<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Anastazya
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1903
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
II.

Był to domek niewielki, niedawno zbudowany, więc ze ścianami jeszcze żółtawemi i z jasnemi szybami w oknach. Przed oknami i gankiem, na dwóch słupach opartym, kwitły floksy, astry, wielkie malwy, georginie. Podobne, lub zupełnie takie same okna, ganki i kwiaty, posiadały prawie wszystkie domostwa tej okolicy szlacheckiej, a domek Anastazyi tem się tylko wyróżniał, że stał zdala od okolicy, na uboczu, w samotności zupełnej, prawie w nagiem polu. Prawie, gdyż ten, kto go budował, skorzystał z rosnących w tem miejscu dwu rozłożystych grusz dzikich i z gęstego półkola berberysowych zarośli. Grusze zarzucały na dach domku gałęzie w tej porze roku obficie drobnym owocem osypane, a berberysy, w zielony półokrąg podwórko obejmując, stały całe w gradach czerwonych jagód. Dokoła pole było, samo tylko pole zżęte lub świeżo zorane, a przez nie, do wsi tak oddalonej, że rzadki odgłos mógł tu od niej dolecieć, szła droga wązka i z pod berberysów wywijało się kilka ścieżyn. Domku tego, jako też żyznej ziemi, która go otaczała, Anastazya była jedyną właścicielką i dziedziczką. Była »aktorką«, czyli posiadaczką aktów, zapewniających jej prawo własności do pozostałego po ojcu dziedzictwa, była bogatą panną, najlepszą w całej okolicy partyą. Ale wszystkie dobra te i zaszczyty z łatwością jej nie przyszły, stoczyła o nie przed kilku laty walkę, w którejby pewnie zwyciężoną była, gdyby z pomocą jej nie przybył pan Cyryak.
Zaczęło się od tego, że matkę Anastazya utraciła w godzinie przyjścia swego na świat, a w kilka lat potem i ojciec jej zmarł także. Wówczas to, wnet po wyniesieniu z chaty zwłok zmarłego, wniósł się do niej z całą rodziną i ze wszystkimi gratami swymi jeden z jej stryjów, Waleryan, dla gniewliwości i ponurości charakteru swego Mrukiem przezwany. Nie dziw może, iż był ponury, bo pomimo pracowitości gorliwej i braku wszelkich nałogów, czy upodobań dla majątku szkodliwych, nie wiodło mu się w życiu; gospodarstwo miał liche, długów nieco, i domek ciasny, okopcony, rozwalający się niemal od starości. To też do obszernego i dostatniego domostwa, po zmarłym bracie pozostałego, przenosił się z pośpiechem nadzwyczajnym, z gwałtem do szaleństwa wielce podobnym, krzykiem i przykładem znaglając żonę i dzieci, aby w godzinę, w minutę, w jeden mig, wszystko, co trzeba, przenieśli i przewieźli.
Zaledwie wszakoż przenosiny te były uskutecznione, do świetlicy, w której nowi mieszkańcy jeszcze około ustawiania gratów się krzątali, wpadł drugi stryj Anastazyi, Dominik, z powodu kościstej i wysokiej figury swej, a więcej jeszcze lamentów, nieustannie cienkim głosem wypowiadanych, przezwisko Piszczałki noszący. Z krzykiem tem przeraźliwszym, że miało brzmienie najcieńszych tonów fletu lub pastuszej dudki, Piszczałka jął bratu pośpiech jego wyrzucać, dowodząc, że on to właśnie, jako najstarszy, a zwłaszcza najuboższy z braci, dom po zmarłym dziedziczyć ma prawo, że polem i gospodarstwem podzielą się kiedyś, ale dom, ze wszystkiem, co w nim się znajduje, on natychmiast posiąść powinien, jakoż i posiądzie, a zbyt pośpiesznego Waleryana wygna z niego razem z żonką i dzieciakami, które to ostatnie w dodatku obije, graty ich na drobne drzazgi pokruszywszy. Tak w niebogłosy piszczał, wąsy konopiaste i obwisłe targając, albo pięściami zaciśniętemi bratu grożąc Tuczyna Piszczałka, ale Tuczyna Mruk też obstawać przy swojem umiał, nigdy nikomu w ubligach dłużnym nie ostawał, cóż dopiero teraz, kiedy szło o rzeczy tak niesłychanie ważne, o cały, rzec można, los jego i jego dzieci! Więc na cienkie piszczenie brata grubym basem odpowiadał, że wprzód skona, aniżeli stąd ustąpi, że na progu tej chaty razem z całem plemieniem swem legnie, i kto inny chyba po trupach ich do niej wejdzie, że brat Dominik ubogim jest dlatego, że do pracy skorym nigdy nie bywał, a on, który pracą a troską ręce sobie guzami i serce krwawemi ranami okrył, próżnującym leniwcom do dziedzictwa nieboszczykowego wstępować nie pozwoli i polem, ani gospodarstwem nawet dzielić się nie myśli, tylko tyle, ile i kiedy mu się będzie podobało i według własnego jedynie postanowienia i zarządzenia. Jak to? Polem i gospodarstwem nawet krzywdziciel ten dzielić się natychmiast nie zamierza! Tego było już za wiele! Usłyszawszy to, do sprawy wmieszały się i kobiety, a gdy tylko one się wmieszały, dwaj bracia ku czuprynom swym ręce podnieśli, przyczem Tuczyna Mruk, barczysty i w sobie skupiony, nad długim i cienkim bratem zwycięstwo odnosił, Tuczyna Piszczałka piszczał i skwierczał jak tysiące na raz duszonych szczurów, a tęga w ciele i rumiana na twarzy Piszczałkowa z tyłu szwagra zaszedłszy, miotłą po plecach go waliła, w zapalczywości swej ani bacząc, że Mrukowa względem męża jej czyni to samo, za pomocą łopaty, naprędce wychwyconej z pieca. Na odgłos tych pisków, krzyków i stuków, kilku sąsiadów najbliższych przybiegło i jęło strony w złości zapamiętałe perswazyami upamiętywać i strzymywać, co przecie skutku nie odnosiło najmniejszego, aż pokąd głos donośny nie zawołał:
— A fiksaty! A grzechu nie bojący i ludzi nie wstydzący się psombraty! O co się wy kłócicie i bijecie? O dziedzictwo? Walnijcież się pięściami w mózgi i przypomnijcie sobie: toż dziecko po nieboszczyku ostało! Toż córka rodzoniuteńka żywie i jej przynależne jest dziedzictwo! Ona aktorką jest, do niej dobro nieboszczykowe z przyrodzenia i prawa należy, nie do was, którzy pewno nie temu, co przed Bogiem już stoi, ale chyba psom braty jesteście!
Słowa te, podniesionym głosem wypowiedział rodzony stryj trzech Tuczynów, imieniem Cyryak, który niewiele przedtem właśnie po długoletniej nieobecności powrócił był z podróży, wśród której podobno wiele cierpiał i znosił, wiele nauczył się, w stronach, na końcu świata kędyś znajdujących się wiele pracował i pieniędzy zebrał. I wówczas już młodym nie był, ale wysoki i silny, z brwiami krzaczastemi, z czołem wielkiem i spojrzeniem mądrem, często smutnem, poważnie wyglądał, szacunek powszechny dla siebie obudzając.
Przez tłumik ludzi u progu stojący do świetlicy wszedł, a gdy wszyscy rozstąpili się przed nim, kłócących się i bijących Tuczynów zgromił słowami, od których ręce ich, jakby kijami uderzone, w dół opadły i głosy pozamierały w gardłach. Prawda! Słusznie p. Cyryak rzekł: po nieboszczyku dziecko ostało! Zapomnieli o tem. Czy kto urok na nich rzucił, czy z żalu po nieboszczyku od przytomności odeszli, że o rzeczy tak widocznej i aktualnej zapomnieli? Od przytomności istotnie byli odeszli, ale sprawił to nie tyle żal po nieboszczyku, któremu zawsze lepszego, niż było ich własne, powodzenia potrosze zazdrościli, ile widok tych dóbr wszelakich, a nad wyrażenie wszelkie ponętnych, które nieboszczyk po sobie ostawiał. Że zaś w dodatku i dziecina drobna po nim ostawała, z głowy to im wyleciało. Bo i jakże to było pamiętać, jak się nawet z tem pogodzić, że drobiazg taki z rzeczą tak wielką, jak dziedzictwo, przyrodzenie i prawo węzłem niepodobnym do rozwiązania zjednoczyło. Wszakoż — zjednoczyło, i rady przeciwko temu nijakiej znaleźć nie można. Córka po ojcu dziedziczyć musi, wiedzieli o tem dobrze. Co tu począć? W świetlicy uczyniło się cicho, jak makiem posiał, a wśród ciszy tej ozwał się po niejakim czasie, oburkliwy i popędliwy, gruby głos Mruka.
— To i co, że dziecko ostało? Dlatego właśnie, że ostało, ja z tej chaty nie wyjdę i od naruszenia, albo zniszczenia wszelkiego dobra sieroty strzedz będę. Opiekunem jej i sumienie i prawo mi być nakazuje.
— A ja — najcieńszym głosem swym wykrzyknął Piszczałka — ja, najstarszy z braci! Właśnie, że nie pan Waleryan, ale ja pojadę do miasta, udam się do sądu i opiekuństwo nad małoletnią przyznać sobie rozkażę!
— Rozkaże! Pan Dominik jest tedy tak zuchwały i w rozum swój dufający, że samym nawet sądom rozkazy wydawać zamierza! Właśnie, że nie pan Dominik, ale ja, Waleryan, któremu każdy człowiek na umyśle przytomny pierwszeństwo w rozsądku przyznać musi, pana Dominika, zwykle we wszystkiem ospałego, uprzedzę, do miasta pojadę i przed sądem całą sprawę wyłożywszy...
Tu znowu do rozprawy wmieszały się kobiety.
— Na co sądy? Przed sądami sprawiedliwość nie jeden raz przegrywa! Niechaj sam Pan Bóg przez niewinne usteczka dziecinne przemówi. Postawić dziecko naprzeciwko dwóch stryjów, i na którego palcem wskaże, ten niech jedzie do miasta, o opiekuństwo starania czynić, a drugi niechaj przed tym wyrokiem ukorzy się i ustąpi. Tak i kłótnia wszelka ukończoną będzie, i sierota otrzyma opiekuna takiego, jakiego sama zażądała!...
Cudem jakimś w wypowiadaniu wniosku tego jednomyślnie, dwie Tuczynowe zjadały się przecież oczyma.
— Chybaby ślepotę Pan Bóg na nią zesłał, gdyby mego nie obrała!
— Nad sierotą Bóg strażnikiem głównym i nie pozwoli, aby niewinne dziecko samochcąc oddawało się w ręce takiego, jak pan Waleryan, krzywdziciela i zbójcy!
Rzecz była w tem, że obie wierzyły głęboko i mocno w to, iż przez usta dziecka ozwie się niezawodnie sprawiedliwy wyrok Boży, a że sprawiedliwość po stronie jej i jej małżonka leży, każda z nich znowu święcie przekonaną była. Na sąd Boży tedy sprawę zdały i obie z oczyma od złości rozpłomienionemi, od stoczonej walki rozczochrane i w odzieży roztarganej, rzuciły się ku temu kątowi izby, w którym, obu piąstkami z całej siły za spódnicę starej babki się trzymając, stała sześcio- czy może siedmioletnia Naścia. Przez cały czas wrzącej w świetlicy kłótni i bójki, stała ona przy siedzącej na ławie babce i z oczyma szeroko rozwartemi patrzała, słuchała. Kilka razy zaczynała po cichu płakać, ale za każdym razem babka kładła jej na głowie rękę zwiędłą, ciemną, i pochylając ku niej twarz zmarszczoną, szeptała:
— Cicho, Naściu, cicho! Bóg nad sierotą! A ja ci potem smacznego pierożka dam! zobaczysz, że dam, smacznego!
Słowami temi jakby zaklęte, powieki dziewczynki z łez osychały i rozwierały się szeroko, a oczy szare, błyszczące, roztropne, ścigały ruchy postaci, miotających się po izbie i o dobro tego, którego tylko co z izby tej wyniesiono, staczające zapamiętałą walkę. Te oczy dziecięce, z uwagą i wytężeniem patrzące, rozmyślały, oburzały się, sądziły. Gdy nad krzykami zapanował i po świetlicy rozległ się głos p. Cyryaka, o jej istnieniu na świecie przypominający, po drobnych wargach dziecinnych, rzecz dziwna! przemknął uśmiech szyderstwa i tryumfu. Podniosła wzrok ku babce i zobaczyła, że jej wązkie usta uśmiechają się tak samo. Gdy pośród walczących rozlegały się krzyki o udanie się po wyrok do sądów, w kącie izby, starość późna i wczesne dzieciństwo składały milczący sąd na walki, złość i chciwość dojrzałego wieku.
Teraz, gdy obie Tuczynowe z rozpostartemi ramionami rzuciły się ku małej Naści, ona obu piąstkami chwyciła się za spódnicę babki, a cała jej drobna postać przybrała wyraz oporu i niechęci. Ale Mrukowa porwała ją z ziemi i kościstymi palcami mocno ją w pasie ściskając na środku izby postawiła. Tu nad złotowłosą głową dziewczynki pochyliły się z dwóch stron dwie twarze kobiece: jedna tłusta i jak ogień rozczerwieniona, druga koścista, od złości zzieleniała, i dwie pary oczu rozpłomienionych w jej oczy się wpiły. Ręce ich, drobne jej plecy głaszczące, spotykały się z sobą i nawzajem odrzucały się ruchami porywczymi, głosy zaś, pieszczotliwie wycienione, przemawiały:
— Stryjka Waleryana żądasz na opiekuna? prawda, rybko? Prawda, kurczątko? Pokaż paluszkiem na stryjka Waleryana! Pokaż rybko, aniołku, kurczątko!
— A żeby cię febra zatrzęsła z kurczątkiem twojem! Tu nijakiego kurczątka niema! Twoje własne dzieci to gęsięta podle płotu wzrastające, a tu dziewczynka jest grzeczna, rozumna, która wie dobrze, kto lepszy i pod czyjem opiekuństwem będzie jej lepiej!... Pokaż paluszkiem na stryja Dominika, pokaż! Cukierków z miasta stryjek ci przywiezie!
— Czemuż nie gadasz, Nastka?...
— No, robaczku, nie lękaj się niczego! gadaj! Pokazuj! którego stryjka wolisz?
Sąsiedzi, u drzwi stojący, śmieli się do rozpuku. Naścia zaś, tchu prawie z siebie nie wydając, jak piskorz gibko wywijała się z usiłujących obejmować ją i wzajem się odtrącających ramion stryjenek, a przytem oczy jej przesuwały się po twarzach dwu stryjów i błyszczały, dziwiły się i oburzały, skarżyły, aż łzami nabiegły i, chwytając w ręce pasma złotych swych włosów, na świetlicę, na cały dom wybuchnęła płaczem i krzykiem:
— Ja nie chcę!... Nie chcę... nie chcę!...
Po raz pierwszy wówczas uczuła, że nie chce ludzi: ani tych, ani tamtych, ani nijakich ludzi nie chce! Jednocześnie, ręce czyjeś, szczupłe, ciemne, do łokci obnażone, dwie Tuczynowe roztrąciły i, dziecko dźwignąwszy z ziemi, przytuliły je do piersi, szorstkim kaftanem okrytej. W siwych włosach opuszczonych na pomarszczone czoło, z brwiami nasępionemi i jak grób milcząca, stara matka Tuczynów, z dzieckiem w ramionach wychodziła ze świetlicy, ale na drodze swej wysoką postać pana Cyryaka napotkawszy, przystanęła i, oczyma dziecko mu wskazując, rzekła:
— Jaka do Franka podobna! Prawda?
Sznurek łez popłynął z pod spuszczonej uwiędłej powieki, a pan Cyryak nie rzekł nic, tylko dużą i silną ręką bardzo delikatnie i pieszczotliwie po włosach dziecka powiódł. Potem babka z wnuczką zniknęły za drzwiami izdebki sąsiedniej, a pan Cyryak, gniewnie mruknąwszy: »Psom braty!« — trzasnął drzwiami i wyszedł. Sąsiedzi, śmiejąc się i drwiąc, porozchodzili się w różne strony, a Mruk i Piszczałka, z domu wypadłszy, każdy na podwórku swojem konie do wozów zaprzęgać poczęli. Do miasta śpieszyli o opiekuństwo nad Naścią starania czynić.
Rzutniejszy, roztropniejszy, lepszą opinię od brata mający, Mruk zwyciężył i prawnym opiekunem sieroty zamianowany, w poojcowskim jej domu zamieszkał, rolę do tego domu przynależącą uprawiając i wszelkie pożytki z niej ciągnąc. Przez pewien czas ani do głowy mu nie przychodziło, aby kiedykolwiek mogło być inaczej, jednak, przyjść musiało, bo dziewczynka rosła, na podlotka wyrosła, i ludzie, zazwyczaj długą pamięć, gdy o zaszkodzenie komu idzie, mający, szeroko gadać o tem poczęli, że córka, po nieboszczyku Franciszku Tuczynie pozostała, aktorką jest i rychle pewno za mąż wyjdzie. Schwycą, oho! aktorkę, choćby i niezupełnie dorosłą jeszcze, za mąż schwycą, bo w dodatku jest też ona i nieszpetna! Choćby zresztą i szpetną była, ziemia człowiekowi każdemu, z dziadów i przeddziadów na roli siedzącemu, tak pożądana i umiłowana! A no, racya! Tuczyna Mruk to miłowanie tak rozumiał i sam w sercu swojem tak mocno utwierdzonem miał, że ta, która pięknego kawałka tej umiłowanej ziemi prawowitą właścicielką była, jemu cale niemiłą być nie mogła. Gdyby ziemi nie posiadała nie lubiłby pewnie dziewczyny, która mu na drodze do świetnego losu stanęła, a za ponurą milczącość, często ją ogarniającą, srogoby może karał. Ale że ziemia od niej pachniała, więc miłując, czy nie miłując, posiadaczkę jej szanować musiał i wszystkim domowym szacunek dla niej nakazał. Syta powinna zawsze być, przystojnie odziana i, pospołu z innymi pracując, nigdy pracą zbyteczną nie obarczana.
Zdaje się, cóż lepszego spotkać może sierotę nad byt taki? A wszakoż, milczącą i obojętną, podczas nawet i niechętliwą, być ona nie przestawała. Czuła widać, że to, czego doświadcza, nie miłowaniem jest, lecz tylko szanowaniem, a szanowaniem nie jej samej, lecz ziemi, której dziedziczką była, okazywanem. Niechby tam zresztą gadała z ludźmi, czy nie gadała, lubiła ich, czy nie lubiła, Mruk pewnie takiemi babskiemi bzdurstwami głowyby sobie nie nadwerężał. Ale najgorszość leżała po tej stronie, że jak amen w pacierzu za mąż pójdzie, i to niebawem, a co za tem idzie, od Mruka ziemię swoją odbierze i z chaty go wygna. Do chaty tej tak już przywykł, że gdyby mu wychodzić z niej przyszło, chybaby serce wyjął z siebie i krwawiące się do ściany przybił na wieczne ciemięzców swych pohańbienie. Swoją własną chatę, starą i opuszczoną, dawno już był rozebrał i w piecu spalił. Idźże tedy, człowiecze-tułaczu, z żoną i dziećmi na cztery wiatry i albo nową chatę za pięć palców, a szóstą dłoń sobie buduj, albo w dniu weselnym, pod oknami państwa młodych, jako podarunek weselny, sam siebie na drzewie obwieś!
Chodził tedy Mruk frasobliwy i dumający nad tem, jakby nieprzezpieczeństwo, które groziło mu, ominąć, gdy stuknęło mu raz do mózgu pomyślenie takie, że aż na zagonie, po którym z pługiem szedł, jak wryty stanął i ze spuszczoną głową całe pół godziny przestał, o pilnej potrzebie orania zapominając. Ano synów miał trzech. Dwaj błazenkowie, trawy niedostałe, ale trzeci, Adaś, od lat kilku już pod wąsem; z Ewką Glindzianką wzajemne to miłowanie się zaprowadził, na które on, Mruk, ile że dziewczyna okrom lichej sukienczyny na grzbiecie nic nie posiada, póki żyw się nie zgodzi. Niechże Adaś tę Ewkę swoją z głowy sobie wybije, a z Nastką się ożeni, to i ziemia Nastkowa w rodzie jego ostanie, i on sam w chacie tej, tak umiłowanej, wieku swego dokona. Wszakoż, zamiar ten do skutku przyprowadzić nie było łatwo. U tego kija były dwa końce. Strzecznym pobierać się z sobą Kościół święty zabrania, i wiadomo, że małżeństwa takie zawsze nieszczęściami różnemi trapione bywają. Wzgląd to był dla Tuczyny Mruka nader poważny, z którym też długo mocować się musiał, po nocach nie sypiając, ustawicznem myśleniem głowę sobie nadwerężając, a nic pewnego przez czas długi wydobyć z niej nie mogąc. Wydobył przecie: błysnęła mu w głowie myśl, że Kościół zabraniający może być także Kościołem pozwalającym, i że on sam wie o kilku wypadkach takich, w których strzeczni i cioteczni od samego Ojca świętego pozwolenie na pobranie się otrzymywali. A kiedy Ojciec święty pozwala, to już i grzechu niema.
Baby wprawdzie gadają, że i pomimo tego pozwolenia, ustawiczne jakieś niebłogosławieństwo pary takie ściga, ale u bab wiadomo: włosy długie, rozum krótki, i każda z nich wór, zabobonami i postrachami wypchany, przez całe życie na plecach dźwiga. Swoją babę to już on rychle przekonać potrafi, z Adasiem trudniej pójdzie, bo mu Ewka ta utrapiona z głowy nijak wyleźć nie chce. Ale musi, kiedy o ziemię idzie. Ewka Adasiowi z głowy wyleźć musi. Chłopak nie głupi jest i sam pozna, po której stronie szczęście jego leży. Wszystko to myśląc, Mruk około swego zamiaru pracować począł, i stało się tak, jak przewidywał. Żonę, która od razu, na wspomnienie, o możności pobrania się strzecznych, z przestrachu aż krzyknęła, rychło przekonał, że kiedy Ojciec Św. i t. d., tak, że po stronie zamiaru mocno stanęła. Z Adasiem wszakoż poszło trudniej, i dość długo chłopcu, wciąż o Ewce swej gadającemu, rady dać nie mógł. I tego przecie myśl o pięknem dziedzictwie Naści nakoniec zmogła, tak, że pokryjomu i z rzadka z Ewką się jeszcze schodząc, konkury do Naści sprawiać począł, jak cień, gdziekolwiek się obróciła, za nią chodząc i przysługami, komplementami, czułemi pojrzeniami od rana do nocy ją ścigając.
Wówczas to dla Naści rozpoczął się czas w całem życiu jej najcięższy i najprzykrzejszy. Zrazu, czułościami i pieszczotami, które ją od całej familii Mruków spotykały, zadziwiona, wprędce wszystko do dna przejrzała i aż wstrząsnęła się od obrzydzenia, które dla fałszywości i chciwości takiej uczuła. Jakby ją robactwo ślizgie od stóp do głowy oblazło!
A zwłaszcza to kryjome schodzenie się Adasia z Ewką i potem zaraz okazywane jej przez niego miłowanie, do gardła jej podchodziło gniewem, żalem i niezbitą chęcią ucieczki, oddalenia się od tych ludzi, którzy ją za cel obłudy i fałszywości swojej obrali. Zwłaszcza, że Ewka przybiegła do niej dnia pewnego i, na szyi jej uwisłszy, płakała a prosiła: »Nie gub ty mnie, Naściu, i samej sobie kamienia do szyi nie uwięzuj! On ciebie nie miłuje i tylko z nakazania rodzicielskiego miłowanie objawia, a ja, nieszczęśliwa, świata za nim nie widzę i żyć bez niego gorzej mi, aniżeli umrzeć!«
Wieczór był zimowy, śniegiem usłany i zimnymi wiatrami szumiący, kiedy pan Cyryak Tuczyna, w świetlicy szczelnie przed chłodem zamkniętej, sam jeden siedząc i przy świetle lampy przez wielkie okulary książkę czytając, usłyszał otwierające się drzwi od sieni, a obejrzawszy się, ujrzał wchodzącą Naścię. Cicho drzwi otworzyła, cicho za sobą je zamknęła i, szybko świetlicę przebywszy, słowa nie mówiąc, przed panem Cyryakiem uklękła. Od śniegu padającego narzuciła się cała chustką która, gdy zsunęła się jej z głowy, wnet włosy, jak roztopione złoto, rozpłynęły się jej po plecach i po kolanach dziadka, którego rękę gorętszemi niż zwykle usty długo całowała.
— A no — uśmiechając się, rzekł p. Cyryak — czegożeś dziś taka pokorna i zamiast na stołku siadać, przede mną uklękłaś? Kiedyś na czytanie przyszła, to siadaj, książkę przed siebie bierz i czytaj głośno, bo też i oczy moje odpoczynku zapotrzebowały...
— Na czytanie, dziaduńku — odpowiedziała — ja od młodych lat swoich do ciebie przychodziłam i ty mi dobrodziejstwo to wyświadczyłeś, że dusza moja różnym wysokościom świata tego obcą nie jest. Ale dziś po dobrodziejstwo insze, do łaski i obrony twej, dziaduniu, z prośbą ja przyszłam, a od spełnienia jej całe wybawienie moje zależy.
Przy słowach tych głos jej drżał od łez, które tłumiąc w sobie i o kolana dziadka wsparta, z oczyma błagalnie ku niemu podniesionemi, mówiła dalej:
— Zbuduj ty mnie, dziaduńku, domek pośrodku mego własnego pola, abym ja do niego co prędzej z domu stryja przenieść się mogła i sama jedna w nim zamieszkać. I rolę moją poojcowską odebrać od nich mi dopomóż, abym miała z czego żyć i na czem pracować. Sama ja tego, o swoich tylko siłach, uczynić nie zdołam i po Bogu, od ciebie jednego, dziaduńku, spodziewam się pomocy i obrony!
Znowu całowała go w rękę, na której uczuł te gorące krople, które z oczu jej padały, a że zamiary Mrukostwa sam już przeniknął był i sieci, które oni dokoła sieroty obmotywali, dostrzegł, więc z uśmiechem nieco filuternym rzekł:
— Dziw mię zdejmuje, że od czułości i przypochlebiania się, jakby od rózeg lub kijów umknąć zażądałaś! Czy ci Adaś taki jest wstrętliwy?
Naścia wyprostowała się i, już nie płacząc, ale wciąż jeszcze u kolan dziadka klęcząc, samą siebie tłómaczyć mu poczęła:
— Jako strzeczny, Adaś cale wstrętliwy mi nie jest, i owszem, gdyby z Ewką żenił się, tobym mu, jako uboższemu ode mnie, czem tylko mogła, ku pomocy stanęła. Ale odkąd zaczął przypochlebiać się mnie, wszędy za mną łazić, a piękność moją wychwalać i przewróconemi oczyma na mnie poglądać, to we wzgardę go wzięłam, jako kłamcę i obłudnika, boć przecie wiem, że Ewkę miłuje i tu o moje dziedzictwo tym sposobem starania czyni, a za godzinę z nią gdzieściś pokryjomu się zszedłszy, na los swój wyrzeka. To mnie łgarstwo i niepoczciwość taka, jakby robaki, pod gardło podchodzą, srogie ckliwości mi sprawiając, tak, że podczas nieżyćbym już wolała, niż znosić je a milczeć.
— A no, to grochowy wianek upleć łgarzowi temu — odparł pan Cyryak — i ani oglądaj się na niego. Co on przecie tobie uczynić może, skoro go nie chcesz?
— Oni wszyscy nic przeciwko mnie uczynić nie mogą, ale ja też z nimi żyć w jednym domu nie mogę. Dopóki obojętnie postępowali, nic nie udając, to mi o nich było bynajmniej! Kiedy tęskność po lepszem sercu ludzkiem ogarnęła, ku babuni przysunęłam się, albo do ciebie, dziaduńku, biegłam i tylko Bogu dziękowałam, że matki i ojca, braci i sióstr mię pozbawiwszy, was dwoje, najdroższych mi, dał. Ale teraz, gdy zaczęli w oczy mi czule zaglądać, a we wszystkiem z wolą moją się zgadzać, a wychwalać mię, obejmować, głaskać, tobym już od nich na koniec świata, nie oglądając się, uciekała, byleby tylko faryzeuszostwa tego i udawania nie widzieć. Stryj i stryjenka, wieku swego nawet nie pomnąc, ledwie że nie skaczą przede mną, a gdybym rzekła: »Skaczcie!« toby skakali. A przecie ja dobrze wiem, dlaczego to oni, prawdę na plecy sobie rzuciwszy, tak przede mną dudkują...
— Bo dudkowie są! — śmiejąc się, wtrącił pan Cyryak.
Ale Anastazya nie śmiała się. Smutnemi usty i z okiem rozbłysłem dalej mówiła:
— Dudkowie oni cale nie są; rozum mają, a podczas też i pychę wielką. Ale że aktorką jestem i aby im ziemi mojej kto nie odebrał, a z poojcowego domu mego wyjść nie rozkazał... Niechby mi z otwartością powiedzieli: »Tak i tak, Naściu, nie gub ty nas, dopomóż!» — tobym im z chęcią choć połowę tego, co do mnie należy, oddała i darowała. Ale przy tych kłamliwych czułościach i pieszczotach, to samą tylko mękę czuję i okrutne żądanie oddalenia się od nich i — od ludzi.
— Czemuż zaraz i od ludzi? Mruk i jego familia, to przecież nie wszyscy ludzie! — z niezadowoleniem upomniał wnuczkę pan Cyryak.
A ona ze smutkiem, ale też i z uporem niejakim odpowiedziała:
— Ja do ludzi, oprócz babuni i ciebie, dziaduńku, nijakiej dufności nie mam, ani w kompaniach ich i rozmowach nijakiej uciechy nie znajduję. W swojej własnej chacie zamieszkać pragnę, osobnej, wśród cichego pola, pod okiem Boga tylko stojącej...
Znowu płakać zaczęła, co widząc pan Cyryak, brwi jak dwa gęste krzaki nad oczyma najeżył, a głowę jej w obie ręce wziąwszy, do szorstkiej kapoty miękko ją przytulił, mówiąc i przyrzekając, że wszystko, o co prosiła, spełni, z Mrukiem rozmówi się i do oddania jej ziemi poojcowskiej po woli czy po niewoli go nakłoni. Tylko, na co jej domek nowy budować? Niechaj go Mruk dla siebie zbuduje, a z tego, który prawem dziedzictwem jej jest, ustąpi. Ale Naścia, płakać przestając, zaprzeczająco głową potrząsać zaczęła.
— Nie, dziaduńku, nie, nie! Łez ich ja nie chcę na sobie mieć i zadawanie im frasunku, abo męki jakiej, wstrętliwe dla mnie. Niech zdrowi ostają tam, gdzie się już osiedzieli, i oprócz roli, niech im nic odjętem nie zostanie. Nijakich rachunków za lata ubiegłe ty, dziaduńku, od nich nie żądaj i nijakich kłótni z nimi nie zaprowadzaj...
— A psombraty dochody z twojej ziemi przez tyle lat brali...
— Ani pytaj ty ich, dziaduńku, o te dochody, ani z dziedzicznego domu mego ich nie wyganiaj, ani im niczego z gospodarstwa nie odbieraj, tylko mi chatynkę pośród pola mego wybuduj, w której, jeśli z początku i brakować czego będzie, to lepiej obejdę się, zniosę, niżbym im i ich dzieciom cokolwiek do życia wydzierać miała...
Pan Cyryak nachylił się i w czoło ją pocałował.
— Słusznie mówisz — rzekł. — Pan Jezus zabronił krzywd swoich z zawziętością dochodzić. Uczynię, jako żądasz.
Przyrzeczenie takie uczyniwszy, rozkazał jej przy stole usiąść i głośno czytać żywoty świętych, nad którymi go znalazła. Dla niej rozkaz ten był miłym i spełniła go z ochotą. Czytała trochę powoli, ale wyraźnie, poprawnie, ani jąkając się, ani słów nie przekręcając, owszem, każdemu głosem nadając znaczenie takie, jakie mieć było powinno; dziadunio Cyryak czytać tak ją nauczył.
A tę książkę, którą teraz czytali, otrzymał on w podarunku od tego pana, z którym razem na wojnę był wyszedł, a potem lata dość długie krainę osobliwą, daleką i białą, zamieszkiwał. Więc często gęsto przypominały mu się dzieje różne, z posiadaniem tej książki związane, które też wnuczce opowiadał. O wypadkach różnych, których świadkiem był i razem aktorem, o ludziach pomarłych, a niegdyś nad życie mu milszych, o stronach odległych i wszystkiem, co śród nich zaznał, nauczył się, zapracował, mówił dziewczęciu zasłuchanemu, które łokciami o stół wsparte i obie ręce w gęstwinie włosów zatapiając, wpatrywało się w niego oczyma roztropnemi, uważnemi, w świetle lampy jaśniejącemi, jak srebrem nalane, głębokie i do dna przejrzyste kryształy. Na pierwszej stronicy książki dużemi literami wypisane było imię i nazwisko: Piotr Skarga.
— A wiesz ty, mała, kto to był?...
Za oknami luty wicher zimowy szumiał, hulał, śniegiem na świat sypał, a oni we dwoje: dziadek w długiej kapocie i wnuczka dużą chustką od zimna ogarnięta, zwolna, ze skupieniem, czytali »Żywoty Świętych« Skargi, każde słowo rozumiejąc, własna bowiem ich mowa do jego mowy przez tak długie wieki nie przestała być podobną. Raz, czytanie przerywając, Naścia twarz z nad książki podniosła i zapytała:
— Dziaduńku, a będziesz ty do mojego domku przychodził?
— A no — odpowiedział — jak się trafi! Może kiedy i z rok albo i ze dwa ani razu nie przyjdę.
Z trwogą zrazu spojrzała na niego, ale potem zaśmiała się głośno:
— E! dziaduńko nie prawdę mówi i tylko tak mię straszy! Jużby pewnie dziaduńkowi życie beze mnie miłe nie było, tak jak i mnie bez dziaduńka.
A stary śmiał się.
— Kiedy wiesz, to nie zapytuj — odpowiedział. — A teraz, czytaj dalej, abyśmy dziś ten żywot, który czytamy, ukończyli.
Czytała dalej, ale niebawem znowu czytanie przerwała:
— Jedna rzecz mnie trapi bardzo: jak ja z babunią się rozłączę.
— To i nie rozłączaj się. Niechaj z tobą w nowym domku twoim zamieszka.
— Nie zechce! pewno nie zechce! A i stryj nie pozwoliłby na to, aby matka od niego odchodziła...
Co i jak pan Cyryak czynił i mówił, aby opiekun prawny małoletniej Anastazyi nie opierał się jej żądaniu, on jeden tylko dokładnie o tem mógł wiedzieć; dość, że Mruk po długich sprzeczkach, pogróżkach, targach, ustąpił i na wszystko się zgodził, wprzód przecie, oprócz domu z całem obejściem i gospodarstwem, wytargowawszy dla siebie i cząstkę należącej do Anastazyi roli. Tej pan Cyryak za nic oddać mu nie chciał, ale Naścia, całując go po ręku, prosić zaczęła:
— Oddajcie, dziaduńku, tę szmatkę ziemi, której stryj tak jest żądny! Mnie i bez niej tyle jeszcze ostanie, że bogatszą od nich będę!
Stary po namyśle w czoło ją pocałował i rzekł:
— Ano, niech już tam będzie po twojemu! Może zresztą i słusznie mówisz. Pan Jezus rozkazał dzielić się z uboższymi.
A pod dwoma krzakami nastroszonych wąsów mruknął:
— Chociaż i z psombratami!
Główną jednak przyczyną, dla której Mruk nie przedłużał walki z synowicą i stryjem, była sława pieniężności pana Cyryaka. W odległych krainach, które przez znaczną część życia zamieszkiwał, z natury czynnym i bystrego umysłu będąc, przemysłem jakimś się trudnił i moc grosza podobno na nim zebrał. Bezżenny i na ładnym kawałku ziemi siedzący, Bóg też wie, ile później jeszcze mógł przyzbierać. Tedy ze stryjem, który tak znacznem mieniem rozporządzić się mógł wedle woli, w trwałą sprzeczkę zachodzić mogło być szkodliwe i niebezpieczne — i o co osobliwie? — o złą i sfiksowaną dziewkę, która i tak rychło razem ze swoją ziemią do cudzej familii pójdzie, ponieważ o Adasiu ani słuchać nie chce. Niech tedy stanie się podług jej fiksacyjnego postanowienia, a on, Mruk, ostanie wszakoż przy upodobanem domostwie, całem obejściu i jakiej takiej w dodatku szmatce urodzajnej ziemi, od jej dziedzictwa oderwanej. Ze stryjem zaś nie poróżni się do ostatka, bo, że wielkiej łaski u niego nie posiadał, o tem i wpierw już wiadomem mu było.
Gdy zaś w jesieni najbliższej, nowy, nieduży domek zaświecił w polu ścianami źółtemi, o dwie grusze dzikie i o półkole berberysowych zarośli opartemi, a Naścia, gotując się do przenosin, odzież swą w skrzyniach układała, do świetlicy, w której cała rodzina Mrukowa zgromadzoną była, weszła matka Mruka i bez nijakich wstępów rzekła, że ona z Naścią pójdzie i u niej do końca dni swoich zamieszka.
— Niechaj dziewczyna — mówiła — w czarnej samotności nie słucha tych wiatrów, co o jej ściany zimową porą tłuc się będą i niechaj ludzie dobrej sławy jej na językach nie roznoszą, że to, młodziuchną będąc, sama jedna i bez nijakiej opieki życie pędzi. Takem zresztą już przywiązała się do niej i tak na mnie przez jej oczy nieboszczyk Franek mój pogląda, że jużbym bez niej i wyżyć nie zdołała.
Wielką to było osobliwością, że stara Tuczynowa tyle na raz słów wypowiedziała, bo od dość już dawnego czasu żyła z ustami zamkniętemi, bardzo rzadko wyraz jakiś wymawiając, a tylko z pod chmurnego czoła i brwi zsuniętych ludziom i ich postępkom tak się przypatrując, jakby wiecznie w sercu swem tajemne wyroki na nich wydawała. Z Naścią tylko lubiła szeptać po kątach, jej jednej pewnie wszystko, co się w zasklepionem sercu nagromadziło, powierzając. Ta skrytość, milczącość i wnętrzna srogość starej kobiety miłą nikomu być nie mogła, a okrom tego nie posiadała już ona nijakiego mienia, bo wszystko, co kiedykolwiek do niej należało, oprócz szmat do odzieży służących, od dawna już synom porozdawała. Więc zamiar, teraz przez nią wyjawiony, nie spotkał się u Mrukostwa z oporem najmniejszym i tylko sam Mruk, nieco kolnięty, gniewliwie zamruczał:
— Czy to mamie w synowskiej chacie źle było? Może jeść czego nie miała? Może ubligi jakie znosiła? A no, jeśli już taka niełaska na nas spadła, to co czynić?!...
I ciszej dodał:
— Baba z wozu, koniom lżej!
A Naścia, słowa babki usłyszawszy, jak długa do nóg jej padła i, kolana jej obejmując, dziękowała:
— Aż jaśniej słonko w oczach mi zaświeciło, że my z tobą, babuńko, razem żyć będziemy!
Zaczęły żyć razem w samotnie śród pola stojącym domku, naprzód we dwie, a potem z podeszłą w wieku chłopką Łucyą, którą Anastazya do pomocy sobie i babce przyjęła. Bo roboty z początku miała moc nadspodziewaną. Sadzik z wiśniowem i śliwowem zagajeniem, ogród warzywny i wiele jeszcze innych niezbędności gospodarskich dokoła nowego domu powstało: dziedziczka młodziusieńka uwijała się po dziedzictwie swem jak wiewiórka, gdy orzechy i żołędzie na zimę do gniazda znosi, najemni zaś ludzie rękoma, a dziadek i babka radami jej dopomagali. Gadanie po okolicy szło, że pan Cyryak w nowe gospodarstwo wnuczki nie same tylko rady, ale także i spore pieniądze wkładał, po miasteczkach i jarmarkach różne dostatki i upiększenia dla nowej jej chaty skupując; ale co pewna, to że szlachcic ten stary, ale jeszcze krzepki, codziennie kawał pola, wieś od samotnego siedliska Naści dzielący, krokiem powolnym przebywał i jego to nogi najwięcej wydeptały snującą się z pod berberysów ścieżynę, chociaż przez rok jeden i jeszcze część drugiego wydeptywało ją też wiele nóg inszych. Były we wsi dziewczęta, rówieśnice Naści, które przyjaźń z aktorką utrzymywać żądały, byli chłopcy, którym dniami i nocami roiły się konkury i swaty do niej i do jej dziedzictwa. Ale u końca drugiego roku prawie wszyscy uczęszczać do samotnego domostwa zaprzestali, ani uciechy, ani nadziei powodzenia dla zamiarów swych w niej nie znajdując.
Jedni mówili, że w babkę wrodziwszy się, Anastazya skryta jest i srogo we wnętrzu swem ludzi sądząca, insi, że z przyczyny aktorstwa swego zbytnio już samej sobie dufa, z nikim myślami dzielić się nie chcąc, a insi jeszcze, że nikomu sercem nie przychylna, do niczyjego serca przypaść też nie może. A o konkurentach swych ona sama cale nie tajnie wypowiadała zdania, że jeden wichrowaty jest i nierozgarnięty, drugi nie polerowny, trzeci grzechu nie bojący się i przez interesowność tylko miłowanie jej okazujący i t. d. Tedy poobrażali się na nią młodzi Tuczynowie i zaprzysięgli, że pomimo dziedzictwa swego i nieszpetności swojej, panna Anastazya rutkę posieje i kiedyściś, w staropanieńskim stanie, na zbytnią za młodu pychę i zadufałość swą wyrzekać będzie. I w domku pod rozłożystemi gruszami uczyniło się samotnie, cicho; pan Cyryak tylko codzień a codzień do niego chodził i podczas ktoś z Piszczałków, zawsze przez ciężkie potrzeby gniecionych, o pomoc zabiegał, nigdy z próżnemi rękoma nie odchodząc.
Zabiegała też tam często Ewka Glindzianka, wdzięczna Naści, że losu jej przez wyjście za Mrukowego syna do reszty nie zepsuła i lubiąca zwierzać się przed nią ze swych rzadkich nadziei, a desperacyi ciągłych. Oprócz zaś tych niewielu wymienionych osób, do nowego domku Anastazyi, w trzecim roku jej tam zamieszkania, przyszła śmierć i — babkę jej zabrała, poczem stało się koło niej jeszcze samotniej i ciszej, niż przedtem, a tylko codziennie drzwi otwierane odzywały się skrzypnięciem i na tle wieczornego mroku zarysowywała się w świetlicy wysoka postać p. Cyryaka, który najpierw lampkę zapalać rozkazywał, a potem do szerokiego rękawa kapoty sięgnąwszy, wydobywał z niego zawsze coś takiego, co rozżaloną i rozpłakaną dziewczynę by na moment zająć i pocieszyć mogło. Bywała to niekiedy z miasteczka przywieziona błyskotka, do stroju niewieściego przydatna, pomarańcza do złotego jabłka z bajek podobna, książka, której Naścia dotychczas jeszcze nie widziała i nie czytała.
Razu pewnego, z za rękawa pana Cyryaka ukazało się pudełeczko nie duże, czarne, z pozoru na tabakierkę wyglądające, które przecie pan Cyryak, jak zegarek, kluczykiem małym nakręcać począł. To nakręcanie zaciekawiło Naścię.
— Co to, dziaduńku?
— Sama wnet poznasz, co to, a tymczasem szklankę tu przynieś!
Spełniła rozkaz i gdy pan Cyryak pudełeczko czarne z wierzchem ładnie wyrzeźbionym, na szklance umieścił, po świetlicy rozeszła się muzyczka dziwna, mała, lecz wdzięczna, z tonami, które zdawały się rozsypywać w powietrzu, jak srebrne i szklane paciorki. Nad stołem i pudełeczkiem grającem znieruchomiała Naścia, z oczyma rozbłysłemi i uśmiechem rozwierającym drobne usta, cała zamieniła się w zachwycenie. Posągiem też zachwycenia i zdumienia stanęła pod piecem stara Łucya, ze skrzyżowanemi na grubym kaftanie rękoma; pan Cyryak, w poręczowem krześle siedzący, wielkie czoło swe tryumfująco podniósł i pod krzaczystymi wąsami uśmiechał się z zadowoleniem, a tony perliste, przeczyste, szklane, srebrne, ulatywały z pudełeczka i melodyą poloneza, poważną a tkliwą, napełniały świetlicę, za której ścianami gęsta śnieżyca sypała się w ciemność i luty wiatr, o węgły domku uderzając, szumiał i gwizdał. Oprócz poloneza, tabakierka dziaduniowa umiała jeszcze odegrywać trzy walce, a gdy wszystko, co umiała, już po kolei odegrała i umilkła, rozpoczęło się długie i szerokie opowiadanie p. Cyryaka, skąd tabakierkę tę ma, od kogo, kiedy, śród jakich okoliczności ją otrzymał, przyczem na usta występowało mu wiele imion i zdarzeń, w czasie dość odległym przeminionych i umilkłych, które wszakoż razem z tabakierką opiewało wiernie serce jego, a serce Naści uczyło się opiewać...
Innym razem pan Cyryak w czarodziejskim rękawie swej kapoty przyniósł niedużą książkę z wierszami.
— A no — rzekł — oczy moje, czytajcie mi nieco tych wierszy, bo druk taki tu drobny, że sam nijak już poradzić z nim sobie nie mogę.
— A od którego miejsca zacząć? — biorąc z rąk dziadka książkę, zapytała Naścia.
— Ot, na trafunek otwórz, i na co oczy padną, to i czytaj!
Zabawiła ją ta gra w trafunek, oczy zmrużyła i, uśmiechając się, delikatnie końcem palca otworzywszy książkę, rozwarła ją i czytać zaczęła:

— Nie wierz fortunie, co siedzisz wysoko!
Miej na poślednie koło pilne oko:
Bo to niestała pani z przyrodzenia,
Często więc rada sprawy swe odmienia,
Nie dufaj w złoto i w żadne podkłady...

Kilka strof przeczytała i do ostatniej doszła.

— Cnota skarb wieczny, cnota klejnot drogi,
Tegoć nie wydrze nieprzyjaciel srogi,
Nie spali ogień, nie zabierze woda,
Nad wszystkiem innem panuje przygoda.

Skończyła, podniosła z nad książki oczy, wpatrzyła się w twarz dziadka.
— Dziaduńku! — rzekła — to cudne wiersze są!
Przez dość długi szereg wieczorów zimowych, po pół godziny, lub po godzinie całej codziennie te cudowne wiersze czytywali. W okolicy, młodzież płci obojej, w jednej z najobszerniejszych świetlic zgromadzona, przy muzyce skrzypiec tańczyła, albo i bez muzyki wesołemi rozmowami i zalecankami długie wieczory zimowe skracała sobie i rozweselała. W domostwie pod dzikiemi gruszami pan Cyryak wnuczkę zapytywał:
— Możebyś, Naściu, poszła zabawić się, potańczyć, lub nieco pośmiać się ze wszystkimi?
Błagalne oczy na dziadka podnosząc, Naścia odpowiadała:
— Nie chce mi się dziaduńku! Oj, tak mi się nie chce! Nijakiej ochoty do tego nie mam, ani uciechy nijakiej w zabawach tych znaleźć nie zdołam!
— A no, jak chcesz! Jak chcesz! Ostawaj sobie w cichości, jeżeli do tego wola lepsza!
Ostawali oboje w cichości; czasem też Ewka zapłakana, że świeżo ją rodzice Adasiowi złem słowem obrazili, z szyciem jakiemś między nimi zasiadła. Jej, smutnej i ukrzywdzonej, też nie do zabawy było; ku Naści garnęła się, jak ku przyjaciółce, zdradzić nie mogącej, a często pomocniczej. Naścia zaś dziaduńka, Ewkę, Łucyę i siebie samą wieczerzą nakarmiwszy, przy lampie siadała, łokcie na stole, a głowę na utopionych we włosach rękach opierając, powoli, wyraźnie, ze skupieniem cudne wiersze poczynała czytać:

— Próżno płakać — podobno drudzy rzeczecie.
Cóż przez Bóg żywy nie jest próżno na świecie?
Wszystko próżno; macamy, gdzie miękcej w rzeczy,
A ona wszędy ciśnie. Błąd wiek człowieczy.

Tu Naścia zamyślone oczy na twarz dziadka podniosła i pytającym głosem wymówiła:
— Dziaduńku! Błąd — wiek człowieczy?
Pan Cyryak po chwili milczenia odpowiedział:
— Tak jest: człowiek wszelki, choćby i najmądrzejszy, omylnym musi być. Czysta prawda tylko — u Boga.
Inszym razem »w cudnych wierszach« coś takiego się nawinęło, że Naścia zapytała:
— Dziaduńku! Dobroć ludzka omylna jest i niestała?
A pan Cyryak, pomyślawszy nieco, odrzekł:
— Tak jest: człowiek choćby najlepszy, zawżdy w czemś skrewić musi. Dobroć najpewniejsza i największa tylko — u Boga.












Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.