<<< Dane tekstu >>>
Autor Božena Němcová
Tytuł Babunia
Wydawca Wydawnictwo „Katolika“
Data wyd. 1905
Druk Wydawnictwo „Katolika“
Miejsce wyd. Bytom
Tłumacz Paweł Rybok
Tytuł orygin. Babička
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XIII.

Zrobiła się wiosna na dobre; ludzie pracowali już w polu; na wzgórzu wygrzewały się jaszczurki i gady[1], o których dzieci z bojaźnią opowiadały, idąc na zamkową górę po fiołki i konwalie.
Babunia uspokajała dzieci i tłómaczyła im, że do św. Jerzego żadne zwierzę nie jest jadowite i zapewniała, że żmiję przed tym czasem spokojnie można wziąć w rękę, i pouczała, że wtedy dopiero jest w robactwie jad, gdy słońce stoi już wysoko na niebie.
Na łące za tamą kwitł kołotocznik i ranunkuł; na podgórzu modrzał zawilec i świecił się złoty pierwiosnek. Dzieci zbierały pączki do polewki, przynosiły pokrzywy dla gąsiąt, a ilekroć Babunia szła do obory, przyrzekała „krasiatej”, że już zaniedługo pójdzie na pastwisko.
Drzewa się prędko pokryły liściem; chrabąszcze brzęczały o zmroku, skowronki wzbijały się w powietrze, śpiewając wesoło. Kukułka kukała w lesie, a dzieci, ciekawe, jak długo żyć będą, pytały na głos:
— Kukułeczko, powiedz nam, ile lat będziemy żyć!
Niekiedy kukułka odpowiedziała, lecz niekiedy milczała uporczywie, i Adelka się potem na nią gniewała, twierdząc, że umyślnie nie chce zakukać.
Chłopcy nauczyli Adelkę robić wierzbowe piszczałki, a gdy zrobiona według ich wskazówek piszczałka nie piskała, obwiniali dziewczę, że przy robieniu nie powiedziała dokładnie słów, jakie była powiedzieć powinna.
— Wy dziewczyny nie umiecie ani piszczałki zrobić! — naśmiewał się Janek.
— Bo to nie nasza rzecz; ale ty nie umiesz zrobić takiego czepca jak ja! — odcinała się Baśka, pokazując braciom czapkę z olszowego liścia, ozdobioną kokartką, jaką za pomocą szpilek zrobiła.
— Chm! to jest sztuka, — zawołał chłopak, kręcąc głową.
— Dla mnie to sztuką nie jest, ale dla ciebie, — odpowiedziała szyderczo Baśka i zrobiła w taki sam sposób jeszcze sukienkę i lajbik.
Janek położył wierzbowy pręcik na kolanie i rzekł do Adelki:
— Teraz uważaj i słuchaj, jak ja to robię! — I uderzając wierzbowy pręt trzonkiem noża, mówił:

„Leniej mi się piszczałeczko,
Bo jak mi się nie wyleniesz,
Naskarzę u króla Pana,
Który przyśle szambelana
Srogo cię ukarać.
Husz, husz, husz.
Weźmie z kabzdy nóż;
Rozpruje pół brzucha,
I wyzioniesz ducha;
Rozetnie ci flaczek
Będziesz piać jak żaczek“.

Piszczałka była gotowa i piskała dobrze, ale Wilemek twierdził, że ani w przybliżeniu tak pięknie nie piska jak Wacławowa fujarka. Wyrabianie piszczałek znudziło się chłopcu, zrobił sobie więc z prętów wózek, zaprzągł się do niego i pobiegł z psami na łąkę. Baśka dała Adelce gotową lalkę i rzekła:
— Masz; ale naucz się sama wyrabiać, bo któż się z tobą bawić będzie, gdy pójdziemy do szkoły? Będziesz potem sama.
— Z Babunią się bawić będę, — odpowiedziała dziewczynka z miną, z której było można wyczytać, że jej się samotność wprawdzie bardzo podobać nie będzie, lecz gdy jej tylko Babunia zostanie, będzie zupełnie kontenta.
Wtem nadszedł pan ojciec i wręczając Baśce list, rzekł:
— Oddaj list matce i powiedz, że młynarczyk był w mieście i otrzymał pismo na poczcie.
— To z pewnością tatuś pisze! — zawołały dzieci radośnie i pobiegły do domu.
Pani Proszkowa przeczytała list z wielką radością i oznajmiła wszystkim, że ojciec wróci z księżną w połowie maja.
— Ile razy jeszcze do powrotu tatusia spać pójdziemy? — zapytała Adelka.
— Może czterdzieści razy, — rzekła Baśka.
— Oje! jeszcze tak długo, — zawołała dziewczynka.
— Wiesz co? — zapytał Wilemek, — ja zrobię czterdzieści kresek na drzwiach i co rano, jak wstanę, jedną zmażę.
— Zrób to, ubiegnie ci prędzej czas, — rzekła matka.
Pan młynarz idąc od tamy, zatrzymał się przed „Starem Bielidłem“. Patrzał ponuro, ust nie wykrzywiał, oka nie zmrużał; tabakierę trzymał w ręce, lecz jej nie obracał jak zwykle, tylko od czasu do czasu uderzał palcami po wieku.
— Wiecie co nowego, ludkowie? — zapytał wchodząc do pokoju.
— Co się stało? — zapytały Babunia i pani Proszkowa jednogłośnie, spostrzegłszy wielką zmianę w zachowaniu się pana ojca.
— Będzie powódź!
— Nie daj Boże, aby nadeszła nagle i niespodzianie — odezwała się przestraszona Babunia.
— Właśnie tego się obawiam — rzekł młynarz — mieliśmy bowiem już od kilku dni wiatr z południa, a w górach były deszcze, jak mi ludzie w młynie mówili; wszystkie potoki wzbierają, śnieg taje nagle. Tego roku będzie źle, jak mi się zdaje. Pójdę zaraz do domu, aby wszystko nieproszonemu gościowi uprzątnąć z drogi. Radziłbym, ażebyście się mieli na pogotowiu, bo przezorność nigdy nie zaszkodzi. Po południu przyjdę zobaczyć, coście zrobili. Uważajcie, jak woda przybiera, a ty, mała czeczotko, odprowadź mnie do potoku — rzekł pan ojciec i odszedł z dziewczynką.
Babunia poszła popatrzeć ku tamie. Po obydwóch brzegach były usypane groble, wzmocnione dębowemi belkami, pomiędzy któremi wyrastała paproć.
Po groblach widziała Babunia wyraźnie, że wody przybywało; najniższe krzaki paproci zanurzały się już w wodzie. Mętne fale unosiły ze sobą drzewa, darnie i gałęzie.
Staruszka wróciła stroskana do domu.
Zdarzało się wiosną, że kra zatrzymywała się często przy tamie, wskutek czego prąd rzeki skierował się do młynówki i zalał domostwo młynarza. Tego się pan ojciec zawsze obawiał, gdy lód pękał; dla tego rozkazał pomocnikom swoim, ażeby się ustawili przy tamie i ciągle byli w pogotowiu, aby zapobiedz niebezpieczeństwu. Lecz przed powodzią górską obrony nie było.
Jak rozhukany koń przypędziła z gór, zabierając ze sobą, co w drodze napotkała; rozdzierała groble i brzegi, wyrywała drzewa, zmiatała domy i to wszystko następowało prędko i niespodzianie.
Wróciwszy do domu, radziła Babunia, która już nie jedną powódź pamiętała, ażeby wyniesiono sprzęty z izby na górę, co się też niebawem stało.
Tymczasem nadszedł pan leśniczy, który przechodząc około piły, był się dowiedział, że się zbliża wielka woda, i naocznie się o tem nad rzeką przekonał.
W końcu rzekł pan leśniczy tak:
— Dzieciby wam tu tylko przeszkadzały, a gdyby się stała bieda, cóżbyście tu z niemi robili?! Myślę, że będzie najlepiej, gdy je ze sobą zabiorę.
Niewiasty były zato leśniczemu wdzięczne.
Uprzątano i przenoszono wszystko w „Starem Bielidle“; drób umieszczono na wzgórzu w suszarni, krowę u pana leśniczego.
Gdy było wszystko uporządkowane, odezwała się Babunia do córki i Elźbiety:
— Idźcie za dziećmi, ażeby pani kumotra nie miała z niemi zbyt wiele kłopotu, ja zostanę z Urszulą tu na miejscu. Przyjdzie woda do izby, schronimy się na górę, a da Bóg, nie będzie tak źle, ażeby nas powódź z chałupą zabrała. Wszak dom nie jest tak nisko położony, jak młyn; z tymi tam biedakami będzie gorzej.
Pani Proszkowa nie chciała długo zezwolić, aby Babunia została, lecz gdy staruszka koniecznie przy swojem obstawała, odeszła nareszcie.
— Ażeby wam psy nie uciekły! — zawołała jeszcze z drogi pani Proszkowa.
— Nie obawiaj się, psy dobrze wiedzą, gdzie szukać schronienia; one nas nie opuszczą — odpowiedziała Babunia.
I rzeczywiście tak Sułtan jak Tyras nie odstępowały od staruszki ani na chwilę, a gdy Babunia usiadła z wrzecionem przy oknie, skąd widziała rzekę, położyły jej się u nóg. Urszula przyzwyczajona do ustawicznej roboty, zabrała się do chędożenia obory, ażeby chociaż coś robić, i ani pomyślała, że może za godzinę chlew będzie przepełniony wodą i błotem.
Zmrok zapadał, wody coraz więcej przybywało, koryto rzeki było już prawie przepełnione. Łąka za tamą stała już pod wodą. Aczkolwiek „Stare Bielidło“ było nisko położone i brzegi rzeki były wysoko usypane widziała Babunia wyraźnie kołysające się w wąskiem korycie brudne fale wody. Odłożyła wrzeciono, złożyła ręce i zaczęła się modlić. Urszula weszła do izby.
— Woda huczy, aż groźno słuchać; zwierzęta jakoby czuły, że będzie się coś działo, pokryły się; ani jednego wróbla nie widać — rzekła służąca, ocierając ławę pod oknem.
Wtem rozległ się tentent kopyt końskich; drogą od tamy jechał szalonym pędem jeździec; przed „Starem Bielidłem“ zatrzymał się na chwilę i zawołał:
— Ratujcie się ludzie, woda idzie! — i popędził potem jak wicher do młyna i miasta.
— Bóg z nami! W górach musi być źle, że posłali wiadomość! — rzekła Babunia i zbladła jak ściana.
Lecz pomimo strachu przymawiała Urszuli, ażeby się niczego nie obawiała, potem poszła jeszcze raz zobaczyć, czy niebezpieczeństwo blisko i czy woda już wylała. Nad rzeką spotkała pana ojca.
Pod wieczór przyszedł Mila z Kudrną do „Starego Bielidła“, ofiarując Babuni swoją pomoc. Lecz staruszka odprawiła Kudrnę i tak rzekła:
— Wy macie dzieci, gdyby was tu nieszczęście spotkało, nie miałabym już nigdy spokojnego sumienia; a gdy już koniecznie kto z nami ma zostać, niech zostanie Jakób, jemu to lepiej przystoi, w gospodzie zaś nie jest potrzebny, bo tam się nie mają czego obawiać; w najgorszym razie dostanie im się woda do chlewa.
Kudrna odszedł.
O północy było już „Stare Bielidło“ otoczone dokoła wodą.
Kudrna wrócił z doliny i opowiadał o wyrządzonej tam przez powódź szkodzie. I tak zabrała woda w Zliszczu dwa domy; w jednym mieszkała staruszka, która pomimo nawoływań wysłanego z gór posłańca wytrwała na miejscu i dopiero wtedy o ratunku pomyślała, gdy już było za późno. Mosty, drzewa, jednem słowem wszystko, co rozhukanemu żywiołowi było w drodze, uległo zniszczeniu.
W młynie musieli się schronić na górę. Krystyna przyszła się dowiedzieć, czyby odciętym nie mogła przynieść ciepłego obiadu, lecz okazało się, że przebrodzić do „Starego Bielidła“ było już niemożliwem.
Powódź trwała dwa dni w całej pełni; dopiero na trzeci dzień woda opadać zaczęła.
Dzieci się nie mało zadziwiły, wróciwszy z leśnicy. Ogródek przed domem stał jeszcze pod wodą, w sadzie leżał spław na kilka stóp wysoko, miejscami były głębokie dziury wymulone, wierzby i olsze na wpół obłocone gliną, most woda zabrała, chlewy głęboko podmyła.
Chłopcy poszli z Adelką za dom. Rosły tam młode drzewka, które przed rokiem z boru przynieśli i z pomocą Babuni zasadzili. Na szczęście zastali wszystkie nieuszkodzone. Pod gruszą byli wystawili małą chatę, naokoło niej założyli ogródek, ogrodzili płotem, naokoło niego wykopali rowek, ustawili młynki, które ściekająca po deszczu woda obracała. Obok wymurowali piec gdzie Adelka chlebaszki z gliny wypiekała.
Z całej tej osady nie zostało ani śladu.
Babunia, słysząc płacz i narzekanie wnuków, rzekła:
— Dzieci! jakże się wasze cacka przed żywiołem ostać miały, gdy stuletnie drzewa i murowane domy okazały się za słabe.
W kilku dniach osuszyło słońce pola, łąki i drogi, wiatr rozwiał suche błoto na wszystkie strony świata; trawa zieleniała się świeżej jak przedtem, i mało tylko zostało smutnych pamiątek po powodzi, ale ludzie długo o niej mówili.
Jaskółki wróciły. Dzieci z radością witały miłych gości i cieszyły się niezmiernie, że już teraz nie długo pan Beyer przybędzie, a potem wróci do domu ukochany tatuś.
W dzień św. Filipa i Jakóba pod wieczór naznaczyła Babunia trzechkrólową kredą wszystkie drzwi w domu i chlewie trzema krzyżykami i poszła z dziećmi na zamkową górę. Chłopcy nieśli na ramionach stare miotły. Na szczycie góry zgromadziła się czeladź dworska, nie brakło i pana ojca z Andzią i Mili z Krystyną. Wacław Kudrna pomagał z braćmi Mili namaczać smołą miotły, a reszta chłopców układali stos z drzewa i choin.
Noc była piękna; ciepły wiar powiewał po zielonem zbożu i roznosił woń kwiecia z parku i ogrodu po całem pagórku. W pobliskim lesie hukała sowa, kos szczebiotał na wysokiej topoli przy wiejskiej drodze, z krzaków w parku rozlegał się śliczny śpiew słowika.
Nagle wybuchnął płomień na zliczskiem wzgórzu, chwilę później pokazał się słup ognia na żernowskim wierzchu, a po podgórzach zabłysnęły większe i mniejsze ognie. W oddali na wierzchołkach nachodzkich gór i het daleko pod Nowem Miastem płonęły ognie, migotały światła.
Teraz i Mila zapalił smołą namoczoną miotłę i rzucił na stós drzewa i choin. Po kilku chwilach wzbij[2] się słup ognia ku niebu. Zgromadzeni krzyknęli z radości, każdy chwycił osmoloną miotłę, zapalił i cisnął w powietrze jak mógł wysoko, wołając przytem:
— Leć, czarownico, leć!
Potem młodzi się ustawili z płonącemi pochodniami do tańca, dziewczyny zaś, trzymając się za ręce, utworzyły koło naokół ognia, a gdy stós się już dopalał, skakały przez ogień i im dalej która skoczyła, tem większe oklaski zyskała.
— Patrzcie! ta stara czarownica musi najwyżej wylecieć! — zawołał Mila i chwyciwszy miotłę, cisnął ją z taką siłą w górę, że powietrze zaświstało i miotła spadła dopiero na zielonem polu, gdzie widze stali.
Wszyscy klasnęli w ręce na znak uznania.
Z żernowskiego i zliczskiego wzgórza było słychać hałas, śmiech i śpiew. Około czerwonego ognia przesuwały się fantastyczne postacie, wyprowadzające dziwne tańce. Od czasu do czasu wyleciał ognisty snopek w górę, przewrócił się wysoko w powietrzu i rozsypał się w tysiące iskier.
— Patrzcie! tam ta się wysoko wzbija! — zawołała Andzia, pokazując palcem na żernowskie wzgórze.
Wtem zgięła jedna z starszych kobiet dziewczynie rękę ku ziemi, upominając Andzię, ażeby czarownic palcem nie pokazywała, boby jej mogły „zadać postrzał“ w rękę.
Dopiero późnym wieczorem wracała Babunia z dziećmi do domu.
— Nie słyszycie nic, Babuniu? — zapytała Baśka, zatrzymując staruszkę w pośrodku kwitnącego ogrodu już blisko domu, — tak mi się zdaje, jakoby coś zaszumiało, — dodała dziewczyna.
— To nic nie jest, może wiatr poruszył liściem, a dobrze wiatr robi, — odpowiedziała staruszka.
— Czemu dobrze? — zapytała Baśka.
— Bo drzewa do siebie zgina, a ludzie mówią, że dużo owocu będzie, gdy kwitnące drzewa się całują i ściskają.
— O Babuniu, jaka szkoda, że musimy siedzieć cały dzień w szkole, a tu tereśnie i poziomki dojrzewają i tak wesoło wszędzie, — skarzył się Janek.
— Zmienić tego nie możemy, chłopcze; zawsze w domu być nie możesz, a zawsze się bawić, także nie. Teraz was czekają inne troski i inne radości, — odpowiedziała Babunia.
— Ja chętnie będę do szkoły chodzić, Babuniu, — odezwała się Baśka, — tylko za wami tęsknić będę, gdy was cały dzień nie będę widzieć!
— I mnie was brakować będzie, kochane dzieci, lecz tak to już bywa na świecie: drzewo kwitnie, dziecię rośnie; drzewo okwitnie, owoc opadnie; odrośnie dziecko, opuści rodzice! Takie jest postanowienie Boskie. Dopóki drzewo jest zdrowe, daje użytek, lecz gdy uschnie, wytniesz je i wrzucisz w ogień, a popiołem zgnoisz ziemię, która znów inne drzewa wyda. Tak i wasza Babunia doprzędzie swej nici, i złożycie ją w ziemię na wieczny odpoczynek, — rzekła Babunia przyciszonym głosem.
W ogrodzie zaśpiewał słowik; dzieci mówiły „nasz" słowik, bo ptak wracał co rok do ogródka i słał gniazdo w krzakach pod płotem. Od tamy dolatywał odgłos smutnej kołysanki. Dzieci chciały się jeszcze zatrzymać w ogrodzie, lecz Babunia nagliła do domu, i rzekła:
— Wiecie dobrze, że się jutro nauka w szkole rozpoczyna, i rychło wstać musicie; chodźcie więc spać, ażeby się matka nie gniewała.
Rano przy śniadaniu pouczała matka dzieci, z wyjątkiem Adelki, która jeszcze spała, jak się w szkole uczyć mają, jak pana nauczyciela słuchać, jak się w drodze zachowywać; dawała im same dobre rady i tak im do serca przemówiła, że się dzieciom na płacz zbierało. Babunia przygotowała tymczasem malcom drugie śniadanie, które miały zabrać ze sobą.
— Tu ma każde swoją porcyę, — rzekła staruszka, kładąc na stół trzy wielkie kawały chleba; — tu macie noże, które wam dotąd przechowałam. Widzisz Janku, byłbyś już dawno twój scyzorek zgubił i nie miałbyś teraz czem chleba ukroić — dodała Babunia, wyciągając z skórzanej torby trzy noże z czerwonymi trzonkami. Potem wykroiła w każdym kawałku chleba sporą dziurę, nałożyła do niej masła, przykryła znow wydłubaną strzódką i włożyła jeden kawał Baśce do czerwonej torebki, drugie dwa chłopcom w skórzane torby. Do chleba dodała jeszcze suszonych owoców.
Po śniadaniu wybrały się dzieci w drogę do szkoły.
— Idźcie z Bogiem i nie zapominajcie, com wam powiedziała, — upominała matka jeszcze raz w progu.
Dzieci pocałowały matkę w rękę i oczy im się zalały łzami. Babunia nie pożegnała się jeszcze z niemi, lecz odprowadziła wnuki przed sad; Sułtan i Tyras biegły także za niemi.
— Słuchajcie Baśki, chłopcy, gdy was będzie upominać, bo jest z was najstarsza, — odezwała się Babunia; — idźcie drogą spokojnie, nie biegajcie za prędko, i nie skakajcie nieostrożnie. W szkole nie siedźcie na darmo; bo byście tego kiedyś gorzko żałowali. Każdemu człowiekowi się grzecznie kłaniajcie; wozom i koniom zchodźcie z drogi. Ty, Wilemku, nie zaczepiaj każdego psa, bo niektóre są złe i mogłyby cię ukąsić. Nie chodźcie blisko wody i nie pijcie za prędko, gdybyście były zgrzane. Ty zaś, Janku, nie zjedz chleba przed czasem, abyś potem u innych nie żebrał. A teraz idźcie z Bogiem; na wieczór wam wyjdę z Adelką naprzeciwko.
— Babuniu, nie zapomnijcie nam zostawić obiadu, — prosił Janek.
— Idź, niemądry; któżby o tem zapomniał! — rzekła Babunia.
Potem przeżegnała staruszka dzieci święconym krzyżykiem i wróciła się, lecz przypomniawszy sobie coś jeszcze, zawołała:
— Gdyby miała przyjść burza, ale myślę, że nie przyjdzie, nie bójcie się i idźcie spokojnie swą drogą dalej, módlcie się, a nie stańcie pod drzewem, bo w drzewa często piorun uderza, rozumiecie?
— Rozumiemy, Babuniu; tatuś nam także już o tem mówił, — odpowiedziały dzieci.
— Idźcie z Bogiem i opowiedzcie panu nauczycielowi, żem go kazała pozdrowić.
Potem się Babunia prędko obróciła, ażeby dzieci nie spostrzegły łez, które jej mimowoli stanęły w oczach. Psy biegały naokoło dzieci i myślały zapewne, że pójdą z niemi na przechadzkę, lecz Janek im oświadczył, że dziś idzie do szkoły i odpędził je. Na głos Babuni psy się wróciły, lecz się jeszcze często za dziećmi oglądały. Babunia przystawała co chwilę w drodze, tęsknie spoglądając za wnukami, i spostrzegłszy nareszcie dzieci za mostem, raźnie kroczyła do domu. Na moście spotkali się malce z Andzią, która się także po raz pierwszy była do szkoły wybrała.
Staruszka była przez cały dzień zamyślona i chodziła niespokojnie z kąta do kąta, jakby czegoś szukała. Tyle co czwarta godzina wybiła, wzięła staruszka wrzeciono pod pachę i rzekła do Adelki:
— Chodź dziecko, pójdziemy uczniom naprzeciwko; zaczekamy na nich przed młynem.
Poszły.
Pod figurą przed młynem siedziała pani matka, pan ojciec i kilku ludzi, którzy ze zbożem do młyna przyjechali.
— Idziecie dzieciom naprzeciwko, nie prawdaż? — zawołała pani matka już zdaleka; my także czekamy na naszą Andzię; usiądźcie na chwilę Babuniu!
Staruszka usiadła.
— Cóż nowego? — zapytała pana ojca.
— Właśnie mówiłem, że na przyszły tydzień pójdzie młodzież do asenterunku, — odpowiedział jeden z gości.
— Niech ich Pan Bóg pocieszy — rzekła Babunia.
— Tak to bywa, gdy człowiek nie jest kaleką, — odezwał się pan ojciec, a wykrzywiając usta i zmrużając oko, dodał:
— Gdyby Mila był kaleką, byłby wolny od wojskowości; lecz ta nieszczęsna zazdrość sołtysowej Łucyi i złość córki pana rządzcy zaświecą mu świeczki.
— Może ojciec jego jeszcze złemu zaradzi — rzekła Babunia — bo Jakub całą nadzieję w tem pokładał, gdy go rządzca nie przyjął w nowy rok do dworskiej służby.
— Staremu Miliby o stówkę lub dwie nie chodziło — rzekła pani kumotra.
— Dwie stówki nie starczą — odpowiedział pan ojciec — a tyle Mila dać nie może, bo gospodarstwo ma małe a dzieci dużo. Najlepiejby sobie Mila pomógł, gdyby wziął sołtysową Łucyę za żonę, lecz co do gustu nie ma dysputy. Wiem na pewno, że Jakub woli zostać żołnierzem, aniżeli sołtysowym zięciem.
— Bicz zostanie biczem — zawołał jeden z gości — kto Łucyę dostanie, nie potrzebuje mówić: „Boże nie karz mnie,“ bo już będzie dosyć ukarany.
— Najbardziej mi Krystyny żal; co ta dziewczyna dokazywać będzie! — rzekła Babunia.
— Co tam dziewczyna! — zawołał pan ojciec — popłacze, postęka i — koniec; Jakubowi gorzej będzie!
— To prawda, kto nie zostaje chętnie żołnierzem, ciężko mu się przyzwyczaić do nowego zawodu, lecz z czasem się wżyje, jak we wszystko na świecie. Wiem dobrze, panie ojcze, jak się to dzieje; nieboszczyk mój Jerzy, daj mu Panie niebo, musiał się do gorszego życia przyzwyczaić, a ja z nim; wprawdzie rzecz się nieco inaczej miała z nami, aniżeli z Krystyną i Milą, Jerzy bowiem dostał pozwolenie na ślub, pobraliśmy się i żyliśmy spokojnie. Ale o tem tu ani mowy być nie może, niema się zresztą czemu dziwić, że Mila niechętnie odchodzi, gdy się pomyśli, że biedak czternaście lat musi na Krystynę czekać.
— Da Bóg, może mu się poszczęści, i uchyli się od służby — dodała staruszka, a twarz jej się nagle wypogodziła, bo zoczyła wracające ze szkoły dzieci, które spostrzegłszy Babunię puściły się ostrym krokiem naprzód.
— Nie jesteś głodną, Andziu? — zapytał pan ojciec córeczki.
— O tak; wszyscyśmy głodni, bośmy nie jedli obiadu — odpowiedziała Andzia.
— A chleb, kołaczek, suszone gruszki, czy to wszystko rosa? — zawołał pan ojciec, obracając tabakierę w palcach.
— To nie obiad, tatusiu — odpowiedziała dziewczyna z uśmiechem.
— Po takiej drodze, to się i jeść zachce, nieprawdaż dzieci? — rozśmiała się Babunia, a biorąc wrzeciono pod pachę, dodała:
— Chodźmy dzieci, abyście mi z głodu nie pomarły!
Starsi przyjaciele powiedzieli sobie „dobra noc”. Andzia przyobiecała Baśce, że będzie jutro znów czekać na moście, potem pospieszyła za matką do młyna.
— Powiedzcie mi teraz, jak wam się powiodło, czegoście się w szkole nauczyły i jakieście się zachowały? — zapytała Babunia.
— Widzicie, Babuniu, jestem pierwszym w ławce i „bankaufseherem“ — zawołał Janek, i podskakiwał z radości.
— Proszę cię, chłopcze, co to znaczy? — zapytała Babunia.
— Wiecie Babuniu, to jest tak: kto siedzi w ławce pierwszy od brzegu, ten ma dozór nad resztą chłopców w tejże samej ławce, i zapisuje tych do kary, którzy nie uważają — objaśniała Baśka.
— U nas — rzekła Babunia — mówiliśmy dozórca, a mógł nim być tylko najpilniejszy i najskromniejszy uczeń z całej ławki, i pan nauczyciel nie prędko kogo mianował dozorcą.
— Wszak nam też Antoś Kaprzywa w drodze ze szkoły wyczytał, żeby pan nauczyciel tak z nami nie postępował, gdybyśmy nie byli Proszkowie — skarżyła się Baśka.
— Tak nie jest — zawołała Babunia — pan nauczyciel nie będzie robił z wami żadnych wyjątków; jak zasłużycie, ukarze was tak samo jak Antosia. Uczynił to tylko dla tego, ażebyście chętnie do szkoły chodzili i pilnie się uczyli. — A czegożeście się dziś nauczyli?
— Diktanda — odpowiedzieli wszyscy razem.
— Co to właściwie znaczy? — zapytała, Babunia.
— Pan nauczyciel nam przepowiada z książki, my piszemy, a potem musimy to samo przełożyć z niemieckiego na czeskie i z czeskiego na niemieckie.
— A rozumieją dzieci po niemiecku? — zapytała Babunia, która przy wszystkiem miała własne zdanie, i jak księżna wchodziła w najmniejsze szczegóły.
— Ach, Babuniu, nikt nie umie po niemiecku, tylko my trochę, bośmy się już w domu od tatusia nauczyli, ale to nic nie szkodzi, że dzieci po niemiecku nie umieją, kiedy tylko zadania dobre przynoszą — objaśniała Baśka.
— Dzieci są srogo skarane — opowiadała Baśka — gdy zadań nie umieją zrobić; pan nauczyciel robi im czarne kreski w książce, lub też muszą stać na miejscu hańby, a niekiedy dostaną na ręce trzcinką. Sołtysowa Anina, która obok mnie siedzi, byłaby dziś także musiała stać na miejscu hańby, bo nie umiała niemieckiego diktanda. Uskarżała mi się, gdyśmy w południe przed szkołą siedziały, że nie umie zrobić zadań; ze strachu biedna ani nie jadła. Napisałam jej wszystko i dostałam za to dwie gomółki.
— Nie powinnaś była niczego przyjąć — rzekła Babunia.
— Wszak nie chciałam przyjąć, lecz mi powiedziała, że ma jeszcze dwie gomółki w kabzdzie. Tak się cieszyła, że jej zadanie napisałam, i przyobiecała, że mi każdego dnia coś przyniesie, jeżeli jej w niemieckiem pomagać będę; a czemuż bym jej nie miała pomódz; nie prawda?
— Pomódz jej możesz, lecz nie zrobić całych zadań, bo tak się niczego nie nauczy — rzekła Babunia.
— Co jej potem; tego nie potrzebuje umieć. Wszak się niemieckiego tylko uczy, że pan nauczyciel tego wymaga.
— Pan nauczyciel dla tego wymaga, aby z was później co było; a im więcej się nauczycie, tem łatwiej przez świat przejdziecie; niemiecki język zaś jest potrzebny w życiu.
— W Zliczu jednak mówi się tylko po czesku, więc Anina nie potrzebuje umieć po niemiecku. Powiedziała, że nie musi umieć, bo do Niemiec nie powędruje, lecz pan nauczyciel wymaga swego. Zresztą się nikt niemieckiego diktanda chętnie nie uczy, bo jest trudne, gdyby to czeskie diktando było, szłoby nam wszystkim jak pacierz.
— Wy tego jeszcze nie rozumiecie, ale macie być posłuszne i wszystkiego się chętnie uczyć. A chłopcy byli posłuszni?
— Tak; tylko Janek dokazywał z chłopcami. Tyle co pan nauczyciel ze szkoły wyszedł, skakał po ławach, ale za to mu też powiedziałam...
— Tyś mi powiedziała! ty! sam z własnej woli przestałem, bom słyszał, że pan nauczyciel wracał! — zawołał Janek.
— Ładnych rzeczy się dowiedziałam, masz innych doglądać, u sam dokazujesz, jak to pogodzić? — zapytała Babunia.
— Ale Babuniu! — odezwał się Wilemek, który dotąd słowa nie był przemówił, bo pokazywał Adelce wielki kawał słodkiego drzewa i książeczkę z pozłotkiem, które w szkole od chłopca za grajcara wytargował, — Babuniu, słuchajcie; chłopcy są tacy niegrzeczni w szkole, dokazują, chodzą po ławkach i biją się, a dozórcy z nimi.
— A cóż pan nauczyciel na to?
— To się dopiero dzieje, gdy pan nauczyciel szkołę opuści, a gdy ma wrócić, wraca każdy czemprędzej na swoje miejsce, położy ręce na ławce i siedzi cicho jak pień!
— To hultaje! — zawołała Babunia.
— A dziewczyny nie lepsze; bawią się lalkami, wszak to dobrze widziałem, — bronił się Janek.
— Dziękuję, pan nauczyciel musi mieć z wami świętą cierpliwość, — rzekła staruszka.
Dzieci opowiadały Babuni jeszcze dużo o szkole i o tem, co w drodze widziały. Była to bowiem pierwsza ich podróż, więc nie mało były dumne na swą samodzielność, jakoby były z Paryża wróciły.
— A gdzie macie gomółki; czyście je także zjadły? — zapytała Babunia z obawy o zdrowie wnuków.
— Jedną my się podzielili, drugą chciałam przynieść do domu, — odpowiedziała Baśka, — ale mi ją Antoś Koprzywa z puszki wyciągnął podczas gdym na tablicy pisała. Nic mu nie powiedziałam, boby mnie był po szkole wybił; to dopiero hultaj!
Staruszka nie przyznała wnukom słuszności, lecz w duszy pomyślała:
— Wszak my także lepsze nie były!
Dzieci dobrze wiedziały, że Babunia więcej cierpliwości z niemi miała aniżeli matka; wszak nie raz na wybryki chłopców nie zważała, nie raz zbyt wesołej zabawy Baśki umyślnie nie widziała. Dla tego się dzieci z wszystkiem prędzej Babuni aniżeli matce zwierzały, która na wszystko daleko surowiej się zapatrywała.




  1. Przypis własny Wikiźródeł W czeskim oryginale jest hadi czyli węże.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Szarym kolorem zaznaczony odgadnięty nieczytelny koniec słowa.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Božena Němcová i tłumacza: Paweł Rybok.