Dzieci pana radcy/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Dzieci pana radcy
Podtytuł Fragment z dziejów małego miasteczka
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
Tom II
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1891
Druk Drukarnia „Wiek”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


V.

W apartamentach pana inżyniera było gwarno i ludno.
Dzieci uradowane z przyjazdu babci i cioci, które przywiozły ze sobą cały transport zabawek, pozwalały sobie krzyczeć głośniej niż zwykle. Pani Janina uwijała się, aby jaknajlepiej przyjąć matkę i siostrę, służba była w nieustannym ruchu.
Prócz tego zaczęły się przygotowania do wielkiego przyjęcia, jakie pan inżynier z okazyi dnia urodzin żony postanowił wyprawić.
— Dotychczas nie przyjmowaliśmy gości w moje urodziny — ośmieliła się zauważyć pani Janina.
— Istotnie — odrzekł — nie przyjmowaliśmy, ale w tym roku wyjątkowo przyjmujemy.
— Jeżeli sobie życzysz.
— Nietylko życzę sobie, lecz chcę. Są takie okoliczności, że muszę wydać wieczór i to taki, żeby o nim dużo mówiono.
— Jak każesz....
— Bądź więc łaskawa i zajmij się tem. Możesz się poradzić matki, ona w takich razach ma znakomite doświadczenie. Przejadali przecież wszystkie dochody.
— Adolfie!
— No, no, to nic... tak sobie tylko nawiasowa uwaga. Mówię, że matka ma w tem doświadczenie, które w danym razie bardzo się może przydać. Pomów z nią... naradź się, a ja porozpisuję listy zapraszające.
— Jak każesz...
— Pomyśl także, a raczej zajmij się tem, żeby Stasia była na ten wieczór szczególnie dobrze ubrana.
— Ah! więc to dla niej. Jakże ci mam za to dziękować, mój kochany.
— Czy dla niej, czy nie dla niej, trzeba żeby tak było i tak będzie.
— Zawsze tak bywa przecież — odpowiedziała pokornie pani Janina.
— No tak, tak, tak — rzekł łagodniej trochę, — ja wiem, że ty ostatecznie obowiązki swoje rozumiesz.
Pan inżynier zamknął się w swoim gabinecie i pisał listy zapraszające.
Zajęło mu to sporo czasu.
Przedewszystkiem zastanawiał się długo nad kwestyą kogo prosić, a wybór nie był łatwy. Spodziewana sukcesya, podniosła skalę wymagań i nie pozwoliła zapraszać tych, dla których obecnie progi domu pana inżyniera były za wysokie.
Wyjątek stanowiła młodzież niezbędna do tańców, ta wszakże zrekrutowana przeważnie ze sfer panu inżynierowi podwładnych, nie wchodziła w rachubę. Tacy tancerze na każdem większem zebraniu, liczą się do akcesoryów niezbędnych, jak muzyka, kolacya i wino.
Kilka godzin zeszło panu Adolfowi na układaniu listy zaproszonych, jakoż ukończywszy tę czynność, czuł się niezmiernie spracowanym i pragnął odpocząć.
Nie sądzono było mu wszakże zażyć miłego wywczasu, gdyż wśród kobiet, przeciwko zamierzonemu balowi powstała silna opozycya.
Pani radczyni oświadczyła, że zanim upłynie uświęcony zwyczajem termin żałoby, za nic w świecie na zabawie się nie pokaże. Stasia była tego samego zdania, a nawet pani Janina, zawsze posłuszna i bierna względem męża, tym razem ośmielona obecnością matki i siostry, postanowiła podnieść głowę i pokazać, że ma swoje zdanie.
W tym celu udała się z biciem serca do gabinetu swego małżonka i po dość długim wstępie, powoli, z ostrożnością wszelką, powiedziała o co idzie, przepraszając, że w pierwszej chwili wyszło jej to jakoś z pamięci.
Pan Adolf oburzył się na hołdowanie staroświeckim przesądom, usiłował dowieść, że żałoba jeszcze ani jednego nieboszczyka nie wskrzesiła, że smutek po stracie drogiej osoby powinien być w sercu i pamięci, nie zaś w czarnym gałganie, gniewał się, zżymał, lecz bezskutecznie; opór kobiet był nieprzełamany.
Postanowiono zatem, zamiast zabawy tańcującej, urządzić raut z muzyką, deklamacyą, kartami dla panów i wykwintnem przyjęciem.
Ta myśl przez panią radczynię rzucona, w wykonaniu natrafiła jednak na wiele przeszkód.
Niełatwo to na prowincyi urządzić jaki taki koncert, bo chociaż amatorów i dyletantów nie braknie, jednak cała mieścina dzieli się na rozmaite kółka i koterye.
Pan Adolf dość musiał się napracować, zanim zebrał komplet amatorów.
Nauczyciel muzyki, stary niemiec Innemann, ułożył bogaty program i kierował próbami.
Pani Janina z matką tak były zajęte przygotowaniami, że zostawiły Stasi zupełną swobodę, skorzystała też z niej i napisała do brata długi list, w którym spowiadała mu się ze wszystkich wrażeń swoich.
Wreszcie nadszedł dzień urodzin pani Janiny.
Już od południa woźni kolejowi, poubierani we fraki, krzątali się w kredensie, a kucharz sprowadzony umyślnie z Warszawy, z powagą i namaszczeniem zabierał się do tworzenia arcydzieł.
Pan inżynier przechadzał się po pokojach, przeglądając czy jeszcze czego nie braknie.
Wieczornym pociągiem nadjechali goście z Warszawy, ma się rozumieć sama śmietanka. Wice-dyrektor, dwóch naczelników i jeden akcyonaryusz, tęgi, otyły, o wschodnich rysach twarzy.
Pan Adolf wybiegł aż przed dom na spotkanie tak dostojnych gości i z wielką rewerencyą wprowadził ich do salonu, który wkrótce zaczął się napełniać.
Bogactwo ma dziwną moc przyciągającą; niby drobne igiełki do magnesu, lgną ludzie do niego i czoła przed niem schylają. Stasia do niedawna jeszcze biedna lokatorka skromnego mieszkanka na Ogrodowej ulicy, dziś stała się gwiazdą, ku której zwracały się wszystkie spojrzenia.
Wice-dyrektor jak mógł panował nad reumatyzmem, który go strasznie dręczył i twarz mu dokuczliwym bólem wykrzywiał; otyły akcyonaryusz opowiadał cuda o swoim synu, kształcącym się za granicą... Bo teżto i syn był osobliwy! Piękny jak Apollo, mądry, wykształcony, dowcipny, poszukiwany w towarzystwach, kolosalnie bogaty, mógłby był za granicą zrobić najświetniejszą partyę. Pewien lord angielski koniecznie chciał go mieć swoim zięciem, ale młody człowiek nie mógł przyjąć tego zaszczytu.
— A dlaczego nie mógł? — mówił akcyonaryusz do Stasi, — bo nie chciał! A dlaczego nie chciał? bo postanowił sobie, że ożeni się tylko w kraju, tylko z polką i koniecznie z warszawianką. On ma taką fanaberyę, on ma nawet przekonanie, że na całym świecie, a przecież on już zna cały świat, nie znajdzie tak miłych i pięknych kobiet jak w Warszawie. I wie pani co, on ma racyę! On się zna! to jest prawdziwy, nieodrodny mój syn! Zna się, bo i ja także się znam i gdybym ja był na jego miejscu, to słowo honoru daję! jabym zaraz potrafił zrobić taki wybór, żeby mi go cały świat powinszował.
Z radością zauważył pan Adolf, że Stasia i na panu wice-dyrektorze zrobiła wrażenie. Dygnitarz ten nadskakiwał jej, bawił opowiadaniem o odbytych podróżach, o swojem osamotnieniu w Warszawie, i bardzo oględnie dawał do zrozumienia, że mu ta samotność jest nieco przykra.
Pani radczyni była w siódmem niebie.
Od śmierci męża, od czasu w którym zwinęła dom i z wykwintnego apartamentu przeniosła się na Ogrodową, nie była jeszcze w tak licznem towarzystwie.
Widok wyfraczonych panów i wystrojonych dam, gwar rozmowy, ożywił ją i rozruszał. Zdawało się, że odmłodniała, na bladą jej twarz wybiegły rumieńce, oczy ożywiły się dawno niewidzianym w nich blaskiem.
Przypominały jej się dawne czasy. Zdaje się, że powracają znowuż, że chwile rozczarowania, goryczy, zmiany losu pierzchnęły i rozwiały się niby sen przykry, niby mgła za silniejszym wiatru podmuchem.
Znowuż widzi się na dawnem, nawet na świetniejszem niż dawne stanowisku. Córkę jej młodszą otacza rój młodzieży, wszystkie spojrzenia są na nią zwrócone.
I jakie spojrzenia!
Wice-dyrektor wzdycha; bogaty akcyonaryusz o synu swoim wciąż mówi; kilku obywateli ziemskich z historycznemi nazwiskami, wyraźnie ubiega się o względy Stasi.
Mimowoli przychodzą pani radczyni na myśl owe jakieś lekcye, Warszawa i ubogie mieszkanko na Ogrodowej ulicy. Co za dzieciństwo! To już przeszło na zawsze, przeszło, bezpowrotnie minęło i nigdy, nigdy nie wróci.
Rozlega się dźwięk fortepianu, ma być śpiew.
Wysmukła, o niezwykle pięknych rysach panienka zaczyna śpiewać. Ma głos silny i dźwięczny, włada nim umiejętnie, stary Innemann nauczyciel muzyki, promienieje dumą, bo to jego najlepsza uczenica; ale śpiewem nie zachwyca się nikt, oklask dają tylko z grzeczności, bo właściwie czemże się tu zachwycać, wszak to tylko córka zawiadowcy stacyi.
Po niej ma śpiewać panna Stanisława. Wymawiała się wszelkiemi sposobami, lecz na prośby matki i siostry musiała ustąpić. Zaśpiewała jakąś piosnkę ludową, miłym wprawdzie, lecz słabym bardzo głosem. Gdy skończyła, powstała istna burza oklasków. Wszyscy winszowali talentu, otyły akcyonaryusz wyliczył przy tej sposobności wszystkie sławniejsze śpiewaczki europejskie i przyznał, że równie pięknego głosu jeszcze w swojem życiu nie słyszał. On! taki mecenas sztuki i znawca! Wice-dyrektor powiedział pół komplementu, gdyż kaszel drugą połowę mu przerwał, a trzej wiejscy panowie nie sadząc się na dobór słów, wyrazili swój zachwyt oklaskami, które jak rotowy ogień rozległy się po sali.
Na ustach Stasi ukazał się uśmiech pełen goryczy. Oburzała ją tak wyraźna niesprawiedliwość, a gdy rozpoczął się trzeci numer programu, popis jakiegoś młodego człowieka na wiolonczeli, Stasia wymknęła się z kółka, które ją otaczało i przysiadła się do córki zawiadowcy. Rozmawiała z nią dość długo, pragnąc ciepłemi, serdecznemi słowy wynagrodzić doznaną krzywdę.
Prawie nad ranem goście opuścili dom pana Adolfa, otyły akcyonaryusz pośpieszył na kolej, aby zdążyć do Warszawy na giełdę; dla pana wice-dyrektora zaś przygotowany był zawczasu pokój, w którym miał zanocować. Pan Adolf posunął nawet uprzejmość gospodarza do tego stopnia, że umyślnie zatrzymał obecnego na raucie doktora, aby nastręczyć szanownemu gościowi sposobność zasięgnięcia porady lekarskiej, bez której mąż ten nigdy się nie obywał, przed pójściem na spoczynek.
Pan inżynier znał doskonale obyczaje swoich zwierzchników, stosował się do nich i dobrze na tem wychodził.
Doktor zapisawszy dygnitarzowi jakiś środek na uspokojenie nerwów, ostatni opuścił gościnne progi pana Adolfa...
Pani Janina dozorowała służby sprzątającej srebra, w salonie zaś została tylko pani radczyni i jej zięć.
— Winszuję ci, Adolfie — rzekła, — twój raut był świetny. Towarzystwo bardzo dystyngowane.
— A tak, moja mamo, zresztą u nas tak zawsze bywało, a teraz, naturalnie, tembardziej. Ale Stasia — dodał po chwili namysłu, — zrobiła furorę. Sam wice-dyrektor, to nie bagatela, sam wice-dyrektor!
— Czy mówił co?
— No, przecież nie mógł powiedzieć wprost co myśli. Dał mi jednak do zrozumienia, że czas mu u nas przeszedł bardzo przyjemnie i że przy pierwszej sposobności znowuż mnie odwiedzi. Uważa mama, przy pierwszej sposobności...
— Istotnie, to jest wyraz znaczący.
— Zwłaszcza, gdy wychodzi z ust człowieka, który w departamencie jest jak u siebie w domu.
— Czy być może?
— Ależ tak... stosunki ogromne, wpływy, znajomości! słowem co tylko zechce, może zrobić.
— Powierzchowność nie bardzo ujmująca.
— Powierzchowność! jest też o czem mówić! Ma on coś lepszego niż dziesięć najpiękniejszych powierzchowności, bo przedewszystkiem wysokie stanowisko, wpływ, znaczenie, a oprócz tego spory majątek. Dobra ziemskie w płockiem, udziały w kilku cukrowniach, a podobno i gotówka jest.
Pani radczyni zamyśliła się.
— Ciekawa jestem — rzekła, — jakie wrażenie zrobił na Stasi. Dziś jeszcze zapytam jej o to.
— Nie trzeba, niech mama tego nie robi!
— Dlaczego?
— Lepiej powoli. On tu nocuje, naturalnie, niewywczasowany, spać będzie długo, przed obiadem nie puścimy go ztąd.
— Wielki z ciebie dyplomata, mój Adolfie.
— Nie, lecz mam zwyczaj iść do celu powoli i konsekwentnie. Zrazilibyśmy Stasię do niego odrazu, wspominając o naszych zamiarach; lepiej czasowi rzecz tę pozostawić. On zrobi swoje, zwłaszcza teraz, gdy usunęliśmy ją z pod wpływu pana Czesława.
— Powiedz mi Adolfie, co ty cierpisz do tego chłopca?
— Nie lubię entuzyastów, nie lubię tych, co zamiast iść wygodnym, utartym szlakiem, torują sobie jakieś nowe dróżki, na których najczęściej kark kręcą.
— Uprzedziłeś się, przecież ja prawie ciągle patrzę na tego chłopca i widzę, że jest nad wiek swój stateczny i poważny.
— To właśnie źle.
— Więc wolałbyś, żeby było inaczej? On pracuje, on uczy się ciągle, czyta....
— I to źle!
— No, doprawdy teraz już sama nie wiem co podług ciebie jest dobrze.
— Dużo by było o tem mówić, a mama znużona i ja również potrzebuję cokolwiek chociaż wypocząć. Od rana muszę być na nogach, gdyż wice-dyrektor podobno cierpi na bezsenność, może więc wstanie wcześnie, a w takim razie i ja, jako gospodarz, muszę być na nogach.
— Naturalnie, naturalnie, mój Adolfie, nie zatrzymuję cię, idź spać.
— Dobranoc, mamie.
— Dobranoc.
Pan inżynier poszedł do swego pokoju, po chwili jednak wrócił.
— O najważniejszem zapomniałem — rzekł.
— O czem, Adolfie.
— Niech mama powie Stasi, żeby była dla niego bardzo uprzejmą...
— Bądź spokojny, pamiętam o tem dobrze.
Niezadługo w apartamentach pana inżyniera wszyscy pogrążeni byli w śnie głębokim, oprócz jednej Stasi, która pomimo niewyspania i zmęczenia, wzięła się do pisania listu do brata.
Czuła potrzebę podzielenia się wrażeniami swemi, a jedynym jej powiernikiem był Czesław.
W długim liście opisała mu dzieje pobytu w domu szwagra, ów świetny raut, kaszlącego vice-dyrektora, otyłego finansistę, który wciąż o swoim synu opowiadał. Przedstawiła w liście te wszystkie postacie, jakie się przed jej oczami przewinęły, a w rezultacie wyraziła żal za Warszawą, za Ogrodową ulicą i za tem zatrudnieniem, któremu się z takiem zamiłowaniem oddawała.
„Drogi Czesiu, brzmiał jeden ustęp listu, ty, jedyny na ziemi powierniku mój i przyjacielu, ty zapewne zrozumiesz, jak mnie ta cała komedya nuży i męczy, jak przykro dotykają te nadskakiwania i hołdy. Tak niedawno jeszcze nikt się o mnie nie troszczył, nikt nie interesował. Szłam spokojnie wytkniętą raz drogą, a przy zajęciu, przy pracy, dnie ubiegały szybko. Dziś tu każda godzina tygodniem mi się zdaje; zmiana postępowania Adolfa względem nas, jego szczególna opieka jaką mnie i mamę otacza, robią na mnie niewypowiedzianie przykre wrażenie. Jesteśmy dziś w jego oczach bardzo drogie, ponieważ jakaś sukcesya ma spaść na nas. O! jakże pragnę, żeby nas ominęła! Jeszcze jej nie mamy, a już się daje we znaki! Po dzisiejszym raucie, na którym zbierałam oklaski za śpiew i słuchałam porównań mego głosu z głosami najpierwszych artystek (głosu, którego, jak wiesz, prawie nie mam), przyszła do mnie mama z miną bardzo poważną i tajemniczą zarazem, i wykładała mi całą teoryę jak się zachowywać powinna panienka na mojem stanowisku. Zdawało mi się, że sama wiem jak mam postępować, ale nie... mama mi dała nowe wskazówki! Przedewszystkiem mam być wyjątkowo uprzejmą dla jednego z dygnitarzy kolejowych, zwierzchnika Adolfa. Jest to, jak mi się zdaje, człowieczysko Bogu ducha winien, schorowany, myślący tylko wyłącznie o lekarstwach i doktorach. Przypuszczam i zapewne nie bez słuszności, że moja wyjątkowa uprzejmość tyle go obchodzić będzie, co zeszłoroczna zima. Ale są widocznie jakieś plany. Nie trzeba być jasnowidzącą, żeby nie zrozumieć, że taki szwagier dla Adolfa byłby bardzo, a bardzo na rękę. Mama powiada, że vice-dyrektor ma nadzwyczaj liczne stosunki i, że może bardzo wiele. Usłyszałam przy tem zdanie, że nie ma nic prędzej przemijającego jak młodość, że miłość, o której tyle czytamy w powieściach, istnieje tylko na papierze. Na dowód przytoczyła mi mama moje własne dzieje i postępek pana Kazimierza. Ciekawy jesteś zapewne co odpowiedziałam na to? Przypuszczasz, że znalazłam mnóstwo argumentów. Nie, do czegóżby to doprowadziło? Słuchałam nie przerywając, a mama mówiła dalej, dowodząc jak szczęśliwy jest ten, kto odrzuciwszy wszelkie złudzenia i mrzonki, zdobywa sobie dobrobyt i komfort, bez którego życie niewiele warto. Patrzyłam mamie w oczy i przyszłam do przekonania, że ona nie podziela tych zdań jakie wygłasza, że mówi je jak lekcyę, której się wyuczyła na pamięć. Powtórzyła nawet kilka frazesów jakby wyjętych z ust Adolfa, a on, jak wiesz przecie, ma swój styl. Nie przerywałam, słuchałam, a gdy mama, odchodząc już, spytała, czy posłucham jej dobrych rad, odrzekłam, że nie widzę powodu, dla którego miałabym być dla pana vice-dyrektora niegrzeczną, że wogóle traktuję wszystkich uprzejmie, a cóż dopiero takiego dygnitarza, mającego stosunki, wpływy i znaczenie. Mama wzięła to za dobrą monetę, ale westchnęła przytem, pocałowała mnie w czoło i rzekła poczciwa: biedne dziecko! Roześmiałam się gorzko gdy wyszła już. Nie z matki, bo wiesz dobrze, jak bardzo ją kocham, ale z tych zabiegów ludzkich, z tej chęci wyzyskania każdej sytuacyi z której można jakąś korzyść wyciągnąć. Rozumiesz to dobrze mój Czesławie.“
Dzień już był gdy Stasia skończyła list. Światło lampy zgasło przy świetle słonecznem.
Spuściła roletę i zmęczona usnęła natychmiast.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.