Czao-Ra/Przygotowania na zimę

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Przygotowania na zimę
Pochodzenie Czao-Ra
Wydawca Wydawnictwo M. ARCTA w Warszawie
Data wyd. ok. 1931
Ilustrator Mikołaj Wisznicki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IV.  PRZYGOTOWANIA NA ZIMĘ

Zima zwalczyła ostatnie wysiłki jesieni, przytłoczyła wszystko białemi zaspami, mroźnym podmuchem wiatru zmieniła śnieg na kamień i lodową korą okryła jezioro, nad którem szeleściały pożółkłe, drżące trzciny.
Marusz przebił na środku jeziora szeroką przeręblę, okrył ją żerdziami świerków i przysypał śniegiem, żeby nie zamarzła.
Robił to nie dlatego, żeby Nań miała wody pod dostatkiem, w zimie bowiem używała śniegu do sporządzania strawy i do picia. Chciał zaopatrzyć rodzinę w ryby. Tuziemcy bardzo zręcznie opuszczają do przerębli sznury z haczykami i chwytają na wędkę ryby z pod lodu.
Myśliwy pracował na dworze, patrząc, jak z ciepłej chatki wypełzał na czworakach mały Dugen, golutki, ogorzały, i, ujrzawszy biały, skrzący śnieg, tarzał się w nim, głośno prychając i śmiejąc się wesoło.
Uśmiechał się do synka Marusz i pracował nad sporządzeniem „nart“, czyli lekkich saneczek, które ciągną oswojone renifery, wożąc ludzi i ciężary.
Nań, zajęta gospodarstwem domowem, zdążyła już ujeździć i przyzwyczaić do uprzęży młode jelenie, nabyte od pastuchów za cztery szpice.
Na ich piersiach i grzbietach szerokie rzemienie uprzęży już odcisnęły pręgi, bo Nań codziennie zmuszała renifery do ciągnięcia z lasu ciężkich kłód drzewa i wiązanek suchych gałęzi, gromadząc opał na zimę. Jelenie znosiły na grzbietach pęki młodej brzeziny, osiki i wierzb, duże naręcza ściętych traw i trzcin na pokarm dla siebie.
Skrzętna Nań zaopatrzyła się też w paszę dla reniferów na wypadek zbyt głębokiego śniegu. Tuziemcy nie troszczą się zbytnio o swoje zwierzęta domowe. Każde z nich zdobywa sobie pożywienie własnym przemysłem. Psy polują na lemingi i zające, renifery twardemi i ostremi racicami odgrzebują śnieg i wynajdują sobie trawę, mech, a nawet jagody. Czasem jednak zdarza się, że śnieg pokryje ziemię tak grubą warstwą i tak skrzepnie na mrozie, że biedne zwierzęta nie znajdują pokarmu i giną całemi tysiącami z wyczerpania i głodu.
Tego się obawiała Nań i dlatego pomyślała o zgromadzeniu paszy dla jeleni. Jak każda kobieta ze szczepu koczowników-myśliwych, wiedziała, że może przyjść straszna chwila, gdy będzie zmuszona sama sobie radzić i ratować swoje i syna życie. Mogło się to stać w wypadku, gdyby mąż jej, zapuściwszy się w głąb puszczy lub wyszedłszy na północną tundrę, zginął, zabłąkany na niezmierzonych obszarach białej pustyni w ponurą noc polarną.
Odpędzała od siebie tę myśl trwożną, lecz przygotowywała się do walki o życie małego, zawsze wesołego Dugena, który miał się stać w przyszłości dzielnym myśliwym i pójść śladami ojca.
Gdy sanki lekkie a mocne były już wykończone i stały przy ścianie chatki, Marusz wydobył swoje narty myśliwskie, bez których nie mógłby odbyć dalekiej wyprawy przez głębokie śniegi.
Nie były one podobne do nart, używanych przez sportowców. Przypominały raczej rakietę tennisową.
Mocna owalna rama z suchej brzozy była ściągnięta siatką z żył jelenich, a od dołu obszyta grubą skórą włosiem nazewnątrz, aby się mogła łatwiej ślizgać. Narty te myśliwi przywiązują rzemykami do futrzanych butów, poczem już z łatwością przechodzą przez najwyższe wydmy, przez wąwozy, przysypane warstwą śniegu, i mogą zręcznie i zwinnie biec przez las, omijając na zwrotnych nartach pnie i wystające nad ziemią korzenie drzew.
Pewnego wieczoru Marusz przy czerwonych błyskach płonącego w chatce ogniska obejrzał cały swój ekwipunek i sprzęt myśliwski. Wszystko było w porządku. Zaczął więc pakować rzeczy. A było tego niedużo. Zaledwie dwie skórzane torby.
Do jednej włożył potrzaski, sidła, kule, trzy blaszanki z prochem i jedną z kapiszonami, do drugiej — zapas herbaty, cukru, soli, suche placki, kawał suszonego mięsa, kociołek, kubek, zapasowe krzemienie, długi sznur hubki, blaszane pudełko z tłuszczem i zawiniątko starych szmat do czyszczenia strzelby.
Obydwie torby związał cienkiemi sznurami, do których przyczepił pęk długich i mocnych rzemieni, okrytych grubą warstwą łoju.
Nazajutrz o świcie, długo, z rozczuleniem żegnał żonę i uśmiechniętego Dugena, obrzucił rzewnym wzrokiem chatkę, zagrodę ze stojącemi w niej reniferami, stosy suchego drzewa, pogłaskał małego, puszystego Wou-Gou, strzegącego domu, skinął ręką na Czao-Ra i w milczeniu ruszył na północ, szybko ślizgając się na nartach.
Na skraju lasu, gdzie zaczynały się pochyłe wzgórza, przystanął i obejrzał się.
Ujrzał po raz ostatni swój dom i stojącą przed nim Nań z synkiem na ręku, usłyszał głuchy ryk reniferów i basowy głos Wou-Gou, więc jeszcze przyłożył dłoń do ust i krzyknął:
— Niech Wielki Duch czuwa nad wami!
Poprawił torby na plecach, głębiej wcisnął za rzemienny pas siekierę i nóż, zarzucił karabin na ramię i zniknął w zaroślach świerkowych.
Nie widział już chatki i Nań, która padła na kolana i, dotykając czołem śniegu, powtarzała z głośnym, żałosnym szlochem:
— Wielki Duchu... Wielki Duchu... Wielki Duchu!...
Błagała o coś Boga, którego różne ludy różnemi wysławiają imiony. Prośby tej nie mogły wyrazić słowami drżące wargi płaczącej kobiety, żony łowcy północnego. Tylko serce, strwożone i rozpaczą zatrute, wyczuwało ją głęboko. Lecz Bóg wszystko widział, słyszał i rozumiał, chociaż nic innego, oprócz „Wielki Duchu“, nie wypowiadały usta szlochającej Nań.
Płakała niedługo. Musiała przecież przyrządzić posiłek dla Dugena, ułożyć go do snu, nakarmić psa, wypuścić renifery na paszę, zamieść izbę, odrzucić śnieg ode drzwi, obejrzeć przeręblę, aby nie zamarzła, oczyścić skórki upolowanych przez męża zwierząt, posolić, wysuszyć i złożyć na przechowanie w przewiewnym szałasie, skleconym z żerdzi i otulonym gałęziami.
Zamknąwszy chłopaka w chatce, pobiegła do jeziora, bo oczyszczenie przerębli od lodu było pierwszą jej czynnością, powtarzaną trzy razy dziennie.
Już zbliżała się do brzegu, gdy z gąszczu trzcin wyszedł powolnym krokiem mały, ponury Wou-Gou. Kroczył z zadartą głową, wlokąc za sobą zająca.
Ze zdziwieniem przyglądała się Nań kudłatemu szczeniakowi, myśląc:
— Taki młody, a już na własną rękę poluje! Na pięknego wyrośnie psa łowczego... Ho! ho!
Gwizdnęła. Wou-Gou zatrzymał się i patrzył na nią piwnemi oczyma.
— Przynieś, Wou-Gou! — krzyknęła.
Piesek, przez nikogo nie tresowany, tym samym powolnym krokiem zbliżył się i położył przed nią zdobycz.
Nań obejrzała uważnie zająca. Miał strzaskane kręgi szyi. Był to chwyt prawidłowy i śmiertelny.
— Co za pies! — mruknęła. — Dobra krew! Syn Czao-Ra! Jednak on prześcignie matkę... Taki młody, a już poluje... No, no!
— Weź, Wou-Gou! — rozkazała, rzucając zająca na śnieg.
Kudłaty szpic merdnął ogonem i powlókł zdobycz, powolnie idąc ku chatce.
Gdy Nań powróciła do domu, zdumiała się.
Mały szpic złożył zająca przed progiem, a sam leżał obok.
Instynkt dobrego psa myśliwskiego podszepnął mu, że musi polować dla człowieka i dzielić się z nim każdą zdobyczą.
Zrozumiała to Nań, więc aby w tej myśli utwierdzić Wou-Gou, odcięła zającowi nogę, a resztę rzuciła, rzekłszy:
— Urr!
Tym okrzykiem myśliwi zachęcają swoje psy do chwytu i jedzenia.
Szpic natychmiast porwał zająca i ukrył się z nim w krzakach, otaczających chatkę. Warczał i mruczał groźnie.
Nań zamyśliła się nad zachowaniem psa.
— Nic innego tylko Czao-Ra zdążyła już nauczyć szczeniaka — pomyślała. — Niedużo będzie miał z nim do roboty Marusz! Mając takie dwa psy, obfitą zdobycz będzie przynosił do domu...
Kobieta wiedziała, że suki szpiców myśliwskich są pierwszemi nauczycielkami szczeniąt. Uczą je sztuki rozpoznawania śladów, tropienia, osaczania zwierząt, szczekania na każdy ich gatunek w sposób odmienny, czajenia się, napadu i pościgu.
Myśliwemu pozostaje tylko nauczyć szpica, aby nie niszczył skóry zdobytego zwierzęcia, przynosił je do nóg strzelca, pozostawał przy odnalezionej rannej zwierzynie i szczekaniem wskazywał człowiekowi drogę do niej.
Są to najważniejsze zasady wychowania psa łowczego. Najzdolniejsze ze szpiców dochodzą do wyników niezwykłych: rozumieją niemal każde słowo, każdą myśl swego pana, stają się najwierniejszymi jego przyjaciółmi, pomocnikami i obrońcami.
Pies o wybitnych zdolnościach szybko dochodzi do sztuki „anonsowania“. Taki pies, posłany do lasu lub w pole, węszy zwierzynę i zdaleka szczekaniem swojem donosi myśliwemu, co wytropił. Nieraz taki pies, zapędziwszy się za daleko i rozumiejąc, że głos jego nie dojdzie do słuchu człowieka, porzuca pościg, powraca i prowadzi swego pana na miejsce, gdzie pozostawił zwęszoną zwierzynę.
Małe, lecz silne i mądre szpice północne potrafią zapędzić tak niebezpiecznego drapieżnika, jak ryś, na drzewo i trzymać go przez cały dzień w oblężeniu; mogą zakraść się do bajorów, gdzie wilki urządziły swoje legowisko, i wypłoszyć, pędząc je na strzał myśliwego; umieją wstrzymać uchodzącego łosia, jelenia, a nawet niedźwiedzia, wściekłem ujadaniem zwabiając człowieka, nadbiegającego z karabinem.
Nań była przekonana, że mały Wou-Gou już przeszedł szkołę „początkową“, w której, z pewnością, oberwał od matki sporo chwytów kłami i ciosów szeroką piersią. Teraz czekała na niego „szkoła wyższa“, kierowana przez samego Marusza.
— Ale ułoży on naszego Wou-Gou na najlepszego psa w całej puszczy! — myślała Nań, z uśmiechem nadsłuchując warczenia szczeniaka, ucztującego w krzakach zdala od oka ludzkiego.
Chciał być sam, aby, niczem się nie krępując, podjeść, jak się należy.
Weszła więc do chatki, skąd już wołał na nią znakomicie wyspany mały Dugen.
Wyciągał do matki rączyny i śmiał się czarnemi, skośnemi oczkami.
Ucałowała chłopaka i krzątać się zaczęła koło garnków, podrzucając do przygasłego ogniska suche gałęzie i łuczywo smolne.
Buchnął płomień i ogrzał izdebkę.










Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.