<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł Czarny adept
Podtytuł Powieść sensacyjna
Wydawca Wydawnictwo „Świt”
Data wyd. 1933
Druk Drukarnia „Siła“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.
Panny Łomnickie.

Powiedział jakiś filozof, że myśli mężczyzny są zgoła odmienne po ogoleniu i przed ogoleniem. Maksymy tej doświadczałem na sobie, gdy nazajutrz, pięknie wyświeżony, wiązałem krawat w żółte i czarne kwadraty „krzyżówkowy” przed lustrem. Potoki dziennego światła zalewały pokój, a pod ich wpływem starałem się dać zgoła inne wytłomaczenie wczorajszej przygodzie. Czy wszystko, co wczoraj przeżyłem nie było urojeniem i wybrykiem podekscytowanych nerwów a wielce tajemnicza kartka i ekscentryczności panny Mary Łomnickiej, wprost fantazjami bogatej, rozkapryszonej miss, która się mocno nudzi i z nudów, oraz nadmiaru polskich złociszy i amerykańsko wszechwładnych dolarów, sama już nie wie co wymyśleć, napędzając tem porządnego strachu subtelnej i nerwowej siostrze? Gdy partje tennisa się już skończyły, fajfy jeszcze nie zaczęły a dancingi może przejadły, a może na nie z powodu niedawnej żałoby zbytnio chadzać nie wypada — czemu nie urządzić sobie romantycznej, aczkolwiek romantyzm nie w modzie, wycieczki w okolice Konstancina. Może to być wcale zajmujące... i najwyżej zagraża w konsekwencji katarem... a że zakochany przysyła bileciki z satanizującemi rozkazami — to już jego rzecz, musi to być „farceur” pierwszorzędny...
Doprawdy nie ma czem sobie głowy zaprzątać i najrozsądniejszem będzie w tym duchu złożyć „exposée” mej wczorajszej towarzyszce, uspakajając zupełnie.
Wszakże wczoraj spotkała nas jeszcze jedna przygoda, jeśli wogóle przygodą to nazwać można.
Gdy powracaliśmy do Warszawy, nagle niby z pod ziemi wyrósł cyklista a przejeżdżając koło samochodu grzecznie uchylił czapeczki i wymówił.
— Przepraszam!
Obecność rowerzysty w nocy i w odludnej o tej porze miejscowości nie należy do rzeczy powszednich. Równie do rzeczy powszednich w czasach dzisiejszych nie należy grzeczność. Lecz, ostatecznie, wszystko razem wziąwszy, nie należy podobne spotkanie i do spraw nadzwyczajnych.
Z całej tedy przygody pozostawały pozytywnemi dwa fakty: primo — jeździłem niemal całą noc sam na sam z piękną panną; secundo — z tąż piękną panną wszedłem w wielką przyjaźń.
Rozstając się wczoraj o trzeciej nad ranem, umówiliśmy się, że przybędę do panien Łomnickich nazajutrz t. j. dzisiaj o piątej popołudniu celem, pozornie, oficjalnej wizyty, w gruncie, by wystudjować sytuację.
Z tej to przyczyny ubierałem się tak pięknie i tak pięknie wiązałem mój przepiękny i zabójczy krawat w czarne i żółte kwadraty. Była godzina po czwartej. Po raz ostatni poprawiłem ubranie, naciągnąłem ciepły raglan, ująłem laskę i po chwili znajdowałem się na ulicy.
Jak wiadomo mieszkam na Marszałkowskiej, panny Łomnickie na Św.-Krzyskiej. Postanowiłem przebyć tę odległość pieszo, tem bardziej, iż wypogodziło się i po wczorajszej ulewie, październikowe słońce przygrzewało nieco, osuszając z błotnistych plam chodniki. Szedłem powoli, śród spieszącego i roztrącającego o tej porze tłumu. Migały sylwetki postrojonych pań, panienek i ćwierć dziewic, urzędnicy, z teczkami pod pachą, pędzili na głodowe obiadki, grupy żydowskich bussinesmanów popychając i gestykulując, wrzaskliwie rozprawiały o szwindlarskich interesach. Było rojno, gwarno, gorączkowo i jarmarcznie, jak o tej porze stale wygląda Marszałkowska. Bo każda ulica w Warszawie, o każdej porze dnia ma inną fizjonomję i inny charakter.
Naraz ktoś ujął mnie z tyłu pod rękę.
— Witam!
Obejrzałem się. Był to Maliński dziennikarz i kawiarniany ptaszek, istny journal parlé, chodzący dodatek nadzwyczajny Warszawy.
— Witam — powtórzył — no, co słychać?
„No, co słychać?” jest typowo warszawskim frazesem, mającym wyrażać zainteresowanie losami bliźniego. W tej formie zadane pytanie na ulicy wymagałoby właściwie odpowiedzi „słychać dzwonki tramwajowe i trąbki samochodów”, co byłoby zgodnem z prawdą. Lecz na „co słychać” zwyczaj nakazuje odpowiedzieć „ot tak sobie po maleńku” albo „stara, panie bieda i tyle.”
Ponieważ nie lubię być ani realistycznie prawdomówny, ani szablonowy, odparłem uśmiechając się obleśnie, innem uzualnem pytaniem.
— A co słychać u pana?
Maliński skrzywił się.
— Ciągniemy taczkę żywota, jak możemy. Nędza, golizna i basta. Nawet gorzały nikt człowiekowi postawić nie chce...
— Podłe czasy — potaknąłem chytrze.
— Pewnie, że podłe! Ale... ale... mam dla pana pierwszorzędną sensację.
— Dla mnie?
— Nie słyszał pan o czarnym adepcie?
— O czarnym adepcie? Cóż to znowu takiego?
— Jakto? Okultysta... i nie słyszał! Cała Warszawa się trzęsie!
Cała Warszawa ograniczała się właściwie terytorialnie do samodzielnej rzeczypospolitej kawiarni „małej Ziemiańskiej” z autonomicznym ogródkiem, tem nie mniej zaczynało to być interesujące.
— Więc?
— Od jakiegoś czasu — tu Maliński ujął mnie poufale pod rękę — gadają, że do Warszawy przybył tajemniczy mag. Z kąd, co, jak? — niewiadomo. Ma być niezwykłej urody, posiada siły nadprzyrodzone i operuje między niewiastami...
— Ciekawe!
— Coś w rodzaju Rasputina i Cagliostra. Dostać się do niego niezwykle trudno. Przystęp mają tylko wtajemniczeni, należący do jego sekty, bo jakoby nowe bractwo sekretne sformował...
— Czemu nazywają go czarnym adeptem?
— Głosi, pono, kult Antychrysta! Twierdzi, że celem oczyszczenia musi przejść ludzkość przez wszystko, a więc i przez kult zła...
— Czy to możliwe?
— Co w naszych czasach jest niemożliwem?... Kobiety formalnie warjują! Mają zebrania, niby orgje średniowiecznych sabatów. Odbywa się to rzekomo w okolicach Warszawy, ale jest tak zakonspirowane, że nikt nic konkretnego przewąchać nie może...
Przy ostatniem zdaniu Malińskiego, przyznaję się drgnąłem, ale opanowywując się całą siłą woli, wyrzuciłem ironicznie.
— Et! Bajeczki dla dorosłych dzieci!
— Nie panie! To nie bajeczki! Najlepszym dowodem manja niezrozumiałych samobójstw, jaka opanowała naszą stolicę. Raz po raz się słyszy, że panie młode, przystojne i bogate, nie wiadomo z jakiej przyczyny, kończą swe porachunki z życiem. Dojść prawdy trudno, bo rodziny, ze względów zrozumiałych zatają szczegóły. Mają tam być rzeczy skandaliczne. Poznajdowano jakieś odznaki — symbole czarnego adepta.
— No... no...
— Nie wierzy pan? Powiadam, pierwszorzędna sensacja! Niech się schowa sprawa dr. Sadowskiej. Powinien się pan tem zająć... mimo, że zajmować się tem nie jest zupełnie bezpiecznie...
Od
paru minut czułem dziwny niepokój. Nie wiem czemu, lecz miałem wrażenie, iż wczoraj właśnie dostałem się w sfery intryg „czarnego adepta”. Jeśli tak było, sytuacja poczynała się układać wcale poważnie. W dalszym ciągu symulując obojętność przed plotkarzem, indagowałem od niechcenia.
— Na czem ma polegać niebezpieczeństwo?
— Mówić, mówią bardzo wiele. O dziwnych śmierciach na odległość, chorobach, których określić nie sposób, o nasyłaniu hypnotycznem obłędu. Co tam jest prawdy, nie wiem, ale zdaniem mojem, nie ulega wątpliwości, że jegomość ten stoi na czele silnej organizacji...
— A policja?
— Policja jest bezsilna. Niema podstaw do ingerencji. Oficjalne skargi nie wpływają... sama zaś rzecz jest pierwszorzędnie zakonspirowana. Pozatem...
Byliśmy na Świętokrzyskiej. Przystanąłem i uśmiechając się dość blado, wyciągnąłem do Malińskiego rękę.
— Dziękuję za tak ciekawe informacje. No... no... istotnie ciekawe!... A pan, jak zwykle do Ziemiańskiej?
— Dawno się tam nie było, bo od dwóch godzin. Trzeba wpaść, by trochę zasięgnąć języka. A pan dokąd? Czy nie do Łomnickich, wszak tutaj mieszkają?
Ten
wszystko musiał wiedzieć. Umyślnie milczałem.
— Jak do Łomnickich — trajkotał niezrażony Maliński — to radzę się o czarnego adepta zapytać! Tam coś wiedzą. No! moje uszanowanie!
Tu,
uchylając zrudziałego melonika, znikł na zakręcie Mazowieckiej.

∗                    ∗

Wstępowałem zamyślony po szerokich marmurowych schodach.
Więc skoro stary wścibski tyle wiedział a nawet wiedział o Łomnickich musiało nie wszystko być bajką? Sprawa przybierała realne kształty, zgoła niezachęcające i wcale uszczęśliwiony nie byłem, iż dałem się w nią uwikłać. Lecz obecnie cofać się było już późno... zresztą ciekawość zbytnio podraźniona. Mimo wszystko należało iść do końca.
Zadzwoniłem.
Wyjrzała przystojna subretka.
— Czy panie przyjmują?
Z uśmiechem uchyliła drzwi. Z długiego, zawieszonego obrazami, przedstawiającemi sceny myśliwskie korytarza, znalazłem się w obszernym salonie, umeblowanym bogato i ze znawstwem. Znać było połączenie pieniądza nie z nouveau riche’owskim dorobkiewiczostwem, lecz ze starą i wytworną kulturą. Meble były jasne, wesołe w stylu Ludwika XIV, pokryte blado niebieskim adamaszkiem o złoconych poręczach. Z oszklonych gablot wyzierał Vieux sevre, w postaci statuet kokieteryjnie powykręcanych markiz. Na ścianach Watteau, Boucher i cukierkowate francuskie sztychy XVIII w.
Usiadłem w głębokim fotelu. Naprzeciw mnie wykwintna dama roccoco, z za białych ram, bawiła się różową nóżką z białym pieskiem, który ją za tę nóżkę usiłował pochwycić. Obok wisiała stara grawiura, przedstawiająca którąś z przygód miłosnych Casanovy.
— Przyszedł pan? Jak to dobrze!
Zerwałem się z miejsca. W drzwiach stała panna Rena. Była w jasno popielatej sukience, tegoż koloru pończoszkach i pantofelkach. Twarzyczkę miała pobladłą, a w oczach wyraz zmęczenia, ślad naszej wczorajszej ekskursji.
— Jak to dobrze — powtórzyła. — A bardzo pan znużony?
— Ja, nie! Lecz na pani znać silne zmęczenie. Ale, najważniejsze pytanie! Czy siostra wróciła?
— Tak wróciła... i jest dziś w znakomitym humorze.
— Nadzwyczajne! A o której była w domu?
— Przed moim powrotem. Zastałam ją w łóżku, śpiącą smacznie. Robiła mi nawet wymówki, że wracam zbyt późno...
— W takim razie?...
— I ja powtórzę za panem „w takim razie“?
— Może obawy były płonne?
— Sądzi pan?... — tu mrugnęła na mnie znacząco. W tej chwili weszła do salonu Mary Łomnicka. Jeśli chodzi o porównanie, Mary była znacznie od siostry piękniejszą. Była to uroda fascynująca, bezwzględnie wybitna, aczkolwiek...
Wysoka bruneta, o dość bujnych, choć harmonijnych kształtach przypominała z typu słynną Otero. Duże ogniste oczy, oślepiająco białe zęby, śród niebarwionych harminowych warg, wyjątkowo drobne ręce i nogi. Lecz w wyrazie twarzy było coś zarozumiałego i samowolnego. Taką kobietę można podziwiać, lecz jej kochać nie wolno. Taka kobieta jest z gatunku tych co przywykły władnie pomiatać mężczyzną. Po rewelacjach Reny tembardziej byłem zdumiony: takie kobiety można złamać, lecz ich ugiąć nie można.
— Miło mi poznać pana — wyrzekła powoli, gdy nachylony całowałem wyciągniętą rękę — dużo o panu słyszałam i wdzięczna jestem siostrze... proszę...
Zajęliśmy miejsca. Miałem wrażenie, że Mary przygląda mi się ostrożnie, że pragnie mnie „rozgryźć“, że obserwuje bacznie. Wzrok jej błądził, jakby od niechcenia, po mnie, zatrzymując się dłużej, gdy sądziła, że na nią nie patrzę.
— Zajmuje się pan hermetyzmem, — mówiła dalej — i ja, ostatnio, interesuję się tem bardzo...
— Co pani studjuje?
— Wszystko potrosze. Co się nawinie. Bez planu. Czytuję Bławatską, Sedira, Annie Besant, Eliphasa Levi...
W tej chwili uczoną rozmowę przerwała subretka, wnosząc na tacy herbatę i nieodzowne petit four’y. Dalej, ku pokrzepieniu serc, widniały wysmukłe szyjki likierowych butelek.
— Napije się pan herbaty.. a może kawy i kieliszek Fin Cognac’u, bo ja to najchętniej pijam...
Otrzymałem z umanicurowanych rączek o bordo paznokietkach maleńką chińską filiżankę; przez ten czas panna Rena nalewała do wysokich cienkich kieliszków złocisty trunek.
— Więc panią — począłem — tak interesuje okultyzm? Przyznaję jest to wcale ciekawy temat. Działa jak haszysz.
— Jak haszysz?
— W dzisiejszych warunkach jest on samozapomnieniem i ucieczką od życia. Wszystkie religje nam się znudziły, są zbyt mało fascynujące dla człowieka XX wieku. Dla tego szukamy czegoś nowego. Bo teozofja i hermetyzm są religją po części!
— Właściwie rozwiązaniem zagadek życia i śmierci.
— A czem innem są religje, jak nie hypotezami podającemi aksjomatycznie rozwiązanie zagadki bytu. Czem innem? Filozofją dobra za życia i nauką o istnieniu „po życiu”! To samo czynią nauki tajemne. Lecz jeśli zagadek śmierci rozwiązać nie tak łatwo, bo zazdrośnie kryją swą tajemnicę a pokazywanie „widoków krain zagrobowych” przez różnych szarlatanów na odczytach, może budzić uśmiech jedynie — o tyle istotnie zagadki, jak już powiedział wielki Paracelsus, stać nam mogą otworem.....
Panny słuchały uważnie. Kontynuowałem bezpłatny odczyt dalej.
— Bo właściwie, odrzuciwszy iluzoryczne spekulacje alchemików i cudotwórców średniowiecza, czem jest tyle sławiona nauka magów? Jest to wielkie wyrobienie potęgi charakteru, przerodzenie samego siebie, ku czemu służyły w starożytności a później w bractwach tajemnych — próby i inicjacje. Człowiek nie mógł być przyjęty do zakonu, udzielającego mądrości poznania wszechrzeczy, dopóki nie dał dowodów odwagi, stałości, energji. Dla tego kazano mu przechodzić przez ogień, wodę, walczyć z dzikiemi zwierzętami, wyrzekać się miłości kobiet. Właściwie, cały okultyzm streszcza się, o ile brać go poważnie do siły woli. Wola to potęga. Chcieć — to módz! A jeśli zechcesz, dźwigniesz świat!
— O tak — potwierdziła, sącząc cognac panna Mary — taka zdynamizowana wola w ręku człowieka, to potęga.
— Też, jeśli to już interesuje panią, poszczególni adepci, poczynając od Apoloniusa z Tyany a kończąc na hr. St. Germain’ie czy Balsamo Cagliostrze nie byli niczem innem, jak ludźmi, którzy potrafili swą wolę przeistoczyć w oręż potężny i dzięki niej zapanowali nad tłumem. Taką wolą możemy leczyć choroby, przedłużać życie, zachować młodość, urodę, zdobywać miłość, bogactwo...
— Lecz wola taka — przerwała Rena — może być zużyta zarówno na dobro, jak i zło!
— Niestety, ma pani słuszność! Stąd podział na białych i czarnych adeptów, stąd podział na magów i czarowników. Prawdziwy mag siłę mu daną ma prawo obracać jedynie na dobro. Nie wolno mu nawet bogactw zdobywać dla siebie, bo jest zarazem mistrzem i sługą cierpiącej ludzkości. O ile czyni przeciwnie, działa z egoistycznych pobudek, staje się fałszywym prorokiem, magiem złym. Dla tego symbolem czarnego adepta będzie potworny kozioł, o wstrętnym wyrazie, emblemat deprawacji i perwersji....
Tu przerwałem, bo przypadkiem snać potrącony przez pannę Mary kieliszek, spadł z maleńkiego mahoniowego stoliczka, rozlewając żółtą strugę na tło jasnego dywanu.
— Taka jestem nieuważna — zawołała panna — plamię dywan. Za karę będę musiała prać go sama. Lecz to pana wina... zbytnio zasłuchałam się w wykład...
Nachyliła się szybko, ścierając serwetą ślady dywanowego przestępstwa. Zamieniliśmy z Reną spojrzenia.
— Jeśli dzisiejsza ludzkość — mówiłem dalej — łaknie i uwielbia tajemniczość — przyczyny szukajmy w przygnębieniu spowodowanem długiemi latami wojny i stosunkach, wprost urągających kulturze, jakie się obecnie wytworzyły. Czyż dziś nieszczęsny inteligent, jeśli ma nawet cudem posadę, może sobie pozwolić na minimum jakiej takiej egzystencji gdy niedostępnym luksusem stała się dla niego książka i teatr? Jest zniechęcony, rozgoryczony, oczekuje na coś, coś co przyjść musi, w co wierzy, że przyjdzie. Nie tylko u nas w Polsce, tak dzieje się wszędzie. Więc w polityce chwytają się monarchizmu czy faszyzmu, bo uszczęśliwienie ludzkości w postaci sowietów bolszewickich zawiodło a dalej już na lewo się nie pójdzie.. pozostaje tylko anarchja... W życiu duchowem świat również pożąda nowego mesjasza... zapewne nie będzie nim pupil lalkowaty pani Anni Besant — Krisznamurti... zamało ma danych na to... lecz wierzymy, iż taki się zjawi...
— A jeśli się zjawi nie Mesjasz a Antychryst? — zabrzmiał chropowato głos Mary.
— I to stać się może — odparłem — lecz nie potrwa jego panowanie długo. Pierwiastek zła jest negacją dobra a że dobro jest rozumnem przez to samo zło jest zaprzeczeniem rozumu...
W myśl wielkich prawd, rządzących wszechświatem, szybko zostanie starty z powierzchni, zniwelowany, bo utrzymać się nie może. Zarówno czy to antychryst, czy czarny antypapież, czy satanizujący adepci... gdyby raz jeszcze się pojawili, skończą tak, jak kończyli w dziejach historji...
— Twierdzi pan, że były podobne wypadki?
— Wdaćbym się musiał w opisy obłędów, szaleństw i zbrodni ludzkiej. Wymienićbym musiał czy to marszałka Francji, krwiożerczego Gilles de Rais’a, który na rozprutych trzewiach młodzieniaszków odprawiał czarne msze, czy antypapieża Honorjusza II, unoszącego kielich wina na cześć szatana, czy to z nowszych czasów — słynnego Alberta Pike’a, przezwanego antypapieżem, głowę w 1900 r. międzynarodowych czarnych bractw, który wytatuował sobie na podeszwach wizerunek Zbawiciela, by tem łacniej mógł go deptać. Dodałbym jeszcze, również z czasów najnowszych, opętańczą sektę „Karmelu” w 1880 r. istniejącą we Francji, założoną przez apostatę, eks księdza Boulancego wciągając w swe szeregi legiony kobiet, by z niemi, pod pozorem odrodzenia duchowego, odprawiać seksualne orgje. Może coś zbliżonego w tym rodzaju istnieje i w jednym z prowincjonalnych polskich miast, widziałem tam siostrzyczki zgoła nie po zakonnemu ubrane, lecz... mniejsza z tem... reasumując wszystko widzimy, że dążyli owi ad majorem satani gloriam, nowatorzy do zwykłego opętania jaknajwiększej ilości histeryków i kobiet, kierując mistycyzm na erotyczne tory. Czasem działo się to i z całkiem zgoła materjalnych pobudek, by tem łacniej zgarnąć do swej kieszeni majątki wiernych...
Co się tyczy wieku naszego, wieku ligi narodów, radia, samolotu, dancingu, jazzbandu, krótkich włosów, wdzięcznych łydek i murzyńskiej piękności Józefiny Baker silnie wątpię czy sekty podobne znalazłyby grunt podatni... silnie wątpię...
— Niech pan nie zapomina, że nasz wiek jest również wiekiem kokainistów, morfinistów i zboczeńców wszelkiego rodzaju — wyrwało się jakby niechcący pannie Mary Łomnickiej.
Spojrzałem na nią. Twarz była jak gdyby nieco zmieniona, oczy błyskały niespokojnie... Wibrowała wewnątrz struna, snać z trudem opanowywana, a wola siliła się, by za wszelką cenę grać do końca światową komedję. Postanowiłem nie przedłużać dalej sytuacji i rozmowę przerwać.
Zresztą wiedziałem, co chciałem wiedzieć.
— Niezbyt to miły temat, proszę pań i sądzę, znacznie lepiej przejść na grubo sympatyczniejszy... zresztą zasiedziałem się tak długo...
— Wcale nie długo — protestowała uprzejmie Rena — może jeszcze Fin Cognac’u... ostatni kieliszek... zgoda...
— Doprawdy, dziękuję. Zresztą już po ósmej. Czeka mnie srogie randez vous z wydawcą. Mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości pozwolą panie powtórzyć tak miłą wizytę.
Mary, która przez ten czas powoli zapalała cieniutkiego „Dames’a“, zaciągnęła się dymem głęboko i jakimś obcym głosem powtórzyła.
— Oby w najbliższej przyszłości...
Skłoniłem się pannom Łomnickim. Gdy żegnałem odniosłem wrażenie, że każda z sióstr oddaje uścisk dłoni w sposób specjalny. Rena — jeszcze rozumiałem, byliśmy poniekąd złączeni wspólną tajemnicą, lecz — Mary?
Byłem, doprawdy, w domu zagadek. To też, gdy Rena, odprowadzając do przedpokoju szepnęła cicho.
— Co pan sądzi?
Odparłem zupełnie szczerze.
— Nic nie rozumiem!
Za chwilę miałem jeszcze mniej rozumieć, mianowicie, gdym już znajdował się na ulicy. Zamierzałem właśnie wsiąść do najbliższej dorożki, kiedy z tyłu posłyszałem głos.
— Proszę pana!
Obejrzałem się. Biegła ku mnie, postukując wysokiemi obcasami, przystojna pokojóweczka.
— Czy co zapomniałem?
— Nie, ale panienka kazała to oddać! — tu doręczyła dość znaczną paczkę.
— Panna Rena?
— Nie! Panna Mary! — pokazała w uśmiechu zdrowe zęby, wykręciła się szybko i mignąwszy białym fartuszkiem znikła.
Rozerwałem pakiet i zbliżyłem do najbliższej latarni. Wewnątrz znalazłem niewielki zeszyt oraz liścik. Brzmiał on.
„Wiem, że wczoraj śledziliście mnie. Mam do pana zaufanie. Jeśli mnie uratować nie można proszę Ją ocalić. Notatki wszystko wyjaśnią M. Ł.“
Szybko ukryłem zapisane karty w bocznej kieszeni. Jeszcze szybciej wskoczyłem do najbliższej taksówki i poleciłem śpiesznie wieźć się do domu. Po drodze przyciskałem pakiet leżący na piersi, gdyby skarb najdroższy, który może mi odebrać nawet podmuch wiatru...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.