Zima pośród lodów/XV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Zima pośród lodów
Wydawca Ferdynand Hösick
Data wydania 1880
Druk S. Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Stanisław Marek Rzętkowski
Tytuł orygin. Un hivernage dans les glaces
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XV.
Białe niedźwiedzie.

Po oddaleniu się Ludwika, Penellan zamknął szczelnie drzwi, które prowadziły z pomostu do wnętrza okrętu. Wrócił się do pieca, podsycił jego ognisko, a chorzy jego towarzysze zwlekli się z łóżek, aby ogrzać się przy ożywczych płomieniach.

Była już szósta godzina wieczorem, gdy Bretończyk odszedł, aby przygotować posiłek. Udał się do składu po solone mięso, które należało ugotować. Gdy wrócił, spostrzegł iż na opróżnioném przezeń miejscu zasiadł Vasling, który rzucał kawałki tłustości w przygotowany przez Penellana kociołek.
Padła na kolana przy łożu:
— Ja tutaj pierwéj siedziałem — rzekł Bretończyk surowo. — Dlaczegoś pan zajął moje miejsce?

— Jak widzisz; mam zamiar gotować sobie posiłek.
— Zabiéraj to sobie natychmiast i odejdź, albo.... zobaczymy!
— Nic nie zobaczymy — odrzekł Vasling — i ja nic zabiérać nie będę.
— Nie pokosztujesz twego posiłku! — krzyknął Penellan, rzucając się na Vaslinga, który wydobył swój nóż z za pasa.
— Do mnie, Aupic, do mnie, Norwegczycy! — krzyknął porucznik, zrywając się.
Wezwani stawili się natychmiast, uzbrojeni w pistolety i puginały. To uzbrojenie dowiodło, iż walka była przewidzianą, a zaczepka umyślną.
Penellan rzucił się na Vaslinga, który, widocznie według poprzednio ułożonego planu, postanowił walczyć z nim sam na sam, ponieważ jego towarzysze uderzyli na Misonne’a, Turquiette’a i Nouqueta, leżących w swoich łóżkach. Ten ostatni, osłabiony przez dręczącą go chorobę, przypadł na udział olbrzymiego Herminga. Misonne porwał siekiérę i wyskoczywszy z łóżka, rzucił się na naciérającego Aupica. Turquiette i Jocki walczyli z zawziętością. Gervique i Gradlin, chorzy bardzo, stracili świadomość tego, co się około nich działo.
Nouquet otrzymał wkrótce pchnięcie sztyletu, a Herming, w przekonaniu że zwalczył przeciwnika, zwrócił się ku Penellanowi, który naciérał zaciekle. Vasling pochwycił go w połowie ciała i usiłował obalić.
Tymczasem z wywróconego kociołka na początku walki wypadła tłustość na węgle przygasającego ogniska i swędem swoim napełniła powietrze. Marya zerwała się z krzykiem trwogi i rozpaczy, a widząc co się dzieje, padła na kolana przy łożu konającego starca.
Vasling, nie tak silny jak Penellan, uczuł wkrótce że ramiona Bretończyka ściskają go, jak kleszcze. Byli za blizko siebie, ażeby mogli wzajemnie używać broni. Dlatego téż porucznik, czując że sam przeciwnika nie zmoże, zawołał:
— Do mnie, Herming!
— Do mnie, Misonne! — krzyknął także Penellan.
Ale Misonne w téj chwili zwalił się na ziemię z Aupic’em, który usiłował zadać mu cios stanowczy. Siekiéra cieśli była w téj ciasnéj przestrzeni bronią prawie nieużyteczną i walczący nie miał żadnego środka, aby skutecznie odbijać ciosy, zadawane sobie przez Aupica.
Śród krzyków i przekleństw krew popłynęła ze stron obu. Turquiette, naciskany straszliwie przez drugiego Norwegczyka, otrzymał już pchnięcie sztyletem w łopatkę i usiłował napróżno wyrwać pistolet z za pasa Jocki’ego. Dziki napastnik przywalił go ciężarem własnego ciała i uczynił go prawie bezwładnym.
Na krzyk Vaslinga, którego Penellan usiłował popchnąć ku drzwiom wchodowym, Herming przybiegł. W chwili jednak, gdy miał zadać śmiertelny cios Bretończykowi, powalił on go na ziemię straszliwém kopnięciem nogi. Vasling napróżno starał się wywinąć z gniotących uścisków Penellana; pchany całą siłą, padł wreszcie w drzwi, które się na zewnątrz rozwarły, i runął, jak długi, na ziemię.
W téj chwili usłyszał po za sobą złowrogie mruknięcie, a obejrzawszy się, spostrzegł olbrzymiego niedźwiedzia, który ku niemu kroczył po schodach. Był od niego oddalonym o cztéry stopy. Widział już przed sobą śmierć okropną, gdy naraz rozległ się strzał i niedźwiedź zawrócił się na swéj drodze. Vasling zerwał się i przybrał stanowisko obronne, porzucając myśl dalszéj walki z Penellanem.
Bretończyk tymczasem zamknął drzwi i rozpoznał obecne położenie. Misonne i Turquiette, prawie uduszeni przez swych przeciwników, zostali porzuceni do kąta; napastnicy wiązali im ręce. Penellan pośpieszył towarzyszom swoim na pomoc, ale Aupic i Norwegczycy zwrócili atak ku niemu. Siły jego, wyczerpane dotychczasową walką, nie mogły nastarczyć przeciwko trzem napastnikom, którzy z trzech różnych stron obsaczyli go tak, iż zmusili go do zupełnéj bezczynności. W téj jednak chwili rozległ się okrzyk Vaslinga, wzywający pomocy, a trzéj jego stronnicy, sądząc iż porucznik walczy z Ludwikiem Cornbutte, pobiegli na pokład okrętu.
Tam Vasling uciérał się z ogromnym niedźwiedziem, któremu zadał dwie rany swoim puginałem. Zwierzę, uderzając w powietrzu ogromnemi łapy, usiłowało dosięgnąć Vaslinga. Porucznik, przyparty do parapetu, lada chwila mógł runąć w przepaść, gdy wtém rozległ się znowu wystrzał i niedźwiedź upadł. Porucznik podniósł głowę i spostrzegł Ludwika Cornbutte na drabinie przedniego masztu, ze strzelbą w ręku. Ludwik trafił niedźwiedzia w samo serce i położył go trupem.
Nienawiść znowu zawrzała w sercu porucznika, lecz zanim uczynił jéj zadość, obejrzał się piérwéj wokoło. Aupic leżał z głową zmiażdżoną uderzeniem łapy niedźwiedzia. Jocki, z siekiérą w ręku, usiłował, nie bez skutku, odpiérać ciosy, które mu zadawał drugi niedźwiedź, zabójca Aupica. Zwierzę to miało dwie głębokie rany od sztyletu, ale walczyło mimo to z wściekłością. Trzeci niedźwiedź zbliżał się w téj chwili do statku.
Vasling nie zawahał się ani chwili; łącząc się z Hermingem, poskoczył na pomoc Jocki’emu, ale ten, pochwycony łapami straszliwego zwierza, uwięziony w ich śmiertelném uścisku, nie mógł już walczyć. Gdy niedźwiedź padł pod ciosami Vaslinga i Herminga, Jocki zwalił się z nim razem. Był już tylko bezwładnym trupem.
— Jest nas już tylko dwóch — mruknął porucznik ponurym głosem — lecz jeżeli mamy umrzéć, nie umiérajmy bez zemsty!
Herming wydobył pistolet, nie rzekłszy ani słowa. Należało przedewszystkiém załatwić się z trzecim niedźwiedziem. Vasling patrzył na stronę i nie widział zbliżającego się zwierza. Gdy podniósł oczy, ujrzał tę straszliwą bestyą, jak ciężkiemi kroki zmierzała ku przedniemu masztowi, przy którym stał Ludwik. Widząc to, porucznik opuścił strzelbę, która miała zadać śmiertelny cios zwierzęciu, i z okrzykiem radości oczekiwał walki niedźwiedzia z śmiertelnym swoim wrogiem.
— Ach... — zawołał — teraz mi zapłacisz za wszystko!
Ludwik, widząc na co się zanosi, jednym zręcznym skokiem znalazł się na przednim reju. Niedźwiedź kroczył wciąż ku niemu i znajdował się już tylko w odległości sześciu stóp. Wówczas Ludwik wymierzył prosto w serce zwierzęcia, co widząc, Vasling podniósł swoję strzelbę, aby zadać cios śmiertelny przeciwnikowi wrazie, jeżeli niedźwiedź padnie bez życia.
Ludwik Cornbutte wypalił, ale niedźwiedź widocznie nie dostał postrzału, bo jednocześnie rzucił się ku rejowi, który zatrzeszczał pod ciężarem olbrzymiego cielska.
Vasling wydał okrzyk radości.
— Herming — zawołał do Norwegczyka — przyprowadź tu Maryą, moję narzeczoną!
Herming zbiegł po schodach do kajuty.
Teraz zwierzę rzuciło się na Ludwika, który skoczył, aby się ukryć za masztem, a w chwili gdy olbrzymia łapa niedźwiedzia miała już dosięgnąć jego głowy, jednym susem przesadził baryerę pomostu i znalazł się tuż obok Vaslinga. Kula świsnęła mu nad głową; porucznik wypalił, lecz chybił. Dwaj przeciwnicy stanęli oko w oko, z nożami w ręku.
Walka, która się teraz rozpoczęła, miała być stanowczą.
Ażeby nasycić swą zemstę, aby odnieść zwycięztwo w oczach Maryi, Vasling nie wzywał pomocy Herminga i przyjął walkę sam.
Przeciwnicy pochwycili się w objęcia, usiłując się wzajemnie zwalić z nóg. Jeden z nich musi umrzéć. Zadawali sobie straszliwe ciosy, a krew popłynęła ze stron obu. Vasling usiłował uwolnić prawe ramię z gniotącego uścisku przeciwnika, aby ująć go za szyję i obalić na ziemię. Cornbutte, który wiedział o tém, iż to byłoby dla niego zgubą, pochwycił przeciwnika za oba ramiona. Wtém jednak sztylet wypadł mu z ręki: uszu jego dosięgnął rozdziérający krzyk Maryi.
Herming wlókł za sobą biédną dziewczynę, a widok ten napełnił szaloną wściekłością duszę Ludwika. Rzucił się na Vaslinga z zajadłą siłą... lecz jednocześnie obaj przeciwnicy uczuli, że jakiś żelazny uścisk przygarnia ich ku sobie.
Niedźwiedź, który w téj chwili zeszedł z górnego pomostu, zbliżył się ku walczącym.
Vasling uczuł na rozpalonéj twarzy oddech zwierzęcia; Ludwik uczuł również pazury jego, zagłębiające się w ciało.
— Do mnie, Herming! — zawołał porucznik.
— Na pomoc, Penellan! — krzyknął Ludwik.
Odgłos kroków dał się słyszéć na schodach. Penellan biegł z pistoletem w dłoni, którego lufę skierował ku uchu olbrzymiego zwierza. Strzał padł... a niedźwiedź wydał wściekły jęk. Łapy jego, pod wrażeniem bólu, rozwarły się, a Ludwik Cornbutte, uwolniony, upadł bez zmysłów na pomost; gdy jednak zwierzę zamknęło uścisk w konwulsyi konania i padło martwe, w uścisku tym jednocześnie runął i trup zgniecionego Vaslinga.

Penellan pospieszył z pomocą Ludwikowi. Na szczęście kapitan nie odniósł żadnéj niebezpiecznéj rany, a po chwili, gdy wracał do przytomności, wraz z piérwszém westchnieniem z ust jego wydarło się imię Maryi.
Niedźwiedź uchwycił obudwu:

— Marya żyje — rzekł Bretończyk. — Vasling zginął, Herming zaś dogorywa, otrzymawszy pchnięcie noża w brzuch.
— A niedźwiedzie?
— I one nie żyją. Wszyscy nasi nieprzyjaciele zginęli, lecz gdyby nie te dzikie bestye, kto wié coby z nami się stało. Opatrzność to sprowadziła te zwierzęta na nasze ocalenie. Dziękujmy Jéj za to całą duszą!
Ludwik i Penellan zeszli do kajuty, a Marya, widząc iż jéj narzeczony żyje, z okrzykiem radości padła w jego objęcia.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Stanisław Marek Rzętkowski.