<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Weyssenhoff
Tytuł Cudno i ziemia cudeńska
Podtytuł Powieść
Wydawca Instytut Wydawniczy „Biblioteka Polska“
Data wyd. 1921
Druk Zakłady Graficzne Instytutu Wydawniczego „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
II.

Ziemia cudeńska zamieniła się w królestwo) tak gładko, że, ktoby nie wiedział, nie spostrzegł by tego po ustroju ani po wyglądzie Cudna. Starodawne namaszczanie królów połączone było z pompą i malowniczemi uroczystościami; tutaj królewska maść przybyła z Berlina kurjerem i rozlała się automatycznie na ziemię cudeńską, która przez to samo stała się królestwem.
Że nie łatwo było w tem się połapać, dowiodą wrażenia pana Edwina Szaropolskiego, młodzieńca obdarzonego inteligencją wyżej niż średnią.
Szaropolski, syn Polaka z Cudna i Angielki, wychowany w Anglji, przedostał się do ojcowskiego miasta pod wieczór królewskiej jego fazy. Był to człowiek dobiegający trzydziestki, z wykształceniem przemysłowo-handlowem, pozytywny, nie skłonny do wiary w cuda, przywiązany zaś instynktowo do rodzinnego miasta. Dawno już pragnął osiedlić się w Cudnie i stworzyć sobie w niem dobry warsztat pracy. Wojna opóźniła ten zamiar i skomplikowała. Gdy jednak dowiedział się, że ziemia cudeńska stała się państwem na dorobku, przełamał duże trudności, aby osobiście dotrzeć do Cudna — i dotarł.
Odszukał trochę krewnych i znajomych z lat dziecięcych, — bo w Cudnie się urodził — i jął się uczyć mozolnie nowych urządzeń i stosunków panujących, bardzo różnych od angielskich. Usilnie też rozglądał się po mieście i ludziach i wyrabiał sobie własne zdanie.
Dostrzegł, że miasto już zewnętrznie było znacznie biedniejsze, smutniejsze, niż to, które przez mgłę pamiętał, i mniej skore do rozrostu w wielkie centrum europejskie, niż je sobie wyobrażał z opowiadań ojcowskich, bliskie, jesienne błoto, rozmazane na brukach, zdawało się wpełzać coraz wyżej na mury poranione i nie leczone, grożąc zapatynowaniem całego miasta na barwę ruiny. Na katedrze dach miedziany nie i, opalizował w słońcu, jak niegdyś, lecz powleczony był żałobną tekturą. Zamek Kazimierza Wielkiego, górujący nad miastem, zdawał się potwornem gniazdem czarnych, żydowskich termitów.
— To skutki wojny, — myślał Szaropolski — to się da przerobić.
Był bowiem młody, odważny, a im więcej znajdował w swem rodzinnem Cudnie rzeczy do naprawy, tem bardziej rwał się do roboty.
Trudniej mu było zorjentować się w życiu publicznem Cudna, gdyż, pomimo usiłowań, dotąd polityki tutejszej nie mógł zrozumieć. Politykiem wprawdzie nie był, ale miał o zasadach społeczeństw pojęcia wyrobione, proste i jasne, wzorowane na angielskich. Tutaj błąkał się i natrafiał ciągle na poważne zagadki.
Raz naprzykład uzyskał audjencję u ministra handlu i przemysłu, którym był podówczas zacny Dr. Powidło, rodem z Galicji, namiętny mineralog. Szaropolski przedstawił ministrowi swój projekt wielkiej kooperatywy zbożowej, któraby wyzwoliła handel zbożem z rąk pośredników i przekupniów, a skierowała na właściwe szlaki aprowizacyjne i, w razie nadmiaru produkcji — na eksportowe. Minister nie zganił projektu, ale zakwalifikował go do „muzyki przyszłości“. Obecnie projekt jest niewykonalny z dwóch głównie przyczyn: handel zbożem trzebaby przemocą wyrwać z rąk Żydów, a drażnienia tej części ludności rząd nasz programowo unika; powtóre — zbiory cerealiów rekwirowane są przez sprzymierzone z nami władze niemieckie.
— Pan niedawno w Cudnie? — zakończył minister z dobrotliwym uśmiechem.
— Od tygodnia — odrzekł Szaropolski.
I zabierał się do wyjścia, zawstydzony, że niedostatecznie przygotował się do konferencji Przez zbadanie miejscowych stosunków.
Ale Dr. Powidło zatrzymał petenta, ofiarując mu papierosa. Miał, widać, dzisiaj czas, bo w gabinecie, ani w poczekalni nie było dosłownie nikogo.
— Jakże się panu podoba w Cudnie?
— Powróciłem tu na stałe, aby pracować, panie ministrze. Podoba mi się, że jestem na własnym terenie pracy.
— To pięknie, młodzieńcze. My tu już od lat paru, tak powoli, stopniowo... budujemy —
— Co? może halle targowe na zastępstwo tych ohydnych kramów pod zamkiem? — zapytał żywo Szaropolski.
— Nie — — Powoli, młodzieńcze; to na później. Ja mówię o całokształcie państwa, które przeszło już ogromny etap ewolucyjny od jarzma moskiewskiego aż do formy dzisiejszej, gdy jesteśmy już — królestwem, sprzymierzonem z największą potęgą świata.
Minister wypatrywał na twarzy słuchacza oznak entuzjazmu, ale gdy Szaropolski mrugał tylko kłopotliwie, minister ciągnął dalej:
— Wszystko to przygotowaliśmy, wytargowali, przewidzieli, posuwamy dalej my, ludzie skromni, lecz nie zasypiający nigdy sprawy, my, aktywiści polscy — — — — — — — — — — —
Szaropolski skłonił się przez grzeczność, ale z nagłego zaniku jego wymowy, dosyć sprawnej w materjach konkretnych, widać, było, że wyższej polityki wcale niepojmuje.
Dr. Powidło nauczał go dalej:
— Natrafi tu pan na zdania przeciwne naszemu programowi, zwłaszcza gdy się pan zetknie z endecją. To są ludzie, przed którymi pozwolę sobie pana ostrzedz — — — — — — — — — — —
— Dziękuję panu ministrowi za łaskawe dla mnie chęci, ale ja się nie zajmuję polityką. Jestem handlowcem. Możeby mi pan zechciał udzielić wskazówek, w jakim kierunku handel cudeński ma obecnie szanse rozwoju, abym mógł w nim wziąć pewien, choćby skromny, udział?
Wysoki urzędnik skrzywił się. Szybował już swobodnie w dziedzinie ogólników zasadniczych, a natrętny gość ściągał go do specjalności, którą dr. Powidło uprawiał przygodnie, przez patrjotyzm, ale bez zamiłowania.
— Widzi pan — rzekł ministerjalnie — trwająca dotąd wojna trzyma całe dziedziny życia publicznego i zależności. Z tego powodu i handel cudeński jest — rzec można — w zawieszeniu.
Szaropolski zmartwił się, chciał znowu powstać, ale ponieważ otrzymał drugiego papierosa, próbował jeszcze skorzystać z audjencji:
— Może inne jakie ministerjum ma wydział handlowy? Ministerjum wojny?
— Tego ministerjum jeszcze nic posiadamy. Nie odrazu Kraków zbudowano, nie odrazu i Cudno.
— Ministerjum spraw zagranicznych??
— Jest dopiero w formacji.
— Ministerjum spraw wewnętrznych?
— Zapewne... Albo komunikacji. Są tam sprawy handlowe. Z tem radziłbym się jednak udać do generała Edler von der Hölle, który ma swój wydział komercyjny. To bardzo solidny człowiek. Mogę panu dać do niego list polecający.
— Bardzo wdzięczny będę. — — Więc generał jest tu na stanowisku... namiestnika? wicekróla? — —
— A! gdzież tam! — Zasadniczo mamy króla Ćwieczka, który tymczasem jest nieobecny. Są tu jego zastępcy. Możnaby się do nich dostać, ale... to nie droga dla pana. Król i jego zastępcy są raczej dla... dostojności — dla firmy, że tak rzekę. Interesy realne, jak handlowe, kierować należy albo do generała von der Hölle, albo wreszcie i do mnie.
— Skoro jednak pan minister nie ma na razie nic takiego dla mnie...?
— Proszę się do mnie zgłosić za miesiąc albo po nowym roku — — jest nadzieja, że otworzą się wtedy pewne drogi... kolonjalne. Więcej dzisiaj nie mogę panu powiedzieć.
— Moje uszanowanie panu ministrowi.
Szaropolski wychodził z gabinetu prawie przerażony swą własną niezdolnością pojmowania pojęć cudeńskich. Czyżby już tak dalece się wynarodowił?! W zamęcie zasłyszanych powiadomień pływał mu na wierzchu tylko wyraz: „aktywiści polscy“ — —
— The combination is strange indeed — myślał Szaropolski po angielsku.
Noc wilgotna już zamroczyła ulice, oświetlone tak oszczędnie, że pieszy wędrowiec kierował się od latarni do latami tylko wiarą, że od jednej do drugiej zalega gładki chodnik. Czasami wiara ta zawodziła, gdy w chodniku brakło tafli. Ale Szaropolski był sportowcem i nauczył się już chodzić biegle po cudeńskich brukach.
Myślał wciąż jeszcze o rozmowie z d-rem Powidłą:
— Może on coś przedemną ukrywał, albo chciał mnie się zręcznie pozbyć? — — Muszę o niego zapytać stryja Joachima. Stryj zna całe Cudno.
Ów Joachim mieszkał na drugim końcu miasta. Szaropolski rozejrzał się za dorożką, przechodził bowiem przez placyk, na którym znał już stację wehikułów publicznych. Tam, przy rogu Zarwańskiej, zdaje się, że stoi kilka...?
Nie, chyba to kupy błota? — — Owszem, dorożki!
Gdy siej zbliżył, poznał, że stoi ich trzy, oczywiście bez latarek. Dwie miały konie tak udręczone i głęboko zaspane, że nie budziły nawet wyobraźni w kierunku ruchu. Trzecia zaprzężona była w małe, krępe stworzenie z wielka głową, nieznanego gatunku. Gdy Szaropolski zaczął mu się przyglądać, dorożkarz zaprosił żwawo:
— Niech pan ino siada.
— Cóż to zaprzęgliście? cielę, czy młodego łosia?
— Sybirak, panie. Takiego mi przynajmniej Szwaby nie zarekwirują. A pojedzie ojej! — — Gdzie mam jechać?
Edwin podał adres; potworny kuc ruszył z miejsca silnym, nadspodziewanie szybkim kłusem. Szaropolski dodał zaś szczegół do swych pożytecznych spostrzeżeń:
— Masy ludowe nie są sprzymierzone z Niemcami. Zato ich aktywizm jest nieco skuteczniejszy.
Joachim Szaropolski był dalekim krewnym Edwina, ale że nosił to samo nazwisko, należał do swoich, gdyż Szaropolscy trzymali się solidarnie w rodzinie, według tradycji szlacheckiej. Mizerne to już było szlachectwo, bo nie poparte przez posiadłości ziemskie; Szaropolsey mieszkali oddawna w mieście, podobno nawet nie wylegitymowani, uprawiając przeróżne kunszty i rzemiosła. Jeden z nich był aktorem, a że często grywał role szlachetne, miał polor i kulturę dla teatru wystarczające. Drugi był siodlarzem, trzeci służył po biurach administracyjnych. Tylko nieżyjący już ojciec Edwina, duch niespokojny, wybiegał po za deptak gminu, zawiązał stosunki z Anglją, posunięte aż tak daleko, że pojął żonę Angielkę, zebrał majątek i starannie wychował syna, najbardziej z żyjących podobnego do szlachcica. Ale właśnie Edwin nie miał zamiłowania do szlachectwa, odziedziczywszy po matce umysł pozytywny i upodobania przemysłowo-handlowe. Był to w każdym razie najpokaźniejszy z Szaropolskich. Gdy powrócił do Cudna, poznał swych krewnych, nie znalazł jednak wiele stycznych ideowych ani z aktorem, ani z siodlarzem, ani z kancelistą. Jedyny Joachim, chociaż stary i zgryźliwy, zainteresował go, jako niezupełnie jeszcze rozsypana ruina ciekawego gatunku człowieka.
Joachim był typowo „zmarnowany“, gdyż żadnego ze swych uzdolnień i przygotowań naukowych nie doprowadził do widomego wyniku. Kierował się niegdyś na pisarza w stylu starożytnym, na kapłana sztuki, nic zaś na wyrobnika pióra. Ale w połowie studjów uniwersyteckich zapragnął zostać księdzem, wpływowym kaznodzieją, reformatorem pojęć i obyczajów, nawoływaczem do krucjat — i wstąpił do akademji duchownej. Wtem świecka ponęta wypłatała mu kapitalnego figla: zakochał się w aktorce, porzucił dla niej swe niezbyt mocne powołanie kapłańskie i ożenił się z nią. Z kolei aktorka porzuciła Joachima ze względu — na opinję. Jak to wygląda, że artystka, grająca wyższe role, jest żoną ex-księdza! Koledzy nie mogli jej tego darować, zwłaszcza że była bardzo ładna. Ona zaś liczyła się głównie z opinją, którą codzień wchłaniała w uszy. Wyszła też niebawem powtórnie zamąż za suflera i jest z nim dotychczas podobno szczęśliwa. Joachim zaś zaczął pracować w redakcji pewnego pisma, w dziale satyryczno-sprawozdawczym. Ale zdarzyło się znowu, że pismo, nazwane „polskiem“, stało się wcale nie polskiem, w ostatnich zaś czasach zupełnie żydowskiem. Joachim przeklął zatem i zawód publicysty. Zajmuje się dzisiaj już tylko tokarstwem i strojeniem fortepianów.
Bliższa przyjaźń między Edwinem a starym krewnym należałaby do wyjątków, gdyż towarzyszami sobie być nie mogli — jeden kończył stargane życie, drugi zabierał się dopiero do ustalenia swojego — ale po trzech spotkaniach dostrzegli, jeden w drugim pokrewieństwo przyjemne: podkład zdrowego sensu w sądach o sprawach i ludziach, który Edwin mógł wziąć po matce Angielce, ale Joachim, Cudnianin bez domieszki krwi obcej, posiadał również, co dowodziło ubocznie, że zdrowy sens znaleźć się może i w Cudnie.
Joachim siadywał dużo w domu, w wielkim fotelu, pośród starożytnej rupieciarni i bibuły, a rozkołysana, siwa czupryna i twarz gorzka przypominały Lelewela, szczególniej z pomocą jednakiego chrzestnego imienia. W tej postaci zastał go Edwin i dzisiaj, ale tym razem nie samego. Po drugiej stronic stołu siedział przywiędły, ale obszerny jeszcze mnich w habicie kapucyńskim, ojciec Prosper, kolega Szaropolskiego ze szkół. Koledzy pociągali sobie węgrzyna. Obrazek był ułożony jak według starej ryciny.
Gdy wszedł Edwin, Joachim ożywił nieco twarz swą niechętną, której nawet wino nie rozweselało dostatecznie:
— Masz przed sobą, ojcze Prosperze, najmłodszego ze Szaropolskich, który przyjechał z Anglji nas tu uczyć rozumu.
Edwin przywitał się grzecznie i usiadł neutralnie między potęgą świecką, a duchowną. Przyjął też zaproponowany kieliszek wina.
— Nie przyjechałem, aby uczyć, ale aby nabrać rozumu; poznać tutejsze potrzeby, urządzenia...
— To go nie namacasz, tutejszego rozumu. Wycofaliśmy go z obiegu, jak złoto. Używamy tylko obcego rozumu i to w fałszywych asygnatach.
— Co też Joachim powiadał — wzniósł kapucyn ręce do góry mamy w kraju nareszcie jakiś ład, spokój, dzięki Bogu.
— Ojcze Prosperze! bliżej mieszkasz od Pana Boga, niż ja, ale tak samo Go nie rozumiesz. Wytłumacz mi naprzykład, że z łaski boskiej mamy rząd obecny. —
— Nie mnie Wam tłumaczyć, drogi kolego. Ale zbieramy owoce: mamy szkoły, sądy własne; nie prześladują Kościoła, zakonom pozwolili powrócić — inaczej nic siedziałbym tu i ja grzeszny — pociągnął wina.
— Czyż nie widzisz, ojcze Prosperze, że te ustępstwa i pozwolenia to tylko podawanie ręki, aby nas wciągnąć w przepaść? Czego może chcieć Prusak, jeżeli nie zagłady Polski? Takim go sam djabeł stworzył. A dlaczego nasi idą na rękę Niemcom i tańcują pod batem generała von der Hölle? Bo im djabeł rozum odebrał. Trudno, żebym Pana Boga posądzał o całą tę politykę.
— Niezbadane są wyroki boże — odrzekł tylko mnich, ogmatwany przez swadę Joachima.
Urwała się dyskusja. Popijano wino, Joachim kwaśno przełykał, kapucyn siorpał pobożnie, Edwin pił obojętnie. Tu młody Szaropolski przypomniał o zamiarze wyjaśnienia sobie wątpliwości, wynikłych z audjencji u D-ra Powidły i nawiązał do urwanej rozmowy żartobliwy przycinek:
— Czy stryj przypadkiem nie endek, że tak gromi politykę rządową?
— A tobie co do tego, czy ja endek? Skąd nabrałeś tej metody dyskutowania? Musisz tu się obracać w bardzo podłem towarzystwie?
— No, nie koniecznie. Wracam właśnie od ministra handlu i przemysłu.
— Powidło? — — to dureń.
— Ależ Joachimie, zastanów się! To zacny człowiek, dobry katolik, no i powaga naukowa — perswadował zgorszony Prosper.
— Wszystko to być może, ale dodać trzeba, że w piętkę goni, sprawując ministrowstwo handlu, skoro jest mineralogiem, i biorąc udział w rządzie, który nie jest rządem.
Edwin zawtórował z radosną energją:
— Wie stryj, że ja wyniosłem bardzo podobne wrażenie z mojej audjencji!
— Tak więc i mów: masz, stryju, słuszność — a nie, że stryj jest endekiem.
— No... bo endecja podobno cała w opozycji przeciw rządowi...
— I ma jeszcze raz słuszność. — Mój drogi, walka z endecją to nie są tylko partyjne swary. To znamienny szczegół piekielnej machinacji Przeciwko Cudnu, kierowanej przez zajadłych wrogów. — —
Zamilkł — zrywał się następnie po parę razy, bez głosu, do jakiejś wielkiej perory, ale nareszcie dał znak skrzywieniem twarzy i machnięciem ręki, że nie warto.
— Dajcie mi już pokój z tą polityką!
Dano mu łatwo pokój, gdyż właściwie on tylko sam zaczynał o niej gadać. Ojciec Prosper Poczuł się do obowiązku zbanalizowania rozmowy:
— Szanowny pan na długo zjechał do Cudna?
— Na stałe. Szukam tu warsztatu pracy, mieszkania, no i takich rzeczy.
— Może gniazdeczka?
— Chce ksiądz powiedzieć: żony? Nie szukam — chyba że się zdarzy.
— Nie namawiaj go, Prosperze; ma jeszcze czas. — Powiedz mi, Edwinie, co tam z twym fortepianem?
— Używa go dotąd ten major Niemiec razem z innymi meblami po moim ojcu. Są na składzie w dwóch pokojach, które zarekwirowano z meblami.
— No, może majora, razem z kolegami, wkrótce djabli wezmą. — Ale mówiłeś z nim?
— Mówiłem. Obiecuje, że meble odda, jeżeli otrzyma translokację, za wyjątkiem właśnie fortepianu.
— A to co znowu? Chce go kupić? Nie radzę; dobry instrument, a Szwab zechce nabyć tanio.
— Chce go zabrać darmo. Mówi, że się do niego przywiązał, grając na nim już długo, że włożył do niego zbyt dużo niemieckiej kultury muzycznej, aby się z nim rozstać.
— No, wiecie co!...
Popłynęły wyrazy oburzenia i narada, jakby na drodze dyplomatycznej odzyskać zagrożony fortepian.
Pożegnawszy stryja i kapucyna, mógł Edwin powrócić na wieczerzę do pensjonatu pani Wilkołackiej, gdzie zamieszkał, ale było tam zimno, głodno i drogo, gdyż właścicielka założyła swój hotelik głównie dla idei. Starała się dobierać lokatorów ze sfer zamożnych, niezaradnych i wyrozumiałych, aby ich rozrzewnić do głównej idei instytucji: do odbudowania fortuny Wilkołackich. Za zwyżkę opłat mieszkaniowo-kulinarnych lokatorowie otrzymywali korzyści natury moralnej: wyborne towarzystwo, ciepło serc bliźnich i światłe dyskusję po chudych obiadach i wieczerzach. Szaropolski spróbował tych uczt, ale nie mógł się do nich przywiązać. Szukał też energicznie własnego mieszkania — i dzisiaj opuścił wieczerze w pensjonacie, bo zapragnął innej rozrywki, może w teatrze.
Na ulicy 5 listopada błyszczały tu i ówdzie reklamowe konstellacje. Edwin mijał je badawczo, aż natrafił na budę zatytułowaną „A rebours“ i rzucił okiem na program. Jakiś związek młodych poetów... aktualności... bosa tancerka... To może być zabawne.
Wszedł i zastał, zamiast teatrzyku, jadłodajnię urządzoną niedbale, z estradą, na której tymczasem nic się nie działo. Przy stolikach, pojedynczo, lub po dwie i kilka, siedziały rozmaite osoby, mające jednak wspólny niby styl w przykroju ubrań i nastroju fizjognomji. Poeci?? — wahał się Szaropolski w domysłach. — Kobiet kilka niebrzydkich — jedna zupełnie ładna i usadowiona, jak u siebie w domu. — Dużo Żydów.
Gdy tak przeglądał salę, spotkał się oko w oko ze swym kuzynem, Szaropolskim Robertem, aktorem. Ten, oglądany zdaleka, miał pozór skończonego dżentelmena; zbliska wyglądał jednak niedokończony, zwłaszcza w szczególe głowy, ile że nie była tutaj, poza sceną, zrobiona na żaden charakter. Zresztą był popularną w Cudnie figurą i zawołanym knajpiarzem. Edwin go nie szukał, ale skoro go spotkał, przysiadł się do niego.
Przy stole był jeszcze jeden pan, nazwiskiem Wurm — pochodzenia niewiadomego, jednak poeta polski. Jako takiego przedstawił go Robert, dodając, że jest dyrektorem kawiarni i „bajecznym kawalarzem“. Wurm był gładki, ubrany z wyszukaniem barw i zarysów, zniewalającem kobiety z doraźnemi aspiracjami, uśmiech miał pieprzny, spojrzenie figlarne — wogóle pozór taki, że agent policji, szukający w tłumie sprawcy świeżej zbrodni, na pierwszego Wurma zwróciłby Uwagę.
W kawiarni można było dostać i potraw gorących. Szaropolski zamówił sobie coś do jedzenia, a tymczasem na estradę wstąpił p. Promieński, inny poeta polski, w rodzaju satyryczno-naśladowczym. Gdy się ukazał, był wcale niepozorny i do zwykłego gościa podobny. Ale zapomocą paru pociągnięć po głowie, po twarzy i po ubraniu przeistoczył się w moskiewskiego urzędnika, i w monologu, pełnym werwy, przedstawił całą ohydą rządów w Cudnie w epoce przed wyzwoleniem. Od stolików zrywały się wybuchy śmiechu i oklaski młodych kolegów, Pobudzające entuzjazm publiczności. Gdy skonczył i odchodził, zmuszono go do powiedzenia jeszcze kawałka pod tytułem „Wańka-wstanka“, potem jeszcze słynnej „Ody endeka do knuta“. Publiczność dyktowała rozgłośnie tytuły tych utworów młodemu piewcy, który je uprzejmie wykonywał na zawołanie. Był to specjalista od biczowania Rosji i endecji.
Gdy skończył, Edwin Szaropolski rzeki do kuzyna Roberta:
— Dobrze, ale gdzież tu aktualność, zapowiedziana na afiszu? Tego wszystkiego już od trzech lat niema w Cudnie.
Robert zwlekał z odpowiedzią, więc Wurm posłużył objaśnieniem:
— Pan niedawno w Cudnie i nie wie, ile tu jeszcze zarazy moskiewskiej tkwi w społeczeństwie. My ją wypalamy gorącem szyderstwem.
Edwin pomyślał: może być!? — zanotował w pamięci wątpliwość: co to znaczy: my. A odezwał się jeszcze inaczej:
— Czy panowie nie dajecie tu piosenek o panujących stosunkach i osobach, jak Francuzi w swych kabaretach na Montmartre? Znalazłoby się coś do przypięcia temu i owemu ministrowi, albo generałowi Edler von...
Nie dokończył. Obaj spółbiesiadnicy przerwali mu spojrzeniami rozpaczliwie ostrzegawczemi.
— Panie Szaropolski — szepnął Wurm, nachylając do Edwina postać ziejącą piżmem i zgrozą — jest stan wojenny. My się musimy z tem liczyć.
— Ach, tak dalece?... — odbąknął Edwin i pogrążył się w talerzu, noszącym kotlet z garniturem marchwi i buraków.
Wybuch muzyki przerwał niepożądaną rozmowę i dał Edwinowi czas do namysłu. — Znowu „my“ — a zatem to grono niby poetów? Młode, jednak zatęchłe; dowcipkujące, ale smutne i buntownicze przeciw Moskalom nieobecnym, lecz srodze lojalne wobec Niemców, siedzących na karku. — — Nie podobała się Edwinowi ta knajpa.
Przyciemniono światło na sali, a na estradę rzucono jaskrawy snop z reflektora. Z za firanki wypłynęła bosa tancerka. Ach, to ta ładna blondynka, co krążyła między stolikami — — Bardzo zgrabna — —
Kobiecy kształt w ruchu, ogólnoludzki, międzypartyjny, wszem miły — podziałał kojąco na zgrzyty moralne. Rozweseliły się oczy i umysły gości. Robert Szaropolski kołysał sit; na krześle w takt muzyki, aprobacyjnie, pozując na arbitra wdzięków. Dyrektor Wurm wodził wokoło triumfalnemi spojrzeniami: „taką my tylko mamy“. Ale i Edwinowi uczyniło się tak ochoczo, że zapragnął szampana. Zapytał towarzyszy, jaką wolą „markę“.
— My pijemy „Deutscher Sekt“ — odpowiedział Wurm — nawet innego tu nie trzymamy.
Chociaż niemiecki szampan ma się do francuskiego jak osieł do konia, można go pić w nędzniejszych epokach życia — miał też wówczas popyt w Cudnie.
To samo wino ukazało się niebawem na wielu stolikach. W rozgrzanej atmosferze zacierały się antypatyczne rysy jednych, tępiał zmysł spostrzegawczy innych, szerzyła się jakaś senna zrazu, potem bardziej przedsiębiorcza pojednawczość różnych płci i przekonań, harmonja na Wyżynach artystycznych.
Bo na estradę wstępowali coraz to nowi artyści, mężczyźni i kobiety, w ubraniach domowych, byli tu bowiem u siebie, w domu. Jedni bawili publiczność doborem wyrazów melodyjnych, których pospolitego sensu trudno było się domacać, ale cel był wyraźny: dowieść, że stara poezja, jak i stara Polska, są już dzisiaj na nic. Drudzy w misternych strofach przemycali śmiałe wybryki pornograficzne. Sam Wurm wystąpił z utworem oryginalnym, zatytułowanym „Wołanie przepaści“, wcale nie wesołym, gdyż warczało w nim od piorunów i buchało specyficznym swędem, który stanowił oryginalność poezji Wurma. Rozgłos tego poety sięgał daleko poza granice kawiarni; tylko dla walki o byt raczył tu być dyrektorem. Po kilku minutach szybowania zstąpił z wyżyn estrady i powrócił do niemieckiego szampana.
A w przerwach programu artystycznego raz po raz jakaś para zrywała się do tańca.
Gdy Wurma nie było przy stoliku, Edwin zagadnął Roberta:
— Powiedz mi, czego oni tu chcą? do czego to wszystko zmierza?
— Do czego?... do zabawy — odrzekł zdziwiony Robert.
— Ej nie — to jakieś stowarzyszenie... jakaś robota — — —
— Utop, Edwinku, filozofję w winku — zaimprowizował Robert dowcipną odpowiedź.
Edwin zaś przypomniał, że Robert to nie Joachim i że nie warto z nim gadać o głębszym sensie pospolitych objawów życia.
Gdy Wurm powrócił do stolika, jakaś dama młoda i strojna podeszła do niego.
— Hrabina! — szepnął Robert na ucho Edwinowi — prawdziwa hrabina, słowo ci dają.
Owa dama zapraszała Wurma do tańca.
— Jak to? mnie?! — pytał Wurm, wskazując palcem na swój front barwnie skombinowany, z wyrazem ogromnego podziwu.
Publiczność śmiała się, gdyż co wieczór zdarzała się ta sama scena i codzień Wurm się dziwił.
Poszedł jednak w tany z hrabiną; wykonał „one step’a“ pełnego dyskretnej zuchwałości i semickiej elegancji, ku wielkiemu zadowoleniu sali.
Uśmiechnął się i Edwin; w miarę, jak popijał wina, coraz łatwiej na śmiech mu się zbierało. Aż uczyniło mu się tak raźnie, że sam zatańczył z bosą tancerką, teraz już obutą, której wyszkolone nóżki, błyskając z pod krótkiej, powiewnej sukni, dawały śliczne wzory taneczne.
Wdał się następnie z tancerką w konwersację. Nazywała się po ludzku, nie tak, jak przeważna część kolegów, bo Marja Malankowska, urodziła się w Chudnie i nie można jej było nawet posądzić o pochodzenie semickie. Włosy miała bardzo jasne, wyraz twarzy pogodny i szczery, układ niewinny. Dowiedział się Edwin, że Panna Malankowska jest tu zaangażowana tylko na miesiąc, że pragnęłaby występować na scenach większych i zużytkować inne swoje talenty, gdyż uprawia i muzykę, a wreszcie — o dziwo! — że ma wstręt do Żydów.
— Jakże więc pani tutaj się znajduje? przecie tu roi się od Żydów. — —
— Niestety!
Na rozwinięcie dramatycznej zagadki, w tej różowej duszyczce spowitej, nie było czasu. Malankowską chwytano raz po raz do tańca, gwar wzrastał, a noc się przybliżała do godziny przepisanej dla zamykania lokalów. Jakoż zabrzmiał wkrótce sygnał, któremu trzeba było się poddać. Edwin zapłacił rachunek większy, niż się spodziewał, pożegnał bardzo grzecznie towarzyszkę niewinnej uciechy, a wyszedłszy na świeże powietrze, powrócił natychmiast, sprężynowo, do swego charakteru.
— Knajpa właściwie podła; towarzystwo pod psem. Dziewczynka ładna i może godna lepszego losu, ale to nie moja rzecz wydobywać ją z tej jaskini. Suma wszystkiego: wstęp do kawiarni „A rebours“ Edwinowi Szaropolskiemu wzbroniony.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Weyssenhoff.