Otwórz menu główne

Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom I/Część piąta/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.
POWRÓT.

Pięć minut nawet nie upłynęło, a już Agrykola powrócił. Na jego bladej twarzy znać było pomieszanie, w oczach miał łzy, ręce mu drżały; ale zarazom oblicze jego tchnęło szczęściem jakiemś i nadzwyczajnem rozczuleniem.
Stał przez chwilę we drzwiach, jakgdyby wzruszenie nie pozwalało mu zbliżyć się do matki.
Franciszka miała już tak osłabiony wzrok, iż zrazu nie zauważyła zmiany na twarzy syna.
— I cóż tam, moje dziecko?.. O co chodziło farbiarzowi? — zapytała.
Lecz zanim kowal zdążył odpowiedzieć, Garbuska zawołała:
— Ach! mój Boże... Agrykolo... cóż to jest? Dlaczegoś taki blady?
— Matko! — rzekł młody rzemieślnik zmienionym głosem, prędko zbliżając się do Franciszki i nie odpowiadając Garbusce, — kochana matko, możesz się spodziewać czgoś, co cię mocno zadziwi... ale przyrzecz. mi, że będziesz spokojna.
— Cóż to jest... Jak ty drżysz!... Spójrz na mnie!... Garbuska słusznie mówi — ty bardzo zbladłeś...
— Kochana matko... — Agrykola ukląkł przed Franciszką i ujął ją za ręce — trzeba... nie wiesz... ale...
Kowal nie mógł dokończyć, płacz radości tłumił mu głos.
— Ty płaczesz, moje dziecko... Przebóg! cóż to jest?... Przerażasz mnie!...
— Przerażam... o! nie... przeciwnie — odrzekł Agrykola, ocierając oczy; — ucieszysz się, bardzo się ucieszysz... Ale raz jeszcze proszę cię, abyś zachowała się spokojnie, gdyż zbyt wielka radość zaszkodzić może, tak samo jak zbyt wielkie zmartwienie....
— Jakto?
— Powiedziałem ci, że przybędzie... tak... mówiłem ci to....
Powstała z krzesła.
Lecz jej zdziwienie, jej wzruszenie było tak mocne, iż chwyciła się ręką za serce, aby przytłumić jego gwałtowne bicie, potem uczuła osłabienie.
Syn przytrzymał ją i dopomógł, aby znowu usiadła.
Garbuska stała do tego czasu na boku, nie mieszając się wcale do tej rozmowy, lecz teraz zbliżyła się nieśmiało, sądząc, że może być użyteczną, gdyż twarz Franciszki mieniła się coraz bardziej.
— Matko! nie trać przytomności, uspokój się — mówił kowal — już wszystko skończyło się dobrze, teraz już tylko cieszyć się będziemy szczęściem oglądania ojca.
— Mego biednego Baudoina... po osiemnasto-letniej rozłące... nie! temu uwierzyć nie mogę — rzekła Franciszka, łzami się zalewając. — Czy to prawda, ach, mój Boże! czy to tylko prawda?
— To jest taką prawdą... iż gdybyś mi, matko, przyrzekła, że nie będziesz nazbyt wzruszona... powiedziałbym ci, kiedy go zobaczysz.
— Ach! wkrótce... nieprawdaż?
— Tak... niezadługo.
— Ale kiedyż przybędzie?
— Może jutro... może dziś jeszcze.
— Dziś?...
— A więc tak! moja matko... wreszcie muszę powiedzieć ci: ojciec przybywa... już przybył...
— Jest... jest...
I dalej Franciszka mówić już nie mogła.
— Ojciec w tej chwili właśnie jest na dole; zanim wszedł, poprosił farbiarza, aby mnie uprzedził, abym cię przygotował do zobaczenia... bo dobry ojciec obawiał się, iżby nagła radość nie zaszkodziła ci...
— O! mój Boże...
— A teraz — zawołał kowal z wybuchem niewymownej radości — tak, on jest tam... czeka... Ach moja matko.... już od dziesięciu minut ledwie mogę wytrzymać, serce mi o mało co nie wyskoczy.
I, podskoczywszy, otworzył drzwi.
W progu ukazał się Dagobert, trzymając za ręce Różę i Blankę.
Zamiast rzucić się w objęcia męża, Franciszka, padłszy na kolana, modliła się.
Wznosząc się duchem do Boga, dziękowała mu serdecznie, że wysłuchał jej modłów i że tak wynagrodził jej ofiary.
Przez chwilę milczeli wszyscy i pozostali nieruchomi.
Agrykola, powodowany uczuciem uszanowania i delikatności, które jednak ledwie mogły powściągnąć uniesienie radości i czułości, nie śmiał rzucić się na szyję Dagoberta; czekał niecierpliwie, aż matka skończy modlitwę.
Żołnierz doświadczał podobnego jak i kowal uczucia; obadwaj się zrozumieli; pierwsze ich spojrzenia na siebie wyrażały ich tkliwość i uwielbienie dla tej dobrej kobiety.
Róża i Blanka, zdumione, wzruszone, patrzyły z zajęciem na klęczącą kobietę, gdy tymczasem Garbuska pocichu zalewała się łzami radości na myśl o szczęściu Agrykoli, i schroniła się w najciemniejszy kąt izby, uważając, że jest obcą, a zatem zapomnianą pośród tego rodzinnego zebrania.
Franciszka wstała i podeszła ku mężowi, który ją wziął w objęcia.
Nastąpiła chwila uroczystego milczenia.
Dagobert i Franciszka słowa do siebie nie wymówli; słychać było tylko westchnienia, przerywane łkaniem i oddechem radości.
A gdy oboje starzy podnieśli głowy, twarze ich były spokojne, wesołe, pogodne, bo zupełne zadowolenie uczuć prostych i czystych nigdy nie zostawia po sobie gorączkowego, gwałtownego wzburzenia.
— Dzieci moje — wyrzekł żołnierz wzruszonym głosem, pokazując sierotom Franciszkę, która, uspokoiwszy się po pierwszem uniesieniu, patrzyła na nie ze zdziwieniem — to moja dobra, zacna żona... będzie ona dla córek generała Simon tem, czem ja byłem dla nich...
— Pani obchodzić się też będzie z nami, jak ze swemi dziećmi — rzekła Róża, zbliżając się ze swoją siostrą do Franciszki.
— Córki generała Simon... — zawołała, coraz bardziej zdziwiona żona Dagoberta.
— Tak, kochana Franciszko, to one... i przyprowadzam je zdaleka... nie bez trudu, opowiem ci potem wszystko.
— Biedne panienki... powiedziałby kto, że to dwa podobne do siebie aniołki — rzekła Franciszka, przypatrując się sierotom z zajęciem i zdziwieniem.
— Teraz... my dwaj... — rzekł Dagobert, zwracając się do syna.
— Nareszcie! — zawołał Agrykola.
Niepodobna opisać wybuchu radości Dagoberta i jego syna, tego szczęścia, z jakiem żołnierz przypatrywał się Agrykoli, opierał swe ręce na szerokich ramionach młodego kowala, aby lepiej napatrzyć się jego męskiej, otwartej twarzy, wysmukłej, silnej budowie ciała; potem znowu go przyciskał do piersi, mówiąc:
— Ach! co za piękny chłopiec... a jak dobrze zbudowany, jak dobrze wygląda... Tęgi zuch!...
Garbuska, ciągle stojąc w kącie izby, cieszyła się ze szczęścia Agrykoli; ale obawiała się, aby jej obecność, dotąd niepostrzeżona, nie była uważana za natrętną.
Chciałaby oddalić się, nie będąc widziana; ale nie mogła. Dagobert i Agrykola zasłaniali sobą drzwi; pozostała więc, nie mogąc oderwać oczu od ślicznych twarzyczek Róży i Blanki. Nic w świecie piękniejszego nie widziała, a nadzwyczajne podobieństwo obu dziewczyn powiększało jeszcze jej podziw; skoro wreszcie ich skromne ubiory żałobne zdawały się znamionować ich ubóstwo, Garbuska mimowoli uczuła dla nich jeszcze większą sympatję.
— Kochane dzieci! zimno im, drobne ich rączki zgrabiały, a, jak na nieszczęście, ogień w piecu wygasł — mówiła Franciszka.
I usiłowała w swoich dłoniach rozgrzać ręce sierot, kiedy tymczasem Dagobert i syn rozpływali się w uczuciach tak dawno tłumionego przywiązania.
Skoro tylko Franciszka wymówiła, że ogień zgasł w piecu, Garbuska, chcąc się przysłużyć i pokazać, że niedaremną tu jest jej obecność, pobiegła do alkierza, gdzie leżały węgle i drzewo, przyniosła kilka kawałków, uklękła przy piecyku z lanego żelaza i, znalazłszy kilka żarzących się węgielków w popiele, roznieciła ogień, który niebawem z hukiem się rozpalił; potem, nalawszy wody do imbryczka, postawiła go na piecu, przewidując, że będzie potrzebny jaki ciepły napój dla panienek.
Garbuska zajmowała się tem wszystkiem tak zręcznie i cicho, a przytem, co jest bardzo naturalne, tak mało zważano na nią podczas tych uniesień radości rodzinnej, iż Franciszka, cała zajęta Różą i Blanką, wtedy dopiero obejrzała się na płonący w piecu ogień, gdy czuć się dało od niego w izbie ciepło i woda zaczęła się z szumem gotować.
Nie zdziwiło to jednak żony Dagoberta, tembardziej, że zadumała się, w jaki sposób pomieścić dziewczynki, gdyż, jak wiadomo, żołnierz nie uprzedził jej o swem przybyciu.
Wtem niespodzianie kilkakrotne, przytłumione szczekanie psa dało słyszeć się za drzwiami.
— A! to mój stary Ponury — rzekł Dagobert, otwierając drzwi swemu psu, — on także chce wejść, aby poznać rodzinę.
Ponury wbiegł wesoło; w minutę był, jak to mówią, już jak w swym własnym domu. Obtarłszy długi pysk najprzód o ręce Dagoberta, przyszedł z kolei do Róży i Blanki, do Franciszki i do Agrykoli; potem, widząc, że mniej nań zważano, podbiegł do Garbuski, która nieśmiało chowała się w najciemniejszym kącie izby: wtedy, idąc za przysłowiem: „przyjaciele naszych przyjaciół — są naszymi przyjaciółmi“, Ponury lizać zaczął ręce młodej wyrobnicy, o której wszyscy w tej chwili zapomnieli.
I dziwić się nie można, że pieszczoty te do łez wzruszyły Garbuskę; kilkakrotnie białą chudą ręką pogłaskała po głowie Ponurego, potem, sądząc, że już do niczego nie jest przydatną, gdyż uczyniła już wszystko, co uważała za potrzebne, wzięła piękny kwiat, podarowany jej przez Agrykolę, otworzyła drzwi lekko i wyszła tak nieznacznie, iż nikt nie spostrzegł jej odejścia.
— Biedna Franciszko — rzekł żołnierz, wskazując wzrokiem na Różę i Blankę — nie spodziewałaś się nigdy tak pięknych gości?
— Mój przyjacielu, mnie to tylko martwi — odpowiedziała Franciszka, — że panny, córki generała Simon, nie mają okazalszego mieszkania, niż nasze... bo oprócz tej izdebki i poddasza Agrykoli...
— Niema nic więcej?
— Są tu wprawdzie i piękniejsze pokoje, ale...
— Bądź spokojna — przerwał Dagobert — biedne te dzieci przywykły już przestawać na tem, co mieć mogą... jutro zrana, wziąwszy się za ręce z mym chłopcem, pójdziemy do ojca generała w fabryce pana Hardy i pomówimy z nim o interesach...
— Jutro, ojcze — rzekł Agrykola do Dagoberta — jutro nie zastaniesz w fabryce ani pana Hardy, ani ojca marszałka Simona...
— Co ty mówisz? — rzekł żywo Dagobert — marszałka?
— A tak, od roku 1830, przyjaciele generała Simon postarali się, aby mu przyznany został tytuł, który mu nadał cesarz po bitwie pod Ligny.
— Czy tak? — zawołał Dagobert ze wzruszeniem — o! nie powinno to mnie dziwić... bo zresztą postąpiono bardzo sprawiedliwie...
Potem, zwracając się do dziewcząt, rzekł:
— Słyszycie, moje dzieci... przybywacie do Paryża, jako córki księcia i marszałka... prawda, że tegoby o was nie pomyślano, widząc was w tej prostej izbie, moje księżniczki... ale cierpliwości, wszystkiemu da się zaradzić; ojciec Simon musiał być bardzo kontent, dowiedziawszy się, że syn jego odzyskał swój tytuł... co, Agrykolo?...
— Powiedział, że oddałby wszystkie stopnie i tytuły, byleby mógł oglądać syna... Zresztą, marszałek jest spodziewany lada chwila, gdyż ostatnie jego listy z Indji zapowiadają jego powrót.
Na te słowa Róża i Blanka spojrzały na siebie i łzy stanęły im w oczach.
— Bogu dzięki! ja i dzieci liczymy na ten powrót... ale dlaczegóż nie zastaniemy jutro w fabryce ani pana Hardy, ani ojca Simona?
— Przed dziesięcioma dniami wyjechali, aby obejrzeć i zbadać zakład fabryczny angielski, założony w jednym z południowych departamentów, ale lada dzień wrócą.
— Do kata... to mi nie na rękę... Sądziłem, że będę mógł pomówić z ojcem Simonem o ważnych interesach; zresztą trzeba się dowiedzieć, gdzie do niego pisać. Jutro więc, mój synu, dasz mu znać, że przybyły jego wnuczki... Tymczasem, moje dzieci — dodał żołnierz, zwracając się do Róży i Blanki — żona moja da wam swoją pościel, i bądź co bądź, nie gorzej wam tu będzie, niż w podróży.
— Wiesz, że nam zawsze będzie dobrze przy tobie i przy pani — odrzekła Róża.
— A przytem, myślimy tylko o szczęściu, że nareszcie jesteśmy w Paryżu... tu bowiem wkrótce znajdziemy naszego ojca — dodała Blanka.
— A przy takiej nadziei łatwo być cierpliwym, wiem o tem dobrze — rzekł Dagobert; — ale to wszystko jedno, wobec tego, coście słyszały o Paryżu, musicie teraz być wielce zdziwione, moje dzieci. Ani słowa! dotąd, nie znalazłyście jeszcze takiego złotego miasta, o jakiem się wam marzyło; ale trochę cierpliwości... a zobaczycie, że Paryż nie jest tak brzydki, jak się wydaje...
— A przytem — rzekł wesoło Agrykola — pewny jestem, że dla pań, dopiero z przybyciem marszałka Simon, Paryż stanie się prawdziwem złotem miastem.
— Masz słuszność, panie Agrykolo — odrzekła Róża z uśmiechem — odgadłeś nas.
— Jakto! Pani znasz moje imię?
— O! panie Agrykolo, często mówiłyśmy o panu z ojcem pańskim, a ostatnim razem i z Gabrjelem — dodała Blanka.
— Z Gabrjelem! — zawołali Agrykola i jego matka, oboje wielce zdziwieni.
— Ach! tak — powiedział Dagobert, wskazując sieroty — wystarczy nam na dwa tygodnie opowiadania o nim, a między innemi, jak spotkaliśmy się... O! wart on być moim synem, jak Agrykola... i obaj godni są, aby się kochali jak bracia... O! ty dobra... bardzo dobra jesteś, moja żono — dodał Dagobert z uczuciem — i bardzo pięknie uczyniłaś, że chociaż tak uboga, przybrałaś biedne dziecko za swoje, wychowałaś je wraz z swojem własnem... O! to ślicznie, bardzo ślicznie!...
— Nie mówmy o item, mój drogi, bo to rzecz bardzo prosta...
— Masz słuszność, ale ja ci to później wynagrodzę, zapisz to w swym rachunku... Tymczasem, ujrzysz go pewno jutro zrana...
— Kochany brat!... i on także przybywa — zawołał kowal — niechże teraz kto powie, że niema pewnych dni szczęśliwych!... A jakże się z nim spotkaliście, wy, mój ojcze?
— Co za wy?... mój chłopcze, czy to dlatego, że układasz śpiewki, nie chcesz do ojca mówić ty?
— Mój ojcze...
— Musisz mi mówić: ty... Co do Gabrjela, powiem ci zaraz, gdzie i jak spotkałem się z nim, bo mylisz się, jeżeli myślisz, że będziesz mógł spać; odstąpisz mi połowę swej izdebki... i będziemy gadali... Ponury pozostanie za drzwiami tej izby; oddawna on już przywykł znajdować się zawsze blisko tych dzieci.
— Ach! mój kochany mężu, a ja o niczem nie pomyślałam... ale widzisz... w takiej chwili... Może ty i panienki zjedlibyście wieczerzę... Agrykola przyniósłby co z traktjerni.
— Cóż wy na to, moje dzieci?
— Nie, dziękujemy, Dagobercie, nie chce się nam jeść, szczęśliwe jesteśmy...
— Jednakże napijcie się ciepłej wody z winem i cukrem, abyście się rozgrzały, moje kochane panienki — rzekła Franciszka — bo, jak na nieszczęście, w tej chwili niema nic lepszego.
— Tak, tak, dobrze mówisz, kochana Franciszko, biedne dzieciska utrudziły się; położysz je spać... Tymczasem ja pójdę z chłopcem do jego izdebki, a jutro raniuteńko, zanim Róża i Blanka obudzą się, przyjdę do ciebie i pomówimy z sobą, aby Agrykola miał wolną chwilę do spania.
Wtem mocno zapukano we drzwi.
— To pewno dobra Garbuska przychodzi zapytać, czy jej nie potrzebujemy — odezwał się Agrykola.
— Ale zdaje mi się, że ona tu była, gdy mój mąż przybył — odpowiedziała Franciszka.
— Słusznie mówisz, matko, biedne dziewczynisko, nikt nie widział, gdy wyszła, żeby się nie naprzykrzać... ona jest tak wyrozumiałą... Ale to nie ona tak mocno puka.
— A zobacz, Agrykolo, kto tam jest — rzekła Franciszka.
Zanim kowali zdążył dojść do drzwi, już się one otworzyły i mężczyzna, porządnie ubrany, poważny, wszedł, postąpił kilka kroków, obejrzał się wkoło i na chwilę zatrzymał wzrok na Róży i Blance.
— Pozwól pan sobie powiedzieć — rzekł doń Agrykola, — że, zapukawszy... mogłeś zatrzymać się, ażeby ci odpowiedziano: proszę!... Ale czego pan żądasz?
— Przepraszam pana — odrzekł bardzo uprzejmie ów jegomość, nader wolno mówiąc, dlatego może, aby zyskać na czasie i dłużej być w izbie, — stokrotnie pana przepraszam... żałuję mojej pomyłki... zawstydza mnie to, że...
— Mniejsza o to — rzekł kowal niecierpliwie — czego pan chcesz?
— Czy nie tu... mieszka panna Saliveau, wyrobnica, garbata?
— Nie, panie, to na górze — odrzekł Agrykola.
— Och! serdecznie przepraszam pana za moją pomyłkę, przepraszam... Myślałem, że wchodzę do tej młodej szwaczki, której mam powierzyć robotę od pewnej osoby..
— Ależ to, panie, już bardzo późno — rzekł zdziwiony Agrykola — my znamy wszyscy tę młodą osobę; przyjdź pan jutro, dziś się z nią nie zobaczysz, bo już śpi...
— A to raz jeszcze proszę wybaczyć mi...
— Bardzo dobrze, bardzo dobrze — odpowiedział Agrykola, postępując ku drzwiom...
— Proszę panią i panienki, jak i pana... aby byli pewni, że...
— Jeżeli pan tak będziesz przeciągał — rzekł Agrykola — wypadnie także, abyś prosił o przebaczenie za te długie usprawiedliwianie, i to się nigdy nie skończy.
Na te słowa Agrykoli, które do śmiechu pobudziły Różę i Blankę, Dagobert pogłaskał sobie wąsy z dumą i zadowoleniem.
— Mój chłopiec jest dowcipny — rzekł pocichu do żony — ciebie to nie dziwi, ty już oswoiłaś się z tem.
Tymczasem ów ceremoniant wyszedł, rzuciwszy przeciągłe i ostatnie spojrzenie na dwie siostry, na, Agrykolę i na Dagoberta.
W kilka chwil potem Franciszka, położywszy dla siebie materac na podłodze i przykrywszy pościel czystem prześcieradłem dla sierot, układała je do snu z prawdziwie macierzyńską troskliwością, Dagobert zaś i Agrykola poszli na górę.
W chwili kiedy kowal, ze świecą w ręku, prowadząc ojca, przechodził przed izdebką Garbuski, ta, nawpół ukryta w cieniu, rzekła doń prędko a cicho.
— Agrykolo, wielkie grozi ci nieszczęście... muszę z tobą pomówić.
Słowa te wyrzekła szwaczka tak cicho, iż Dagobert ich nie usłyszał; ale ponieważ Agrykola nagle się zatrzymał, drgnąwszy, żołnierz zapytał go:
— Cóż to, mój synu... co to jest?
— Nic, mój ojcze — odrzekł kowal, obracając się. — Sądziłem, że niedobrze ojcu świecę.
— Bądź spokojny... tego wieczora mam oczy i nogi jak w piętnastym roku życia.
I, nie spostrzegając zdziwienia syna, żołnierz wszedł z nim do małej izdebki pod dachem, gdzie obaj mieli nocować.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ugrzeczniony mężczyzna, który przyszedł zapytać o Garbuskę, po wyjściu z mieszkania żony Dagoberta, udał się na koniec ulicy Brise-Miche.
Tu zbliżył się do dorożki, stojącej na małym placu przed klasztorem Sainit-Miche.
W dorożce siedział Rodin, obwinąwszy się płaszczem.
— I cóż? — zapytał.
— Dwie młode panny i mężczyzna z siwymi wąsami weszli do Franciszki Baudoin — odpowiedział zapytany — bo nim do drzwi zapukałem, mogłem słuchać i słyszeć przez kilka minut... młode panny nocować będą u Franciszki Baudoin. Starzec z siwymi wąsami spać będzie w izdebce z kowalem.
— Bardzo dobrze — rzekł Rodin.
— Nie śmiałem nalegać na to — odpowiedział ugrzeczniony jegomość — aby koniecznie widzieć się tego wieczora z garbatą szwaczką, ale jutro pójdę dowiedzieć się gdzie mieszka Bachantka i o skutku listu, który odebrać już musiała z poczty, co do młodego kowala...
— Nie zapomnij; a teraz pójdziesz ode mnie do spowiednika Franciszki Baudoin, chociaż już późno, i powieś mu, że czekam na niego przy Ulicy Środek-Ursynów; niech-że się tam uda w tejże chwili.. nie tracąc ani minuty czasu... nie odstąpisz go; jeżelibym ja nie powrócił jeszcze niech na mnie zaczeka... powiedz mu, że idzie o rzeczy nader ważne...
— Wszystko to wykonam — odrzekł ugrzeczniony jogomość, nisko się kłaniając Rodinowi.
Dorożka potoczyła się szybko.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.