto bez trudu i namacalnie chce się przekonać o prawdziwości powyższych twierdzeń, t. j. że nierozważne wycinanie lub wypalanie kosodrzewiny i niszczenie lasu nietylko nie przysparza pastwiska, owszem takowe niszczy, niechaj się przypatrzy w dolinie Strążysk zachodniemu bokowi Małéj Świnnicy lub północno-wschodniemu bokowi doliny Jaworzynki za hutami zakopiańskiemi. Cały ten bok ogołocony z porostu drzewnego jest dzisiaj nieużyteczne jałowisko, zasypane piargiem drobnego wapienia, z sterczącemi tu i owdzie zwietrzonemi skałami podartemi, kruszącemi się i rozsypującemi bezustannie. Dążąc w stronę Magury przychodzi się na piękną płasienkę (równinkę) zwaną Wyżniem, okoloną z trzech stron lasem i tylko ku Magurze rozwartą. Dawniéj pięknym, bujnym pokryta murawnikiem, teraz przysypana jest drobnym żwirem naniesionym przez wody od kopalń, na około których także aż na sam grzbiet wyniszczono kosodrzewinę i las. Téj téż okoliczności przypisać należy brak wody w téj dolinie.
Jak wszędzie tak i w Tatrach lud kieruje się jedynie widokiem chwilowéj korzyści, nie myśląc wcale o dalszéj przyszłości. Z góry mało kto szczerze go oświeca w sprawach własnéj jego pomyślności, kościołów i szkół za mało, a te ostatnie w ogóle nic niewarte. Przy wrodzonéj nam opieszałości, przy powszechném przestawaniu na tém, iż dawniéj tak było, zapomniawszy atoli, że dzisiaj stósunki społeczne zupełnie zmieniły się, przy właściwéj nam gorączkowości bez wytrwałości i rozsądnego obliczenia się, przy wielkiéj gadatliwości i pochopie do hałasowania a opieszałości w spokojném a nieustającém działaniu, cóż dziwnego, że złe otaczające nas zewsząd wprawdzie widzimy, ale zaradzić mu nie umiemy, bo nie chcemy. Toć i z ludem podhalskim; zamiast wszelkiemi sposoby godziwemi wpływać nań bezustannie, zniewalać go prawie do tego co dobrém, co pożyteczném, co rozumném, demoralizowano go najbezecniejszém wydzierstwém, wyuzdaną rozpustą, bezprawiami i gwałtami najohydniejszemi i najbezwstydniejszemi. Według wiarogodnych zapewnień osób dobrze rzeczy świadomych może nigdzie niema tak zagęszczonego bezecnego pieniactwa, jak na Podhalu. Niestety i tutaj ryba zaśmierdła od głowy. Puściwszy się raz w górę tą szczeliną, w miejscu spadzistém znalazłem pod ścianą południową i wzdłuż niéj dosyć długi mostek, pokryty gałęźmi, mchem i darniami a uginający się pod nogami, jak gdyby się szło po sofie dobrze wysłanéj. To arcydzieło budownictwa alpejskiego zdziwiło mnie; przekonałem się atoli niebawem, że tędy owce wychodzą na pasze. Nie zazdrościłem im téj romantycznéj przechadzki cztery razy co dzień, nie po rzeczonym mostku, lecz po głazach zawalających dno szczeliny. Że z czasem z szczeliny téj powstanie przestrzeńsza i wygodniejsza dolinka, nie ulega wątpliwości, ale ileż to czasu na to będzie potrzeba!
Minąwszy potok płynący czasem z tego tatrzańskiego Krakowa, przechodzi się po mostku (3) na zachodni brzeg potoku Kościeliskiego, gdzie tuż nad potokiem z pomiędzy łomów wapieni luźne wydobywają się strugi. Nieco wyżéj droga wraca znowu na wschodni brzeg potoku (mostek 4), ku tak zwanéj Pisanéj. Jestto ściana wapienna, ściekającą wodą bezustannie roszona i dosyć miękka, ażeby nożykiem wyryć w niéj imię na pamiątkę bytności swojéj w tém miejscu, co téż wielu przybywających w te strony skwapliwie czyni w przeczuciu niezawodnego unieśmiertelnienia się tak łatwym sposobem. Szkoda tylko, że świeżo napływające warstwy zwiedzających powodowane tą samą żądzą szlachetną, nie znalazłszy już próżnego miejsca do zostawienia po sobie pamiątki, zeskrobują napisy pomnikowe poprzedników, ażeby po niedługim czasie ten sam los ich także spotkał pracę.
Z pod téj skały, z pieczary podobnéj do czeluści pieca obfity wypływa strumień wpadający o kilka, kroków do głównego potoku. Ten strumień raczyli niektórzy piszący o Tatrach wynieść do godności źródła Czarnego Dunajca, jakkolwiek już Zejszner dostatecznie wyjaśnił, że on nie jest niczém inném, jeno ramieniem głównego potoku przepływającem szczelinami we wschodniéj ścianie doliny. Już zmienna ciepłota wody w téj strudze powinnaby o tém każdego przekonać. Są atoli jeszcze inne widoczniejsze i jawniejsze dowody, okazujące, że z Pisanéj płynie rzeczywiście odnoga potoku głównego, a nie źródło. Otóż zaraz powyżéj Pisanéj dwa mostki (5 i 6) prowadzą pierwszy na zachodni, drugi na wschodni brzeg potoku. Przypatrzywszy się w czasie dłuższéj pogody wodzie w głównym potoku między temi dwoma mostkami, widać, że na téj przestrzeni jest jéj daleko mniéj, aniżeli powyżéj mostku 6 jak to w sierpniu i wrześniu 1867 roku kilka razy uważałem. Pytanie tedy, gdzie się podziewa woda potoku głównego w okolicy mostku 6? Naprzeciw tego mostku w ścianie wschodniéj, popod którą płynie potok, widać liczne szczeliny. W nich ginie po części woda potoku, wydobywając się znowu w Pisanéj. W zimie, jak mnie zapewniali ludzie miejscowi, w potoku między temi dwoma mostkami woda prawie zupełnie wymarza, tak jéj mało, a wszystka płynie pomienionemi szczelinami. Zresztą gdyby ten przepływ był źródłem, toć woda w nim zawsze musiałaby być czystą bez względu na zmącenie jéj w głównym potoku. Atoli tak nie jest, jak się sam przekonałem. Dnia 20 sierpnia 1867 gdym w towarzystwie dra J. Czerkawskiego i byłego leśniczego Kościeliskiego szedł na Bystrą, nieopodal Polany Smytni napadła nas burza. Przeczekawszy ulewny deszcz częścią w lesie między smrekami, częścią w szałasie smytniańskim, wróciliśmy do domu. Woda w potoku była nadzwyczaj zmącona, jak gdyby kto gliny do niéj namięszał. Cały bok Tomanowy koło przełęczy pokrywa glinka. Potok ztamtąd płynący naniósł tego kału. Ciekawy byłem, jaka będzie woda wypływająca z pod Pisanéj. Znaleźliśmy ją tak mętną, jak w głównym potoku, w źródle zaś czyli wywierzysku w starych Kościeliskach była zupełnie czysta. Baśnie, jakich nagadano Goszczyńskiemu, że pieczarę tę zwiedzano z pochodniami, że po długiéj, trudnéj i chłodnéj podziemnéj wędrówce dotarło nareszcie do ogromnéj sali, ozdobnéj kolumnami i sztukaterjami, z kamienia tak jasnego, że przy blasku pochodni sala świeciła niby djamentowa, że w środku sali leży małe jeziorko, właściwe źródło Dunajca, że tem podziemiem trzy dni i trzy noce iść potrzeba, aby dojść do źródła, że w końcu wychodzi się na szczyt jakiéjś góry, lub téż że tę salę wykuli górnicy dobywający niegdyś w tém miejscu srebra, że szperanie po téj pieczarze oburza ducha mającego tam swoje siedlisko, który w gniewie spuszcza na dolinę chmury i ulewę, otóż te baśnie skłoniły Goszczyńskiego do trzykrotnego zapuszczenia się w tę pieczarę, rozumie się, bezpożytecznie, a jednak wierzył, że śmielszy czy wytrwalszy lub szczęśliwszy od niego potrafi głębiéj zapuścić się i odkryć te dziwa, o których podanie zapewnia.








  1. 1 metr = 3˙078 stopom par., 3˙16375 wiedeńskim, 2˙655 stopom dziesiętnym pruskim.
  2. Por. Roman Kaulfuss, die Slaven. Berlin 1842. Str. 9.
    Die Central-Karpathen. Pest, 1863. Ungarns Urwälder. Pest, 1865. Zipser Anzeiger. Leutschau, 1866. Nr. 1—3.
  3. Fejér 32 416.
  4. Fejér 41 83.
  5. Fejér 42 151.
  6. Fejér 42 282.
  7. Fejér 82 289.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eugeniusz Janota.