Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV.
JAKIE MOŻNA WYCIĄGNĄĆ KORZYŚCI Z POLOWANIA NA MOTYLE.

Dwie młode głowy pozostały tak chwilę pochylone ku sobie, pod nawałem rodzącej się myśli o wspólnej miłości, którą wyobraźnia dwudziestoletnia w tak cudne ubiera kwiecie. Księżna spoglądała z pod oka na młodego Ludwika. Widziała miłość w głębi jego serca, jak wytrawny nurek dostrzega perle na dnie morskiej toni. I to także widziała jasno, że Ludwik jakby się wahał, a co najmniej, brakło mu odwagi i że należało dodać bodźca temu ociężałemu i nieśmiałemu sercu.
— Zatem?... — odezwała się tonem zapytania, przerywając zarazem milczenie.
— Co chcesz powiedzieć?... — zagadnął po chwili oczekiwania Ludwik.
— Chcę powiedzieć, iż przyjdzie mi powrócić do raz powziętego postanowienia, o którem mówiłam ci już.
— O czemże to mi mówiłaś?... — pytał król, mocno niespokojny.
— Odjazd!...
— O!... jeszcze to niegodziwe postanowienie?...
— Wierzaj mi, Najjaśniejszy Panie, iż ciężką stoczyłam z sobą walkę, zanim je powzięłam... Wierzaj mi, iż trzeba tego, abym wróciła do Anglji.
— O! nigdy! za nic w świecie nie pozwolę na to, abyś opuściła Francję!... — rzekł gwałtownie król.
— A jednak — mówiła księżna, przybierając ton cichej rezygnacji — a jednak, Najjaśniejszy Panie, niema nic więcej naglącego, tembardziej, iż przekonana jestem, że taka wola twej matki.
— Wola?... — wykrzyknął król. — O!... o!... droga siostrzyczko, niebacznem jest to słowo, wobec mnie wyrzeczone.
— Ależ — odparła z uśmiechem Henryka — wszak słodko jest wypełniać wolę dobrej matki?
— Przestań, zaklinam cię; rozdzierasz mi serce.
— Ja?
— O tym wyjeździe mówisz z takim spokojem...
— Jam nie stworzona do szczęścia, Najjaśniejszy Panie — z głębokim smutkiem odparła księżna — i przywykłam już od najpierwszej młodości widzieć pogrzebane zamysły, najdroższe mojemu sercu.
— Miałożby to być prawdą, że wyjazd twój byłby w sprzeczności z zamysłami, które ci są drogie?
— A gdybym ci odpowiedziała, że tak, Najjaśniejszy Panie, czyżbyś to złe zniósł cierpliwie?
— Słuchaj, Henryko, zamiast usiłowań zwalczenia zazdrości u księcia przez rozstanie, któreby mnie zabiło...
Henryka wykonała ramionami ruch, najwyraźniej wyrażający powątpiewanie.
— Tak, któreby mnie zabiło... — była odpowiedź Ludwika. — Słuchaj, w miejsce tego postanowienia wyjazdu, czyż wyobraźnia twoja... serce twoje raczej, nie poddają ci innego sposobu?
— I owszem, Najjaśniejszy Panie, nie dając mu żadnego powodu do zazdrości, czyli jego samego tylko kochając.
— O! czegoś lepszego oczekiwałem.
— A czegóż to?
— Najpewniejszym środkiem uspokojenia zazdrosnych jest ukrywanie uczucia, jakie się żywi dla przedmiotu ich zazdrości.
— Trudno to ukrywać, Najjaśniejszy panie.
— Jednakże, przez pokonywanie trudności, osiągamy szczęście. Co do mnie, przysięgam ci, iż jeżeli zajdzie tego potrzeba, zadam kłam zazdrośnikom, pozornie tak obchodząc się z tobą, jak ze wszystkiemi innemi kobietami.
— Zły sposób, bardzo niedostateczny — rzekła Henryka, potrząsając przecząco śliczną swoją główką. — Mnie co innego przychodzi do głowy.
— Cóż takiego!
— Otóż, biorę to z mojego punktu zapatrywania. Gdyby chodziło o to, aby mnie zmylić co do zamiarów mojego męża względem innej kobiety, jedna rzecz tylko uspokoiłaby mnie.
— Jaka?
— Gdybym wiedziała, że wcale tą kobietą się nie zajmuje.
— Wszak przed chwilą mówiłem ci to samo.
— Nie przeczę. Lecz dla zupełnego spokoju chciałabym widzieć jeszcze, że zajmuje się zupełnie inną.
— A!... rozumiem cię teraz, — rzekł Ludwik z uśmiechem. — Lecz powiedz mi, droga Henryko...
— Co takiego?...
— Pomysł ten jest świetny, lecz mocno nieludzki.
— Dlaczego?...
— By usunąć obawy, raniące umysł zazdrośnika, kaleczysz mu serce. Nikną jego obawy, to prawda; lecz cierpi, a to mi się gorszem jeszcze wydaje.
— Zgadzam się; lecz nie śledzi przynajmniej, nie odgaduje rzeczywistego wroga i nie szkodzi miłości; wszystkie swoje siły skupia w stronę, gdzie one niczemu, ani nikomu nie zaszkodzą. Słowem, mój system, który, dziwie się mocno, iż usiłujesz zwalczyć, mnie się wydaje szkodliwym dla zazdrośnika, lecz dla kochanków korzystnym. W dodatku, pytam cię, Najjaśniejszy Panie, komuż to, prócz ciebie, przyszło kiedy do głowy użalać się nad zazdrosnymi?... Czyż oni nie są smutnymi potworami, trapiącymi się wiecznie, czy mają powód po temu czy nie?... usuń powód, a nie rozproszysz pomimo to ich strapienia. Choroba ta tkwi w wyobraźni, a wszelkie cierpienia tego rodzaju są nieuleczalne. To mi właśnie przypomina drogi mój... Najjaśniejszy Panie, jeden z aforyzmów mojego poczciwego doktora Dawleya, człowieka wielce uczonego i bystrego umysłu, którego, gdyby nie brat mój, co obejść się bez niego nie może, miałabym teraz przy sobie: „Jeżeli dokuczają ci dwa cierpienia — mówił on — wybierz to, które mniej ci zawadza, a pozostawię ci je, bo, jak Bóg żywy!... to mi jest nieodzownie potrzebne do uleczenia drugiego“.
— Dobrze i trafnie powiedziane, droga Henryko — odrzekł król z uśmiechem.
— O!... Najjaśniejszy Panie, w Londynie nie brak nam ludzi znakomitych.
— A ci znakomici ludzie kształcą godne podziwu uczennice; ten Daley, Darley... jakżeż on się nazywa?...
— Dawley.
— Otóż wyznaczam mu od dzisiaj pensję za jego aforyzm; a ty, droga Henryko, proszę cię, zacznij od wybrania mniejszego z twoich cierpień. Milczysz, uśmiechasz się; domyślam się, wszak prawda, że tem mniejszem cierpieniem jest pobyt twój we Francji?... Pozostawię ci je, ażeby zaś zacząć leczenie większego, poszukam sobie natychmiast przedmiotu, dla odwrócenia uwagi zazdrośników obojej płci, którzy nas przesiadują.
— Cicho!... teraz już nadchodzą, — szepnęła księżna.
I schyliła się, aby zerwać kwiat barwinku, rosnący w pustynnej trawie. Zbliżano się istotnie; nagle ze wzgórka zbiegać tłumnie poczęło całe towarzystwo dam, a za niemi panowie; przyczyna tego wybuchu był wspaniały sfinks, o skrzydłach napoły pstrokatych, napoły koloru różanych liści. Królewska ta zdobycz wpadła w siatkę panny de Tonnay-Charente, która z dumą pokazywała, ją swoim współzawodniczkom, raniej dobrym, niż ona, łowczyniom. Królowa łowów usiadła, o jakie dwadzieścia kroków od ławki, na której siedzieli Ludwik z Henryką, oparła się plecami o wspaniały dąb, opleciony bluszczem, i nadziała motyla na trzcinkę swojej długiej laseczki. Piękną była niepospolicie panna de Tonnay-Charente; panowie też odstąpili resztę dam, aby pod pozorem powinszowań dla jej zręczności otoczyć ją zbitem kołem. Król i księżna przypatrywali się ukradkiem tej scenie, jak ludzie z ubiegłego wieku, przypatrujący się igraszkom swoich rozbawionych wnucząt.
— Co mówisz o pannie de Tonnay-Charente, Henryko?... — zagadnął król.
— Mówię, że jest troszeczkę bezbarwną blondynką — odparła księżna, ujawniając jedyny zarzut, jaki można było uczynić skończonej piękności przyszłej pani do Montespan.
— Zbyt jasna blondynka, to prawda; lecz pomimo to wydaje mi się bardzo piękną.
— Zgadzam się z tem zupełnie.
— A jak poszukiwana!... uważasz, Henryko?
— O! i bardzo: cały rój młodzieży. Gdybyśmy urządzili polowanie na kochanków, zamiast na motyle, piękną zdobycz mielibyśmy przy niej. Ciekawy jestem, Henryko, coby powiedziano, gdyby do tego roju przyłączył się król i zwrócił w jej stronę spojrzenie? Czy i to wzbudziłoby zazdrość.
— O! Najjaśniejszy Panie; panna de Tonnay-Charente jest lekarstwem niezawodnem — rzekła, wzdychając księżna — uleczyłaby zazdrosnego, to prawda, lecz w miejsce tego mogłaby uczynić zazdrosną.
— Henryko! Henryko!... — zawołał Ludwik — napełniasz serce moje radością. Tak, tak, masz słuszność, za piękną jest panna de Tonnay-Charente, aby służyć za płaszczyk.
— Płaszczyk królewski powinien być pięknym — odparła z uśmiechem księżna.
— Więc mi go radzisz?... zagadnął Ludwik.
— O! cóż ja ci mam powiedzieć, Najjaśniejszy Panie?... chyba to, że, dając radę podobną, dałabym ci broń przeciw sobie samej. Szaleństwem lub szczytem zarozumiałości byłaby rada, abyś wziął za bohaterkę udanej miłości kobietę piękniejszą od tej, dla której, jak utrzymujesz, żywisz prawdziwą miłość.
Król uścisnął nieznacznie drobną rączkę księżnej, zatopił spojrzenie w oczach, następnie wyszeptał kilka czułych słówek, lecz tak cichutko, że nawet historyk, co wszystko powinien słyszeć, słów tych podsłuchać nie był w możności. Potem głośno przemówił:
— Wybierz więc sama tę, co ma wyleczyć zazdrośników naszych. Ku tej zwrócę całą uwagę, cały czas odkradziony moim ważnym sprawom; dla niej, Henryko, kwiat, zerwany dla ciebie, myśli o pieszczotach, które we mnie obudzać bodziesz, dla niej spojrzenia, których nie będę śmiał tobie posyłać, a które winny budzić z odrętwienia. Lecz wybiera ją bacznie, abym wypadkiem, gdy jej ofiaruje różę własnoręcznie zerwaną, nie uczuł się pokonanym przez ciebie, i aby oczy moje, ręka i usta zwróciły się nagle ku tobie, bodajby świat cały odgadnąć miał tajemnicę moję.
Słysząc słowa te, księżna czerwieniła się, dyszała, szczęśliwa, dumna, upojona ich brzmieniem; nie miała na nie odpowiedzi; duma jej i pragnienie hołdów były zupełnie zadowolone.
— Wybiorę — rzekła, podnosząc na niego cudne oczy — lecz nie to, o co mnie prosisz, gdyż o te kadzidła, które masz spalić na ołtarzu innego bóstwa, Najjaśniejszy Panie, jestem także zazdrosna; chcę, aby zwróciły się do mnie, i nie dozwolę, aby jeden ich atom nawet ulotnił się w drodze. Zatem wybiorę, za zgodą twoją, Najjaśniejszy Panie, to, co mi się wyda najmniej zajmującem dla ciebie, i zostawi obraz mój niezatarty w duszy twojej.
— Na szczęście — rzekł król — masz dobre serce, inaczej lękałbym się groźby, którą mi czynisz; przedsięwzięliśmy wiec ostrożności, tak, że w twojem jak i w mojem otoczeniu trudno będzie spotkać zachmurzone oblicze.
Podczas, gdy król to mówił, księżna powstała, powiodła oczami po całym trawniku i, zbadawszy w milczeniu wszystko, przywołała do siebie króla.
— Patrz, Najjaśniejszy Panie — rzekła — widzisz; tam na pochyłości wzgórka, w pobliżu tych buldenezów, tę piękną dziewczynę, idącą samotnie, z głową spuszczoną, zwieszonemi rękoma, wpatrzoną w kwiaty, zmięte jej stopami, jak wszyscy ci, co nie panują nad myślą swoją.
— Panna de la Valliere?... — zapytał król.
— Nie podoba ci się, Najjaśniejszy Panie?
— Ależ ona kuleje.
— Tak sadzisz?
— Bez wątpienia. Widzisz, wszak wszystkich, puściła przodem z obawy, aby jej kalectwo nie było dostrzeżone.
— Tem lepiej, nie będzie tak biegać, jak Dafne i nie zdoła uciec przed Apolinem.
— Henryko! Henryko!... — odezwał się król nachmurzony — prawdziwie wynalazłaś mi najmniej ponętną z twoich panien honorowych.
— Tak, lecz weź to na uwagę, że ona jest moją panną honorową.
— Wiem o tem. Cóż przez to chcesz powiedzieć?
— Żeby odwiedzać to nowe bóstwo, nie będziesz mógł uniknąć przychodzenia do mnie, a ponieważ przyzwoitość nie dozwala widywania się z nią na osobności, będziesz zmuszony spotykać ją tylko w mojem otoczeniu, a zwracając się do niej, przemawiać będziesz do mnie. To chcę nareszcie powiedzieć, że zazdrośni nie mogą pomawiać cię, iż bywając u mnie, dla mnie tylko przychodzisz, skoro to będzie dla panny de La Valiere.
— Która kuleje.
— Zaledwie troszeczkę.
— Henryko!...
— Ostatecznie, dałeś mi prawo wyboru?...
— Niestety!... tak.
— A zatem, tak być musi; nakazuję ci, poddaj się.
— Zgadzam się, skoro tego chcesz.
— Więc umowa stanęła?...
— I podpisana.
— Dla mnie zachowasz przyjaźń braterską, troskliwość i królewską galanterję, wszak prawda?...
— Zachowam ci serce, które tylko za twoim rozkazem uderzać potrafi.
— Matka twoja przestanie poczytywać mnie za wroga?...
— Z pewnością.
— A Marja Teresa czy zaprzestanie rozmów hiszpańskich w obecności księcia, nienawidzącego dysput w języku cudzoziemskim, ponieważ jest przekonany, iż go obmawiają?...
— Niestety!... wszak się nie myli?... — z czułością wyszeptał król.
— Nakoniec, czyż będą obwiniać króla, iż marzy o nieprawych uczuciach, skoro prawdą jest, że nic podobnego nie odczuwamy dla siebie, prócz sympatji, wolnej od wszelkiej złej myśli.
— Tak, tak... — wyjąkał król. — Lecz znajdą co innego do powiedzenia.
— Cóż takiego, Najjaśniejszy Panie?... Czyż nigdy nie będziemy mieć spokoju?...
— Powiedzą, że mam bardzo zły gust; lecz co znaczy moja miłość własna wobec twego spokoju?...
— Czci mojej i twojej rodziny, Najjaśniejszy Panie, to chyba chciałeś powiedzieć. Zresztą, wierzaj mi, nie śpiesz się zbytecznie z potępianiem La Valiery; prawda, że kuleje, lecz nie brak jej rozumu. Zresztą, wszystko, czego król dotyka, złotem się staje.
— Ostatecznie, bądź pewną, pani, iż pomimo to wszystko, wdzięczny ci jestem; mogłabyś kazać mi drożej przypłacić pobyt swój we Francji.
— Najjaśniejszy Panie, zbliżają się do nas.
— A zatem?...
— Ostatnie słówko.
— Słucham.
— Jesteś mądrym i przezornym, Najjaśniejszy Panie, lecz w tym wypadku przyzywaj całą siłą tych dwóch swoich zalet.
— O!... — zawołał, śmiejąc się, Ludwik — od dziś już zaczynam grać swoją rolę, a zobaczysz, czy mam powołanie do przedstawiania pasterzy. Po podwieczorku, mamy wielki spacer po lesie, a potem kolacja i balet pór roku o dziesiątej wieczorem.
— Wiem o tem.
— Zapały moje tedy wyżej nad sztuczne ognie wybuchną, i będą bardziej bijące w oczy, niż lampiony naszego poczciwego Colberta; tak zajaśnieje to wszystko, że królowe i książę zostaną olśnieni.
— Strzeż się, Najjaśniejszy Panie, bądź ostrożny!...
— Cóżem takiego uczynił?... mój Boże!...
— Będę zmuszoną cofnąć komplementy, powiedziane przed chwilą... Ty, roztropny!... rozumny!... wszak powiedziałam to... Ależ zamyślasz: rozpocząć wstrętnemi szaleństwami!... Czyż namiętność w jednej sekundzie zajmuje się płomieniem, jak pochodnia?... Czy tak bez żadnego przygotowania, taki król, jak ty, rzuca się do stóp takiej, jak La Valiere, dziewczyny?...
— O!... Henryko!... Henryko!... złapałem cię... Jeszcze nie rozpoczęliśmy kampanii, a już mnie strofujesz!..
— Nie, tylko przywołuję cię do porządku. Stopniowo się zapalaj, zamiast wybuchać tak nagle. Jowisz wpierw grzmi i błyska, zanim pałace obróci w popioły. Wszystko mieć musi swój wstęp. Jeżeli będziesz działać z taką gorączką, nikt nie uwierzy, żeś zakochany, lecz wszyscy poczytają cię za szaleńca, w każdym razie jeśli cię nie odgadną. Czasami ludzie nie są tak głupi, jak się wydają.
Król widział się zmuszony przyznać, iż księżna była anielsko mądra i djablo przebiegła.
Ukłonił się jej głęboko.
— Dobrze — rzekł — przetrawię w myśli mój plan kampanji; wodzowie, mój kuzyn Kondeusz naprzykład, bledną nad mapami strategicznemi, zanim posuną jednego piona, który zwie się korpusem wojska; ja także ułożę swój plan.
— Jesteśmy teraz na dobrej drodze, Najjaśniejszy Panie. Czy pozwolisz teraz, abyśmy się rozstali?...
— Więc już umowa stanęła: wieczorem, podczas spaceru, ukradkiem zapuszczę się w las, a spotkawszy pannę La Valliere samą...
— Uwolnię ją. Zdaj się na mnie.
— Bardzo dobrze!... Zbliżę się do niej, wśród jej towarzyszek i wypuszczam pierwszą strzałę.
— Tylko celnie — śmiejąc się, rzekła księżna — żebyś nie chybił serca.
I pożegnała króla, aby udać się na spotkanie wesołej gromadki, nadbiegającej z okrzykami rogów myśliwskich.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.