Otwórz menu główne

Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom I/Część piąta/Rozdział V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.
AGRYKOLA I GARBUSKA.

W godzinę po tych różnych scenach najgłębsza cisza zapanowała w domu przy ulicy Brise-Miche.
Migające się światełko przez szyby szklanych drzwi świadczyło, że Garbuska nie spała jeszcze, gdyż do tego posępnego kącika temi tylko drzwiami dostać się mogło dzienne światło, a drzwi otwierały się na wąskie, ciemne przejście pod dachem.
Stare łóżko, nędzny istół, sitary kuferek i stołek, tak zapełniały to mieszkanie, iż dwie osoby nie miały gdzie usiąść, jeżeli jedna z nich nie usiadła na łóżku.
Pyszny kwiat, który Garbuska dostała od Agrykoli, włożony do szklanki z wodą, postawiony był na stole, założonym bielizną i napełniał przyjemną wonią całą tę nędzną izdebkę, której posiwiałe od wilgoci ściany słabo oświetlała cieniutka świeczka.
Garbuska w ubraniu siedziała na łóżku. Na twarzy jej widać było niepokój, oczy miała zroszone łzami, oparłszy się ręką na poduszce, nachyliła głowę ku drzwiom, przysłuchując się z niecierpliwością i spodziewając się lada chwila usłyszeć Agrykolę.
Serce dziewczyny biło gwałtownie; twarz jej, zawsze blada, nieco zarumieniła się tak mocno była wzruszona.
Czasami spoglądała z przestrachem na list, który trzymała w ręku; list ten odebrał z poczty i położył na stole odźwierny-farbiarz, Ikiedy Garbuska znajdowała się u Franciszki w czasie przybycia Dagoberta.
Po kilku chwilach dziewczyna usłyszała, jak pocichu otworzyły się drzwi, niedaleko od jej izdebki.
— Nareszcie... idzie! — zawołała.
Istotnie wszedł Agrykola.
— Czekałem, aż uśnie mój ojciec — rzekł pocichu kowal, na którego obliczu widać było więcej ciekawości, niż obawy — cóż to jest, moja droga? dlaczego twarz twoja tak zmieniona... płaczesz? cóż to za niebezpieczeństwo, o którem chcesz powiedzieć?
— Zobacz... czytaj — odrzekła drżącym głosem Garbuska, podając śpiesznie otwarty list.
Agrykola zbliżył się do świecy i czytał co następuje
„Osoba, nie mogąca dać się poznać, której jednak wiadomo, jak obchodzi cię Agrykola Baudoin, uprzedza cię, że ten poczciwy młodzieniec będzie jutro aresztowany...“
— Ja!... — zawołał Agrykola, patrząc zdumiony na dziewczynę. — Cóż to ma znaczyć?
— Czytaj dalej — rzekła żywo dziewczyna, składając ręce.
Agrykola czytał, nie chcąc wierzyć swym oczom:
„Jego śpiewka o Dobrych robotnikach została zaskarżona; znaleziono kilka jej egzemplarzy między papierami tajemnego stowarzyszenia, którego przywódcy zostali już uwięzieni, wskutek spisku przy ulicy des Prouvaires...
— Niestety — rzekła dziewczyna, łzami zalana — teraz rozumiem wszystko. Ów człowiek co to wieczorem podsłuchiwał, jak mówił farbiarz... zapewno śledził ciebie.
— Ależ to oskarżenie jest niedorzeczne!... — zawołał Agrykola — nie martw się, moja Garbusko. Ja się nie wdaję w politykę... w mojej śpiewce niema nic nagannego... Czy ja temu winien, że ją znaleziono między papierami jakiegoś tajemnego stowarzyszenia...
I z pogardą rzucił list na stół.
— Czytaj dalej... proszę cię — odrzekła Garbuska — czytaj...
— Jeżeli koniecznie chcesz...
I Agrykola czytał dalej:
„Rozkaz zatrzymania Agrykoli Baudoin został wydany; ani wątpić, że prędzej czy później uznany zostanie za niewinnego... lecz dobrze zrobi, gdy ukryje się przed śledztwem... aby uniknąć tymczasowego uwięzienia na dwa lub trzy miesiące, co byłoby strasznym ciosem dla jego matki, której jedyną jest podporą“.
„Szczery przyjaciel, który zmuszony jest pozostać nieznanym“.
Po chwili milczenia, kowal wzruszył ramionami; twarz jego wypogodziła się, i rzekł, śmiejąc się, do szwaczki:
— Uspokój się, mój Garbusku, nie udadzą się ze mną takie żarciki, znam się na tych figlach... Pomylili się w miesiącu... Zdawało się im może, że dziś Prima-Aprilis.
— Agrykolo... na miłość Boską — odezwała się Garbuska błagającym głosem — nie bierz tego tak lekko... Wierz mym przeczuciom... Słuchaj tej przestrogi...
— Powtarzam ci jeszcze... moja kochana, wszak już od dwóch przeszło miesięcy moja śpiewka o Robotnikach została wydrukowana, a nie jest bynajmniej treści politycznej, zresztą nie czekanoby dotąd z zakazaniem jej...
— Ale uważaj, zmieniły się okoliczności; ledwo dwa dni temu odkryty został spisek tu, niedaleko, przy ulicy Prouvaires... A jeżeli twoje wiersze, nieznane może dotąd, znalezione zostały u osób aresztowanych za ten spisek... to już dosyć...
— Czyliż więc sprawiedliwość jest ślepą... bo każdy przecież spostrzeże, iż w tem nic zgoła niema karygodnego.
— Agrykolo! — rzekła rozpaczająca dziewczyna, widząc, że kowal żartuje jeszcze — przypomnij sobie Remigjusza?... twego warsztatowego kolegę.
— Remigjusza?
— Tak, jego list... choć bardzo mało znaczący, znaleziony został u osoby aresztowanej roku zeszłego za spisek... i on siedział miesiąc w areszcie.
— Prawda, mój Garbusku, wkrótce jednak uznano go jako niewinnego i wypuszczono.
— Ta, ale miesiąc wysiedział, czego właśnie unikać ci radzą, i słusznie... Agrykolo, zastanów się dobrze... miesiąc w areszcie... a matka twoja...
Te słowa Garbuski sprawiły silne wrażenie na Agrykoli; wziął list i powtórnie z uwagą go przeczytał.
— A ów człowiek, co to cały wieczór skradał się koło domu? — podchwyciła dziewczyna. — Zawsze się do niego wracam... To nie napróżno... Ach, mój Boże!... Jakiżby to był cios dla twego ojca, dla twej matki, która już teraz nic zarobić nie może!... Czyż nie ty jeden tylko jesteś teraz podporą? Zastanów się nad tem; gdyby nie ty i twoja praca, cóżby oni poczęli?
— W rzeczy samej... byłoby to okropne — rzekł Agrykola, list na stół rzucając — w tem, co mi mówisz o Remigjusza, masz słuszność... On był równie niewinny, jak ja; pomyłka w sądzie... bez wątpienia pomyłka mimowolna, niemniej jednak była dla niego dotkliwą... Ale raz jeszcze mówię, nie aresztują nikogo bez przesłuchania go.
— Nie — rzekła Garbuska, — u nas we Francji najprzód aresztują, a potem dopiero badają, po miesiącu lub dwóch uwalniają... i jeżeli ów nieszczęśliwy ma żonę, dzieci, które żyją jedynie z jego codziennej pracy... cóż się z niemi dzieje, gdy jedyna ich podpora siedzi w więzieniu?... cierpią głód, zimno i płaczą...
Na te proste, ale wzruszające słowa, Agrykola zadrżał.
— Miesiąc bez pracy — powtórzył ze smutną, zamyśloną miną. — A moja matka... A mój ojciec... a dwie panienki, które także należą do naszego domu, dopóki marszałek Simon lub jego ojciec nie przybędzie do Paryża... Ach! słusznie mówisz, ta myśl przeraża mnie...
— Agrykolo — zawołała nagle Garbuska — gdybyś się udał do pana Hardy, on taki dobry, tak poważny, gdyby on za ciebie zaręczył, pewnoby ciebie nie prześladowano?
— Na nieszczęście, niema go teraz w domu, podróżuje z ojcem marszałka Simon.
Potem, znowu po chwili milczenia, dodał Agrykola, usiłując przezwyciężyć obawę:
— Ale nie, nie mogę wierzyć temu listowi... niech będzie co chce, wolę czekać skutku... Przynajmniej odniosę tę korzyść, że wykażę swoją niewinność zaraz przy pierwszem posłuchaniu... bo zresztą, mój Garbusku, czy to ja będę w więzieniu, czy przymuszony ukrywać się, w każdym razie moja rodzina pozbawiona zostanie mego zarobku...
— Ach! to prawda — rzekła dziewczyna — cóż więc czynić, mój Boże!... co czynić?...
— Ach, mój kochany ojciec! — pomyślał sobie Agrykola — jeżeli to nieszczęście jutro ma nastąpić... jakież będzie przebudzenie dla niego... dla niego, co tak wesoło zasnął.
I kowal zakrył twarz rękoma.
Na nieszczęście, obawy Garbuski nie były przesadzone, gdyż w owej epoce 1832 r. przed i po spisku przy ulicy Prouvaires, bardzo często aresztowano robotników.
Wtem Garbuska przerwała milczenie, od kilku minut trwające; żywy rumieniec wystąpił na jej twarz, na której malował się przymus, żal i nadzieja.
— Agrykolo, jesteś ocalony!... — zawołała.
— Co mówisz?
— Ta pani, tak piękna, tak dobra, co dała ci ten kwiat (tu Garbuska wskazała na kwiat), tak delikatnie powetować umiała ofiarowanie obrażającej nagrody... ta pani musi mieć dobre serce... udaj się tylko... do niej...
Na te słowa które szwaczka wymawiała, jakby zadając sobie gwałt, łzy potoczyły się jej po twarzy.
Pierwszy raz w życiu doświadczyła uczucia zazdrości... każda kobieta byłaby szczęśliwa, gdyby sama mogła przyjść z pomocą temu, którego ubóstwia, ale ona, biedna, nic więcej nie mogła.
— Czy tak sądzisz? — spytał Agrykola zdziwiony — a cóżby tu poradzić mogła ta panna?
— Czyż nie powiedziała ci: pamiętaj moje imię, i w każdej okoliczności udaj się do mnie?
— Tak...
— Ta panna, w swym wysokim stanie, musi znać najznakomitsze osoby, które mogłyby udzielić ci opieki, obronić... idź do niej jutro rano, wyznaj jej szczerze, co cię spotyka... proś ją o pomoc.
— Ależ powiedz mi, mój Garbusku, cóż ona ma zrobić?
— Słuchaj, przypominam sobie, jak niegdyś opowiadał nam nasz ojciec, że obronił kogoś od uwięzienia, składając zań kaucję... Łatwo ci będzie przekonać tę panią o twojej niewinności... niech ci wyświadczy to dobrodziejstwo, składając za ciebie kaucję; a wtedy, zdaje mi się, że nie będziesz miał już czego się lękać...
— Ach! moja kochana... prosić kogo o taką łaskę, kogoś, kogo się nie zna, to bardzo przykro...
— Wierz mi, Agrykolo — rzekła smutnie Garbuska — nie doradzałabym ci nic takiego, coby mogło poniżyć cię w czyichkolwiek oczach... a nadewszystko... słyszysz... nadewszystko w oczach tej osoby. Nie idzie tu o to, abyś żądać miał od niej pieniędzy dla siebie, ale żeby dała kaucję, któraby ci pozwoliła nie przestawać pracować i utrzymywać rodzinę ze swego zarobku... Wierz mi, Agrykolo, taka prośba nie jest z twej strony nieszlachetną... serce tej pani musi być wspaniałomyślne... ona ciebie zrozumie, ta kaucja dla niej będzie niczem... a dla ciebie wszystkiem. Od niej zależeć będzie utrzymanie życia twej rodziny...
— Słusznie mówisz, Garbusku — odrzekł kowal, smutny, i udręczony — może to i lepiej będzie spróbować... Jeżeli ta panna zgodzi się dać za mnie kaucję i jeżeli mnie to uchroni od więzienia... będę przygotowany na wszelki wypadek...
— Ale nie, nie — dodał Agrykola, wstając — nie, nigdy nie ośmielę się udać o to do tej pani. Jakiem prawem mógł, bym to uczynić?... Czemże jest mała, przezemnie wyświadczona przysługa... w porównaniu z tem, czegobym żądać miał od niej.
— Sądzisz więc, Agrykolo, że szlachetna dusza mierzy dobrodziejstwa, jakie ma wyświadczyć, — mierzy temi, których doznała?... ufaj mi w tem wszystkiem, co dotyczy serca, biedna jestem i z nikim równać się nie mogę; tak, nic nie mogę, nic nie mogę. A jednakże pewna jestem... tak, Agrykolo... pewna jestem... że ta pani, pod każdym względem, tak wyższa ode mnie, uczuje to, co ja czuję w tej chwili... tak samo, jak ja, zrozumie twoje okrutne położenie i uczyńi z radością, z uciechą, z wdzięcznością, to, cobym ja uczyniła... gdybym cośkolwiek uczynić mogła.
Garbuska, niechcący, wymówiła ostatnie słowa z takim wyrazem żalu; w tem porównaniu, jakie biedna, wzgardzona, ułomna dziewczyna uczyniła, w porównaniu siebie z Adrjanną Cardoville, promieniejącą bogactwami, młodością i pięknością, było coś tak wzruszającego, iż Agrykola od łez wstrzymać się nie mógł; podał rękę Garbusce i rzekł jej rzewnym głosem:
— O! jaka ty jesteś dobra, ile w — tobie szlachetności, rozsądku i delikatności...
— Na nieszczęście... nie mogę nic więcej uczynić... tylko radzić.
— A ja pójdę za twoją radą, mój Garbusku; są to rady najwznioślejszej duszy, jaką mi się zdarzyło poznać... A przytem, ty mnie ośmieliłaś przeświadczeniem, że serce panny Cardoville... może być równe twojemu...
Na to szczere, naiwne porównanie, Garbuska prawie zapomniała o wszystkiem, co wycierpiała, tak wzruszenie jej było słodkie, pocieszające.
Jeżeli bowiem niektóre istoty, skazane na cierpienia, mają bóle nieznane ludziom światowym, mają też one swoje skromne pociechy i radości, których słodyczy świat nie zna...
Najmniejsze przyjazne słówko, które ich we własnych oczach podnosi, bywa dla tych biednych istot, przywykłych do pogardy, do powątpiewania o sobie samych, niewymownie błogiem.
— Więc zgoda, pójdziesz jutro rano do tej pani... nieprawdaż?... — zawołała Garbuska.
— Ze świtem ja pilnować będę przed bramą na ulicy, aby zobaczyć, czy ci nie grozi jakie niebezpieczeństwo, abym mogła cię przestrzec...
— Jakaś ty dobra i zacna — rzekł Agrykola coraz bardziej wzruszony.
— Musisz wyjść z domu, zanim się przebudzi twój ojciec... Dzielnica, gdzie mieszka ta pani, jest tak odludna... iż, kiedy tam pójdziesz, to będzie prawie to samo, jakgdybyś się ukrył...
— Zdaje mi się, że słyszę głos mego ojca — rzekł nagle Agrykola.
Istotnie, izdebka Garbuski była tak blisko izdebki kowala, iż oboje, przysłuchując się, usłyszeli Dagoberta, wołającego:
— Agrykolo!... czy ty śpisz, chłopcze?... ja już się przespałem... i język mnie świerzbi...
— Idź prędko, Agrykolo — rzekła Garbuska — twoja nieobecność mogłaby go zaniepokoić... W każdym razie nie wychodź jutro rano, dopóki ci nie powiem... czym widziała co takiego, coby cię mogło zaniepokoić.
— Agrykolo.. czy jesteś? — zawołał Dagobert głośniej.
— Jestem, mój ojcze — rzekł kowal, wychodząc z izdebki Garbuski i wchodząc do ojca — chodziłem przymknąć okno w dymniku, którem wiatr kołatał... obawiałem się, żeby cię stukanie nie obudziło.
— Dziękuję ci, moje dziecko, ale nie to mnie przebudziło — rzekł wesoło Dagobert — tylko niepohamowana chęć gadania z tobą... Ach, moje dziecko, trudno staremu ojcu oprzeć się gorączce uciech, uciechy z synem, którego przez lat osiemnaście nie widział...
— Może chcesz, kochany ojcze, światła?
— Nie, nie, to zbytek, mówmy pociemku... tem więcej będę miał uciechy widzieć cię znowu jutro rano... będzie to, jakbym widział cię znów pierwszy raz.
Drzwi izdebki Agrykoli zamknęły się i Garbuska nic już nie słyszała...
Biedna rzuciła się na łóżko tak, jak była w ubraniu, aby czuwać całą noc nad Agrykolą.
Jednak pomimo żywego niepokoju o jutro, oddawała się czasem melancholijnym marzeniom; porównywała rozmowę, jaką.miała dopiero co, pocichu, w nocy, z tym, którego skrycie kochała, z rozmową, jakąby z nim prowadziła, gdyby się jej dostała w udziale piękność, gdyby tak była kochaną, jak ona kochała, miłością czystą, poświęcającą się...
Lecz myśląc znowu, że nigdy nie miała poznać zachwycających słodyczy podzielanego uczucia, szukała pociechy w nadziei, że jest dla Agrykoli użyteczną.
Skoro zaświtało, Garbuska wstała pocichu i zeszła po Schodach jak najostrożniej, aby zobaczyć, czy niema jakiego niebezpieczeństwa dla Agrykoli.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.