Czerwone koło/Rozdział XX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maurice Leblanc
Tytuł Czerwone koło
Wydawca Spółka Wydawnicza „Wiek Nowy“
Data wyd. 1927
Druk Zakłady drukarskie „Prasa“
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz J. W.
Tytuł orygin. Le Cercle rouge
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Rozdział XX.
Kooperatywa Farwell.

Podczas gdy to się działo w willi Blanc-Castel, pani Travis z Florą załatwiały sprawunki w mieście.
Młoda dziewczyna, mimo pozornej wesołości, wciąż rzucała myślą do nieco dziwnego sposobu rozstania się z nią Maksa Lamara i postanowiła natychmiast zobaczyć się z młodym lekarzem. Pożegnała się więc z matką i szybko udała się do biura Lamara.
Doktora nie było.
— Zaczekam tu na niego, — rzekła do młodego sekretarza, który bardzo uprzejmie podsunął jej krzesło, prosząc by usiadła.
— Niestety, nie mogę dotrzymać pani towarzystwa, gdyż jestem zmuszony oddalić się na ulicę. Ale pan doktor zawsze mówił, że pani może być tu jak u siebie w domu!
Zostawszy sam a Flora zamyśliła się smutno.
Co powiedzieć doktorowi? Czy może dalej ukrywać przed nim te drugie swoje „ja“ moralne?
Czyż nie byłoby lepiej wyznać mu wszystko otwarcie, jak to początkowo miała zamiar uczynić? Uprzedziłaby w ten sposób grożącą jej katastrofę, a przez spowiedź szczerą, lojalną, czyż nie zasłużyłaby sobie na jego współczucie i pomoc? Był przecie lekarzem. Czyż nie potrafiłby uleczyć jej choroby, jej, którą wiedziała dobrze, kochał coraz bardziej? Tak, tak! Najlepiej będzie wyznać mu wszystko: w tem leży jej zboczenie.
Postanowienie Flory było mocne i jeżeliby w tej chwili Lamar ukazał się we drzwiach, młoda dziewczyna przyznałaby się do swego nieszczęścia.
Ale drzwi się otworzyły i ukazał się ktoś inny.
Flora wydała lekki-okrzyk.
Naprzeciw niej stał adwokat Gordon, wciąż jeszcze tak nędznie odziany. Zmyliwszy pościg policji, przyszedł do Lamara błagać go o ratunek.
— Zawdzięcza mi życie, — myślał. — Oddam się mu w opiekę.
— Ale teraz, widząc Florę, był niemniej od niej zdumiony.
— Proszę mi wybaczyć, — rzekł. — Ale nie zastałem nikogo w przedpokoju i dlatego pozwoliłem sobie wejść tutaj. A spoglądając na Florę wzrokiem pełnym wdzięczności dodał:
— Ale błogosławię przypadek, który mnie przyprowadził do tej której zawdzięczam wolność! Mam wrażenie, że od tej chwili ustanie prześladujący mnie zły los.
— Nie, proszę mi nie dziękować, — rzekła Flora. — Jeżeli oddałam panu przysługę, zrobiłam to z powodu doktora Lamara, któremu pan ocalił życie.
Gordon pokręcił głową.
— Jednakże czyn pani pozostanie tem, czem był, a wdzięczność moja należy się tylko pani. W jakiż sposób mógłbym ją pani okazać?
— Bardzo prosto, proszę usiąść i opowiedzieć mi swoje dzieje, panie Gordon. Jestem bowiem przekonana, że jest pan ofiarą, a nie winowajcą.
— Dziękuję pani za jej życzliwość i intuicję. Dodaje mi to odwagi do opowiedzenia wszystkiego.
Flora wstała, zamknęła na klucz drzwi do przedpokoju i siadając, rzekła:
— Teraz jest pan bezpieczny. Słucham pana.
Gordon zajął miejsce w fotelu i spokojnym głosem zaczął opowiadać.
— Wie napewno pani o istnieniu kooperatywy Farwell. Wyroby jej rozchodzą się na cały świat. Kiedy ojciec Farwell umarł, stworzył on przez specjalne zarządzenie w testamencie, uprzywilejowania dla tych robotników, którzy mu dopomogli do stworzenia olbrzymiego majątku, a mianowicie postanowił, że ćwierć dochodów, realizowanych przez jego spadkobierców ma należeć do personalu fabrycznego, złączonego w kooperatywę i że każdy robotnik czy urzędnik będzie pobierał część dochodu w stosunku do lat służby i odpowiedzialności pełnionych funkcyj.
Wszystko szło bardzo pomyślnie przez przeciąg lat pięciu i nigdy najmniejsza dyskusja nie naruszyła harmonji. Mojem zadaniem było wprowadzenie w życie regulaminu, co specjalnie w testamencie zaznaczył ojciec Farwell, którego byłem adwokatem.
Spadkobiercami zmarłego byli dwaj jego synowie. Starszy John, o charakterze prawym i sprawiedliwym. Młodszy Silas, był człowiekiem bez sumienia i znał tylko swój interes osobisty. Póki żył John, kooperatywa Farwell rozwijała się pomyślnie. Silas, trzymany przez brata na uboczu, kierował ekspedycją towaru. Jednakże stanowisko to nie przypadało mu do gustu i zażądał podziału rządów. Dyskusja między braćmi rozpoczęła się na dobre i przerwaną została z chwilą nagłej śmierci Johna.
W swoim czasie mówiono dużo o tej śmierci, otoczonej zresztą bardzo tajemniczemi okolicznościami a nici podejrzeń snuły się dokoła Silasa. Ale oskarżenie byłoby tak straszne, że nikt nie ośmielił się z niem wystąpić, aż wreszcie zapomniano o wszystkiem.
Silas pozostał jedynym dyrektorem kooperatywy Farwell. Był to początek upadku firmy, albowiem Silas grał na giełdzie, angażując w to olbrzymie sumy. A przytem jego osobista opinja była tak ohydna, że odstraszała najlepszych odbiorców.
Niebawem nieszczęśliwe spekulacje spowodowały ogromne luki, które trzeba było zapełnić bezzwłocznie.
Po całym takim tygodniu gry ze stratami szalonemi Silas nie zawahał się zagarnąć dywidendę kwartalną, należną personelowi. Kiedy zjawiłem się w firmie, by ją zainkasować na rzecz robotników, odpowiedział mi przecząco, oświadczając gburowato, że już ma dość tego eksploatowania swej osoby przez personel.
— Panowie ci stają się zbyt wymagający. Obecnie mam zamiar być jedynym sędzią sytuacji i jeżeli będę dawał jałmużnę, to nie dlatego, że było to życzeniem mego ojca, ale wedle mego uznania i pod moją tylko kontrolą.
Napróżno przedstawiałem mu, że zarządzenia w testamencie ojca Farwell‘a nie były jedynie życzeniem, ale stanowiły prawo spadkobierców. Wyrzucił mnie za drzwi!
Udałem się wówczas do robotników i poprosiłem ich o zwłokę, podając jako pretekst niewykończenie rachunków, za ubiegły kwartał. Zacni ci ludzie uwierzyli mi. Jadnakże czas mijał a pieniędzy wciąż nie było. Robotnicy zaczęli coś podejrzywać i wysłali do mnie deputację celem wyrażenia swych obaw. Perswadowałem im by jeszcze czekali, ale nie chcieli już słuchać i prawdziwe zamieszanie wybuchło w warsztatach.
Napróżno przemawiałem do nich, starając się ich uspokoić, personel żądał od dyrekcji wystawienia wekslu na sumę dłużną, grożąc inaczej natychmiastowym strajkiem. Musiałem więc rozmówić się znów z Silasem Farwell. Ku wielkiemu memu zdziwieniu przyjął on mnie bardzo uprzejmie.
— Jak się miewasz, Gordonie! zawołał. Jestem pewny, że przychodzisz znowu po pieniądze dla robotników. Spodziewałem się tego i przygotowałem nawet weksel na tę sumę.
Silas otworzył szufladę w biurku i wyciągnął stamtąd papier już przygotowany. Pokazał mi go, trzymając za część górną.
— Czy chcesz przeczytać? — zapytał.
Wówczas ja przeczytałem:

Do urzędników i robotników Kooperatywy Farwell.
Wskutek rozmowy z adwokatem Gordonem Silas Farwell uznaje, że jest dłużny robotnikom i urzędnikom Kooperatywy Farwell sumę 75.000 dolarów, jako należną im część dochodu kwartalnego. Suma ta będzie wypłacona w najbliższym czasie.
Przeczytane i uznane:
Silas Farwell.

Gdyby nie to, że rolety wskutek silnego słońca były zapuszczone, zauważyłbym napewno, że grubość papieru nie wszędzie była jednakowa. Ale papier ten był kratkowany, i nic nie zdawało się przerywać geometrycznej równości linij.
Tymczasem Silas Farwell uczynił tu fałszerstwo diabelsko-łotrowskie, mimo pozornej naiwności.. Jeszcze rumienię; się ze wstydu, że mogłem dać się nabrać na taki kawał...
— Więc tak będzie dobrze! — zapytał.
— Doskonale! — odpowiedziałem.
— W takim razie może będziesz łaskaw podpisać się obok mnie, na prawo.
Zrobiłem jak życzył.
Zaledwie położyłem mój podpis, gdy Silas wyrwał mi dokument z niesłychanym pospiechem.
Jego gorączka potęgowana zaniepokoiła mnie. Zacząłem bacznie obserwować wszystkie jego ruchy. Silas obrócił się do mnie plecami. Nachyliłem się, by widzieć dokładniej i ujrzałem jak zdjął górną część dokumentu, pod którą znajdował się drugi arkusz, z tekstem odmiennym od pierwszego. Jedynie podpisy były na dokumencie, zamaskowanym poprzednio. Ogarnęło mnie przeczucie jakiejś podłości i zażądałem wyjaśnienia. Farwell, widząc że jego machinacje są odkryte, złożył dowody niesłychanego cynizmu.
— Więc co? — rzekł ironicznie. — Robię, co mi się podoba. Pan stanąłeś po stronie tych kanalji by mnie obedrzeć z mego dziedzictwa! A teraz ja was trzymam dobrze!
I cofając się o parę kroków, rozwinął dokument, pozwalając mi czytać.
Przeczytałem co następuje:

„Ja niżej podpisany, Gordon adwokat-syndyk, mający za zadanie strzedz interesu urzędników i robotników Kooperatywy Farwell, wziąłem sumę 75.000 dolarów, sumę należną jako dochód kwartalny personalowi Kooperatywy.
Czytane i uznane:
Silas Farwell.
Czytane i uznane:
G. Gordon.

Wobec takiego łotrostwa straciłem głowę. Rzuciłem się na Silasa i zacząłem go dusić za gardło. Jednakże on mnie uprzedził, nacisnął bowiem guzik dzwonka elektrycznego i kilku urzędników wpadło do gabinetu.
Z trudem czterech ludzi zdołało odciągnąć mnie od szefa firmy. Kiedy wyrwano go z rąk moich, znajdował się w stanie opłakanym i zaledwie mógł wyjąkać słów parę:
— Ten człowiek — chciał — mnie — okraść — zamordować. — Zawezwano policję. Dwóch posterunkowych wzięło mnie za kołnierz i zaprowadziło na posterunek, mimo moich protestów. Szczęściem jednakże byłem bardzo w mieście znany i starszy przodownik pozwolił mi pójść do domu, pod opieką dwóch agentów, by zabrać trochę bielizny i ubrania.
Namyśliłem się prędko. Kto uwierzy całej historii? Nędznik miał przecie w ręku wszystkie dowody przeciwko mnie. A oddać skradzione przez niego pieniądze było również dla mnie niemożliwe, nie rozporządzałem bowiem sumą 75.000 dolarów.
Lepiej więc było zniknąć. Czas jedynie mógł przynieść sposób usprawiedliwienia się.
Kiedy znalazłem się u siebie, poczęstowałem ajentów cygarami. W chwili, gdy je zapalali, cisnąłem ciężkim przyciskiem w szklane drzwi wejściowe. Słysząc hałas rozbitego szkła, policjanci rzucili się ku wyjściu, myśląc, że jakiś napad przychodzi z zewnątrz, ja, tymczasem, z szybkością błyskawiczną otworzyłem okno i po drabinie pożarowej spuściłem się na dół... Jednakże policjanci już tam byli, znów więc jak małpa wspiąłem się po szczeblach i znalazłem się na dachu. Tam na wysokościach, rozpocząłem wędrówkę z dachu na dach, aż znalazłem się na jakiejś terasie, zakończonej oknem. Podniosłem je i wskoczyłem do środka. Była to pracownia malarza. Właściciela nie było w domu. Otworzyłem drzwi, zeszedłem po schodach i już spokojnie znalazłem się na ulicy w innej dzielnicy miasta. Policjanci zgubili trop. Postanowiłem opuście miasto i idąc pieszo doszedłem do Surfton. Miałem przy sobie trochę pieniędzy, to mi pozwoliło zakupić sobie nieco prowiantów, lampkę, naftę i inne konieczne rzeczy, poczem znalazłem sobie schronisko w skałach i tam zamieszkałem.
Gordon skończył.
Flora ogromnie zainteresowana opowiadaniem adwokata, namyślała się chwilę.
Czy czekać na Powrót doktora i wyznać mu wszystka, jak to było jej pierwotnym zamiarem, czy też nie było raczej obowiązkiem jej raz jeszcze nawiązać nić swych niebezpiecznych awantur i przedewszystkiem ratować nieszczęśliwego Gordona?
Ostatnia myśl zwyciężyła.
Cały jej zapał wojowniczy obudził się...
W tej chwili ktoś zzewnątrz popróbował otworzyć drzwi. Ale drzwi były zamknięte na klucz.
— Chcę panu pomódz, — zawołała Flora do Gordona. — Najpierw ocalę pana, a potem zrehabilituję!
Ktoś jednakże gwałtownie dobijał się do drzwi. Był to sekretarz Lamara, który się niepokoił, nie wiedząc, co się stało.
— Proszę się nie ruszać, — szeptała Flora do Gordona. — Nagle szyba w drzwiach wypadła z brzękiem, wypchnięta łokciem i ukazała się ręka, szukająca klucza.
Błyskawicznym ruchem Flora chwyciła kajdanki, leżące na biurku i złapała rękę, szukającą klucza we drzwiach. Rękę tę przymocowała kajdankami do klamki, skazując Bogu ducha winnego sekretarza na przymusową bezczynność.
Gordon przyglądał się ze zdumieniem temu niesłychanemu czynowi młodej panny.
— Proszę iść za mną, — rzekła do niego kobieta.
Zupełnie spokojnie otworzyła drugie drzwi i wyszła na ulicę razem z adwokatem.
Tam zatrzymała przejeżdżające auto, rzuciła szoferowi adres i odjechała z Gordonem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Maurice Leblanc i tłumacza: anonimowy.