Trzej muszkieterowie (1913)/Tom III/Rozdział II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Trzej muszkieterowie
Podtytuł Powieść historyczna z XVII wieku
Wydawca Wydawnictwo Najsławniejszych Powieści Świata
Data wyd. 1913
Druk Drukarnia Udziałowa
Miejsce wyd. Warszawa, Lwów
Tłumacz Stanisław Sierosławski
Tytuł orygin. Les Trois Mousquetaires
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.
NARADA MUSZKIETERÓW.

Jak przewidywał Atos, w forteczce znajdowało się jedynie kilkanaście trupów, zarówno Francuzów, jak Rochelczyków.
— Przyjaciele! — rzekł Atos, który objął kierownictwo wyprawy, — zanim Grimaud przygotuje nam śniadanie, zaopatrzmy się przedewszystkiem w strzelby i naboje, a załatwiając tę rzecz konieczną, możemy rozmawiać; ci panowie — dodał, wskazując nieboszczyków — nie będą nas podsłuchiwali...
— Można ich jednak wrzucić do rowu — oświadczył Portos, — przekonawszy się przedtem, czy nie posiadają czego w kieszeniach.
— Zapewne — odparł Atos. — Lecz to już jest zadanie Grimauda.
— A więc — rzekł d’Artagnan — niech Grimaud obszuka ich i przerzuci zwłoki poza mur forteczny.
— Niech Bóg broni! — zawołał Atos. — I ci nieboszczycy mogą się nam jeszcze przydać.
— Mogą się nam przydać? — zapytał Portos. — Oszalałeś chyba, drogi przyjacielu!
— Nie należy sądzić lekkomyślnie, powiada Ewangelia i pan kardynał — odrzekł Atos. — Ile mamy strzelb, panowie?
— Dwanaście — odpowiedział Aramis.
— A ile naboi?
— Setkę.
— W Sam raz tyle, ile potrzeba. Nabijmy broń.
Czterej muszkieterowie wzięli się do wykonania tego, a z chwilą, gdy ostatni muszkiet został nabity, Grimaud dał znak swemu panu, że śniadanie już przygotowane.
Atos milczącym gestem wyraził mu swe zadowolenie i, wskazawszy rodzaj strzelnicy, polecił stanąć na straży, a dla uprzyjemnienia mu nudów pozwolił zabrać bochenek chleba, dwa kotlety i butelkę wina.
— Siadajmy „do stołu“ — rzekł do towarzyszów.
Czterej przyjaciele usiedli na ziemi, krzyżując nogi, jak Turcy.
— Teraz zaś — ozwał się d’Artagnan, — skoro się już nie potrzebujesz obawiać, by ktoś nas podsłuchał, mam nadzieję, że wyjawisz swą tajemnicę.
— Sądzę, panowie, że zapewniłem wam równocześnie przyjemność i sławę — mówił Atos. — Odbyliście, dzięki mnie, miłą przechadzkę, a teraz oto oczekuje nas doskonałe śniadanie... Tam zaś, w oddali, jak możecie zauważyć poprzez strzelnice, stoi pięciuset ludzi, którzy patrzą na nas, jak na szaleńców lub bohaterów... albowiem te dwa rodzaje niedołęgów są bardzo podobne do siebie...
— Ale jakże z tą tajemnicą? — dopytywał się d’Artagnan.
— Otóż... wczoraj wieczorem widziałem się z milady — zaczął Atos.
D’Artagnan w tej właśnie chwili podnosił szklankę do ust, ale na słowo „milady“ ręka zadrżała mu tak gwałtownie, że postawił szybko szklankę na ziemi, aby nie rozlać jej zawartości.
— Widziałeś swoją...
— Sza! — przerwał mu Atos; — zapominasz, drogi przyjacielu, że ci panowie nie są wtajemniczeni w moje rodzinne sprawy... Widziałem milady.
— Gdzie? — pytał d’Artagnan.
— Mniej-więcej o dwie mile stąd, w oberży pod Czerwonym Gołębnikiem.
— No, to jestem zgubiony — rzekł d’Artagnan.
— Nie, jeszcze nie! — odparł Atos, — bo właśnie w tej chwili milady opuszcza prawdopodobnie brzegi Francyi.
D’Artagnan odetchnął głęboko.
— Ale ostatecznie któż to jest ta milady? — zapytał Portos.
— Jestto prześliczna kobieta — mówił Atos, nalewając do szklanki musującego wina, które miało być szampańskiem. — A to łajdak ten oberżysta! — zawołał; — dał nam wino andegaweńskie, zamiast szampańskiego, i myśli zapewne, że się nie poznamy!... Jest to zatem — mówił dalej — prześliczna kobieta, której względami cieszył się nasz d’Artagnan. Nie wiem, jakie popełnił bezeceństwo, dość, że ściągnął na siebie obecnie jej zemstę: przed miesiącem chciała go zgładzić ze świata, nasadziwszy na niego morderców, którzy doń strzelali, przed ośmioma dniami usiłowała go otruć, a wczoraj zażądała od Jego Eminencyi jego głowy...
— Jakto? zażądała mojej głowy od kardynała? — zawołał d’Artagnan, blednąc.
— Tak jest — potwierdził Portos, — to prawda; słyszałem to na własne uszy.
— I ja także — dodał Aramis.
— W takim razie — rzekł d’Artagnan z rezygnacyą — niema co walczyć z nią dłużej; lepiej odrazu łeb sobie roztrzaskać i wszystkiemu położyć koniec.
— To byłoby ostatecznem głupstwem — oświadczył Atos, — i to takiem głupstwem, na które nie byłoby już lekarstwa.
— A jednak nie zdołam już uniknąć podobnego końca — mówił d’Artagnan, — mając tak potężnych wrogów. Najpierw ten nieznajomy z Meung; dalej hrabia de Wardes, któremu zadałem trzy pchnięcia szpadą; potem milady, której haniebną tajemnicę wykryłem; wreszcie kardynał, któremu pokrzyżowałem plany zemsty nad niemiłemi mu osobistościami...
— Masz zatem czterech wrogów — oświadczył Atos. — Nas jest także czterech, więc siły równe. Ale, do licha! jeżeli wierzyć znakom, jakie czyni Grimaud, będziemy mieli za chwilę jeszcze większą liczbę wrogów na karku... Cóż tam, Grimaudzie? — zawołał pytająco do służącego. — Wobec niezwykłych okoliczności pozwalam ci mówić, mój przyjacielu, ale krótko i zwięźle... Co tam nowego zauważyłeś?
— Oddział, panie.
— Ilu ludzi?
— Dwudziestu.
— Jacyż to ludzie?
— Szesnastu pionierów i czterech szeregowców.
— Jak daleko są od nas?
— O pięćset kroków.
— Doskonale! Kończmy zatem pieczyste i wypijmy szklankę wina za twoje zdrowie, d’Artagnanie.
— Za twoje zdrowie! — powtórzyli Portos i Aramis.
— Niechże będzie za moje zdrowie!... aczkolwiek nie wierzę, aby życzenia wasze przydały mi się już na co.
— Ba! — rzekł Atos, — Bóg jest wielki, jak powiadają wyznawcy Mahometa; przyszłość w jego ręku.
To mówiąc, wychylił zawartość szklanki i odrzucił ją od siebie, a podniósłszy się niedbale z ziemi, chwycił pierwszą-lepszą z brzegu rusznicę i zbliżył się do otworu strzelniczego.
Portos, Aramis i d’Artagnan poszli za jego przykładem, przyczem Grimaud otrzymał rozkaz, by, stanąwszy poza czterema przyjaciółmi, zmieniał broń.
Oddział nieprzyjacielski tymczasem posuwał się ku forteczce podkopem, który stanowił zabezpieczone niejako połączenie jej z miastem.
— Do licha! — odezwał się Atos, — czy warto było ruszać się z miejsca z powodu tych dwudziestu hultajów, uzbrojonych w łopaty i motyki?
Wystarczyłoby, zdaje się, żeby Grimaud ruchem ręki nakazał im oddalić się, a zaręczam, że pozostawiliby nas w spokoju.
— Ośmielę się w to wątpić — zauważył d’Artagnan, — gdyż jakoś odważnie posuwają się ku nam... Zresztą z robotnikami jest czterech żołnierzy i brygadyer, wszyscy Uzbrojeni w muszkiety.
— Ba! odważni są jedynie z tej przyczyny, że nie dostrzegli nas jeszcze — oświadczył Atos.
— Na honor! — rzekł Aramis, — przyznam się, że myśl strzelania do tych biednych mieszczuchów przejmuje mię wstrętem.
— Zły to ksiądz — zauważył Portos, — który lituje się nad heretykami!
— Aramis jednak ma słuszność — rzekł Atos. — Zaraz ich ostrzegę.
— Czyś oszalał, do djabła! — zawołał d’Artagnan, chwytając go za połę. — Chcesz chyba dostać kulką w łeb, mój drogi?
Ale Atos, nie bacząc na słowa przyjaciela, wychylił się już ponad wyłom muru z rusznicą w jednej, a z kapeluszem w drugiej ręce.
— Panowie! — zawołał do zbliżającego się oddziału, a na głos ten żołnierze i robotnicy, zdumieni obecnością muszkieterów w forteczce, zatrzymali się w odległości mniej-więcej pięćdziesięciu kroków. — Panowie! — wołał, kłaniając się uprzejmie kapeluszem, — kilku moich przyjaciół spożywa tu właśnie wraz ze mną śniadanie. Otóż wiadomo panom chyba, że niema nic bardziej niemiłego, jak przerwać sobie tę przyjemność... I proszę was, jeżeli już koniecznie musicie się zająć tutaj jakąś robotą, abyście zaczekali, póki nie skończymy naszego posiłku, i przyszli tu nieco później... A może, i to, zdaje się, byłoby najlepsze, zechcecie zacnie, porzuciwszy szeregi buntownicze, wypić wraz z nami za zdrowie króla Francyi?
— Uważaj, Atosie! — zawołał d’Artagnan. — Czy nie widzisz, że biorą cię na cel?
— Nic to nie szkodzi! — odpowiedział Atos. — Te mieszczuchy strzelają bardzo kiepsko i nie poważą się trafić we mnie.
W tej samej chwili zagrzmiały cztery wystrzały, i wszystkie kule trafiły gdzieś w mur niedaleko Atosa.
Natychmiast jednak odpowiedziały im z forteczki cztery muszkiety, ale z lepszym skutkiem, gdyż jednocześnie trzej żołnierze padli trupem, i raniony został jeden robotnik.
— Grimaudzie, podaj mi świeży muszkiet — zawołał Atos, wciąż jeszcze stojąc u wyłomu.
Grimaud spełnił rozkaz, trzej zaś przyjaciele nabili tymczasem broń powtórnie, i nastąpiła nowa salwa, po której padł brygadyer i dwóch robotników, co widząc reszta oddziału poczęła uciekać.
— A teraz, panowie, urządźmy wycieczkę! — wołał Atos.
Czterej przyjaciele wybiegli z poza murów fortecznych, dotarli aż do poległych, zabrali cztery muszkiety żołnierzy i krótką dzidą brygadyera, poczem, przekonani, że uciekający nie zatrzymają się pierwej, aż dopiero w mieście, zawrócili do forteczki, unosząc trofea swego zwycięstwa.
— Nabij broń, Grimaudzie — odezwał się Atos, — a my, panowie, wracajmy do śniadania i do naszej przerwanej rozmowy. Na czemże to stanęliśmy?
— Mówiłeś o wyjeździe milady — rzekł d’Artagnan, zaciekawiony ogromnie podróżą milady.
— Pojechała zatem do Anglii — mówił Atos.
— W jakim celu?
— Aby zamordować albo kazać zamordować Buckinghama.
— Ależ to haniebne! — zawołał zdziwiony i oburzony d’Artagnan.
— Co do mnie zaś — rzekł Atos, — bardzo mało mię to obchodzi. — I zwrócił się do służącego: — A teraz, Grimaudzie, skoro skończyłeś nabijać, weź dzidę naszego brygadyera, przytwierdź do niej serwetę i zatknij na szczycie forteczki, aby powstańcy z Rochelli zobaczyli, że mają do czynienia z walecznymi i wiernymi żołnierzami króla.
Grimaud w milczeniu poszedł wykonać otrzymany rozkaz, i w chwilę później ponad głowami naszych czterech przyjaciół powiał biały sztandar, a pojawienie się jego wywołało burzę oklasków od strony wałów obozowych, gdzie wyległa przynajmniej połowa obozu.
— Jakto? — powtórzył d’Artagnan, — nie obchodzi cię to wcale, że zabije ona lub też każe zabić Buckinghama? Przecież książę jest naszym przyjacielem!
— Książę jest Anglikiem i walczy przeciwko nam. Niech więc nasza milady robi sobie z księciem, co się jej podoba; obchodzi mię to tyle, co ta pusta flasza.
Mówiąc to, Atos cisnął na odległość piętnastu kroków flaszkę, z której wysączył był przed chwilą resztę wina.
— Przepraszam! — oświadczył d’Artagnan, — co do mnie, nie jest mi obojętną osobistość Buckinghama; on to przecież podarował nam owe przepiękne cztery konie.
— I w dodatku wspaniałe siodła — wtrącił Portos, który jeszcze w tej chwili miał płaszcz obszyty galonem ze swego siodła.
— Przytem powinniśmy pamiętać — dodał Aramis, — że Bóg chce nawrócenia, a nie śmierci grzesznika.
— „Amen“! — dokończył Atos. — Wrócimy później do tego tematu, jeżeli taka wasza wola. Na razie jednak, a jestem przekonany, że zrozumiesz dobrze moje pobudki, d’Artagnanie, na razie chodziło mi przedewszystkiem o to, aby wydrzeć tej kobiecie pewne upoważnienie, wystawione na okaziciela, które wymusiła na kardynale i z pomocą którego mogłaby bezkarnie pozbyć się ciebie, a może i nas wszystkich.
— Ależ to szatan chyba, nie kobieta! — rzekł Portos, podsuwając swój talerz Aramisowi, który krajał w tej chwili pieczyste.
— I upoważnienie to, wystawione na okaziciela — pytał d’Artagnan, — pozostało w jej ręku?
— O, nie! Odebrałem je... i muszę się przyznać, że nie bez trudu.
— Drogi Atosie! — rzekł d’Artagnan, ściskając rękę przyjaciela, — nie mogę już spamiętać, ile razy zawdzięczam ci życie.
— Więc to dlatego opuściłeś nas w oberży, aby być u niej? — zapytał Aramis.
— Tak jest.
— I posiadasz to pismo kardynała? — pytał d’Artagnan.
— Oto ono — rzekł Atos, wydobywając cenny dokument z kieszeni kaftana.
D’Artagnan drżącemi rękoma rozwinął papier, nie próbując ukryć swego niepokoju, i przeczytał, co następuje:

„Czegokolwiek dokona właściciel tego dokumentu, spełnione zostaje z mego rozkazu i dla dobra państwa.
3-go grudnia 1627 roku
Richelieu.“

— Istotnie — rzekł Aramis, — jest to rozgrzeszenie wedle wszelkich reguł. — Trzeba zniszczyć ten dokument — oświadczył d’Artagnan, który miał wrażenie, że czyta wyrok śmierci na siebie.
— Przeciwnie — odparł Atos, — należy go zachować jaknajstaranniej. Nie oddałbym tego dokumentu, gdyby wzamian chciano go pokryć stosem złota.
— Jak myślisz? co teraz milady uczyni? — spytał młody człowiek.
— Napisze zapewne do kardynała — odpowiedział Atos z zadziwiającą obojętnością, — że pewien przeklęty muszkieter, nazwiskiem Atos, wydarł jej przemocą ten list bezpieczeństwa; w tem samem piśmie poda też zapewne kardynałowi radę, że należałoby się tego muszkietera pozbyć, zarówno, jak i jego dwóch przyjaciół, Portosa i Aramisa. Jego Eminencya przypomni sobie wówczas, że są to ci sami ludzie, których ustawicznie spotyka na swojej drodze, i pewnego pięknego poranku każe uwięzić d’Artagnana, a dla towarzystwa, by się nie nudził samotnie, zamknie i nas w Bastylii.
— Do licha! — rzekł Portos, — zdaje mi się, że twoje żarty nie są wcale zabawne, mój drogi.
— Bynajmniej nie żartuję — odparł Atos.
— Czy wiesz — zakonkludował Portos, — że byłoby mniejszym grzechem skręcić kark tej przeklętej milady, niż tym biedakom hugenotom, których całą zbrodnią jest to, że śpiewają po francusku te same psalmy, jakie my śpiewamy po łacinie.
— A jakież jest zdanie księdza dobrodzieja? — spytał poważnie Atos.
— Podzielam w zupełności przekonanie Portosa — odpowiedział Aramis.
— Ja również — oświadczył d’Artagnan.
— Całe szczęście, że milady znajduje się daleko od nas — mówił Portos. — Przyznaję bowiem, że, gdyby była tutaj, przeszkadzałoby mi to bardzo.
— Mnie przeszkadza ona bez względu na to, czy znajduje się w Anglii, czy we Francyi — odezwał się Atos.

— I dla mnie jest wszędzie zmorą — wtrącił d’Artagnan.
Atos powiewał zatkniętym na szpadę kapeluszem.
— Skoro jednak miałeś ją w swem ręku — pytał Portos, — dlaczego nie utopiłeś jej, nie zadusiłeś, nie powiesiłeś? Wszak tylko umarli nie wracają...

— Tak sądzisz, Portosie? — odparł Atos, uśmiechając się tragicznie, co zrozumiał jeden tylko d’Artagnan.
— Panowie! — rzekł d’Artagnan, — przychodzi mi do głowy pewien plan...
— Co takiego? — zapytali muszkieterowie.
Zanim d’Artagnan zdążył odpowiedzieć, rozległ się okrzyk Grimauda:
— Do broni!
Młodzi ludzie zerwali się szybko i pochwycili rusznice.
Tym razem ku murom forteczki zbliżał się oddział, składający się z dwudziestu czy dwudziestu pięciu ludzi; nie byli to już robotnicy, lecz żołnierze miejskiej załogi.
— A gdybyśmy tak wrócili już do obozu? — rzekł Portos. — Zdaje mi się, że teraz siły będą bardzo nierówne.
— Nie możemy uczynić tego z trzech powodów — odpowiedział Atos; — popierwsze: nie skończyliśmy jeszcze śniadania; powtóre: musimy jeszcze pomówić o ważnych sprawach; potrzecie: brakuje nam jeszcze dziesięciu minut do umówionej godziny...
— Trzeba zatem pomyśleć o obronie — rzekł Aramis.
— To będzie nader proste — mówił Atos. — Skoro nieprzyjaciel zbliży się na odległość strzału z muszkietu, damy ognia; jeżeli pomimoto posuwać się będzie dalej, wystrzelimy raz jeszcze... i będziemy strzelali dopóty, póki starczy nabitych muszkietów; jeżeli zaś reszta pozostałych z oddziału żołnierzy zechce przypuścić szturm, pozwolimy oblegającym dotrzeć aż do rowu i zepchniemy na ich głowy ten oto kawał muru, który jedynie jakimś cudem trzyma się równowagi.
— Doskonale! — zawołał Portos. — Stanowczo urodziłeś się na dowódzcę, Atosie, a kardynał, uważający się za wielkiego wojownika, jest niczem przy tobie.
— I proszę bardzo, panowie — ostrzegał Atos. — niewolno pudłować! Niech każdy wymierzy dobrze do upatrzonego wroga.
— Ja upatrzyłem go już sobie — rzekł d’Artagnan.
— I ja mam już mój cel — odezwał się Portos.
— Ja „idem“ — dodał Aramis.
— A więc... ognia! — rozkazał Atos.
Jeden tylko huk towarzyszył czterem strzałom, ale czterech ludzi runęło na ziemię.
Dobosz uderzył w bęben, i mały oddział począł zbliżać się ku forteczce przyspieszonym krokiem.
Teraz strzały naszych przyjaciół następowały już po sobie w nieregularnych odstępach, ale wszystkie były celne. Atakujący jednak, znając widocznie liczebną słabość obrońców forteczki, szli ku niej, nie zrażeni tem, że na każde trzy strzały padało najmniej dwóch z ich ludzi. Wreszcie u stóp murów fortecznych znalazło się jeszcze dwunastu do piętnastu atakujących, których jednak ostatnia skuteczna salwa nie powstrzymała; rzucili się do rowu i poczęli wdrapywać się ku wyłomowi.
— Dalejże, przyjaciele! — zawołał Atos, — do muru! do muru!
I, nie wyłączając Grimauda, wszyscy poczęli spychać olbrzymi kawał muru, który wreszcie, straciwszy punkt równowagi, zachwiał się i z ogromnym łoskotem runął do rowu. U stóp forteczki rozległy się straszne krzyki, i chmura pyłu wzniosła się ku niebu.
— No, chyba ani jeden nie pozostał wśród żywych! — ozwał się Atos.
— Na honor! — rzekł d’Artagnan, — takby się wydawało.
— Nie! — odparł Portos; — patrzcie, oto dwóch czy trzech umyka, kulejąc.
Istotnie kilku nieszczęśliwców, pokrwawionych i okrytych pyłem rumowiska, umykało ku miastu; to byli wszyscy, którzy ocaleli w porażce.
Atos spojrzał na zegarek.
— Panowie! — oświadczył, — bawimy tutaj całą godzinę, i zakład nasz został wygrany. Należy jednak pokazać, że rozgrywamy partyę z godnością. A przytem d’Artagnan nie wyjawił nam jeszcze swego planu.
I powiedziawszy to, muszkieter z właściwą sobie zimną krwią zasiadł, by dokończyć śniadania.
— Mego planu? — zapytał d’Artagnan.
— Tak jest; mówiłeś przecie, że przyszedł ci jakiś plan do głowy — odparł Atos.
— Ach, prawda! — rzekł d’Artagnan. — Otóż zamierzam wyruszyć powtórnie do Anglii i udam się prosto do Buckinghama.
— Nie uczynisz tego, d’Artagnanie — oświadczył zimno Atos.
— I dlaczegóż to? Czyż już raz nie dokonałem tego?
— Tak jest. Ale wówczas nie byliśmy jeszcze na stopie wojennej; wówczas książę Buckingham był naszym sprzymierzeńcem, a nie wrogiem. To, co zamierzasz teraz uczynić, byłoby uważane za zdradę.
D’Artagnan uznał słuszność tych słów i zamilkł.
— Zdaje mi się — ozwał się Portos, — że i ja także mam pewien pomysł.
— Słuchajmy pomysłu pana Portosa! — zawołał Aramis.
— Poproszę pana de Tréville o urlop pod jakimkolwiek pozorem, który pozostawiam wam do obmyślenia, gdyż, jak wiecie, nie odznaczam się wybitną pomysłowością... a następnie postaram się zbliżyć do milady, która mię nie zna, a więc osobistość moja nie obudzi w niej nieufności... Skoro zaś dostanę piękną panią w ręce, uduszę ją.
— Nieźle! — rzekł Atos. — Skłonny byłbym zgodzić się na pomysł Portosa.
— Wstydźcie się! — przerwał Aramis. — Jakto? zabijać kobietę? Nie! Posłuchajcie raczej mojego pomysłu.
— Mów, Aramisie — oświadczył Atos, który wielce poważał zdanie młodego muszkietera.
— Należy uprzedzić królowę.
— Na honor! — zawołali równocześnie Portos i d’Artagnan, — zdaje się, że znaleźliśmy nareszcie właściwy środek.
— Uprzedzić królowę? — mówił Atos, — ale w jaki sposób? Czyż łączą nas z dworem jakiekolwiek stosunki? czy możemy wysłać kogoś do Paryża tak, aby nie wiedziano o tem w obozie? A dzieli nas od Paryża sto czterdzieści mii, więc, zanim list nasz znalazłby się w Angers, my siedzielibyśmy już w więzieniu.
— Jeżeli chodzi o doręczenie listu Jej Królewskiej Mości — odezwał się Aramis, a rumieniec pokrył mu oblicze, — podejmę się tego z ochotą. Znam w Tours pewną sprytną osóbkę...
Tu Aramis, zauważywszy uśmiech na ustach Atosa, nie dokończył.
Zauważył ten uśmiech i d’Artagnan, więc zagadnął:
— Więc nie godzisz się, Atosie, na użycie tego środka?
— Nie odrzucam go zasadniczo — odpowiedział Atos, — ale chciałbym zwrócić Aramisowi uwagę, że nie będzie się mógł oddalić z obozu, a komuś innemu, prócz nas, w sprawie tej zaufać nie można, i że w dwie godziny po wyjeździe wysłannika wszystkie zakapturzone mnichy, wszyscy zbirowie, wszystkie czarne duchy kardynała będą znali treść twego listu na pamięć, a następstwem tego będzie, że zarówno ty, jak i twoja sprytna osóbka, dostaniecie się do więzienia...
— Nie biorąc już tego w rachubę — odezwał się Portos, — że, choćby nawet królowa ocaliła księcia Buckinghama, nas ocalićby nie zdołała.
— Portos mówi świętą prawdę, panowie — rzekł d’Artagnan.
— A cóż to się tam dzieje w mieście? — zawołał Atos, nasłuchując.
— Biją w bębny na alarm.
Czterej przyjaciele nastawili uszu; istotnie odgłos bębnów dochodził ich najwyraźniej.
— Przekonacie się, że wyślą przeciwko nam cały pułk — rzekł Atos.
— No! chyba nie zechcesz mieć z całym pułkiem do czynienia? — zapytał Portos.
— Czemużby nie? — odparł muszkieter. — Czuję w sobie niezwykły animusz i stawiłbym czoło nawet całej armii, gdybyśmy byli, kierując się przezornością, zabrali tu z sobą z tuzin flaszek więcej.
— Na honor! odgłos bębnów przybliża się — zauważył d’Artagnan.
— Niech się przybliża — odpowiedział Atos. — Kwadrans drogi dzieli nas od miasta, więc dopiero za kwadrans mogą być tutaj. Mamy tedy dosyć czasu, aby rozważyć jeszcze nasze plany. Skoro bowiem odejdziemy stąd, nie znajdziemy już nigdzie miejsca tak odpowiedniego i dogodnego na narady. A oto właśnie przychodzi mi, panowie, pewien doskonały pomysł.
— Mów zatem.
— Pozwólcie wszakże, że wydam przedtem Grimaudowi kilka nieodzownych poleceń.
Atos skinął na służącego, aby się przybliżył.
— Grimaudzie — rzekł, wskazując mu trupy, leżące koło forteczki, — weźmiesz tych panów, ustawisz rzędem koło muru, nasadzisz im czapki na głowy i włożysz muszkiety do rąk...
— O, wielki człowieku! — zawołał d’Artagnan, — zaczynam cię pojmować.
— Pojmujesz? — spytał Portos.
— A ty, Grimaudzie, czy rozumiesz, o co chodzi? — indagował Aramis.
Grimaud skinął potakująco głową.
— Tego tylko było potrzeba — odezwał się Atos. — Teraz możemy się zająć moim pomysłem.
— Jednakże i ja chciałbym zrozumieć, o co chodzi — rzekł Portos.
— To zbyteczne.
— Tak! tak! — wołali razem d’Artagnan i Aramis, — powiedz zatem, jaki masz pomysł.
— Otóż milady, ta zbrodnicza kobieta, ten demon, ten szatan, jak mi mówiłeś, d’Artagnanie, ma szwagra.
— Tak jest; znam go, i zdaje mi się, że nie żywi on zbytniej sympatyi dla swej bratowej.
— To nawet dobrze się składa — odparł Atos; — gdyby ją zaś nienawidził, byłoby jeszcze lepiej.
— W takim razie okoliczności dla planu twego są sprzyjające.
— Pragnąłbym jednak dowiedzieć się nareszcie — wtrącił Portos, — w jakim celu Grimaud ustawia te trupy.
— Nie przeszkadzaj, Portosie — uspokajał go Aramis.
— Jak się nazywa ten szwagier?
— Lord de Winter.
— A gdzie się obecnie znajduje?
— Na pierwszą wieść o wojnie pojechał do Londynu.
— Doskonale! — oświadczył Rtos. — To jest właśnie człowiek, jakiego nam potrzeba. Należy uprzedzić go o wszystkiem: zawiadomić, że jego bratowa ma wobec kogoś zbrodnicze zamiary, i prosić, aby miał ją na oku. Myślę, że istnieje w Londynie jakaś instytucya w rodzaju paryskich Magdalenek lub Sióstr Pokutujących; skoro umieści tam swoją bratowę, będziemy mieli spokój.
— Tak — rzekł d’Artagnan, — dopóki nie wymknie się stamtąd.
— Na honor, d’Artagnanie! — oświadczył Atos, — wymagasz nazbyt wiele. Dałem już wszystko, co mogłem, i uprzedzam, że pomysłowość moja już się wyczerpała.
— Owszem, Atosie; zdaje mi się, że nie można wymyślić nic lepszego — rzekł d’Artagnan. — Ale trzeba uprzedzić równocześnie królowę i lorda Wintera.
— Dobrze. Ale któż zawiezie list do Tours i list do Londynu?
— Ręczę za Bazina — oświadczył Aramis.
— Ja zaś za Plancheta — dodał d’Artagnan.
— To prawda — odezwał się Portos; — my nie możemy opuszczać obozu, ale na służących naszych nikt nie zwróci uwagi.
— Oczywiście — rzekł Aramis. — Jeszcze więc dzisiaj damy im listy oraz pieniądze i wyślemy w drogę.
— Pieniądze? — odezwał się Atos, — więc macie pieniądze?
Czterej przyjaciele spojrzeli po sobie, i czoła ich zachmurzyły się.
— Baczność! — krzyknął nagle d’Artagnan. — Patrzcie, panowie! Mówiłeś, Atosie, o jednym pułku, a tu idzie na nas cała armia...
— Istotnie, na honor! — odparł Atos. — Ale tchórze podstępni... skradają się bez bębnów i trąbek wojskowych. Aha! skończyłeś już, Grimaudzie?
Grimaud skinął potakująco głową i wskazał około dwunastu truposzów, ustawionych pod murem w najbardziej malowniczych pozycyach: jedni stali z opuszczoną bronią, inni wyglądali tak, jakgdyby celowali z muszkietów, jeszcze inni trzymali szpady w rękach.
— Doskonale! — zawołał Atos, — dzieło twoje czyni zaszczyt twojej fantazyi.
— Wszystko mi jedno — oświadczył Portos, — pragnąłbym jednak przedewszystkiem zrozumieć...
— Zmykajmy najpierw, a potem zrozumiesz wszystko — odpowiedział d’Artagnan.
— Jeszcze chwileczkę, panowie! Niech Grimaud sprzątnie nakrycie.
— Oho! — zawołał Aramis. — Patrzcie, jak szybko zbliżają się... Podzielam zdanie d’Artagnana, że nie możemy tracić czasu, jeżeli chcemy cało dostać się do obozu.
— Na honor! — oświadczył Atos, — nic nie przeszkadza nam w odwrocie. Założyliśmy się o godzinę, a spędziliśmy tutaj półtorej godziny. Teraz nie mamy już potrzeby zatrzymywać się dłużej i ruszajmy, panowie, ruszajmy!
Grimaud poszedł naprzód, niosąc kosz z naczyniami. Czterej przyjaciele podążyli za nim i uszli już kilkanaście kroków, gdy nagle Atos zawołał:
— Do licha! cożeśmy to uczynili, panowie?
— Zapomniałeś czego? — spytał Aramis.
— Na Boga! nasz sztandar! Niewolno przecie zostawiać sztandaru na łup wroga, chociażby to była tylko zwykła serweta.
Atos zawrócił do forteczki i, wdrapawszy się na mur, gdzie zatknięta była serweta, sięgał po nią, gdy nagle Rochelczycy, którzy zbliżyli się już na odległość strzału, dali teraz straszliwą salwę.
I, możnaby powiedzieć, czary chyba jakieś sprawiły, że człowiek ten, który, jakby dla przyjemności, wystawiał się na pociski, nie doznał żadnego szwanku; kule świstały dokoła niego, ale żadna nie drasnęła go nawet.
Atos, odwrócony tyłem do nieprzyjaciela, powiał swym sztandarem, pozdrawiając towarzyszów z obozu, i jednocześnie z obu stron rozległy się głośne okrzyki: z jednej okrzyki wściekłości, z drugiej entuzyazmu,
Wnet jednak zabrzmiała druga salwa, i trzy kule ugodziły w serwetę sztandaru, dziurawiąc ją nawylot, a z obozu zaczęto wołać:
— Schodź prędzej! Schodź prędzej!
Atos zeszedł szczęśliwie, witany radośnie przez oczekujących nań z zaniepokojeniem towarzyszów.
— Chodźmy, Atosie! — przynaglał d’Artagnan, — spieszmy się, spieszmy! Byłoby nierozwagą pozwolić się zabić teraz, gdy już znaleźliśmy rozwiązanie wszystkiego, prócz... kwestyi pieniężnej.
Ale Atos, mimo nalegań swych towarzyszów, nie spieszył zbytnio, zachowując całą swą powagę, — więc trzej jego przyjaciele, przekonawszy się, że nie zmuszą go do pospiechu, dostosowali do niego kroki swoje.
Natomiast Grimaud, niosący koszyk, nie marudził i był już w tej chwili poza obrębem strzałów nieprzyjacielskich.
Po upływie chwili przyjaciele nasi usłyszeli niezwykłą strzelaninę; Rochelczycy dawali salwę po salwie.
— Cóż to znaczy? — pytał Portos, — do czego, a raczej do kogo oni strzelają?
— Do naszych truposzów — objaśnił Atos.
— Poco? przecie trupy nie odpowiadają im na ogień.
— Oczywiście. To też, spostrzegłszy się, przyjdą do wniosku, że to zasadzka, zaczną się naradzać, wyślą parlamentarza, a gdy wreszcie przekonają się, że padli jedynie ofiarą żartu, my będziemy już dawno poza obrębem strzałów. Oto, dlaczego niema powodu przyspieszać kroku, narażając się na rozedmę płuc.
— Ach! pojmuję teraz! — zawołał Portos z zachwytem.
— No, to całe szczęście! — zauważył Atos, wzruszając ramionami.
Francuzi, ujrzawszy powracających czterech naszych zuchów, wydawali na ich cześć głośne okrzyki. Lecz wrzawę tę przygłuszyła nagle nowa salwa, i tym razem przyjaciele nasi posłyszeli świst kul koło swych uszu, a gdy się obejrzeli, forteczka już roiła się od Rochelczyków.
— Bardzo niezdarni wojownicy — zauważył Atos. — Iluż to zabiliśmy? dwunastu?
— Albo piętnastu.
— A ilu zmiażdżyliśmy?
— Ośmiu czy dziesięciu.
— Sami zaś nie otrzymaliśmy najdrobniejszej nawet rany. Ale cóż to, d’Artagnanie? co ci się stało? twoja ręka krwawi? — Drobnostka — odparł d’Artagnan.
— Dosięgła cię może jakaś zabłąkana kula?
— Bynajmniej.
— Więc cóż się stało?
Wspominaliśmy już, że Atos kochał d’Artagnana, jak syna; ponury ten i twardy człowiek okazywał niekiedy młodzieńcowi iście rodzicielską czułość.
— Drobne zadraśnięcie — odpowiedział d’Artagnan. — Ręka dostała się pomiędzy kamienie, i pierścień, a właściwie dyament, przeciął mi skórę.
— Otóż widzisz, mój panie, jaką to odnosi się korzyść, strojąc ręce dyamentami — rzekł pogardliwie Atos.
— Jakto? — zawołał Portos, — posiada dyament i uskarża się na brak pieniędzy?
— Prawda! — zauważył Aramis.
— Nareszcie i Portos poddaje nam dobrą myśl — dodał Atos.
— Oczywiście — mówił Portos, zadowolony z pochwały. — Skoro posiada dyament, niech go spienięży.
— Ależ to dyament od królowej! — bronił się d’Artagnan.
— Tem bardziej — rzekł Atos. — Niema nic słuszniejszego, jak to, że królowa ocala księcia Buckinghamskiego, swego kochanka; niema nic moralniejszego, że królowa ocala nas, swoich przyjaciół... Trzeba sprzedać dyament. Jak się na to zapatruje ksiądz dobrodziej? Nie pytam Portosa o zdanie, bo już je wyraził.
— Myślę — oświadczył Aramis, rumieniąc się, — że, skoro pierścień ten nie pochodzi od kochanki i nie jest zakładem miłości, posiada on jedynie wartość pieniężną.
— Mój drogi, przemawiasz, jak uosobiona teologia. Więc twojem zdaniem?...
— Należy sprzedać pierścień — odpowiedział Aramis.
— Skoro tak — rzekł wesoło d’Artagnan, — sprzedajmy pierścień i nie mówmy już o tem więcej.
Strzelanina nie ustawała, ale przyjaciele byli już poza obrębem jej dosięgalności; Rochelczycy strzelali jedynie dlatego, by uspokoić swe sumienie.
— Na honor! Portos w sam czas podał swój projekt, jesteśmy bowiem już w obozie, i... ani słowa więcej o tej sprawie! Wszyscy patrzą na nas, spieszą na nasze spotkanie; zostaniemy tryumfalnie wprowadzeni do obozu.
Istotnie obóz znajdował się w niezwykłem poruszeniu; przeszło dwa tysiące żołnierzy przyglądało się, niby widowisku, wyprawie czterech przyjaciół, — nikt jednak nie podejrzywał prawdziwej jej przyczyny. Rozlegały się okrzyki: „Niech żyje gwardya! Niech żyją muszkieterowie!“
Pan de Busigny pierwszy pospieszył uścisnąć dłoń Atosa i stwierdzić, że przegrał zakład. Towarzyszył mu dragon i szwajcar, a za nimi spieszyli inni towarzysze. Powinszowania, uściski rąk, pocałunki, śmiechy i żarty z powodu niezaradności mieszkańców Rochelli nie miały końca, A hałas przytem w obozie był tak wielki, że wreszcie pan kardynał, przypuszczając, że to bunt wśród wojska lub coś podobnego, wysłał kapitana swej gwardyi, nazwiskiem La Houdinière, by sprawdził, co zaszło.
Opowiedziano wysłannikowi całą historyą, ubarwiając ją jeszcze zwykłymi w takich razach dodatkami, poczem wrócił on do Jego Eminencyi.
— I cóż? — zapytał go kardynał.
— Otóż, Eminencyo — odpowiedział kapitan, — trzej muszkieterowie i jeden gwardzista założyli się z panem de Busigny, że zjedzą śniadanie w forteczce Świętego Gerwazego. Urzeczywistniając to, odpierali przez dwie godziny ataki nieprzyjaciół i dosyć ich położyli trupem...
— Czy znasz nazwiska tych trzech muszkieterów?
— Tak jest, Eminencyo.
— Jakże się nazywają?
— Są to panowie Atos, Portos i Aramis.
— Zawsze ci trzej zuchowie! — mruknął kardynał. — A jak się nazywa gwardzista?
— Pan d’Artagnan.
— Zawsze mój młody zapaleniec! Stanowczo muszę pozyskać dla siebie tych ludzi.
Tego samego jeszcze wieczora wyprawa czterech naszych zuchów była przedmiotem rozmowy kardynała z panem de Tréville; zresztą cały obóz nie mówił o niczem innem. Pan de Tréville, który wysłuchał był opowiadania o przygodzie z ust samych jej bohaterów, przedstawił Jego Eminencyi wszystkie szczegóły, nie przemilczając także epizodu z serwetą.
— Każ pan zachować tę serwetę panie de Tréville — oświadczył kardynał. — Polecę wyhaftować na niej trzy złote lilie i ofiaruję ją jako sztander twemu pułkowi.
— Eminencyo! — rzekł pan de Tréville, — byłoby to niesprawiedliwością wobec gwardyi, gdyż współuczestnik tej wyprawy, pan d’Artagnan, nie służy w moim pułku, lecz pod znakami pana des Essarts.
— A więc zabierz go pan sobie — odrzekł kardynał. — Nie jest słusznem, aby ci czterej dzielni żołnierze, tak bardzo się kochający, służyli w rozmaitych pułkach.
Tego samego jeszcze dnia doniósł pan de Tréville trzem muszkieterom i d’Artagnanowi o pomyślnej nowinie, zapraszając ich do siebie na jutro na śniadanie.
D’Artagnan był nad wyraz uradowany; wiemy przecież, że marzeniem jego życia było zostać muszkieterem. Trzej przyjaciele ucieszyli się również.
— Na honor! — rzekł d’Artagnan do Atosa, — wpadłeś na świetny pomysł. Tak, jak mówiłeś, nietylko pozyskaliśmy sławę, ale mogliśmy się spokojnie naradzić w naszej tak doniosłej sprawie.
— Obecnie możemy się i tutaj naradzać, nie zwracając na siebie podejrzeń. Albowiem z woli Bożej będziemy teraz uchodzili za stronników kardynała.
Wieczorem d’Artagnan udał się do pana des Essarts, aby złożyć mu swe uszanowanie i zawiadomić o swem przeniesieniu. Pan des Essarts, który bardzo lubił d’Artagnana, ofiarował mu się z pomocą pieniężną, gdyż przeniesienie to pociągało za sobą wydatki na umundurowanie. D’Artagnan jednak odmówił przyjęcia, natomiast, korzystając ze sposobności, zostawił swemu byłemu zwierzchnikowi dyament z prośbą o ocenienie, oświadczając, że pragnie go sprzedać dla pozyskania pieniędzy. Następnego dnia o godzinie ósmej rano lokaj pana des Essarts przyszedł do kwatery d’Artagnana, przynosząc mu worek złota, zawierający siedem tysięcy liwrów. — Była to cena dyamentu królowej.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: Stanisław Sierosławski.