<<< Dane tekstu >>>
Autor Karl Marx
Tytuł Walki klasowe we Francji
Podtytuł 1848-1850 r.
Wydawca Bibljoteka Społeczno-Demokratyczna
Data wyd. 1906
Druk L. Biliński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Henryk S. Kamieński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IV.
Zniesienie powszechnego prawa głosowania w 1850 r.

(Ciąg dalszy powyżej zamieszczonych trzech rozdziałów ukazał się w „Przeglądzie“ ostatniego podwójnego zeszytu „Nowej Gazety Reńskiej” 5—6. Najpierw Marks przedstawia wielki kryzys handlowy, wybuchły w Anglji w r. 1847 i tłumaczy jego oddziaływaniem na ląd europejski zaostrzenie się tamtejszych zawikłań politycznych do rewolucji lutowej i marcowej 1848 r. Dalej Marks przedstawia, jak rozkwit handlu i przemysłu, który wyłonił się już w r. 1848, a jeszcze bardziej się wzmógł w r. 1849, osłabił napięcie rewolucyjne i umożliwił ówczesne zwycięstwo reakcji. W szczególności o Francji czytamy dalej):
Te same objawy uwydatniły się we Francji od r. 1849, a zwłaszcza od początku 1850 r. Zakłady przemysłowe w Paryżu mają mnóstwo pracy, a i fabryki bawełniane w Rouen i Mülhausen idą dość dobrze, chociaż tu, podobnie jak w Anglji, niepomyślnie wpłynęły wysokie ceny surowej bawełny. Do rozkwitu przemysłowego we Francji przyczyniła się nadto znacznie rozległa reforma celna w Hiszpanji i zniżenie ceł od rozmaitych artykułów zbytku w Meksyku; wywóz towarów francuskich na oba te rynki znacznie się zwiększył. Rozrost kapitałów spowodował we Francji cały szereg spekulacji, którym za pretekst posłużyła eksploatacja na wielką skalę kopalni złota w Kalifornji. Zjawiło się mnóstwo towarzystw, których tanie akcje i socjalistycznie zabarwione prospekty wyraźnie apelowały do sakiewek drobnomieszczan i robotników, lecz które w rzeczywistości wszystkie razem i każda zosobna opierały się na tak bezwstydnym oszustwie, do jakiego są zdolni tylko Francuzi i Chińczycy. Jedno z tych towarzystw było nawet wprost protegowane przez rząd. Cła przywozowe we Francji w pierwszych dziewięciu miesiącach 1848 r. wyniosły 63 miljony franków, w r. 1849 — 95 miljonów franków, a w r. 1850 — 93 miljony franków. Zresztą we wrześniu 1850 r. podniosły się one znowu o miljon w porównaniu ze wrześniem 1849 r. Wywóz również podniósł się w r. 1849, a jeszcze więcej w r. 1850.
Najjaskrawszym przykładem ponownego rozkwitu było prawo z 6 września 1850 r., które znowu przywróciło wypłaty gotówką w banku. 15 marca 1848 r. bank został upoważniony do wstrzymania wypłat gotówką. Jego biletów (włączając w to i banki prowincjonalne), znajdowało się wówczas w obiegu na sumę 373 miljonów franków (14.920.000 f. sterl.). 2 listopada 1849 r. było ich w obiegu na 482 miljony franków czyli 19.280.000 f. st. — przyrost o 4.360.000 f. st., a 2 września 1850 r. na 496 miljonów franków czyli 19.840.000 f. st., — przyrost wynosił około 5 miljonów franków. Przytym nie było deprecjacji (zniżenia ceny) banknotów; przeciwnie, zwiększonemu obiegowi banknotów towarzyszyło ciągłe zwiększanie się zapasów złota i srebra w piwnicach banku, tak, że na wiosnę 1850 r. bank miał gotówki na sumę blisko 15 miljonów f. st., — suma we Francji niesłychana. Tak więc bank mógł powiększyć swój obieg, a więc swój czynny kapitał o 123 miljony franków, czyli 5 miljonów funtów, — jest to jaskrawy dowód słuszności naszego twierdzenia w jednym z poprzednich zeszytów, że arystokracja finansowa nietylko nie upadła wskutek rewolucji, lecz nawet wzmocniła się jeszcze. Wynik ten będzie jeszcze wyraźniejszy, gdy się przyjrzymy francuskiemu prawodawstwu bankowemu w ostatnich latach. 10 czerwca 1847 r. bank został upełnomocniony do wydawania banknotów 200.000-frankowych; dotąd najmniejsze były 500.000-frankowe. Dekret z 15 marca 1848 r. ogłosił banknoty banku francuskiego za monetę obiegową i zdjął z banku obowiązek wymieniania ich na gotówkę. Emisję banku ograniczono wówczas do 350 miljonów franków. Jednocześnie upoważniono go do wydawania banknotów 100-frankowych. Dekret z 27 kwietnia nakazał wcielenie banków departamentalnych do banku francuskiego; drugi dekret z 2 maja 1848 r. podniósł jego emisję do 442 miljonów franków. Dekret z 22 grudnia 1849 r. podniósł maksymalną emisję do 525 miljonów franków. Wreszcie prawo z 6 września 1850 r. znowu zaprowadziło wymienialność banknotów na brzęczącą monetę. Te fakty, — ciągły wzrost obiegu, koncetracja całego kredytu francuskiego w rękach tego banku i nagromadzenie całego francuskiego złota i srebra w podziemiach banku doprowadziły p. Proudhona do wniosku, że bank musi teraz zrzucić swoją starą skórę wężową i zamienić się na prudonowski bank ludowy. Proudhon nie potrzebował nawet znać historji banku angielskiego pomiędzy rokiem 1797 a 1819; wystarczyłoby mu tylko spojrzeć poza kanał, aby widzieć, że to, co dla niego było niesłychanym faktem w historji burżuazyjnego społeczeństwa, było w najwyższym stopniu normalnym wypadkiem burżuazyjnym, który tylko po raz pierwszy zaszedł we Francji. Widzimy, że rzekomi teoretycy rewolucyjni, którzy po rządzie tymczasowym wodzili rej w Paryżu, nie więcej się rozumieli na charakterze i rezultatach poczynionych zarządzeń, niż sami panowie z rządu tymczasowego. Pomimo rozkwitu przemysłowego i handlowego, którym się chwilowo cieszy Francja, masa jej ludności, 25-miljonowa ludność chłopska, znajduje się w jaknajgorszym położeniu ekonomicznym. Obfite urodzaje ostatnich lat obniżyły ceny zboża we Francji daleko bardziej jeszcze, niż w Anglji; wobec tego położenie chłopa, odłużonego, wysysanego przez lichwę i uciskanego podatkami, trudno nazwać świetnym. Lecz historja ostatnich trzech lat dostatecznie wykazała, że klasa ta nie jest zdolna do żadnej inicjatywy rewolucyjnej.
Jak okres kryzysu później się rozpoczął na lądzie stałym, niż w Anglji, tak i okres rozkwitu. W Anglji zawsze zachodzi proces pierwotny; jest to demiurg burżuazyjnego kosmosu. Na lądzie stałym rozmaite fazy cyklu, które wciąż przechodzi burżuazyjne społeczeństwo, ujawniają się w formie drugo lub trzeciorzędnej. Po pierwsze ląd stały wywozi do Anglji nieproporcjonalnie więcej, niż do jakiegokolwiek innego kraju, co zależy znowu od stanowiska Anglji, zwłaszcza na rynku zamorskim. Dalej Anglja wywozi do krajów zamorskich nieskończenie więcej, niż cały ląd, tak że ilość wywozu lądowego do tych krajów zawsze jest zależna od każdorazowego wywozu zamorskiego Anglji. Jeżeli więc kryzysy wywołują rewolucję przedewszystkim na lądzie, to jednak pierwotna ich przyczyna tkwi zawsze w Anglji. Na krańcach organizmu burżuazyjnego z natury rzeczy łatwiej dochodzić może do gwałtownych wybuchów, niż w jego sercu, bo tu możliwsze jest zrównoważenie. Z drugiej strony stopień oddziaływania rewolucji lądowych na Anglję jest jednocześnie termometrem, który pokazuje, o ile te rewolucje rzeczywiście zagrażają stosunkom burżuazyjnym, o ile zaś godzą tylko w ich formy polityczne.
Przy tym ogólnym rozkwicie, przy którym siły produkcyjne burżuazyjnego społeczeństwa rozwijają się z takim przepychem, jaki wogóle jest możliwy w ramach stosunków burżuazyjnych, — nie może być mowy o żadnej prawdziwej rewolucji. Rewolucja taka możliwa jest w tych tylko okresach, w których oba te czynniki, nowożytne siły produkcyjne i burżuazyjne formy produkcji, dochodzą do sprzeczności pomiędzy sobą. Rozmaite poswarki, któremi się teraz kompromitują przedstawiciele poszczególnych frakcji partji porządku na lądzie stałym, nie mogą dać powodu do nowych rewolucji; przeciwnie, są możliwe tylko dla tego, że podłoże tych stosunków jest chwilowo tak pewne i (o czym nie wie reakcja) tak burżuazyjne. Wszystkie reakcyjne próby powstrzymania burżuazyjnego rozwoju rozbiją się o to podłoże tak samo, jak całe oburzenie moralne i wszystkie płomienne odezwy demokratów. Nowa rewolucja możliwa jest tylko jako następstwo nowego kryzysu. Ale zarazem jest równie nieunikniona, jak ten kryzys.
Przejdźmy teraz do Francji.
Lud w sojuszu z drobnomieszczaństwem odniósł zwycięstwo na wyborach 10 marca, lecz potym sam je skasował, prowokując nowe wybory 28 kwietnia. Vidal został obrany w Paryżu i w okręgu Dolnego Renu. Komitet paryski, w którym Góra i drobnomieszczaństwo były silnie reprezentowane, skłonił go do przyjęcia mandatu dolno-reńskiego. Zwycięstwo z 10 marca przestało być rozstrzygającym; termin rozstrzygnięcia znowu się odsuwał, natężenie ludu słabło, przyzwyczajał się on do zwycięstw legalnych, zamiast rewolucyjnych. Znaczenie rewolucyjne 10 marca, jako rehabilitacji powstania czerwcowego, zostało wreszcie doszczętnie zniweczone przez kandydaturę Eugeniusza Sué’go, sentymentalnie-drobnomieszczańskiego socjal-fantasty, którą proletarjat mógł przyjąć chyba tylko żartem ku zadowoleniu gryzetek. Przeciw tej prawomyślnej kandydaturze partja porządku, ośmielona chwiejną polityką przeciwników, postawiła kandydata, który miał reprezentować zwycięstwo czerwcowe. Tym komicznym kandydatem był spartański ojciec rodziny Leclerc, któremu zresztą prasa po kawałku zdarła z ciała bohaterską zbroję i który też przy wyborach poniósł świetną klęskę. Nowe zwycięstwo wyborcze 28 kwietnia dodało dumy Górze i drobnomieszczaństwu. Góra cieszyła się już myślą, że zdoła dojść do celu swych pragnień na drodze czysto legalnej, bez nowej rewolucji, która wysunęłaby na czoło proletarjat. Góra była pewna, że przy nowych wyborach w r. 1852 powszechne głosowanie wprowadzi p. Ledru-Rollina na krzesło prezydenta, a większość członków Góry do Zgromadzenia. Partja porządku, którą wznowienie wyborów, kandydatura Sué’go i nastrój Góry i drobnomieszczaństwa doskonale przekonały, że drobnomieszczanie są zdecydowani przy wszelkich okolicznościach zachować spokój, — odpowiedziała na oba zwycięstwa wyborcze nową ustawą wyborczą, która znosiła powszechne prawo głosowania.
Rząd był o tyle ostrożny, że nie wziął tego projektu prawa na własną odpowiedzialność. Zrobił on pozorne ustępstwo większości i powierzył wypracowanie projektu przywódcom tej większości, jej 17 burgrabiom. Nie rząd więc zaproponował Zgromadzeniu zniesienie powszechnego prawa wyborczego, lecz większość Zgromadzenia zaproponowała je sama sobie.
8 maja projekt przedłożono izbie. Cała prasa socjalno-demokratyczna powstała, jak jeden mąż, aby nawoływać lud do zachowania się pełnego godności, calme majesteux (majestatycznego spokoju), do bierności i zaufania dla swych przedstawicieli. Każdy artykuł tych pism był wyznaniem, że rewolucja przedewszystkim musiałaby zniszczyć tak zwaną prasę rewolucyjną i że idzie tu poprostu o jej własne ocalenie. Tak zwana rewolucyjna prasa zdradziła swą całą tajemnicę. Podpisała ona własny wyrok śmierci.
21 maja Góra postawiła wniosek odrzucenia projektu, jako łamiącego konstytucję. Partja porządku odpowiedziała, że złamie konstytucję, jeżeli tego będzie potrzeba, lecz że teraz tego niepotrzeba, bo konstytucję można tłumaczyć na różne sposoby, a większość jest jedynie kompetentna do rozstrzygania o słuszności danego tłumaczenia. Na nieokiełznane, dzikie napaści Thiers’a i Montalembert’a Góra odpowiedziała przyzwoitym i oświeconym humanizmem. Góra powoływała się na grunt prawny; partja porządku wskazała im grunt, na którym wyrasta prawo, na burżuazyjną własność. Góra biadała: czy rzeczywiście większość chce wszelkiemi siłami wywołać rewolucję? Partja porządku odpowiedziała: będziemy na nią czekali.
22 maja wniosek Góry został odrzucony większością 462 głosów przeciw 227. Ci sami ludzie, którzy z tak uroczystą powagą dowodzili, że Zgromadzenie narodowe i każdy poszczególny poseł sami się usuwają, jeżeli chcą usunąć swego mocodawcę, lud, — ci sami ludzie siedzieli na swych miejscach i postarali się tylko nagle, aby zamiast nich przemówił kraj i to za pomocą petycji. Siedzieli nieruchomo nawet wtedy, gdy 31 maja prawo świetnie przeszło.Postarali się tylko zemścić przez protest, w którym protokułowali swą nienawiść przy tym pogwałceniu konstytucji. Ale i tego protestu nie ogłosili otwarcie, lecz pokryjomu wsunęli go do kieszeni prezesa.
Wszelki wybuch rewolucyjny ze strony proletarjatu był niemożliwy: na przeszkodzie stała armja 150-tysięczna w Paryżu, ciągłe zwlekanie z ostateczną decyzją, odradzania prasy, tchórzostwo Góry i nowowybranych posłów, majestatyczny spokój drobnomieszczan, przedewszystkim zaś rozkwit handlowy i przemysłowy.
Powszechne prawo wyborcze spełniło swą misję. — Większość ludu przeszła jego szkołę kształcącą, a w epoce rewolucyjnej nie może ono być niczym innym. Musiała je usunąć albo rewolucja, albo reakcja.
Większą jeszcze energję okazała Góra wkrótce po tym, przy następującej sposobności. Minister wojny d’Hautpoul nazwał z trybuny rewolucję lutową nieszczęsną katastrofą. Mówców Góry, którzy, jak zwykle, odznaczyli się krzykliwemi wyrazami oburzenia moralnego, prezes Dupin nie dopuścił do głosu. Girardin zaproponował członkom Góry, aby wszyscy opuścili salę. Rezultat: Góra pozostała na miejscu, lecz Girardin’a wyrzucono z jej łona, jako niegodnego.
Ustawa wyborcza wymagała dla swego uzupełnienia nowej ustawy prasowej. Niedługo też na nią czekano. Projekt rządowy, wielokrotnie jeszcze obostrzony przez poprawki partji porządku, podnosił kaucję, nakładał specjalny stempel na romanse feljetonowe (odpowiedź na obiór Eugeniusza Sué), opodatkowywał wszystkie pisma, wychodzące w zeszytach tygodniowych lub miesięcznych do pewnej ilości arkuszy, wreszcie postanawiał, że każdy artykuł dziennikarski musi być zaopatrzony w podpis autora. Przepisy o kaucji zabiły tak zwaną prasę rewolucyjną; lud w jej upadku znalazł zadośćuczynienie za zniesienie powszechnego prawa wyborczego. Lecz tendencja i wpływ nowej ustawy rozciągały się nietylko na tą część prasy. Dopóki prasa codzienna była anonimowa, wyglądała ona jak organ wieloimiennej lub bezimiennej opinji publicznej; była trzecią władzą w państwie. Gdy każdy artykuł musiał być podpisany, dziennik stał się poprostu zbiorem utworów literackich mniej lub więcej znanych osobników. Każdy artykuł spadł do poziomu ogłoszenia. Dotąd dzienniki kursowały, jako pieniądze papierowe opinji publicznej; teraz stały się mniej lub więcej wątpliwemi sola-wekslami, których wartość i kurs zależały nietylko od kredytu wystawcy, lecz także od kredytu poręczyciela. Prasa partji porządku prowokowała zarówno do zniesienia powszechnego prawa wyborczego i do jaknajostrzejszych środków przeciw szkodliwej prasie. Ale i ta poczciwa prasa była przez swą złowieszczą bezimienność niedogodna dla partji porządku, a jeszcze bardziej dla poszczególnych jej przedstawicieli prowincjonalnych. Partja ta chciała mieć tylko płatnych dziennikarzy ze znanym nazwiskiem, adresem i rysopisem. Daremnie prawomyślna prasa żaliła się na niewdzięczność, którą zapłacono za jej przysługi. Prawo przeszło, a przepis o podpisywaniu artykułów ugodził przedewszystkim w te dzienniki. Prasa republikańska miała publicystów o dość znanych nazwiskach; ale czcigodne firmy „Journal des Débats“, „Assemblée Nationale“, „Constitutionnel“ i t. d. i t. d. przybrały opłakaną postać, wraz ze swą wysoce cenioną mądrością państwową, gdy tajemnicze towarzystwo odsłoniło się nagle i ukazali się sprzedajni, otrzaskani pismacy, którzy za gotówkę bronili wszelkich możliwych rzeczy, jak Granier de Cassagnac, lub stare ścierki, które same siebie nazywały mężami stanu, jak Capefigue, lub kokieteryjni dowcipnisie, jak p. Lemoinne z „Débats“.
W czasie obrad nad ustawą prasową Góra spadła już do takiego poziomu moralnego rozkładu, że ograniczyła się już tylko do oklaskiwania świetnych tyrad starej znakomitości z czasów Ludwika Filipa, p. Wiktora Hugo.
Ustawa wyborcza i ustawa prasowa zepchnęły partję rewolucyjną i demokratyczną z widowni oficjalnej. Przed rozejściem się do domu, na krótko przed końcem rozpraw, obie frakcje Góry, socjalistyczni demokraci i demokratyczni socjaliści, wydały dwa manifesty, dwa testimonia paupertatis (świadectwa ubóstwa), w których dowiodły, że jeżeli siła i powodzenie nigdy nie stały po ich stronie, one jednak zawsze stały po stronie wiecznego prawa i wszystkich innych wiecznych prawd.
Przyjrzyjmy się teraz partji porządku. „Nowa Gazeta Reńska“ w zeszycie III str. 16 mówi: „Wobec popędów restauracyjnych zjednoczonych orleanistów i legitymistów Bonaparte reprezentuje podstawę swej faktycznej mocy, republikę. Wobec restauracyjnych popędów Bonapartego partja porządku reprezentuje podstawę swego wspólnego panowania, republikę. Wobec orleanistów legitymiści, a wobec legitymistów orleaniści reprezentują status quo (stan istniejący), republikę. Ze wszystkich tych frakcji partji porządku każda ma in petto własnego króla i własną restaurację, lecz wobec uzurpacyjnych i buntowniczych popędów swych rywali, każda z nich broni wspólnego panowania burżuazji, formy, w której te poszczególne uroszczenia wzajemnie się neutralizują — broni republiki..... I Thiers nie wiedział nawet ile prawdy było w jego słowach: „my rojaliści jesteśmy najpewniejszemi podporami konstytucyjnej republiki“.
Ta komedja républicains malgré eux (republikanów wbrew woli), niechęci dla status quo i ciągłego utrwalania tego status quo ustawiczne starcia pomiędzy Bonapartem a Zgromadzeniem narodowym; wciąż ponawiające się niebezpieczeństwo, że partja porządku rozpadnie się na swe części składowe i wciąż powracające spajanie się odłamów; usiłowania każdej frakcji zamiany każdego wspólnego zwycięstwa na klęskę tymczasowych sprzymierzeńców; obustronna zazdrość, mściwość, podjudzania, ciągłe wyzwania do walki, kończące się zawsze pocałunkiem Lamourette’a — cała ta niepowabna komedja omyłek nigdy nie rozwijała się klasyczniej, niż w ciągu ostatnich 6-ciu miesięcy.
Partja porządku uważała prawo wyborcze za swe zwycięstwo nad Bonapartem. Czy rząd sam się nie zrzekł władzy, oddając redakcję swego własnego projektu jej komisji 17-tu i na nią zrzucając odpowiedzialność? I czy główna siła Bonapartego wobec Zgromadzenia nie na tym polegała, że był on wybrańcem 6 miljonów? — Bonaparte ze swej strony uważał prawo wyborcze za koncesję na rzecz Zgromadzenia, która miała okupić harmonję pomiędzy władzą prawodawczą a wykonawczą. Wzamian za to ten pospolity awanturnik zażądał zwiększenia swej listy cywilnej o 3 miljony. Czy Zgromadzenie narodowe mogło wejść w zatarg z władzą wykonawczą w tej samej chwili, gdy wyrzuciło za nawias znaczną większość narodu francuskiego? Zgromadzenie miotało się i zdawało się być gotowe na wszelką ostateczność, komisja jego odrzuciła wniosek, prasa bonapartystowska groziła i wskazywała na wydziedziczony, ograbiony z prawa wyborczego lud. Zaszło mnóstwo hałaśliwych aktów ugody i Zgromadzenie ustąpiło w końcu faktycznie, lecz zemściło się w zasadzie. Zamiast zasadniczego zwiększenia rocznego listy cywilnej, Zgromadzenie przyznało Bonapartemu zapomogę w wysokości 2.160.0G0 franków. Jeszcze z tego niezadowolone zrobiło ono to ustępstwo wówczas dopiero, gdy je poparł Changarnier, jenerał partji porządku i narzucony protektor Bonapartego. Właściwie więc Zgromadzenie przyznało 2 miljony nie Bonapartemu, lecz Changarnier’owi.
Ten podarek, rzucony de mauvaise grâce został przyjęty przez Bonapartego z takim samym uczuciem, z jakim go dano. Prasa bonapartystowska znowu zaczęła się miotać na Zgromadzenie narodowe. Gdy przy rozprawie nad ustawą prasową zrobiono poprawkę o zamieszczaniu podpisów, która znowu specjalnie kierowała się przeciwko drugorzędnym pismom, broniącym prywatnych interesów Bonapartego, główny organ bonapartystowski „Pouvoir“ otwarcie i gwałtownie zaatakował Zgromadzenie narodowe. Ministrowie musieli się wyprzeć tego dziennika wobec Zgromadzenia; redaktora „Pouvoir“ pociągnięto przed sąd Zgromadzenia narodowego i skazano na najwyższą grzywnę w ilości 5.000 franków. Następnego dnia „Pouvoir“ przyniósł o wiele jeszcze zuchwalszy artykuł przeciw Zgromadzeniu, a rząd dla odwetu pociągnął natychmiast do odpowiedzialności kilka pism legitymistycznych za obrazę konstytucji.
Wreszcie nadeszła kwestja odroczenia izby. Bonaparte życzył sobie tego, aby móc operować bez przeszkód ze strony Zgromadzenia. Partja porządku życzyła sobie tego, poczęści dla przeprowadzenia swych intryg frakcyjnych, poczęści ze względu na osobiste interesy poszczególnych posłów. Oboje zaś tego potrzebowali dla ugruntowania i rozszerzenia zwycięstw reakcji na prowincji. Zgromadzenie odroczyło więc swe posiedzenia na czas od 11 sierpnia do 11 listopada. Ponieważ jednak Bonaparte nie taił, że idzie mu tylko o uwolnienie się od dokuczliwego nadzoru Zgromadzenia narodowego, Zgromadzenie więc nawet w swym votum zaufania uwydatniło swą nieufność dla prezydenta. Do nieustającej komisji z 28 członków, którzy mieli pozostać w ciągu ferji, jako stróże cnoty republiki, nie wybrano ani jednego bonapartysty. Zamiast nich wybrano nawet kilku republikanów ze „Siècle’u“ i „National’u“, aby zamanifestować wobec prezydenta przywiązanie większości do konstytucyjnej republiki.
Na krótko przed, a zwłaszcza bezpośrednio po odroczeniu izby obie wielkie frakcje partji porządku, orleanistyczna i legitymistyczna zdradziły chęć pojednania się przez połączenie obu domów królewskich, pod których sztandarami walczyły. Dzienniki pełne były projektów pojednawczych, o których rozprawiano u łoża chorego Ludwika Filipa w St. Leonards, gdy nagle śmierć Ludwika Filipa uprościła sytuację. Ludwik Filip był uzurpatorem, Henryk V — ograbionym, hrabia zaś Paryża, wobec bezdzietności Henryka V, był jego prawowitym następcą tronu. Teraz znikł już wszelki pozór do zjednoczenia obu interesów dynastycznych. Lecz właśnie wtedy obie frakcje burżuazji odkryły dopiero, że nie miłość dla pewnego domu królewskiego je dzieli, lecz że raczej rozbieżność ich interesów klasowych dzieli obie dynastje. Legitymiści, którzy pielgrzymowali do dworu Henryka V w Wiesbadenie, również jak ich konkurenci w St. Leonards, otrzymali tu wiadomość o zgonie Ludwika Filipa. Natychmiast utworzyli wtedy ministerjum in partibus infidelium, które przeważnie składało się z członków owej komisji, stróżów cnoty republiki i które z powodu wynikłego konfliktu w partji wystąpiło z zupełnie otwartą proklamacją praw z Bożej łaski. Orleaniści cieszyli się z kompromitującego skandalu, który wywołał ten manifest w prasie i nie ukrywali ani na chwilę swej otwartej nienawiści do legitymistów.
Podczas ferji Zgromadzenia narodowego zebrały się zgromadzenia departamentalne. Większość ich wypowiedziała się za mniej lub więcej obwarowaną zastrzeżeniami rewizją konstytucji, t. j. wypowiedziała się za nieokreśloną bliżej restauracją monarchiczną, za „rozwiązaniem“ i jednocześnie wyznawała, że do znalezienia tego rozwiązania nie ma ani kompetencji, ani odwagi. Frakcja bonapartystowska nie omieszkała skomentować tego żądania rewizji w sensie przedłużenia prezydentury Bonapartego.
Rozwiązanie konstytucyjne, dymisja Bonapartego w maju 1852 r., jednoczesny obiór nowego prezydenta przez ogół wyborców kraju, rewizja konstytucji przez izbę rewizyjną w pierwszych miesiącach nowej prezydentury, — do tego nie mogła dopuścić klasa panująca. Dzień nowego obioru prezydenta byłby dniem spotkania się wszystkich wrogich partji, legitymistów, orleanistów, burżuazyjnych republikanów, rewolucjonistów. Musiałoby dojść do rozstrzygającego strarcia pomiędzy różnemi frakcjami. Gdyby nawet partji porządku udało się skupić obie swe frakcje wokoło kandydatury neutralnego człowieka, stojącego poza rodzinami królewskiemi, to przeciw niemu znowuby wystąpił Bonaparte. W walce swej z ludem partja porządku musi stale wzmacniać władzę wykonawczą. Lecz każde zwiększenie władzy wykonawczej zwiększa władzę jej przedstawiciela, Bonapartego. W tej samej więc mierze, w jakiej partja porządku wzmacnia swą wspólną władzę, wzmacnia zarazem środki bojowe dynastycznych uroszczeń Bonapartego, wzmacnia jego szanse udaremnienia gwałtem rozwiązania konstytucyjnego w dniu rozstrzygającym. Wówczas Bonaparte w walce swej z partją porządku nie zawaha się obalić zasadniczej podstawy konstytucji, podobnie jak ona w walce z ludem nie cofnęła się wobec drugiej podstawy — prawa wyborczego. Prawdopodobnie apelowałby on nawet wbrew Zgromadzeniu do powszechnego prawa głosowania. Jednym słowem rozwiązanie konstytucyjne stawia na kartę cały polityczny status quo, a złamanie status quo jest dla burżua jednoznaczne z chaosem, anarchją, wojną domową. Zdaje mu się, że w pierwszą niedzielę majową 1852 r. zagrożone będzie jego kupno i sprzedaż, jego weksle, jego małżeństwa, jego umowy notarjalne, jego hipoteki, jego renty gruntowe, komorne, zysk, jego wszystkie kontrakty i źródła dochodów, — na takie zaś ryzyko burżua wystawiać się nie może. Poza złamaniem politycznego status quo ukrywa się niebezpieczeństwo upadku całego społeczeństwa burżuazyjnego. Jedynie możliwym rozwiązaniem dla burżuazji jest odwleczenie rozwiązania. Burżuazja może ratować republikę konstytucyjną tylko złamaniem konstytucji, przedłużeniem terminu władzy prezydenta. Takie jest też ostatnie słowo prasy porządku po nudnych i głębokich rozważaniach w kwestji „rozwiązań“, którym się ta prasa oddała po sesji rad gieneralnych. Potężna partja porządku ku swemu wstydowi widziała się w końcu zmuszoną wziąć na serjo śmieszną, ordynarną i nienawistną dla niej osobę pseudo-Bonapartego.
Ze swej strony i ta brudna postać myliła się co do przyczyn, które coraz bardziej nadawały jej charakter człowieka niezbędnego. Podczas gdy jego partja miała dość przenikliwości, aby rosnące jego znaczenie przypisać zewnętrznym okolicznościom, on sam wyobrażał sobie, że je zawdzięcza jedynie urokowi swego nazwiska i swemu ciągłemu karykaturowaniu Napoleona. Z każdym dniem Bonaparte stawał się bardziej przedsiębiorczy. Na pielgrzymki do St. Leonards i Wiesbaden’u odpowiedział objazdami po Francji. Bonapartyści mieli tak mało zaufania do magicznego efektu jego osobistości, że wszędzie wysyłali za nim jako klakierów ludzi z Towarzystwa 10 grudnia, tej organizacji paryskiego lumpenproletarjatu, napychając niemi pociągi i dyliżanse. Wkładali oni swej marjonetce w usta mowy, które, stosownie do przyjęcia w różnych miastach, proklamowały republikańską rezygnację lub niezmordowaną wytrwałość jako godło polityki prezydenckiej. Pomimo wszystkich tych manewrów objazdy Bonapartego nie przypominały wcale pochodów tryumfalnych.
Gdy w ten sposób Bonaparte uważał już lud za dostatecznie nastrojony, wziął się do pozyskiwania armji. Począł urządzać na równinie Satory pod Wersalem wielkie przeglądy wojskowe, na których starał się przekupić żołnierzy kiełbasą z czosnkiem, szampanem i cygarami. Podczas gdy prawdziwy Napoleon w czasie tarapatów swych wypraw zdobywczych umiał zagrzewać znużonych żołnierzy chwilami patrjarchalnej poufałości, pseudo-Napoleon cieszył się, gdy żołnierze wołali na podziękowanie: Vive Napoléon! Vive le saucisson! t. j. niech żyje kiełbasa, niech żyje błazen[1].
Przeglądy te doprowadziły do otwartego wybuchu dawno tajonej niechęci pomiędzy Napoleonem i jego ministrem wojny d’Hautpoul’em z jednej strony, a Changarnier’em z drugiej. W Changarnier’ze partja porządku znalazła człowieka prawdziwie neutralnego, u którego nie mogło być mowy o własnych uroszczeniach dynastycznych. Jego też naznaczono na następcę Bonapartego. W dodatku Changarnier, dzięki swym wystąpieniom 29 stycznia i 13 czerwca 1849 r., stał się wielkim hetmanem partji porządku, nowoczesnym Aleksandrem, którego brutalna interwencja, w mniemaniu lękliwego burżua, rozcięła węzeł gordyjski rewolucji. W gruncie rzeczy był on takim samym zerem, jak Bonaparte, lecz w zupełnie tani sposób stał się potęgą i Zgromadzenie narodowe wyznaczyło go na nadzorcę prezydenta. Sam on — jak np. przy kwestji darowizny — kokietował protekcją, której użyczał Bonapartemu i z coraz większą pychą zachowywał się wobec niego i ministrów. Gdy z powodu zmiany prawa wyborczego spodziewano się powstania, Changarnier zabronił swym oficerom słuchania jakichkolwiek rozkazów ministra wojny lub prezydenta. Prasa przyczyniła się jeszcze do otoczenia aureolą postaci Changarnier’a. Przy zupełnym braku wybitnych osobistości partja porządku musiała przypisać jednostce siłę, na której zbywało całej klasie i zrobić z tej jednostki nadludzkiego bohatera. W ten sposób powstał myt o Changarnier’ze, „ostoi społeczeństwa“. Zarozumiała szarlatanerja, tajemnicze pozowanie na wielkość, z któremi Changarnier zniżał się do dźwigania całego świata na barkach, tworzą zabawny kontrast ze zdarzeniami, które zaszły w czasie przeglądu na Satory i po nim. Zdarzenia te dowiodły niezbicie, że dość było jednego pociągnięcia pióra Bonapartego, tego malutkiego liliputa, aby olbrzyma Changarnier’a, ów fantastyczny wytwór burżuazyjnej drżączki, sprowadzić do rozmiarów miernoty i jego, bohatera, zbawiającego społeczeństwo, zamienić na dymisjonowanego jenerała.
Bonaparte już od dłuższego czasu zemścił się na Changarnier’ze, pobudzając ministra wojny do dyscyplinarnych starć z niewygodnym protektorem. Ostatni przegląd na równinie Satory doprowadził wreszcie do wybuchu dawnej niechęci. Konstytucyjne oburzenie Changarnier’a nie miało granic, gdy pułki kawaleryjskie defilowały przed Bonapartem z antykonstytucyjnym okrzykiem: vive l’empereur! (niech żyje cesarz). Dla uniknięcia nieprzyjemnych rozpraw nad tym okrzykiem w zbliżającej się sesji izby, Bonaparte oddalił ministra wojny d’Hautpoul’a, mianując go gubernatorem Algieru; na jego miejsce zaś mianował zaufanego, starego jenerała z czasów cesarstwa, który pod względem brutalności dorównywał zupełnie Changarnier’owi. Aby usunięcia d’Hautpoul’a nie zrozumiano jako ustępstwa dla Changarnier’a, Bonaparte przeniósł w tymże czasie z Paryża do Nantes jenerała Neumayer’a, prawą rękę wielkiego zbawiciela społeczeństwa. Neumayer na ostatnim przeglądzie wojsk sprawił, że cała infanterja przedefilowała przed następcą Napoleona w lodowatym milczeniu. W osobie Neumayer’a został ugodzony Changarnier, który zaczął protestować i grozić. Daremnie. Po dwudniowych układach dekret o przeniesieniu Neumayer’a ukazał się w „Monitorze“ i bohaterowi porządku pozostało tylko ulec karności, lub podać się do dymisji.
Walka Bonapartego z Changarnier’em jest dalszym ciągiem jego walki z partją porządku. Otwarcie więc Zgromadzenia narodowego w d. 11 listopada odbywa się pod najgorszą wróżbą. Będzie to burza w szklance wody. Naogół powtórzy się stara gra. Większość partji porządku, nie dbając na krzyki szermierzy zasad swych różnych frakcji, będzie musiała przedłużyć urzędowanie prezydenta. Ze swej strony Bonaparte wbrew swym poprzednim protestom będzie musiał — już choćby ze względu na brak pieniędzy — przyjąć to, jako pełnomocnictwo z rąk Zgromadzenia narodowego. W ten sposób rozwiązanie się odwlecze, status quo będzie zachowany, różne frakcje partji porządku będą się wzajemnie kompromitowały, osłabiały, czyniły niemożliwemi, represje względem wspólnego wroga, masy narodu, będą się rozszerzały i wyczerpywały, dopóki warunki ekonomiczne nie dojdą znowu do punktu rozwojowego, przy którym nowy wybuch wysadzi w powietrze wszystkie te drące się partje wraz z ich konstytucyjną republiką.
Na pociechę burżua trzeba zresztą dodać, że skandal pomiędzy Bonapartem a partją porządku ma ten rezultat, iż mnóstwo drobnych kapitalistów rujnuje się na giełdzie, a majątek ich przechodzi do kieszeni wielkich wilków giełdowych.








  1. Gra wyrazów: es lebe die Wurst, es lebe der Hanswurst!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karl Marx.