<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Weyssenhoff
Tytuł Cudno i ziemia cudeńska
Podtytuł Powieść
Wydawca Instytut Wydawniczy „Biblioteka Polska“
Data wyd. 1921
Druk Zakłady Graficzne Instytutu Wydawniczego „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
I.

Miasto Cudno musiało być niegdyś istotnie piękne, bogate i od cudu brać swoją nazwę, gdyż najstarsze o niem kroniki opowiadają, że budziło pożądliwość najezdców, było przez nich pustoszone i palone. Legendarne gmachy Cudnianie odbudowywali gorzej, lub częściowo, zwykle zaś pozostawiali w kształcie „zabytków“, na łamigłówkę dla przyszłych pokoleń. W takim naprzykład stanie znajduje się dzisiaj ogromna rudera, zawalająca dzielnicę miasta, zwaną zamkiem i podzamczem Kazimierza Wielkiego. O istnieniu tam niegdyś grodu świadczą dostojne szczątki, jak oto: sklepione piwnice, malowniczo sterczące złomy murów i bruki zbałwanione odwiecznie, może w celu przeszkadzania wrogom przy dostępie do zamczyska. Ale za pamięci ludzkiej rozsiadły się na zamku rzędy kramów żydowskich. Nawet Dr. Maksymiljan Pollack, profesor uniwersytetu w Berlinie 1 badacz polskich starożytności, dowodzi w dziele swem „Prolegomena zur Geschichte des jüdischen Urbesitzes in ehemaliger Republik Polen“, że plan t. zw. zamku w Cudnie okazuje wyraźnie pierwotne przeznaczenie tych murów na bazary handlowe i nosi cechę budownictwa syonistycznego, którego wpływów i pomników dopatruje się uczony profesor na całym obszarze ziem polskich, nie wyłączając i krakowskich Sukienic. Epokę powstania budowy oznacza, zgodnie z tradycją, na połowę 14-go wieku, lecz stawia śmiałą hipotezę, że władający wówczas na tych obszarach „książę polski Kazimierz, uzyskawszy zezwolenie cesarza niemieckiego, założył w Cudnie wielkie bazary dla Żydów, których osiadłość i prawa obywatelskie zostały właśnie w owej epoce ostatecznie utwierdzone i uprawnione“. Wywody profesora Pollack’a, wzorujące się oczywiście na szkole historjograficznej berlińskiej, zostały zbite przez polskich pisarzy na piśmie, a nawet na fizjognomji uczonego badacza przez pewnego zagorzałego endeka, który to incydent zaregestrowano w najnowszych czasach, jako 99-ty pogrom Żydów w Polsce.
Miasto i ziemia cudeńska mogły też otrzymać swą nazwę od cudów, które się regularnie w ich dziejach zdarzały od czasów bajecznych aż do najnowszych. Cuda te rozmaite, dobroczynne i zgubne, rzekomo od świętych Patronów kraju i od pokutującego w nim wiecznie Licha pochodzące, stanowią treść główną historji tego kraju. Rzec można, że Cudno rządziło się zawsze cudem, oczekując od niego rozwiązania zadań państwowych. Długi szereg tych dziejów nie będzie przedmiotem niniejszego opowiadania. Znajdziemy dosyć cudów w dobie obecnej, aby pokazać, że się w tym kraju dzieje odmiennie, niż w reszcie chrześcijańskiego świata.
Gdyby z ogólnej ludności miasta, leżącego w odwiecznej strefie lechickiej, usunąć ogromną ilość zadawnionych gości obcoplemiennych, czyli Żydów, — pozostałaby tu jeszcze ludność bardzo pstrokata co do właściwości i usposobień społecznych.
Czy rdzenni mieszkańcy Cudna należą do Arjów, czy do Słowian prawiecznych? — Czy powstali z pomieszania tubylców z najezdcami Normanami? O te zamierzchłe początki spierać się nie zamierzamy. Nie będziemy się też rozwodzili nad tem, że zauważyć można w ziemi cudeńskiej niektóre przeżytki dawnych klas: panów i chamów, humanistów i obskurantów; niektóre cechy etniczne znamienne, jak np. wspaniałość od niedzieli i święta, a znaczne obniżenie ideałów przez resztę roku; albo ten prześwietny cudeński indywidualizm, który jednostki rozwija do rozmiarów zadziwiających, a całe ich szeregi i pokolenia pcha na marne, albo i na zgubę. Podkreślimy tylko dwie odmiany Cudnian coraz jaskrawiej występujące na tle epoki: Robów i Popsujów.
Robowie są dużo liczniejsi i od wieków urabiają ziemię cudeńską; majstrują czasem usilnie i owocnie, czasem sobie zasną na czas dłuższy; dłubią w mózgach i sercach współobywateli; dbają o dorobki i tradycje; windują do góry ducha Cudnian zapomocą starych metod: oświaty i dogmatyki narodowej; mają zwyczaj sprawdzania zawartości nowych prądów, przesiewania ziarna przeznaczonego do siewu przez sita krajowego pożytku — jakby w ziemi cudeńskiej nie wolno było plenić się każdemu ziarnu według rodzaju swego! Przy tych operacjach czyszczenia Robowie obchodzą się z przeciwnikami ideowymi gburowato, nazywając ich szkodnikami, za co im ci znowu odrzucają okrutne przezwisko: endecy! Ale Robowie, czy należący, czy nie należący do tego stronnictwa, znoszą przezwisko, byle postawić na swojem.
Bądź co bądź, i pomimo wad od ludzkiego działania nieodłącznych, Robowie stworzyli Cudno, jakie jest i upierają się przy dalszem lepieniu go z rodzimej gliny, choć sporo w niej błota i ostrych kamieni. Mało się nawet różnią od dawnych budowniczych, dzisiaj już nie wzorowych, lecz jeszcze wspominanych w podręcznikach szkolnych, jako twórcy myśli narodowej, założyciele potęgi, przewidywacze upadku — —
Wszystkie te dawne wzory i dzisiejsze konsekwencje niczem są dla Popsujów. Choć dużo mniej liczni od Robów, czują się oni gospodarzami ziemi cudeńskiej; stawiają łatwo każdy jej interes na hazardową kartę; namiętne podkopywanie dzieł Robów, dawnych i nowych, starczy im za widomy program. Jakie zaś wymarzyli sobie w przyszłości, idealne Cudno? — nie daje się to określić w paru dobitnych wyrazach. Myliłby się bowiem, ktoby sądził, że do Popsujów należą tylko „Cepcpy“ („Cudeńska partja przewrotowa“), którzy się podobno mają za socjalistów. Są to wprawdzie umiejętni wichrzyciele, ale wichrzycielstwo nie było dotychczas jedynym celem socjalizmu. Popsuje szerzej się rozrośli, niż stronnictwo Cepepów. Dużo nowsi od Robów, Popsuje właśnie z nowożytności wyciągają swoją chlubę i rację istnienia. Gdy bryła Robów składa się, jak każda bryła, z trzech wymiarów, a w tym przykładzie: z krwi rodzimej, z miłości ziemi i z woli obrończej, skład bryłowy Popsujów jest problematyczny, uchwytny tylko na gorących uczynkach psucia starego porządku. Można ich nazwać Cudnianami czwartego wymiaru. Zagadkowość ich pożytku dla sprawy ogólnej możnaby wytłumaczyć przez zależność ich działań od interesów tak zwanych „międzynarodowych“, czyli od spraw ludzi będących między narodem, lecz do narodu nie należących? Ale nie — nie wszyscy Popsuje są Żydami, chociaż niema w ich szeregach antysemitów; nie wszyscy germanofilami chociaż zezują wciąż jeszcze w stronę rozwalonych „mocarstw centralnych“. — — Miewali Popsuje adherentów do swych robót politycznych w arystokracji, w obozach rojalistów i w różnych warstwach o socjalizm niepodejrzanych. — Nie są to zatem na ogół ani socjaliści, ani agenci przez kogokolwiek nasłani; są Popsujami z powołania, z konieczności historycznej, której zgłębienie wymagałoby osobnego i przykrego studjum.
Niektórzy wywodzą Robów od przedwiecznych Słowian, czy Polan, Popsujów zaś mają za produkt pomieszania autochtonów z jedną z ras napływowych — może z Chazarami? — Ale trudno tego dowieść. Więcej prawdopodobieństwa zawiera prosta legenda, że Robów nasłali święci Patronowie cudeńscy, Popsujów — przekorne Licho.
Gdy wywędrujemy z Cudna na szerokie rozłogi wiejskie, znajdziemy tam mieszkańców innego gatunkowego składu. Rozsiane dość gęsto folwarki posiada szlachta dziedziczna, albo dorobkiewicze z miasta, a nieraz i utrudzony w walce za prawa proletarjatu Cepep osiada na działce obszarniczej, aby choć tym sposobem ocalić część ziemi od wyzysku katów ludu. Sterczą tu i ówdzie kominy fabryk, należących przeważnie do Żydów i Niemców. Te więc części składowe wsi cudeńskiej mają swe odpowiedniki w samem Cudnie. Ale między oazami obszarników i kapitalistów całą ogromną przestrzeń zajmują pólka pasiaste i barwne, jak wełniaki, na których wioski rozciągnięte ziarnami różańców z krzyżami, mieszczą roje zacnych, zbożnych chłopków cudeńskich.
Tak się mówiło w dawnej, sielankowej literaturze. O dzisiejszym chłopie cudeńskim mówić już nie można z protekcjonalnem rozrzewnieniem, a niestosowne również byłoby nim się zachwycać, jako wzorem obywatela. Tworzywo to jeszcze surowe, lecz obiecujące lepiej, niż masy miejskie, przedewszystkiem dlatego, że, chociaż dłubali w niem działacze przeróżnych obozów, nie zdołali go ani ulepić po swojemu, ani zepsuć. Oporny chłop pozostał sobą. O pochodzeniu jego od Piasta, Lecha i od wcześniejszych jeszcze mieszkańców tej ziemi niema wątpliwości. Przez lat tysiąc plenili się samoistnie, przy roli, szarzy i niemi, jak ona, bez ambicji do władzy, bez innego celu, jak trwanie w czystości rasy. Przez lat tysiąc nie przerobiono ich ani na władców, ani na niewolników, a w czasach wczorajszych — ani na Robów, ani na Popsujów. Ale, niestety, przez te długie wieki nie nauczono ich też czytać i pisać. Gdy zaczną władać tą niezbędną sztuką, będzie można dopiero wnosić ile są warci, jako — cives Cudnenses. Tymczasem nie warto zbyt forsownie rozwijać ich ambicję, jak to czynią niektórzy zawzięci przyjaciele ludu, — lepiej ich namawiać do nauki, choćby czytania i pisania. Tą drogą dojdą do rządu, dostojeństw i większej gatunkowej wagi w społeczeństwie.
W pokornym niegdyś, potem zadumanym, dzisiaj już wspaniałym chłopku cudeńskim budzą się dopiero instynkty społeczne, a w tem przebudzeniu nie wyglądają odrazu zachwycająco. Chłopski patrjotyzm, jeżeli o takim może być mowa, rozgałęził się nieco od wioski do gminy, od gminy do powiatu, ale nie sięga miast, ani zbyt dalekich obszarów. Trafniej będzie powiedzieć, że rozszerzył się chłopski egoizm klasowy. Szlachta i mieszczanie nazywają to wadą, chłopi poczytują sobie za zaletę. Zważywszy zaś, że chłopi przewyższają liczebnie całą resztę ludności ziemi cudeńskiej, a ta reszta odznacza się patrjotyzmem bardzo kapryśnym, działającym bez ciągłości i konsekwencji, może kiedyś egoistyczny patrjotyzm chłopski przerobi się na powszechny i wtedy nazwany zostanie cnotą? Chłopi górują też nad innemi warstwami trafnością instynktu zachowawczego rasy. Nikt im nie wmówi działań wyraźnie temu instynktowi przeciwnych, np. powierzenia Niemcom odbudowy niepodległego państwa cudeńskiego.
Nie dotykając dawniejszych dziejów ziemi cudeńskiej, które napewno wielu czytelników zna dokładnie, musimy jednak zabrnąć w te dzieje gorące i jeszcze nie okrzepłe, które nazywamy polityką doby obecnej. Nie będziemy nawet próbowali nakreślić ogólnego kierunku tej polityki. Każdy Cudnianin, zdobywszy erudycję czterech klas gimnazjalnych zaczyna robić politykę, a często jeszcze słabiej uzbrojony genjusz rwie się do rozprawy z Ententą, Bolszewją, Japonją i tym podobnemi wyspami, gdyż głównie polityka zagraniczna jest, jeżeli nie specjalnością, to przynajmniej ulubioną zabawą Cudnianina. Niejeden taki amator dostał się ostatniemi czasy na stanowisko urzędowe. Obraz tej polityki porównać można do tkaniny dzierganej nie przez tkacza, lecz przez tłum różnie usposobionych amatorów, pełnej gruzłów, dziur i pstrokacizny tak zawikłanej, że chyba malarz-formista zdołałby objaśnić, co to wszystko, razem wzięte, znaczy...
Postaramy się tylko na zasadzie doświadczeń i wywiadów, wyrozumieć, jakie pojęcia Cudnianie nazywają polityką.
Wyraz „polityka“ używany jest przez Cudnian w dwojakiem znaczeniu:
1. Gadanie, sejmikowanie, rajcowanie o rzeczach publicznych ze stanowiska szkoły, klasy, lub stronnictwa, z pominięciem stanowiska użyteczności powszechnej, i dla rozkoszy ścierania się zdań, vulgo brania się za łby, który to sport ulubiony ma sobie Cudnianin za „źrenicę wolności“.
2. Grzeczność, dworskość, układność, dobre wychowanie. Naprzykład: „Odprawił swe poselstwo do Turek tak politycznie, że, choć zamierzonego traktatu nie osiągnął, pozyskał serce sułtana i wielkiego wezyra i olśnił wszystkie sułtanki“.
Darmoby wmawiać typowemu obywatelowi Cudna, że polityka jest sztuką rządzenia państwem na jego bezpośredni pożytek, wyprowadzeniem linji działania z ogółu interesów krajowych, przemyślnem pozyskiwaniem sprzymierzeńców zagranicznych i t. p. Cudnianin zbyt nałogowo przywiązany jest do pojęć wyżej określonych. I rzec można, że podczas wojny europejskiej stosował politykę w obu tradycyjnych znaczeniach: podczas przymierza Rosji z „marzeniami naszych ojców i dziadów“ — politykę swarów; podczas okupacji niemieckiej — politykę grzeczności.
Aby uzasadnić to twierdzenie, trzebaby dowieść go przynajmniej na pobieżnym skrócie dziejów Cudna podczas wojny. Pozwolimy sobie jednak przeskoczyć przez te dzieje, aż do punktu wyjścia naszego opowiadania, które jest tylko gwizdanym przyśpiewem do historji.
Parę już lat korzystało Cudno z rządów dobroczynnych najezdców, którzy zachowywali się... ujmująco. Zamiast poprzestać na niemczeniu i grabieży, — które to konieczności stosowano całą parą — starali się pozyskać serca ludności za pomocą szeregu łask i dobrodziejstw, nie tyle realnych, ile wyrażonych przez urzędowe nominacje, dowcipne przezwania i manifesty cesarskie. Gazy trujące, przeznaczone do walki frontowej z nieprzyjaciółmi, mogły słusznie być nazwane metodą brutalną i barbarzyńską. Ale Prusak nagrodził tamten zohydzony pomysł przez wynalazek gazów rozweselająeych, użytych do uśpienia przyjaciół w Cudnie. Miasto i ziemia cudeńska ogrodzone zostały pancernym, kojcem, nie przepuszczającym wieści szkodliwych dla wychowania nowego pokolenia Cudnian, sprzymierzonych z „mocarstwami centralnemi“, który to eufemizm dyplomatyczny oznaczał: Berlin. Do tego kojca napuszczono sztucznych oparów w rodzaju przyznania Cudnu niezawisłości od nikogo, oprócz od Niemców, urzędów krajowych, którymi kierował niemiecki wielkorządca, generał von der Holle — i tym podobnych rozweseleń.
Wychowywało się państewko cudeńskie bardzo grzecznie pod ferułą profesora Niemca, opasane żelaznym kojcem, który hamował możliwość namiętniejszej działalności i nie dopuszczał do Cudna niebezpiecznych błysków od dalekich pożarów wojennych. Kręciły się kółka maszynki państwowej; ministrowie krzątali się w swoich wydziałach, w ciągłym kontakcie z centralnym telefonem wielkorządcy; potęga militarna krajowa musztrowała się na skwerze przy skrzyżowaniu ulic Zarwańskiej i 5 listopada; ogół mieszkańców przeprowadzał kurację głodową dla uśmierzenia namiętności; Żydzi cieszyli się opieką prawa; politycy jasno patrzyli w przyszłość; Niemcy zadawalali się rekwizycją i ściąganiem podatków — wszystko szło, Gott sei Dank, cicho, gładko i pomyślnie. I możeby państewko cudeńskie, zahypnotyzowane przez dobroczynnych najezdców, używało takiego snu przez długie jeszcze lata, gdyby przez szczeliny pancernego kojca nie przenikały czasem wieści z Zachodu i ze Wschodu tak jaskrawe, że Cudno, przejrzawszy się w ich łunie, zaczynało samo sobie nie podobać się. Tak naprzykład wpadła wieść o rewolucji w Petersburgu, abdykacji Mikołaja i ogłoszeniu Rosji rzecząpospolitą, pełną wolności, swobód i manifestów liberalnych.
Zakotłowało się w Cudnie. Wicher wolności, acz dziki i mroźny, powiał ze wschodu i przejął serca zapomnianemi marzeniami. Pysznili się socjaliści, że ich to program zwycięża; cieszyli się burżuje, jak dzieci, że niema już kogo bać się, skoro upadł car, a z nim zapewne i żandarmi. Zamyślili się wszyscy nad skutkami ogromnego przewrotu. Żydzi, podnieceni nerwowo, wyciągali nosy ku Wschodowi, wietrząc tam wielkie,, niebywałe geszefty.
Jeszcze nie ucichły w sercach elektryczne dzwonki od tej wieści, gdy wpadła do Cudna nowa, poprostu nie do wiary: rząd rosyjski ogłosił niepodległość całej Polski!...
Powstało wtedy wrzenie umysłów powszechne. Ale tym razem ponad wszystkie inne wygórował głos roztropnego burżuja:
— Jak to? Rosja zrzeka się praw do ziem naszych, więc po cóż dalej mamy z nią walczyć? I jakiż w tem sens łączyć się z jej wrogami? Rosja nam przyznaje całą niepodległość, a my co mamy w Cudnie? — stację aprowizacyjną i werbunkową niemiecką! oszwabkową niezawisłość!
Te niebezpieczne objawy jasnowidzenia starał się stłumić wielkorządca, tłumacząc swym wiernym ministrom, a przez nich społeczeństwu, że manifest rosyjski, wydany zresztą przez rząd samozwańczy, jest tylko przekornem naśladownictwem dobrodziejstw i zamiarów cesarza niemieckiego względem Cudna, parodją śmieszną, gdy już wszystkie ziemie polskie oderwane są od Rosji, dzięki Niemcom.
Nie wszystkich przekonał generał; pozyskał jednak aprobatę cudeńskiego rządu, który tak się przejął instrukcją wielkorządcy, że aż wystosował do rządu petersburskiego pogardliwą odpowiedź. Akt ten pozostanie uroczystem świadectwem wyrobienia politycznego i polotu ówczesnego ministerjum.
Ale w mózgach wielu Cudnian utkwiło wrażenie, że Moskale przez swój manifest przelicytowali Szwabów i że wszędzie na świecie jest luźniej, wyraźniej, weselej, niż w Cudnie. Tak mniemali burżuje, i Roby i Popsuje, a nawet myśl ta, choć opóźniona, zaczęła świtać w głowach stronnictwa rządowego, ba, nawet w generalnej głowie generała von der Hölle.
Wielkorządca coraz częściej jeździł do Berlina i miewał w Cudnie tajemnicze narady z paru notablami wyższego rzędu. Szeptano powszechnie, że nowa doza łask rozsypie się na kraj niedosycony. Aż po jednym powrocie z Berlina generał powierzył swym zaufanym wieść radosną, która gruchnęła natychmiast po mieście: Cudno ma być królestwem! Cudno ma otrzymać króla!
Dreszcz rojalistyczny przejął wszystkie sfery i stany. Wyszukiwano kandydatów na króla, spierano się o ich kwalifikacje w salonach, klubach, biurach i piwiarniach. Nikt nie prowadził na tron żadnego pretendenta krajowego. Tylko lekkomyślne niewiasty forytowały paru swych ulubieńców. Wybierano między książętami krwi niemieckiej, a przypuszczano nawet, że cesarz Wilhelm raczyłby przyjąć tytuł króla na Cudnie po tytułach księcia Pomorza, Bremy i Werdenu. Ale trzebaby go o to prosić gremjalnie; tymczasem odważyło się na ten krok tylko paru amatorów.
Zanim Cudnianie zgodzili się, choćby tylko w sympatjach, na jednego kandydata, zabrzmiał z Berlina powtórny manifest cesarski, niosący jeszcze wspanialsze dary, niż pierwszy. Cudno ogłoszone zostało królestwem, dla notablów wymyślono jeszcze wyższe tytuły, niż dawniejsze, a królem zamianowany został legendarny Ćwieczek, który panował już udzielnie w wielu głowach cudeńskich.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Weyssenhoff.