Z antropologji wiejskiej/IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Z antropologji wiejskiej
Podtytuł Obrazki i szkice
Wydawca Redakcya Gazety Rolniczej
Data wydania 1888
Druk M. Ziemkiewicz
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Kostrzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IX.

— A ty cego po chałupie szukasz? — spytała Łomignatowa swego małżonka.
— Ot, chciałem postronka kawałek...
— Na cóż tobie postronek?
— A niby wedle jutrzejszego jarmarku, chciałbym niby krowinę jedną wyprowadzić.
— A ja z czem ostanę?
— Dyć jeszcze ostanie ci się dwie, a tera do jesieni idzie, do zimy, mleka tak i siak wiele by nie było, a i siana też nie ma za dużo.
— Juści że niema, skoroś jeden stożek Janklowi przedał. Ja ci tego stożka nie podaruję, nie bój się! takie siano! Boże miłosierny! Co najpiękniejsze siano i stożek porządny, najmniej trzy fury...
— Jeno dobrych dwie.
— Choćby i jedna tylko, to wara ci było przedawać.
— Albo ja przedał?
— O! nie przedał! a skoroś nie przedał, to jakiem prawem Mendel siano zabrał?
— Za precent...
— Oj, dać tobie precent kijem, jeno dobrym, dębowym, za te handle różne, co z żydami masz. Już oni niedługo i ciebie samego zabiorą, żebyś im w piecu palił.
— Nie pomstuj ano kobieto, nie pomstuj, bo ja i tak markotny, że mało nie zginę. Tobie się widzi, że ja przez duszy jestem, że ja serca nie mam, że mi bydlątka nie żal!? Już ja ją, oną krowę opłakał, jużem się dość o nią namartwił i nafrasował, a ty mnie jeszcze mankulji dodajesz. Już ci nieco jeno chyba chcesz żebym poszedł do lasu i obwiesił się na gałęzi.
— Poganinie ty jeden!
— Nie poganin ja, ale jak mi zaczniesz głowę psuć, to mi do reśty rozum odbierzesz.
— Ale, odbiorę ci! ten chyba coś go nigdy nie miał!
— Choćby ja i sto rozumów miał, to jak krowy nie przedam to Mendlowi nie zapłacę.
— To mu nie płać, niech czeka, przecież nie uciekasz ze wsi. Latoś zboża nie bardzo do przedania, ale może na bez rok znajdzie się... to oddasz. Powiedz mu żeby poczekał.
— Idźże mu i powiedz, kiej on nie chce, jeno powiada żeby dawać i na tem skutek.
— Oj biedne moje bydlątko! moje bydlątko kochane! od cielęcia odchowane! zawodziła baba, na cały głos, ale Łomignat jako mąż duchem silny i niepoddający się smutkowi, machnął ręką i rzekł:
— Ot, przy boskiej pomocy dochowamy się jeszcze.. Nie płacz jagodo, ja do dnia wstanę i krówsko poprowadzę na piechtę, a ty se z chłopakiem furą jedź.
— A juści, pojadę, pojadę, gęsi parę sprzedam i prosię, to przynajmniej na sól parę groszy będzie.
Na drugi dzień, skoro tylko świt, ruch wielki we wsi się zrobił, bo na jarmark każdy chętnie spieszy. Ma się rozumieć że spieszy, bo tam wszystko jest i każdej rzeczy dostać można, a przytem zobaczyć się z kumami, swojakami, znajomymi z całej okolicy.
Z Biednowoli prawie cała wieś pojechała, i to nietylko chłopi ale i inteligencya także.
Państwo Imbierzyńscy wynajętą furmanką, Kobzikowski z panią Domicelą na własnej bryczce, bo stójkę w gminie utrzymywał, a że owsa, niesiejąc wprawdzie, dużo zbierał, więc też koniki aż świeciły się, takie były wypasione i tłuste.
Pani Imbierzyńska nieraz odzywała się z przekąsem o tych koniach i właścicielce ich, ale to też była dla zbolałego serca jedyna ulga gdy mogło szyderstwem wybuchnąć.
Kaczora zabrał na swoją furmankę wójt Sokół, chłopi bądź pojechali, bądź powlekli się pieszo, tak, że we wsi mało kto pozostał.
Onufry w odświętnej kapocie i w wielkiej czapce rogatej poszedł pieszo, opowiedziawszy się wprzód proboszczowi, że ma bardzo dużo interesów do załatwienia i że dla oszczędności kosztów puszcza się per depes apostolorum.
— Chyba per pedes — rzekł ksiądz.
— Nie, proszę dobrodzieja — odrzekł z całą stanowczością — per depes, bo skoro święte apostołowie deptali na ten przykład piechtą, to tem bardziej mnie, dziadowi marnemu, pasuje te dwie milki przelecieć.
— Pamiętaj tylko — zapowiadał proboszcz — żebyś z powrotem deptał prosto i bez przygody.
— Przygoda w mocy Boga, a jeżeli dobrodziej powiada, że tedy na ten przykład...
— Ja nic nie powiadam, proszę cię tylko, żebyś, jak będziesz wracał per depes, nie rozdeptywał żab po rowach i żebyś wcześnie wrócił...
— O! proszę dobrodzieja, jeszcze dobrodziej będzie spoczywał, jak ja tedy na ten przykład, na Anioł Pański zadzwonię.
Onufry z miejsca solennie dotrzymywał przyrzeczenia; szedł prosto, z miną poważną, podpierając się wielkim kijem dębowym, ale po drodze spotykał ludzi dużo, a szatan, wróg trzeźwości, ponastawiał karczem dość, aby łapać w nie chłopów, jako ptactwo śpiewające w potrzaski. Sikora uboga, makolągwa, szczygieł wlezie w potrzask, człowiek zaś, choć niby rozumniejszy od onych ptaszków, złapie się na karczmę. Wedle zwierza żelazo, ale każdy się znęci.
Toż i Onufry, na ten przykład, tu wstąpił, tam się zatrzymał, i im bliżej był miasteczka, tem jakoś gorzej szedł. Widać takie wódczysko było dwoiste, na gardło dobra, bo głos coraz to lepszy dawała, a na nogi gałgańska...
Onufry zjawisko to w naukowy sposób tłómaczył.
— Bo — mówił — jensza na ten przykład gorzałka taka jest, że się w niej kużdy klej rozpuszcza i ta właśnie jest człowiekowi najbardziej szkodząca.
— A to dlaczego? pytali chłopi.
— Zaraz wam to, na ten przykład, wytłómaczę, bo tedy, czy wiecie dlaczego człowiek chodzi?
— Juści chodzi, bo nogi ma.
— Tedy, na ten przykład, powiedział co wiedział! głupstwo tedy...
— A jak?
— Nie wszystko tedy chodzi co ma nogi, bo na ten przykład stołek też ma nogi, a nie chodzi.
— Juści prawda.
— Zasie na ten przykład człowiek chodzi, bo ma w nogach klej.
— Ale!
— Kiedy, na ten przykład, powiadam, że ma, to ma, bo w kużdem żywem stworzeniu, a nawet i na ten przykład we szczupaku, albo w jenszej rybie, klej jest...
— Boć jest, Onufry powiadają prawdę.
— Tedy, skoro na ten przykład wódka klej rozpuści, nogi, żeby nie wiem jakie mocne, dycht swój tracą, i choćby nawet po szczerem piasku idący, będą zara w zatokę leciały, niby bose sanie po lodzie.
— Jak to Onufry na kużdą rzecz przetłomaczenie znajdzie.
— Ha, no tak, odklei się cała moc i na tem skutek, a wiele przez to niewinne ludzie cierpią, toby, na ten przykład, na wołowej skórze nie spisał...
— Nie mogę ja zmiarkować — odezwał się jakiś chłop — za co by tu kto miał cierpieć.
— Nie możesz braciszku? Ha, widać już taka twoja uroda, że kużdą rzecz, trzeba ci na ten przykład łopatą w głowę pakować... Cierpią na ten przykład niewinne ludzie, bo cierpię i ja nieraz sam...
— Onufry!?
— Albo nie!? Choćby na ten przykład nasz proboszcz! Osoba godna całkiem i wspaniała, ociec duchowny, a przecie fanaberye swoje nieraz ma takie, że wytrzymać trudno...
— W czem?
— Zdarzy się. Bywa nieraz zawoła: „Onufry, a gdzieżeś się tak zdoił, jak nieboskie stworzenie? Onufry, pamiętaj sobie, żebyś tyle nie pił. Onufry! to, Onufry sio! A ja na ten przykład cierpię przez żadnej winy, bo ksiądz myśli, że ja na ten przykład jestem napity, a to po prawdzie tylko co się we mnie klej rozpuścił.
W kilku karczmach po drodze Onufry taką prelekcyę o kleju wygłosił i tem sobie i bliźnim urozmaicał monotonność podróży.
Przy wjeździe do miasteczka, na moście, z dziesięciu dziadów siedziało, pieśni różne zawodząc. Tu głównie rozsiadali się oni, bo z dziadowskiego punktu widzenia most był uważany za najlepsze miejsce. Spieszyli się też żebracy aby je zająć, a niejeden jeszcze w nocy tam zasiadł, żeby go inni nie uprzedzili.
Każdy z nich miał wielkie sakwy płócienne, przewieszone przez plecy, żółwiową skorupę na grosze i trojaki, oraz kij z kawałkiem skóry z jeża na końcu. Taki kij, to podobno najlepsza broń na wiejskie psy, które zazwyczaj głośną muzyką lubią dziadów od chałupy do chałupy przeprowadzać.
Jarmark to żniwo dla dziadów, a na owym moście żniwo najobfitsze. Tuż za mostem była rogatka, przy której żyd kopytkowe pobierał, każda więc fura z konieczności tu się musiała choćby na chwilę zatrzymać. Każdy chłop musiał do kieszeni sięgnąć, a słysząc dziadowskie pieśni, przypominał sobie zaraz jaką duszę zmarłą, jaką nieboszczkę Katarzynę, nieboszczyka Andrzeja lub Wojciecha, za których wieczny spokój godziło się jałmużnę dać. Inszy, przypomniawszy sobie własne, doczesne troski lub kłopoty, dawał znów do Pocieszenia Matki Boskiej, albo do Przemienienia Pańskiego — i grosze gęsto padały w żółwiowe skorupy.

Różne pieśni wyśpiewywali dziady na moście. Znane i stokrotnie słyszane o świętym Mikołaju, o Łazarzu i bogaczu albo też te, które się w kościołach śpiewa, należały do zwykłego repertoaru; niektórzy wszakże sprytniejsi wynajdywali dawne, niekiedy nawet wesołe i świeckie śpiewania, odnawiali je po swojemu, komponowali nowe zwrotki, albo też i tekst cały, zachowując tylko nutę staroświecką.
Spieszyli się też żebracy aby je zająć...

Najgłośniej wrzeszczący i „najbogatszy dziad“ Kajetan, powiadamy: najbogatszy, bo piechotą nie chodził, ale konia swojego miał i wóz z budą płócienną, i w tym ekwipażu od wsi do wsi się włóczył, posiadał najobfitszy repertoar i na każdym jarmarku, na każdym odpuście zawsze coś nowego śpiewał. Znali go też wszyscy chłopi w okolicy i lubili śpiewania jego słuchać.
Największe powodzenie wśród tej publiczności niewybrednej miała pieśń o tym dziadu „cudowniku“, który do obrazu przemówił, dyabła za babę przebranego pobił sromotnie, ukradzione rzeczy odnajdywał, a nawet, raz, widząc tonącego żyda, jak powiada pieśń:

„Uczynił mu krzyż na gębie
„Wziął za brodę — pchnął na głębie
„I do raju przeprawił...

Ten dziad cudownik, był bohaterem pieśni, z takiem powodzeniem przez Kajetana śpiewanej. On to:

„Po odpustach rad chodził
„Święte pieśnie wywodził,
„O Łazarzu co był w raju,
„O Bogaczu — o Madeju
„Jak żywcem w piekle gorzał“

Dyabeł uczynił na cudownika zasadzkę,

„Ale widząc, że straci
„Przyszedł w babskiej postaci —
„I ni z tego ni z owego
„Siada baba kiele niego
„Zaczyna o Łazarzu“.

„Wrzeszczy baba co siła,
„Wszystkich dziadów zgłuszyła;
„Dziadek, chociaż żył w pokorze,
„Dłużej ścierpieć już nie może
„Do jankuru przychodzi“
„Pobożnie przez urazy
„Grzmotnął babę z pięć razy
„Od prawicy, ku lewicy
„Aż bęcnęła na ulicy
„Bo tak ze złem wypada“.

Nie będziemy powtarzali dalszych perypetyj cudownika, bo pieśń bardzo długa, a czyny bohaterskie tak liczne, że nie spisałby i

„Na papierze, na majmurze
„Na kamieniu i na skórze
„Wszystkich cudów dziadowych!!“

Ludzie słuchali uważnie, prócz jednego Onufrego, który do Kajetana miał niechęć, podobno z przyczyny jakiejś osobistej urazy, o której kronika biednowolska milczy; my zaś, nie mając poważnych dokumentów historycznych, wolimy pominąć całkiem ten szczegół, aniżeli odtwarzać go na podstawie plotek, niemających cechy autentyczności.
Coraz liczniejszy tłum napływał do miasteczka, pomiędzy furmankami trudno się było przecisnąć, a ryk bydła, rżenie koni, kwik trzody napełniały powietrze.
Na rynku z budami swemi roztasowali się czapnicy, szewcy, handlarze kożuchów. Bednarze, stolarze, kołodzieje, blacharze zachwalali swój towar, a we wszystkich szynkach i kramikach żydowskich był ścisk ogromny.
Żydzi zadyszani, zapoceni, przebiegali przez uliczki, przeciskali się pomiędzy furami, krzyczeli, handlowali, bo jarmark to dla nich raj.
Wszyscy nasi znajomi z Biednowoli stawili się w miasteczku jakby na wezwanie.
Szczygieł kręcił się koło blacharzy, „według onej lantarni“, Łomignat targował się z żydami o swoją krowinę, wójt kupował śledzie i inne delikatesy na chrzciny, które zamierzał wyprawić, Wincenty Pypeć, niefortunny wyborca Kobzikowskiego, sprawiał sobie kożuch. Skrzypek dla swojej młodej żony, która mu się okrutnie udała, upatrywał pięknej chustki, Onufry targował u żyda wspaniały pas włóczkowy, czerwony jak krew, pas, którymby, jak mówił, mógł sobie przy święcie uroczystem, żywot, na ten przykład... podpasać.
Każdy tu miał potrzebę jakąś, lub sprawunek, a najbardziej kobiety i dziewczęta. Te z pożądliwością spoglądały na towary galanteryjne i różne przynależytości toaletowe porozkładane na przenośnych stolikach.
A były tam istotnie piękne rzeczy i godne widzenia. Lusterka w blaszanej oprawie, grzebyki, któremiby można słoniowi skórę do krwi zdrapać, mydełka pachnące (tak sama żydówka mówiła!), spinki szklanne, pierścionki tombakowe, paciorki żółte, białe, zielone, imitacye korali, bursztynu, pereł, nawet rubinów i szmaragdów, wstążki wszelkich kolorów, igły, nici, naparstki, biżuteryja najosobliwsza. Kobietom aż się oczy świeciły do takich śliczności, bo wszystkie te towary były przecież modne i ponętne, a żydówki niebardzo upierały się przy cenie i po niejakich pertraktacyach zniżały żądania swe o połowę, a nawet i o dwie trzecie. Tego samego systemu handlowego trzymali się także szewcy, czapnicy i właściciele kramików, dzięki czemu zaklęciom i przysięganiom nie było końca.
Mendel Kwiat także nie opuścił jarmarku, miał bowiem na nim do załatwienia mnóstwo interesów, przywiózł na sprzedaż kilka baranów, parę korcy zboża, a jaj, masła, serów co niemiara; prócz tego miał do zrobienia niejedną, tranzakcyę o pożyczkę, potrzebował rozciągnąć pewną opiekę nad krową Łomignata, wywiedzieć się o cenach wszelkich produktów, o najnowszych wersyach z polityki, o tem, czy okowita zdrożeje, czy owies w górę pójdzie. On potrzebował wszystko wiedzieć, bo to do jego fachu, do interesów jego, było nieodbicie potrzebne.
Miał więc niemało do roboty. Biegał z jednego końca miasteczka w drugi, przeciskał się pomiędzy wozami, rozmawiał z pierwszymi kupcami w miasteczku, od których dowiedział się wielu ciekawych nowości i otrzymał mnóstwo komisów.
Mendel miał główny interes w karczmie, ale po za nim prowadził tysiące innych, z czem mu działo się tak dobrze, że zamierzał kupić dom w miasteczku i wyjść także na wielkiego kupca, a karczmę innemu odstąpić.
Łomignat nie miał szczęścia na jarmarku. Żądał trzydzieści rubli za krowę, bo krowa była dobra, młoda, nieźle utrzymana; ale żydzi śmieli się z niego i proponowali mu zaledwie kilkanaście.
Chłop aż się pienił ze złości, a że po drodze, ze zmartwienia wypił trochę, więc jeszcze w większą złość wpadł i aż go ręce świerzbiały, żeby kogo wytuzować.
— Nu, Macieju — zapytał Mendel — dlaczego niesprzedaliście krowy?
— A bo te psia kość zydy chciałyby za darmo krowę zabrać.
— Bo drogo chcecie. Co to taka krowa, to gałgan nie krowa! Wy jej nie sprzedacie bezemnie. Jak ja jej nie kupię, to nikt nie kupi, a ja wam dam bez targu dziewiętnaście rubli.
— A nie pójdziesz ty zatraceńcze! — zawołała żona Łomignata — widzisz go, może ci darmo krowę dać?...
Mendel się roześmiał.
— Ny — ny, jak postoicie tu z krową do nocy, to nie będziecie taka wielka pani, sprzedacie i za piętnaście...
To rzekłszy odszedł.
Pomiędzy wozami przesuwał się ławnik Dmuchała, zatrzymał się, obejrzał krowę i rzekł:
— Wy, Macieju, to krówsko mnie życzcie...
— Co mam życzyć, i tak sądziliście mnie, jak złodzieja.
— Sąd sądem — a krowa krową. Osądziłem, bo takie moje prawo i nie mogłem inaczej, skoro kwit był, — a krowa mi pasuje i wiem, że z dobrego gatunku, tedy chcę kupić.
— Oj gatunkowe bydlę, gatunkowe! — wtrąciła baba prawie z płaczem — i żeby nie Mendel, co nas dusi, nie przedałabym jej za żadne pieniądze.
— Jać to wiem — odezwał się Dmuchała — siła wy za nią chcecie?
— Trzydzieści — rzekł ponuro Łomignat.
— Dla mnie warta. Życzcie mi.
Łomignat oczy wytrzeszczył.
— I przez żadnego targu? — zapytał zdumiony.
— Mówię, że dla mnie warta — życzcie mi.
— Ano — to życzę.
Uderzyli się po rękach.
— Jeno mój Macieju, mój kochany — odezwał się Dmuchała — muszę was o łaskę prosić. Choć to na jarmarku na borg nie dają, ale że ja pieniędzy kiele siebie nie mam, to wam w domu zapłacę. Oto profesor z Biednowoli idzie, przy nim powiadam, że zapłacę wam w domu za tę krowę trzydzieści rubli, a krowę biorę zaraz. Wierzycie mi?
— Cobym nie miał wierzyć? Jeno najgorzej Mendel, bo to dla niego jać to bydlątko kochane sprzedaję...
— Owszem, przyjdźcie właśnie z Mendlem; a tera niech mój chłopak krowę weźmie, a ja wam sprawię litkup! Oto może i pan profesor naszą grzecznością nie wzgardzi...
— Owszem, pójdę chętnie — rzekł Kaczor — bardzo chętnie pójdę.
Poszli tedy na litkup, do austeryi. Był to szynk trochę porządniejszy od innych, uczęszczali do niego zamożniejsi chłopi, koloniści, młynarze, resursa zaś, utrzymywana przez bogatego Szmula, była przybytkiem wyższej arystokracyi, do jakiej zaliczali się naprzykład państwo Imbierzyńscy, Kobzikowscy i inni podobni dygnitarze.
Dmuchała zaprowadził gości do osobnej stancyi, kazał podać wódkę, przekąskę i piwo, a wydobywszy nabity banknotami pugilares, rzekł:
— Macieju kochany, Łomignacie, sąsiedzie. Dziwno ci pewnie, żem przed tobą łgał, jako pieniędzy nie mam, a teraz pokazuję że mam.
— Musi chcieliście sobie trochę pożartować.
— Nie, bo choć pieniądze, jako widzicie, mam, ale swego się trzymam i jako przyrzekłem, za krówkę dopiero wam w domu zapłacę.
— O!
— A juści, litkup ci sprawię porządny, żebyś pamiątkę miał przynajmniej jako na jarmarku byłeś, ale pieniędzy do ręki nie dam.
— Dlaczego? — zapytał Kaczor.
— A właśnie zaraz powiem i bardzo jestem kontentny, że pan profesor z nami jest, bo zrozumie co ja w tem mam i Maciejowi przetłómaczy, jako życzliwy mu jestem, i co robię, to robię po dobrości... Spenetrowałem ja to, że nasz Maciej głęboko Mendlowi do kieszeni zalazł.
— Oj zalazł ci on, zalazł — wtrąciła Maciejowa z płaczem — zalazł po same uszy, że nawet i pomiarkować nie mogę, jak wylezie stamtąd. Chyba z chałupy go całkiem wygonią, dobytek sprzedadzą, a ja biedna z dzieciami chudziaczkami będę musiała na wyrobek pójść, albo do służby. Oj! dola moja, dola, czy ja się spodziewałam tego?
— Cichajta no, moja Maciejowa, cichajta, skoro chcę wam rzec dobre słowo, właśnie podług serca szczerości. Dziwno wam może, że ja nie brat i nie swat, ani choćby na to mówiący kum, w wasze jenteresa chcę się wtrącać, ale gospodarza mi szkoda, po co się ma marnować. Dziś Mendel na niego wyrok ma i w prawie swojem jest, że może chłopa do szczętu zmizerować.
— Dyć samiście go osądzili...
— Nie gadajcie kobieto, bo nie wasza głowa na to. Osądziłem bo musiałem i żeby na mojem miejscu nie wiem kto siedział, to byłby chcąc nie chcąc tak samo osądził. Skoro pismo je, że się winno, to trudno — na to niema już sposobu... I to mi wiadomo, że Maciej krowę dla Mendla sprzedaje.
— Oj dla niego, dla niego!
— Tedy, że mi akuratnie krowa potrzebna, więc ją od was kupiłem. Przyjdźcie jutro Macieju do mnie z Mendlem, to mu zaraz przy mnie one trzydzieści rubli oddacie i musi je wam z długu odpisać — zaś jakbyście oddawali sami, tobyście musieli z połowę przepić, a druga połowa takby oto, jak to powiadają, przyschła. Krówsko byście stracili, a dług długiem pozostał. Tera rozumiecie?
— Aj, żeby wam się ręcę ozłociły, mój ławniku — zawołała Maciejowa.
— Czekajta no, nie na tem skutek. Trzeba Mendlowi cały dług zapłacić...
— A skąd ja tyla pieniędzy dostanę?
— To bajki. W gminie są teraz; ja wiem, bo kilku gospodarzy popłaciło.
— Nie dadzą mi w gminie, nie dadzą...
— Dlaczego nie mają dać?
— A juści, bo Sokół na mnie zły, bez to, żem go za wójta nie chciał wybierać... Krzywy on tera na mnie.
— Bajki, co ma krzywy być.
— Bo jest.
— Nie frasujcie się. Jak skoro ja do niego przemówię, to wam żadnej przeszkody nie uczyni.
— Bóg wam zapłać, niech wam Pan Jezus na dzieciach wynagrodzi.
— Jeno wam to jedno zapowiadam i przykazuję, żebyście więcej do żadnego pisania skorzy nie byli, bo pisanie to dobra rzecz, ale zdradna, a jak znowu wleziecie w błoto, tedy was już żadna na świecie kasa nie poratuje i zejdziecie na psy, na wieki wieków, Amen.
— Oj nie wlezę, nie wlezę, ławniku kochany, żeby on mi złote pióro w garść wtykał, żeby je w miodzie maczał, nie podpiszę za żadne pieniądze na świecie.
— Ano, jak nie będziesz podpisował, to ostaniesz Macieju gospodarzem, jako i byłeś — a jak zaczniesz znowu żydom kwitki pisać, to odrazu sakwy sobie uszyj i żółwiowej skorupy poszukaj, żebyś miał z czem pod kościołem siadać.
— Macieju — odezwał się Kaczor — ławnik do was przemawia jak ojciec, a jabym dodał jeszcze, że żebyście wcale do karczmy nie chodzili, to byłoby dla was dużo lepiej...
— Niech-no spróbuje! — zawołała Maciejowa — chybabym mu garnek z gorącą wodą o łeb rozbiła, chybabym łopatę i kosior na nim połamała, chybabym...
— To już — rzekł Dmuchała — między wami rzecz, jako w świętym stanie małżeńskim jedno drugiemu może przeperswadować czy kosiorem, czyli łopatą, według upodobania, byle przez pomsty i obrazy boskiej.
— Ale nie pójdę, sąsiadeczku kochany, nie pójdę — mówił bijąc się w piersi Łomignat. — Niech je marności ogarną, ani zajrzę nawet.
— Do waszej woli Macieju, ja wam życzę po dobrości i sprawiedliwości, a wy zróbcie według pomiarkowania waszego, a teraz bądźcie zdrowi, bo mam jeszcze niejedno załatwić, a przed nocą w domu być.
— I my zaraz idziemy — rzekła Maciejowa — ja mojego też do chałupy przed nocą przypędzę. Bóg wam zapłać ławniku... Bóg wam zapłać!
I Maciej i jego żona dziękowali Dmuchale za dobrą radę i życzliwość, poczem zaraz do domu poszli, niezatrzymując się dłużej w miasteczku, ku wielkiemu zdumieniu Mendla, który na razie nie mógł zmiarkować co się stało. Przypuszczał, że Łomignat raczy się w jakim szynku, a kobiecie sprzykrzyło się zapewne wyczekiwać napróżno kupca na krowę, więc też prawdopodobnie powróciła z nią do domu.
Kaczor zachwycony był postępkiem Dmuchały. Postanowił więc wyszukać zaraz Imbierzyńskiego, i opowiedziawszy co się stało, przekonać tego zawziętego arystokratę, że lud ma swoje dobre strony i praktyczny rozum.
Ułożywszy tedy w myśli odpowiednią mówkę, rozpromieniony pedagog udał się do handlu Szmula, gdzie, jak powiedzieliśmy, zbierała się sama arystokracya. Zaledwie jednak drzwi uchylił, cofnął się natychmiast, jako człowiek kierujący się zasadą neutralności i nieinterwencyi.
W jednej stancyi znajdowały się panie Kobzikowska i Imbierzyńska, a chociaż udawały, że się nie znają, jednak docinały sobie nawzajem bez miłosierdzia. Poznał to odrazu pedagog po sarkastycznych uśmiechach i piorunujących spojrzeniach, jakie te panie nawzajem na siebie rzucały, poznał i zmiarkowawszy co jest, cofnął się.
W jego położeniu była to najrozumniejsza polityka — polityka całych butów. Nie mając najmniejszego widoku, aby mógł kiedy przekonać obywateli biednowolskich, że nauczyciel potrzebuje jadać i ubierać się — musiał się ratować kaligrafją i zarabiać trochę przy sądzie, a trochę przy gminie i z tej racyi z obydwiema paniami tych instytucyi być na dobrej stopie. Inaczej musiałby nieborak głodu przymierać, co byłoby tem przykrzejsze, że zacny pedagog odznaczał się wielkim apetytem, jak w ogóle wszyscy ci, którzy nie mają wiele do jedzenia.
W handlu Szmula było coraz gwarniej. Zeszło się tam kilku gorzelanych, ekonomów, pisarzy gminnych, a że Kobzikowski był bardzo towarzyski, a pani Domicela uchodziła za piękność, więc też koło nich grupowało się całe towarzystwo. Pani Imbierzyńska skutkiem tego zieleniała z zazdrości i nie mogąc patrzeć dłużej na powodzenie swej antagonistki, namówiła swego małżonka do wyjazdu. Niebardzo mu to przypadało do smaku, gdyż pisarz z sąsiedniej gminy zapraszał do siebie na preferansika i dyabełka, a Imbierzyński lubił los kusić — ale wobec kategorycznego żądania małżonki ustąpić musiał.
— Wszystkiego chciej odemnie — mówiła — byle tylko nie każ mi pozostawać pod jednym dachem z tą kokietą, z tą Florą, której się zdaje, że jak włoży na głowę jakiś dziwaczny kapelusz, to już może całym światem pomiatać.
— Uprzedzasz się moja duszko...
— To paradne! ja się uprzedzam. Więc zostań, zostań, idź tam, nadskakuj, asystuj! ona do każdego zęby szczerzy, więc i ciebie to szczęście spotkać może... Idź, idź, ja pojadę sama. Każda kobieta uczciwa cierpieć musi, to rzecz wiadoma. Nie ja pierwsza i nie ja ostatnia. Doprawdy, widząc co się teraz dzieje na świecie, można przyjść do przekonania, że zacną kobietą być nie warto. Nie warto, sto tysięcy razy powtarzam, że nie warto, lepiej kokietką być...
— Nie każda to potrafi, moja żono.
— Nie każda! rozumiem co chcesz przez to powiedzieć. O tak! wymawiasz mi, że nie mam urody. Wiem, żona zwykle jest brzydka w oczach własnego męża, ale mąż może się mylić.
Imbierzyński roześmiał się.
— Ja wierzę w twoją cnotę — rzekł.
— Wierzysz, bo musisz.
Rozmowa przybierała coraz ostrzejszy charakter, o co przy dość porywczym temperamencie obojga małżonków nie było trudno. Kronika biednowolska twierdzi, że przez trzy dni państwo ci do siebie nie mówili, a nienawiść pani sekretarzowej do pięknej Flory doszła do maximum.
Pod wieczór, drogi prowadzące do miasteczka ożywiły się znowu, a jak rano wszystko dążyło do jednego punktu, to jest do miasteczka, tak wieczorem znowuż rozchodziło i rozjeżdżało się z tego punktu na wsze strony. Ważny w życiu wioskowym dzień dobiegał do końca.
Ku Biednowoli wózkami i pieszo ciągnęli nasi dobrzy znajomi; pedagoga zabrał na swój wózek Dmuchała, Szczygieł z połowicą swoją dążył za nimi, dalej inni gospodarze, a wreszcie Mendel na wozie naładowanym różnemi sprawunkami i artykułami handlu. Finansista ów przynaglał szkapinę swoją do pośpiechu, gdyż nazajutrz, o dwie mile od Biednowoli, w innem miasteczku był jarmark, a takiej okazyi Mendel nigdy nie opuszczał. Jest rzeczą dowiedzioną, o czem Onufry Grzędzikowski nieraz ze wzruszeniem opowiadał, że droga na jarmark jest znacznie krótsza, aniżeli droga z jarmarku, zwłaszcza gdy kto podróżuje „per depes“; że złe duchy po to specyalnie na jarmarkach bywają, aby upatrzywszy sobie jakąś ofiarę, mrokiem na nią, gdy powracać będzie, czatowały, i że wreszcie nogi ludzkie są tak urządzone osobliwie, że na jarmark dążą w kierunku prostym, a z jarmarku biegną po łukach i elipsach, albo też wprost wypowiadają człowiekowi posłuszeństwo.
Te niezbite prawdy, stwierdził na sobie, po raz Bóg wie już który, Onufry. Wyszedł z miasteczka raźno, w dobrem zdrowiu, w sile ciała i umysłu, nie sam, lecz w towarzystwie porządnego gospodarza Pypcia, który wyraźnie powiedział, że jeżeli wstąpi na chwileczkę do Jankla, trzymającego szynk przy samej rogatce, to nabierze takiej mocy nadzwyczajnej, że będzie mógł choćby przez całą noc iść bez odpoczynku, niezatrzymując się nigdzie, chyba w karczemce na Wygodzie, której żaden porządny i szanujący się gospodarz nie omija.
Pomimo, że Pypeć był silny i Onufry także silny, wędrówka nie obeszła się bez przygód, gdyż siła złego jest większa niźli chłopska siła. Prowadzała ich tedy moc nieczysta od rowu do rowu, to znowuż na środek gościńca pchała, tak, iż nawzajem uderzali o siebie, to wreszcie rzuciła Onufremu taki tuman na oczy, że zamiast przejść przez mostek po wierzchu, przeszedł pod spodem. Szczęściem, że rzeka, na której ów mostek był wzniesiony, wyschła i tylko na dnie jej było trochę błota. Dzięki temu, Onufry z przygody wyszedł cało.
Nazajutrz miał ciężką sprawę z księdzem, który na żaden sposób nie dał sobie wyperswadować, że wszystkiemu winien był duch nieczysty, mający Onufrego specyalnie na oku, jako człowieka, który kościołowi służąc, nie może być przez szatanów mile widziany.
Tak prostej argumentacyi ksiądz nie mógł, czy nie chciał zrozumieć, dość, że Onufry wyszedł z plebanji bardzo zmartwiony i przez cały tydzień nic nie pił.
Fakt ten, jako wypadek nadzwyczajny, zapisany został przez Mendla kredą na szafie czerwonej.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.