Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom I/Część pierwsza/Rozdział V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ V.
RÓZIA I BLANKA.

Sieroty zajmowały małą nędzną izdebkę, w najodleglejszym budynku oberży. Jedyne okienko wychodziło na pole: łóżko bez firanek, stolik i dwa krzesła, stanowiły umeblowanie, więcej aniżeli skromne, tego zakątka, oświeconego jedną lampą; na stoliku, stojącym u okna, leżał tornister Dagoberta.
Ponury, duży, płowy pies sybirski, leżał u drzwi, i dwa razy już zawarczał, zwracając głowę ku oknu, lecz dalej nie posuwał oznak niechęci.
Dwie siostry, do połowy leżąc na łóżku, owinięte były w długie białe szlafroczki zapięte guziczkami u szyi i rękawów. Nie miały czepeczków; szeroka taśma opasywała ich kasztanowe włosy nad skronią, aby się w nocy nie rozrzuciły. Ten biały ubiór, ta biała przepaska na czole, nadawały charakter tem większej niewinności ich świeżym i ładnym twarzyczkom.
Sieroty śmiały się i rozmawiały, bo pomimo wielu zbyt wczesnych zmartwień, zachowrały niewinną wesołość swego wieku; jeżeli wspomnienie matki zasmucało je niekiedy, smutek ten nie miał w sobie goryczy, była to raczej słodka i czuła melancholja, której nietylko nie unikały, lecz nawet szukały; ta zawsze ukochana matka, nie była dla nich umarłą, lecz tylko nieobecną.
Prawie również nieświadome jak Dagobert zwyczajów pobożnych, bo na pustyni, gdzie żyły, nie było, ani kościoła, ani księdza, wierzyły jedynie, bo im powiadano, że Bóg sprawiedliwy i dobry, tyle był litościwym dla biednych matek, których dziatki zostawały na ziemi, że za jego łaską mogły one, z wysokości niebios, widzieć je zawsze, słyszeć zawsze, i że zsyłani są niekiedy na ich obronę aniołowie Stróże.
W tak szczerem przekonaniu, sieroty wierzyły, że oczy matki ciągle zwrócone są na nie, że źle czynić, byłoby ją zasmucać, i nie zasługiwać na opiekę dobrych aniołów.
Tego wieczora sieroty rozmawiały ze sobą czekając na Dagoberta; rozmowa mocno je zajmowała, bo od kilku dni posiadały tajemnicę, wielką tajemnicę, na wspomnienie której często biły ich dziewicze serca, wzdymała się zakwitająca pierś, rumieniec ich jagód w szkarłat się zamieniał, a niekiedy ćmiły się niespokojną i zadumaną tęsknotą duże błękitne, piękne ich oczy.
Rózia zajmowała dzisiaj brzeg łóżka, pulchne jej ręce założone za głowę, którą pochyliła ku siostrze; ta zaś wsparta na łokciu, patrzyła na nią z uśmiechem i mówiła:
— Czy myślisz, że przyjdzie i tej nocy?
— Tak, bo wczoraj... nam obiecał.
— On taki dobry... dotrzyma obietnicy.
— Czy nie uważasz, że on ma coś w swoich oczach? Coś podobnego do oczu naszej matki.
— Nieprawdaż?
— Tak, to mnie właśnie naprzód uderzyło... A głos jego, jaki przyjemny!
— A jaki przytem ładny, jakie długie i jasne ma włosy.
— A jego imię... jakie śliczne...
— Co za dobry uśmiech, jak on rozrzewnia, kiedy nas bierze za rękę... mówiąc czułym i poważnym głosem. „Dzieci moje, błogosławcie Boga, że dał wam duszę jednostajną... To, czego szukają gdzieindziej, znajdziecie w sobie samych... ponieważ macie jedno serce“... dodał.
— Jakżeśmy szczęśliwe, że pamiętamy wszystkie jego słowa! siostro moja.
— My jesteśmy tak uważne... ot!... jak ty go słuchasz, zdaje mi się, że sama słucham, moje iube zwierciadełko? — rzekła Rózia, śmiejąc się i całując siostrę w czoło.
— A kiedy mówi, twoje oczy, a raczej nasze oczy są duże, otwarte, usta poruszają się, jak gdybyśmy powtarzały pocichu każde jego słowo... Nie dziw więc, że nic nie zapominamy z tego, co on mówi.
— A to, co mówi, jest tak piękne, tak szlachetne, tak wspaniałe.
— A przytem, nieprawdaż siostro moja, w miarę jak mówi, ileż dobrych myśli w nas się rodzi! Bylebyśmy tylko zawsze pamiętały o nich...
— Bądź spokojna utkwią one w naszem sercu, jak małe ptaszyny w gniazdeozku; wynajdziemy je, kiedy będzie potrzeba.
— Czy wiesz, Róziu, że to wielkie szczęście, że on kocha nas obie razem.
— Nie mógłby inaczej uczynić, bo obie mamy jedno tylko serce.
— Jak można kochać Rózię, nie kochając Blanki?
— Cóżby się stało z biedną opuszczoną?
— A potem, bardzo trudno byłoby mu wybierać! Tak jesteśmy do siebie podobne.
— Żeby więc oszczędzić sobie kłopotu — rzekła Rózia, śmiejąc się — wybrał nas obie...
— Czyliż tak nie lepiej? on jeden nas kocha... my dwie jego lubimy...
— Byleby tylko nie opuszczał nas aż do Paryża.
— I żebyśmy w Paryżu... także go widywały...
— Nadewszystko w Paryżu... dobrze będzie mieć go przy sobie... w takiem wielkiem mieście... Mój Boże, Blanko, jak tam musi być pięknie...
— Nic nam on jeszcze nie mówił o Paryżu.
— Nie pomyślał widać o tem... A przytem zdaje się niekiedy, że bardzo lubi patrzeć na nas długo, nic nie mówiąc, mając oczy wlepione w nasze oczy.
— Tak, wtedy właśnie uważam, że jego spojrzenie bardzo jest podobne do spojrzenia naszej kochanej matki.
— A ona... jak się musi cieszyć z tego, co nas spotkało... bo widzi nas.
— Tak, bo jeżeli nas tyle kocha, to dlatego, że zasługujemy na to...
— O! jakaś chełpliwa... — rzekła Blanka, bawiąc się gładzeniem włosów siostry, rozdzielonych na jej czole.
Po chwili namysłu, rzekła Rózia:
— Czy nie uważasz, że powinnyśmy opowiedzieć wszystko Dagobertowi?
— Kiedy tak myślisz... opowiedzmy...
— Powiemy mu wszystko, jakeśmy wszystko matce mówiły; dlaczegóż przed nim taić?...
— A zwłaszcza to, co dla nas tak jest mile, bo od czterech dni tylko mówimy o naszem szczęściu.
— A przytem, czy nie uważasz, że serce nasze bije mocniej i prędzej?
— Tak jakby było pełniejsze.
— Rzecz bardzo prosta, nasz przyjaciel zajmuje tam dobre miejsce.
— Dlatego też dobrze uczynimy, opowiadając Dagobertowi, jakie nas szczęście spotkało.
— Masz słuszność, siostro.
W tej chwili pies zawarczał znowu.
— Siostro — rzekła Rózia, tuląc się do Blanki. — Otóż znowu pies warczy, co mu się stało?
— Ponury... ciszej!... pójdź tu — odezwała się Blanka, uderzając rączką po brzegu łóżka.
Pies wstał, znowu zawarczał, i położył na kołdrze swą wielką, pojętną głowę, ciągle spoglądając z ukosa na okno; dwie siostry nachyliły się ku niemu, dla pogładzenia szerokiej głowy, znacznie wypukłej w pośrodku, co dowodzi niepospolitej czystości rasy.
— Czego ty tak warczysz, Ponury? — rzekła Blanka, zlekka pociągnąwszy go za uszy — no, mój dobry psie?
— Biedne zwierzę, zawsze tak niespokojne, kiedy Dagoberta niema.
— Prawda, zdaje się, że wie o tem, iż więcej jeszcze pilnować nas wtedy powinien.
— Siostro, Dagobert spóźnił się powiedzieć nam dobranoc.
— Pewno karmi Jowialnego.
— No! to mi przypomniało, żeśmy nie powiedziały dobranoc naszemu staremu Jowialnemu.
— Mocno mnie to martwi...
— Prawda, taki wesoły, kiedy nam liże ręce... Zdaje się, że dziękuje za nasze odwiedziny...
— Szczęście, że Dagobert powie mu dobranoc za nas.
— Dobry Dagobert! zawsze nami zajęty; jak on nas psuje... My sobie próżnujemy, a on ciągle kłopocze się...
— Lecz jakże temu zaradzić?
— Jakie nieszczęście, że nie jesteśmy bogate, mogłybyśmy zapewnić mu nieco odpoczynku!
— Bogate!... my... niestety! moja siostro... zawsze tylko będziemy biednemi sierotami.
— Ale przecież ten medalik?
— Zapewne, jakaś nadzieja przywiązuje się do tego; inaczej nie wybrałybyśmy się w tak daleką podróż.
— Dagobert obiecał nam wszystko siejszego wieczora. — I dziewczyna mówić dalej nie mogła.
Dwie szyby w oknie strzaskały się z wielkiem łoskotem.
Sieroty, krzyknąwszy przestraszone, rzuciły się w objęcia jedna drugiej, a pies szczekając ze wściekłością rzucił się ku oknu...
Blade, drżące, bezwładne z przestrachu, objąwszy się nawzajem, dwie siostry stłumiły oddech; zdjęte trwogą, nie śmiały rzucić okiem w stronę okna.
Ponury, oparszy przednie łapy o okno, nie przestawał szczekać zajadle.
— Niestety!... cóż się stało? zcicha rzekły sieroty — a tu Dagoberta niema...
Potem Rózia nagle schwyciwszy siostrę za rękę:
— Słuchaj... słuchaj... ktoś idzie po schodach.
— Mój Boże!... zdaje mi się, że to nie Dagoberta chód, czy słyszysz jak ciężkie stąpanie?
— Ponury, pójdź tu... zaraz tu, bronić nas — zawołały sieroty w największym przestrachu.
Rzeczywiście, nietylko, że nadzwyczaj ciężkie stąpanie rozległo się głośno po drewnianych schodach, ale szczególnego rodzaju szelest słyszeć się dawał wzdłuż cienkiej ściany, dzielącej izdebkę od sieni.
Nareszcie coś ciężkiego, upadłszy u drzwi, mocno niemi wstrząsnęło.
Dziewczęta najsilniej przerażone, spojrzały na siebie nie rzekłszy ani słowa.
Drzwi się otworzyły.
Był to Dagobert.
Na jego widok, Rózia i Blanka uścisnęły się z radością jakgdyby uniknęły wielkiego niebezpieczeństwa.
— Co wam jest? czego się tak lękacie? — zapytał żołnierz mocno zdziwiony.
— Oh! gdybyś wiedział! — rzekła Rózia drżącym głosem, bo serce jej i siostry biło gwałtownie!
— Gdybyś wiedział, co tu się działo.
— A potem nie poznałyśmy twego chodu... Wydał się nam tak ciężki... a potem ten szelest... za ścianą...
— Ależ, moi mali tchórze, nie mogę iść po schodach nogami piętnastoletniemi, niosąc swoje łóżko na plecach, to jest siennik, który położyłem u waszych drzwi, jak zwykle...
— Mój Boże! jakieśmy płoche, siostro, że nie pomyślałyśmy o tem! — rzekła Rózia, spojrzawszy na Blankę.
I obie te śliczne twarzyczki odzyskały świeży rumieniec. Tymczasem pies, ciągle stojąc u okna, nie przestawał szczekać.
— Czego Ponury tak szczeka w tamtę stronę, moje dzieci? — zapytał żołnierz.
— Nie wiemy... ktoś wybił szybę w oknie, i to nas z początku tak przestraszyło.
Nie odpowiedziawszy ani słowa, Dagobert podbiegł ku oknu, otworzył prędko i wychylił się.
Noc była ciemna, nic nie widział.
Słucha... nic nie słyszał, tylko szum wiatru.
— Ponury! — zawołał na psa, pokazując mu okno... — skocz no tu mój stary i szukaj!
Śmiały pies skoczył rączo i zniknął za oknem.
Dagobert, wychyliwszy się, pobudzał swego psa głosem i gestem.
— Szukaj, mój stary, szukaj... Jeśli tam kto jest, rzuć się na niego, dobre masz zęby... i nie puszczaj, póki nie przyjdę.
Ale Ponury nie znalazł nikogo, słychać było jak biegał tu i owdzie szukając śladu w różnych stronach, skomląc niekiedy przytłumionym głosem, jak pies tropiący zwierzynę.
— Niema więc nikogo, mój tęgi psie, bo gdyby był ktokolwiek, juiżbyś go chwycił za gardło... Potem zwracając się do dziewcząt, które z niepokojem patrzyły na niego, zapytał:
— Jakim sposobem szyby te zostały wybite? Czy uważałyście na to, moje dzieci?
— Nie, Dagobercie, rozmawiając z sobą, usłyszałyśmy wielki łoskot, a potem szyby wypadły na podłogę.
— Zdawało mi się, — dodała Rózia — że jakby okiennica nagle stuknęła o okno.
Dagobert obejrzał okiennicę i spostrzegł dość długi ruchomy kruczek, służący do zamykania wewnątrz.
— Bardzo wietrzno — rzekł — wiatr musiał zerwać okiennicę... a kruk ten rozbił szyby... Tak, tak... Wreszcie, coby za powód kto miał do podobnej swawoli? — Potem obracając się do Ponurego:
— No... mój stary, niema więc tam nikogo?
Pies odpowiedział szczekaniem, które żołnierz wytłumaczył zapewne w sposób przeczący, bo rzekł:
— A więc powracaj... bież wokoło... znajdziesz drzwi otwarte... nie będziesz w kłopocie...
Ponury usłychał rady i poskomliwszy trochę u okna, cwałem pobiegł wokoło na dziedziniec.
— No, uspokójcie się, moje dzieci... — rzekł żołnierz do sierot; — to był tylko wiatr... powiadam wam.
— Bardzośmy się przestraszyły — rzekła Rózia.
— Wierzę... ale myślę, że będzie przeciąg i pozazię — biacie mi się — rzekł żołnierz, powracając do okna ogołoconego z szyb.
Obmyślając środek zaradzenia tej niedogodności, wziął z krzesła futro reniferowe, zawiesił na zasuwce od okna, a połami zatkał możliwie dokładnie, dwie stłuczone szyby.
— Dziękujemy, Dagobercie... Jaki jesteś dobry, byłyśmy niespokojne, nie widząc ciebie...
— Prawda... zabawiłeś dłużej, niż zwykle; — potem, spostrzegłszy dopiero bladość i zmienioną twarz żołnierza, który jeszcze się nie pozbył przykrego wrażenia sceny swojej z Morokiem, Rózia dodała z niepokojem.
— Ale co ci jest?... Tak jesteś blady!...
— Ja, nie, moje dzieci... Nic mi nie dolega...
— Ależ tak, ja ci powiadam... Twarz zupełnie masz zmienioną... Rózia ma słuszność.
— Ręczę wam... niema nic — odpowiedział żołnierz dość zakłopotany, bo kłamać nie umiał; potem znalazłszy wyborne tłómaczenie swojego wzruszenia, dodał: — Jeżeli tak wyglądam, jakby mi się co złego przytrafiło, tego przyczyną wasz strach, bo wszakże z mojej to winy pochodzi.
— Z twojej winy?
— Tak, gdybym nie stracił tak wiele czasu na wieczerzę, przyszedłszy tutaj, nim się szyby potrzaskały... I oszczędziłbym wam chwili strachu.
— Jesteś już tu... teraz wcale o tem nie myślimy...
— A czemu nie siadasz?
— Owszem, moje dzieci, mamy z sobą trochę do pomówienia — rzeki Dagobert, biorąc krzesło i przysunąwszy je do łóżka dwóch sióstr, usiadł. — A więc! czy już jesteście, wesołe — mówił, usiłując uśmiechać się. aby je uspokoić. Pokażcie, czy wasze duże oczy nie zamykają się do snu.
— Patrz, Dagobercie — rzekły dziewczęta śmiejąc się i roztwierając jak najszerzej duże błękitne oczy.
— Dobrze, dobrze — odezwał się żołnierz, — będziecie miały dość czasu do ich zamknięcia, bo dopiero dziewiąta godzina.
— My też chcemy coś powiedzieć, Dagobercie — rzekła Rózia, porozumiawszy się z siostrą oczyma.
— Doprawdy?
— Tak, mamy ci powierzyć tajemnicę.
— Tajemnicę?
— Mój Boże! tak!
— Ale bardzo ważną tajemnicę — rzekła Rózia nader poważnie.
— Tajemnicę, która nas obie obchodzi — dodała Blanka.
— O dla Boga!... bardzo wierzę... co jednę z was obchodzi, zawsze i dla drugiej jest bliskie. Czyliż nie jesteście zawsze prawie, jak to powiadają, niby dwie głowy w jednym czepku?
— Kiedy nas obie okryjesz wielkim kapturem swego futra, wtedy tak być musi... — rzekła Rózia, śmiejąc się.
— Patrzcie, żartownisie, nigdy z wami nie można trafić do końca; no, mówcież panienki, niech usłyszę tę ważną tajemnicę, kiedy to jest tajemnica.
— Mów, droga siostro — rzekła Blanka.
— Nie, panienko, tobie wypada mówić, dzisiaj masz honor być starszą, a rzecz tak ważna, tajemnica, jak powiadacie, z prawa należy do starszej... Słucham, bardzo jestem ciekawy, co mi macie powiedzieć.
To mówiąc, żołnierz starał się uśmiechnąć, aby ten: lepiej ukryć przed dziewczętami zmartwienie, jakiego jeszicze doświadczał z powodu nieukaranej obrazy ze strony pogromcy zwierząt.
Blanka, dziś Starsza honorowa, jak Dagobert nazywał, tak za siebie i za siostrę swoją mówić zaczęła.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.