Zima pośród lodów/I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Zima pośród lodów
Wydawca Ferdynand Hösick
Data wydania 1880
Druk S. Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Stanisław Marek Rzętkowski
Tytuł orygin. Un hivernage dans les glaces
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Księże proboszczu bądź łaskaw wstrzymaj się



I.
Czarna bandera

Proboszcz starożytnego kościoła w Dunkierce, w dniu 12 maja 18... roku wstał rano o piątéj godzinie i, wedle zwyczaju, przygotowywał się do cichéj mszy, którą miał odprawić, jak zwykle, w obecności kilku pobożnych rybaków.
Szedł właśnie do ołtarza, przyodziany w kapłańskie szaty, gdy drzwi prowadzące do zakrystyi otwarły się i stanął w nich jakiś człowiek, rozpromieniony radością i wzruszeniem. Był-to sześćdziesięcioletni marynarz, mimo podeszłego wieku krzepki jeszcze i czerstwy, o postaci szlachetnéj i twarzy nacechowanéj dobrocią.
— Księże proboszczu — zawołał — bądź łaskaw i wstrzymaj się!
— Cóż to cię sprowadza tak wcześnie, Janie Cornbutte? — zapytał zdziwiony proboszcz.
— Co mnie sprowadza?... Oto gorąca chętka, rzucenia się wam na szyję!
— Dobrze... ale to dopiéro po mszy, któréj zapewne zechcesz wysłuchać.
— Po mszy! — odrzekł z serdecznym uśmiéchem marynarz. — Ba!... ksiądz proboszcz jest najpewniejszy, że naprawdę odprawi zaraz mszą i że ja na to pozwolę?
— A dlaczegóżbym nie miał jéj odprawić? Wytłumacz-no się jaśniéj! Trzeci dzwonek już przebrzmiał.
— Przebrzmiał, czy nie — odrzekł Cornbutte, — mniejsza o to. Zabrzmi on jutro równie dobrze, a tymczasem, księże proboszczu, przypominam wam obietnicę, że pobłogosławicie własną ręką małżeństwo mojego syna Ludwika i méj siostrzenicy Maryi.
— Jakto, czy Ludwik powrócił? — zawołał radośnie kapłan.
— Prawie jakby już wrócił — odrzekł Cornbutte, zaciérając dłonie — bo równo ze wschodem słońca dano znać o zbliżaniu się naszego statku, który niegdyś poświęciliście sami, nadając mu śliczne imię Nieustraszonego.
— Jeżeli tak, to raduję się z wami całém sercem, mój stary przyjacielu — zawołał proboszcz, zdejmując jednocześnie ornat i komżę. — Oho... przypominam ja sobie wybornie naszę umowę, dlatego téż wikary mnie tu zastąpi, a ja służę wam i oczekuję chwili przybycia dzielnego Ludwika.
— Wybornie, ja tymczasem ręczę wam, zacny księże proboszczu, że nie da on wam długo czekać o próżnym żołądku! Zapowiedzie jużeście wygłosili sami i nie potrzebujecie nic więcéj, jak tylko dać mojemu chłopcu rozgrzészenie z win, które popełnił tam, między niebem a wodą, na morzu Pólnocném. Doprawdy, cóż-to była za świetna myśl, żeby te dzieci połączyć w chwili powrotu Ludwika!... Prosto z pokładu pójdzie przed ołtarz!
— Tymczasem śpiesz się, mój stary, bo trzeba wszystko urządzić.
— Biegnę, księże proboszczu, i wracam jaknajprędzéj.
Rzekłszy to, dzielny marynarz skierował się posuwistemi kroki ku swojemu domostwu, położonemu w załamku portowym, zkąd widać było rozległą płaszczyznę morską wspaniałą i groźną zarazem.
Jan Cornbutte był człowiekiem zamożnym; jego rzemiosło marynarskie pozwoliło mu zebrać wcale ładny majątek. Przez długi czas pełnił obowiązki kapitana na statku bogatego przedsiębiercy w Hawrze, poczém osiadł w rodzinnéj Dunkierce i zbudował wspomniany już statek Nieustraszony, na własny rachunek. Okręt ten, po kilku podróżach na morzu Północném, sprzedał bardzo korzystnie swój ładunek drzewa, żelaza i smoły, co, ma się rozumiéć, polepszyło jeszcze stan majątkowy jego właściciela. Obecnie Jan Cornbutte zdał dowództwo wyprawy na syna, trzydziestoletniego marynarza, o którym inni kapitanowie mówili, że jest najdzielniejszym żeglarzem w całéj Dunkierce.
Ludwik odjechał na ostatnią wyprawę, unosząc z sobą gorącą miłość dla Maryi, siostrzenicy swojego ojca, któréj chwile jego oddalenia wydawały się nazbyt długiemi. Marya miała obecnie lat dwadzieścia. Była to piękna Flamandka, w któréj żyłach płynęła i krew holenderska. Jéj matka niegdyś, umiérając, zleciła ją opiece poczciwego Jana Cornbutte, a zacny ten marynarz pokochał dziéwczę jak własną córkę, w ułożoném zaś małżeństwie widział zawczasu źródło prawdziwego i niezmąconego nigdy szczęścia.
Znak przybycia statku zwiastował także ukończenie wyprawy handlowéj, która Janowi Cornbutte zapewniała obfite zyski. Nieustraszony, który wyruszył przed trzema miesiącami, dosiągłszy linii Bodoë, na zachodnim brzegu Norwegii, wracał niespodzianie, ukończywszy swe sprawy przed czasem zgóry przewidzianym.
Wszedłszy do mieszkania, Jan ujrzał wszystkich na nogach i żywo krzątających się. Marya, z rozpłomienioném obliczem, przywdziéwała weselne szaty.
— Czy tylko statek nie uprzedzi nas? — zapytała z obawą wchodzącego.
— To téż trzeba się śpieszyć — odrzekł Jan. — Wiatr wieje od północy, a mój piękny Nieustraszony sunie jak strzała!
— Czy nasi przyjaciele wiedzą już o wszystkiém?
— Wiedzą.
— A notaryusz, a proboszcz?
— Bądź spokojna. Wszyscy są gotowi i czekają tylko na ciebie.
W téj chwili wszedł ojciec Clerbaut.
— A cóż — rzekł — nieprawdaż że to szczęśliwy traf! Twój statek wraca teraz właśnie, kiedy rząd ma ogłosić dostawę drzewa dla marynarki.
— Co mnie to dzisiaj obchodzi — odrzekł Cornbutte. — Tyczy się to rządu, a nie mnie!
— Ojcze Clerbaut — ozwała się Marya z uśmiéchem — my w téj chwili mamy na myśli jednę, jedyną tylko sprawę: oto powrót Ludwika!
— To prawda, jednakże — odrzekł zdziwiony trochę sąsiad — taka dostawa, to interes złoty.
— Wszak będziesz na weselu? — przerwał mu Cornbutte, ściskając dłoń jego z taką silą, jakby ją chciał zmiażdżyć.
— Taka dostawa....
— Musisz być, i to ze wszystkimi naszymi przyjaciółmi, jakich mamy na lądzie i na morzu, mój Clerbaut. Prosiłem tu już wszystkich, a zaproszę jeszcze całą osadę statku.
— I czy pójdziemy na tamę? — spytała promieniejąca Marya.
— To się wié! Pójdziemy parami, wszyscy, na spotkanie!
Zaproszeni znajomi i przyjaciele przybyli, nie spóźniwszy się ani minuty. Do apelu stawili się wszyscy, chociaż było jeszcze bardzo rano, współczując ze szczęściem dzielnego marynarza, którego szczérze kochali. Tymczasem Marya, padłszy na kolana, modliła się gorąco, zamieniając wczorajsze prośby na dzisiejsze dziękczynienia. Gdy weszła do gościnnego pokoju, piękna i radosna, poczciwe sąsiadki pochwyciły ją w ramiona i tuliły w objęciach, a szorstkie dłonie mężczyzn ściskały silnie jéj drobne ręce.
Jan Cornbutte dał znak pochodu.
Był-to zajmujący widok, gdy ta wesoła gromadka, o wspaniałym wschodzie słońca, kroczyła drogą ku morzu. Wieść o zbliżeniu się i powrocie statku obiegła już całą przystań, więc głowy okryte szlafmycami ukazywały się z okien i uchylonych drzwi, a zewsząd słychać było życzliwe pozdrowienia i uprzejme pochwały dla narzeczonéj.
Orszak zbliżał się do tamy nadbrzeżnéj pośród głośnych błogosławieństw i serdecznych życzeń. Pogoda była prześliczna, a słońce świeciło tak radośnie, jakby miało udział w uroczystości. Wietrzyk północny marszczył zlekka fale, a kilka czółen rybackich, kierując się ku przystani, znaczyło długą bruzdę na wązkiém ujściu morza przy tamie.
Dwa przedłużenia tamy nadbrzeżnéj wybiegają pod Dunkierką daleko na morze. Orszak weselny, zająwszy całą szérokość takiego przedłużenia od strony północnéj, kroczył po niém dopóty, póki nie dosięgnął maleńkiego domku strażnika, na samym końcu tamy.
Statek Jana Cornbutte coraz wyraźniéj pozwalał się widziéć. Orzeźwiający powiew wiatru pędził wysmukły okręt, płynący szybko pod swojém bocianiem gniazdem, pod swojemi masztami i swojemi żaglami. Radość widoczna była zarówno na ziemi, jak i na pokładzie. Jan Cornbutte, z lunetą w ręku, odpowiadał wesoło na zapytania przyjaciół.
— Otóż mój dzielny statek! — wołał. — Wraca takim, jakim wyruszył z Dunkierki, bez najmniejszego uszkodzenia! Nie brakuje mu ani jednéj linki!
— Czy widzisz pan swojego syna? — zapytał któś z obecnych.
— Jeszcze nie. Jest on tam teraz w swoim żywiole, w największym ruchu!
— A czemuż nie wywiesza swéj bandery? — pyta Clerbaut.
— Alboż ja wiem? Z pewnością ma jakiś powód!
— Mój wuju, daj mi lunetę — odezwała się Marya, wyrywając Janowi z rąk to narzędzie. — Ja go chcę piérwsza zobaczyć!
— A to jakiém prawem? Przecież to mój syn!...
— Tak, mój wujciu, ale właśnie dlatego że twój syn, toś mu się przez lat trzydzieści miał dosyć czasu napatrzyć, a moim narzeczonym jest dopiero od lat dwóch.
Nieustraszony był teraz najzupełniéj widoczny. Jego osada przygotowywała się do wylądowania. Żagle górne zostały ściągnięte. Można było rozpoznać majtków, uwijających się po linach. Ale ani Marya, ani Jan Cornbutte nie mogli dotąd powitać znakami przewodnika statku.
— Patrzcie, a toż piérwszy porucznik, Andrzéj Vasling! — zawołał Clerbaut.
— A tamten... dalibóg, to Misonne, cieśla — rzekł ktoś z obecnych.
— I nasz przyjaciel Panellan! — zawołał inny, dając znaki wymienionemu tylko co marynarzowi.
Nieustraszony w téj chwili był oddalonym zaledwie o jakie paręset sążni od przystani i nagle nad jego dziobem wzniosła się i rozwinęła czarna bandera.
A więc na pokładzie miano żałobę.
Uczucie trwogi zjęło umysły wszystkich i serce narzeczonéj.
Powrót statku był smutny.... Śród głębokiego milczenia przybił on do brzegu. Wnet téż Marya, Jan Cornbutte i wszyscy ich przyjaciele skupili się przy burcie i w jednéj chwili znaleźli się na pokładzie.
— Mój syn! — zawołał Jan, który w okropném przeczuciu na te dwa tylko wyrazy mógł się zdobyć.
Majtkowie, odkrywszy głowy, wskazali mu w milczeniu czarną banderę.
Marya, widząc to, wydała okrzyk rozpaczy i padła omdlała w ramiona wuja.
Andrzéj Vasling przyprowadził Nieustraszonego, ale Ludwika Cornbutte, narzeczonego Maryi, na statku tym nie było.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Stanisław Marek Rzętkowski.