Faust (Goethe, tłum. Zegadłowicz)/Część druga/Pracownia Fausta

<<< Dane tekstu >>>
Autor Johann Wolfgang von Goethe
Tytuł Faust
Wydawca Franciszek Foltin
Data wyd. 1926
Druk Franciszek Foltin
Miejsce wyd. Wadowice
Tłumacz Emil Zegadłowicz
Tytuł orygin. Faust
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała część 1
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała część 2
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
AKT DRUGI
PRACOWNIA
FAUSTA

MEFISTOFELES  /  FAMULUS NIKODEM
BAKALAUREUS  /  CHÓR ROBACTWA

(ostro sklepiona, wązka komnata gotycka)
(bez zmiany, tak, jak ją znamy z części pierwszej)
MEFISTOFELES
(wychodzi z poza kotary)
(w rozsunięciu jej widać Fausta leżącego na staroświeckiem łożu)

Więc leżże sobie sowizdrzale!
twa miłość jednak djablo śliska —
kto dla Heleny żyje w szale,
rozumu prędko nie odzyska.

(penetruje po komnacie)

Pokoik sobie ostał cały,
jakoś się bronił lat naporom,
coś jeno szyby zmatowiały
i pajęczyny w kątach sporo
i inkaust wysechł; — pyłu chmurą
pokrył się papier; — dziwny fakt,
bo nawet leży tutaj pióro,
którem Faust z djabłem spisał pakt.
Ba! jeszcze wilgne — ślady świeże
tej kropli krwi, co z żył wytoczył —
mieć taki sprzęcik! bardzo wierzę —
zbieracz-by pod powałę skoczył.
Patrzcie i futro zwisa z haka,

w którem, folgując mej swawoli,
wtajemniczałem w cech chłopaka;
do dziś się pewnie tem mozoli.
Chętka mnie bierze — cóż! mam czas —
w tem futrze sobie tu posiedzieć
i być docentem jeszcze raz
i jakto docent — wszystko wiedzieć;
uczony wszystko wie, rozumie,
— djabeł od dawna wątpić umie.

(zdejmuje futro; potrząsa niem)
(wzlatują chmary moli, chrząszczy i wszelakiego. robactwa)
CHÓR ROBACTWA

Dzień dobry tatuńciu,
jakże się nam masz?
latamy, brzęczymy,
zaglądamy w twarz.

Po jednemu skrzętnie
przynosił nas pan,
a teraz w tysiące
zawodzimy tan.

Zgryz w sercu uparty
trzyma się swych leż —
o łatwiej wyiskać
pchłę z futra lub wesz.

MEFISTOFELES

To niespodzianka! Jak mnie radujecie!
Kto wiosną sieje ten ma żniwa w lecie.
Potrząsnę jeszcze — może mól wyleci —
o jest —! — tu — jeden! — tam drugi i trzeci!
Wzlatujcie! Wkoło! Niechże się mi roją —
śpieszcie się! lećcie! wkoło! w wszystkie strony!
Tam, gdzie te puzdra, sepeciki stoją,

tam, gdzie pergamin leży okopcony —
napoły w księgi i w tygle napoły
i w trupiej czaszki wlećcie oczodoły.
Tu raj wasz w pleśni; — gdzie pył i próchnienie
rozrodzicie się dziatki — nieskończenie!

(zarzuca na siebie futro)

Okryjże, okryj barki panu swemu —
widzisz mam pociąg dziś do panowania,
lecz nic nie znaczy rzec sobie samemu —
ludzi potrzeba, potrzeba uznania.

(pociąga za dzwonek)
(rozlega się giełczący, przeraźliwy dźwięk)
(drżą ściany)
(rozwierają się gwałtownie drzwi)
FAMULUS
(kroczy chwiejnie długim, ciemnym kurytarzem)

Cóż za dźwięki?! Cóż za drżenie!
mury jęczą, schody trzeszczą,
poprzez szklane szyb dzwonienie
błyski trupie się złowieszczą.
Tynk odpada, sypią ściany,
cienie się po kątach czają,
mocą siły niesłychanej
drzwi się same otwierają!
A tam? Zgroza! Tam w komnacie
straszna postać niewołana
we faustowej stoi szacie!
Strach! Okropność! Drżą kolana —
Kędyż uciec? Groza wszędzie —
stać? czy iść? ach! — co to będzie!

MEFISTOFELES

Wejdź przyjacielu! Zwiesz się Nikodemus?

FAMULUS

Wielmożny Panie — tak zwę się! ....Oremus....

MEFISTOFELES

Ach! nie! Dajmy spokój —

FAMULUS

— pan mnie zna? to miło!

MEFISTOFELES

Znam; na studentowaniu czas się przetrawiło,
studentowanie wieczne! — ano — siwiejemy —
wszyscy się wciąż uczymy — w końcu nic nie wiemy,
czyż nie? Mędrzec buduje z kart wysoki domek —
całego nie zbuduje, a ino ułomek,
choćby był i geniuszem; lecz wasz mistrz to szczera
wielkość, któżby też nie znał doktora Wagnera!
To dziś największa gwiazda w wiedzy firmamencie,
on naukę pomnaża, on kształci pojęcie;
do jego się katedry pożądliwą zgrają
wszyscy, co wszystko wiedzieć chcą, hurmą zjeżdżają.
A on jako Piotr drugi dzwoni pękiem kluczy —
ziemię i samo niebo otwierać was uczy.
To nadzwyczajny człowiek! unosi, porywa —
Faust — w stosunku do niego — ani się umywa;
przeto też sławy Wagner i rozgłosu dożył,
on, który wszystko odkrył — powiem więcej: stworzył!

FAMULUS

Wybacz wielmożny panie, lecz muszę sprostować,
nie zaprzeczyć — sprostować! — że te enuncjacje
nie we wszystkiem dokładną wykazują rację.
Mistrz Wagner umiał wiary skromności dochować,
naprawdę umiał. — A Faust? — nie wiem czemu
przypisać to zniknięcie — to rzecz niesłychana!
Mistrz Wagner czeka. — Oto wszystko po staremu
na swem miejscu zostało, czeka swego pana.

Mistrz Wagner Fausta kocha, czeka jak zbawienia.
A ja? — ja nigdybym się, nigdy nie odważył
wejść tutaj, gdyby fakt ten dziwny się nie zdarzył —
owo trzęsienie ziemi — oddaj ducha Bogu!
nigdybym się nie ważył był przekroczyć progu —
i pan-by też tu nie wszedł —

MEFISTOFELES

— gdzież on teraz będzie?
Prowadź mnie do Wagnera, lub niech tu przybędzie.

FAMULUS

Ach! zakaz jego zbyt surowy —
ja, panie, ja się nie ośmielę;
zanurzył się powyżej głowy
w swem wymarzonem, wielkiem dziele.
A, że mnie, panie, nie obwiniasz
— powiem — iż żyje w samotności,
brudny i czarny, jak kominiarz
i żadnych nie przyjmuje gości;
on delikatny, jak panienka —
umorusany, wciąż w pośpiechu,
a owęglona jego ręka
wciąż przy ognisku, wciąż przy miechu.
Nos, uszy brudne, skrwione oczy,
wyniku zżera go tęsknota —
i tak ku sławie w dymie kroczy,
w poskrzypie kleszczy, w stuku młota.

MEFISTOFELES

Mnie wstępu nie zabroni, wie, że go pocieszę
i rezultat szczęśliwy jego prac przyśpieszę.

(Famulus odchodzi)
(Mefistofeles siada z powagą w fotelu)

Chętniebym użył ciszy tej komnaty,
a już tam za mną ktoś, gdzieś, czegoś szuka.

Ach! on! — poznaję — ów uczeń z przed laty!
Ten-bo nagada! — weredyczna sztuka.

BAKALAUREUS
(wpada z kurytarza jak wicher)

Tu drzwi, tam bramy rozwarte,
więc wreszcie błyska nadzieja,
że te pleśni będą starte,
że jakaś nagła zawieja
przez piwniczne ciemnie świśnie
i w sto djabłów śmieciem ciśnie
i żywego żywym wróci
i rozwali to ukrycie,
w którem człek się trupio smuci
i zmiera — chory na życie!

Te mury, ściany spleśniałe
już się chylą do upadku;
w ucieczce znachodź dziś chwałę,
bo cię gruz zasypie bratku.
Mnie z odwagi każdy chwali,
lecz kroku nie pójdę dalej.

Znam skądś wnętrze tej komnaty —
ach — to tutaj — młodzian skromny
przyszedłem kiedyś przed laty,
ze strachu ledwie przytomny,
gdzie ten starzec, szelma szczwana,
wtajemniczał mnie w wiedzy arkana.

Coś tam z książek połapali,
trochę szklili, trochę zgadli,
no i tak jak z nut kłamali —
sobie i mnie życie kradli;
ale mnie nie okłamali!
Patrzcie, ktoś się jeszcze biedzi,
a! pan majster jeszcze siedzi?


Zbliżam się i ku zdumieniu
widzę, jakby widmo ducha —
tak jak wtedy, w pleśni, w cieniu —
i jeszcze nie zdjął kożucha.
Wtedy-to nie była sztuka
bałamucić mnie młodego —
dziś wiatru w polu poszuka!
tuś bratku! — Natrę na niego!

Staruszku! jeśliś żyw jeszcze
w tym ostrołukowym sklepie,
jeśli życia czujesz dreszcze
w twym zakurzonym czerepie —
spójrz! — oto uczeń twój stoi,
słuchacz narracji godzinnej —
tyś ten sam, w tej samej zbroi,
alem ja już jest kto inny.

MEFISTOFELES

Witam, z radością witam — przeszłość w myślach wstaje,
ów dzień, kiedym wyczytał przyszłość z twojej twarzy;
z gąsienicy, kto się zna na tem, rozpoznaje,
w jakiej się motyl barwie wiosną wypoczwarzy.
Lubowałeś się włosów trefionych urodą,
koronkowym kołnierzem, obcisłym kubraczkiem,
lecz warkoczy nie lubisz — co? — i szwedzką modą
włosy przycinasz krótko — a! nie jesteś żaczkiem —
rezolutnie wyglądasz, snać siłą górujesz
wśród uczniów — no i rzadko też w domu nocujesz?

BAKALAUREUS

Hola staruszku! — Wprawdzie miejsce to jest dawne,
ale się czasy, panie, zmieniły dokładnie —
dwuznaczników zaniechaj, już nie są zabawne,
i żart twój mnie do smaku wcale nie przypadnie.
Młodzianka wierzącego, zbijać jak się patrzy
z pantałyku — to łatwo, lecz dziś jest inaczej!

MEFISTOFELES

Wartoć tu prawdę mówić! — myślą żółtodzióby —
ot stary, więc wyplata swe smalone duby;
sprawdzi-li się nauka — z skwapliwą ochotą
wołasz: jam wszystko odkrył! a mistrz był idjotą!

BAKALAUREUS

A może szelmą tylko?! — Bo któryż uczony
zechce uczniom poprostu dać swej wiedzy plony?
Każdy z was część ukryje, fragmencik oświeci,
tu z smutkiem, tam wesoło, jak zwykle — dla dzieci!

MEFISTOFELES

Nauka, wiedza, mądrość — dużo czasu zjada,
przeto do nauczania rwie się kpów gromada,
a waść widać, ze zmianą swojego odzienia
nabrałeś życiowego sporo doświadczenia.

BAKALAUREUS

Doświadczenie to słowo co się raz-dwa spali,
mrzonka niegodna ducha, głupota uparta,
wszakże to wszystko cośmy z wiedzy pochwytali,
to zakłamana pustka, nicość — djabła warta.

MEFISTOFELES
(milczy chwilę)

Tak i mnie się zdawało! Głupcem zawsze byłem,
lecz dopiero w tej chwili nicość swą odkryłem.

BAKALAUREUS

Bogu dzięki!! — Ta pewność może cię uleczy!
pierwszego starca widzę, co mówi do rzeczy.

MEFISTOFELES

Więc wszelkie me dążenie i wyprawa śmiała
po złote runo wiedzy, to były igraszki?!

BAKALAUREUS

O tak! sam mi to przyznasz, że twa łysa pała
tyle warta co te tam w kątach trupie czaszki.

MEFISTOFELES
(dobrodusznie)

Nie zdajesz sobie sprawy, żeś jest ordynarny.

BAKALAUREUS

Kto w słowach jest wytworny — kłamliwy i marny.

MEFISTOFELES
(posuwa się w fotelu coraz bliżej rampy)
(do publiczności)

Tenby mnie wnet ze skóry obłuskał co żywo,
lecz, mniemam, u was znajdę gościnność prawdziwą.

BAKALAUREUS

To niedorzeczność pusta, ciągle pisać w rejestr,
co kiedyś czemś tam było, lecz dziś niczem nie jest.
Życie jest w krwi czerwonej, płomiennej i świeżej,
a gdzież ta krew pulsuje —?— tylko u młodzieży!
Młodość jeno zapałem tworzy to co zdrowe,
i z życia życie woła wysokie i nowe;
tu jeno nurt przepływa dziarski i potężny —
mocny zawsze zwycięży, ginie niedołężny.
Podczas, gdy my walczymy, cóż starcy robicie?
drzemiecie, rozważacie plany, plany śnicie,
z których nic się nie ziści; cóż cień zrodzi? — cienie!
Doprawdy starość, mróz-to, febra i źględzenie.
Kto trzydziestki już dożył i kto ją przekroczył —
po łbie tłuc go należy, by się prędzej stoczył.

MEFISTOFELES

Lepiej mówić sam djabeł nie może, nie zdole.

BAKALAUREUS

Niema djabła! — Ja na to nigdy nie pozwolę!

MEFISTOFELES
(icicho)

Kochaneczku — już on ci kopytko podstawi.

BAKALAUREUS

Jedna młodość świat ten zbawi!
Nie było świata — jam go stworzył,
jam słońcu morskie drzwi otworzył
i dla mnie księżyc począł świecić,
dla mnie się rodzi noc i dzień —
ziemia się dla mnie pragnie kwiecić,
dla mnie jest światłość, dla mnie cień!
I na mój rozkaz z nocnych mroków
gwiazdy na niebie się ziskrzyły —
i jam cię, człeku, wydarł z oków,
jam ciebie natchnął, skrzepił w siły.
Wolność jest we mnie, w moim duchu —
i sam oświecam żwawy krok,
który mnie wiedzie w życiu, w ruchu —
świt mam przed sobą! — Za mną mrok!

(wychodzi)
MEFISTOFELES

Samochwale! Pyszałku! Leć w szale pustoty!
Jakżebyś, bratku, zsmętniał, gdybym rzekł najprościej:
że nie zmyślisz mądrości takiej, ni głupoty,
której już nie wymyślił ktoś w dawnej przeszłości;
więc ni zasługą to, ni winą.
Zresztą, czy krócej trwać, czy dłużej,
jakoś się przecie zczyści wino
niech jeno moszcz się w beczce burzy.

(do publiczności, która nie klaszcze)

Cóż? — Młodzi widzę, jakoś słowy memi gardzą?
ano — wyrozumiałym trzeba być na świecie;
zważcie, że djabeł jest już stary bardzo —
więc i wy się starzejcie — wtedy go pojmiecie.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Johann Wolfgang von Goethe i tłumacza: Emil Zegadłowicz.