Heidi/Rozdział ósmy

<<< Dane tekstu >>>
Autor Johanna Spyri
Tytuł Heidi
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1934
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ ÓSMY.



W DOMU PANA SESEMANNA PANUJE CIĄGŁY NIEPOKÓJ.

Nazajutrz rano otwarł Sebastjan bramę profesorowi i zaprowadził do pracowni. Nagle ktoś zadzwonił ponownie i to z taką siłą, że Sebastjan skoczył po schodach galopem. W ten sposób dzwonić zwykł sam tylko pan Sesemann. Spiesznie otwarł drzwi i zobaczył obdartego wyrostka z katarynką na plecach.
— Cóż to znaczy? — wrzasnął. — Jak śmiesz tak szarpać za dzwonek! Czegóż chcesz?
— Widzieć się z Klarą! — odparł chłopiec.
— Ty oberwańcze! — wykrzyknął Sebastjan. — Mówi się: panna Klara! A cóż to za interes masz do panny Klary?
— Winna mi jest czterdzieści fenigów.
— Oszalałeś chyba? Skąd wiesz zresztą, że tu mieszka panna Klara?
— Wczoraj pokazałem jej drogę, to jest dwadzieścia fenigów, potem przyprowadziłem do domu, to znowu dwadzieścia, czyli razem czterdzieści fenigów.
— Głupstwa pleciesz. Panna Klara nie chodzi nigdy po ulicach, nie może nawet chodzić, wynoś się tedy, zanim cię wyrzucę!
Chłopiec nie zmieszał się tem przyjęciem, ale rzekł dobitnie:
— Widziałem ją na ulicy i wiem, jak wygląda. Ma krótkie, kręte, czarne włosy, czarne oczy, brunatną suknię i nie mówi tak jak my.
— Ocho! — pomyślał Sebastjan, omal nie wybuchając śmiechem. — To mała panienka coś znowu namotała. — Wciągnął chłopca do sieni i rzekł: — No dobrze, już, dobrze. Chodź za mną i zaczekaj pod drzwiami, aż wrócę. Gdy cię wpuszczę, zaraz zacznij grać, nasza panienka lubi bardzo muzykę.
Zapukał do pracowni i wszedł.
— Czeka tutaj w korytarzu jakiś chłopiec! — zameldował. — Chce się koniecznie widzieć z panną Klarą.
Wydarzenie to uradowało wielce chorą.
— Proszę go przyprowadzić! — powiedziała. — Wszak prawda, panie profesorze? Ma jakiś interes osobisty do mnie.
Chłopiec wszedł tymczasem i jął stosownie do polecenia grać na katarynce. Celem uniknięcia abecadła Heidi, przechadzała się panna Rottenmeier po jadalni. Nagle nastawiła uszu. Cóż to? Katarynka gra na ulicy? Nie, dużo bliżej! Czyżby w pracowni? Istotnie! Przebiegła pędem długą jadalnię, szarpnęła drzwi i ujrzała oberwańca, który z wielkim zapałem kręcił korbę. Pan profesor czynił rozpaczliwe wysiłki, by coś powiedzieć, ale nie było go słychać. Klara i Heidi, rozradowane widocznie, delektowały się muzyką.
— Dość tego! Dość! — krzyknęła, ale muzyka zagłuszyła jej wołanie. Podbiegła do chłopca, ale nagle uczuła coś między nogami. Po posadzce pełzał straszliwy, czarny potwór, prosto do jej nóg zmierzając. Był to żółw. Przerażona śmiertelnie wykonała skok taki, jakiego od lat dziewczęcych chyba nie próbowała, i wrzasnęła z całej siły:
— Sebastjanie! Sebastjanie!
Kataryniarz przestał nagle grać. Tym razem krzyk przeniknął przez muzykę. Sebastjan stał w kurytarzu, słaniając się od śmiechu, gdyż widział przez uchylone drzwi skok czcigodnej damy. Po chwili wszedł i zastał pannę Rottenmeier napół jeno żywą leżącą w fotelu.
— Precz! Precz! Niech Sebastjan wyrzuci tego człowieka i to zwierzę!
Sebastjan wypchnął usłużnie za drzwi chłopca, który wziął pod pachę swego żółwia. Gdy obaj wyszli, wetknął mu w dłoń pieniądze, mówiąc:
— Czterdzieści fenigów od panny Klary, a czterdzieści za granie. Dobrześ to zrobił, chłopcze!
Potem zamknął za nim bramę. Lekcja potoczyła się dalej, a panna Rottenmeier trwała na stanowisku, by swą obecnością uniemożliwić tego rodzaju okropności. Postanowiła, że dopiero po lekcji rozpocznie śledztwo i winnego ukarze surowo.
Po chwili rozległo się ponowne pukanie, wszedł Sebastjan i zameldował, że przyniesiono spory kosz dla panny Klary, z poleceniem wręczenia jej niezwłocznie.
— Dla mnie? — spytała zdumiona i rozciekawiona bardzo. — Proszę przynieść i pokazać, jak wygląda.
Sebastjan przyniósł kosz zamknięty pokrywą i oddalił się szybko.
— Rozpakujemy go, sądzę, aż po lekcji! — zauważyła panna Rottenmeier.
Klara nie umiała sobie wyobrazić, co jej przyniesiono. Spojrzała pożądliwie na kosz, potem zaś przerywając deklinowanie, zwróciła się do pana profesora, pytając:
— Czy nie mogłabym zobaczyć, co tam jest? Potem wzięlibyśmy się zaraz do dalszej lekcji.
— Pod jednym względem byłoby to możliwe, pod innym niekorzystne! — powiedział, jak zawsze, bezstronnie. — Z jednej strony możnaby na poparcie żądania panny Klary przytoczyć fakt, że jeśli jej uwagę przykuwać będzie ten przedmiot...
Nie mógł skończyć wywodu. Nakrywa kosza była założona luźno. Nagle wyskoczyło z wnętrza małe kocię, potem drugie, trzecie, słowem niezliczone, zdawało się, mnóstwo kociąt. Jęły biegać i skakać po całej pracowni, tak szybko, że dwoiły się i troiły w oczach, jakby cały pokój pełen był kotów. Skakały przez trzewiki pana profesora, drapały jego spodnie, wspinały się po sukni panny Rottenmeier i plątały pod jej nogami, wskakiwały na wózek Klary, piszcząc, miaucząc i wyprawiając figle najrozmaitsze. Klara wykrzykiwała raz po raz:
— Cóż za śliczne stworzonka! Jakże wesoło skaczą! Heidi, popatrz na tamtego kociaka!
Heidi biegała za kociętami z kąta w kąt pokoju, śmiejąc się głośno. Pan profesor stał, wielce zakłopotany, podnosząc to jedną, to drugą nogę, by uniknąć niemile drapiących pazurków. Panna Rottenmeier siedziała zrazu niema z przerażenia w fotelu, potem zaczęła krzyczeć z całej siły.
— Tineto! Tineto! Sebastjanie! Sebastjanie!
Nie ruszała się z miejsca, w obawie, by te potwory nie skoczyły na nią.
Na kilkakrotne wołanie, zjawili się Sebastjan i Tineta, pochwytali kocięta, włożyli z powrotem do kosza i zanieśli na strych, do poprzednich dwu dołączając.
Późnym dopiero wieczorem, odpocząwszy należycie po przeżytych utrapieniach, przywołała panna Rottenmeier do pracowni Sebastjana i Tinetę w celu przeprowadzenia surowego śledztwa. Wyszło teraz na jaw, że wszystko to były skutki wczorajszej wycieczki Heidi. Panna Rottenmeier milczała zrazu, nie mogąc mówić z oburzenia, potem oddaliwszy znakiem służbę, powiedziała surowo do Heidi, stojącej obok wózka Klary:
— Adelajdo! Dla osoby tak jak ty barbarzyńskiej mam karę, którą odczujesz chyba dotkliwie. Oto zostaniesz zamknięta w ciemnej piwnicy, gdzie są szczury i jaszczurki. To cię zapewne oduczy podobnych wybryków.
Heidi wysłuchała tego wyroku z wielkiem zdumieniem. W chacie dziadka była także piwnica, gdzie leżały gotowe sery i stały garnki z mlekiem. Było to jednak miejsce raczej wesołe i ponętne, niż przerażające. Szczurów, ni jaszczurek, nie widziała dotąd wcale.
Na te słowa podniosła Klara żałośliwy protest:
— Nie, nie, panno Rottenmeier! Trzeba zaczekać na ojczulka. Wszakże pisał, że wróci niedługo. Opowiem mu wszystko, a on postanowi sam, co zrobić z Heidi.
Wobec takiej apelacji do władzy wyższej, ustąpić musiała panna Rottenmeier, tem więcej, że pan domu miał w istocie przybyć niebawem.
Wstała gniewna i odrzekła:
— Dobrze, Klaro! Ale i ja pomówię z panem Sesemannem.
Potem wyszła z pokoju.
Minęło spokojnie dni parę, ale panna Rottenmeier była ciągle wzburzona. Nie schodziło jej z myśli, jak bardzo się zawiodła na Heidi, której sama obecność zniweczyła cały porządek domu, który przepadł na zawsze. Klara przeciwnie była wielce zadowolona i nie nudziła się nigdy, bo towarzyszka jej wyprawiała nawet podczas lekcji różne figle. Nie umiała rozróżniać liter, gdy zaś pan profesor, dla zobrazowania, porównywał je n. p. z „rożkiem,“ albo „dzióbkiem,“ Heidi wykrzykiwała:
— To jest istna koza! A to ptak drapieżny.

Te porównania budziły w jej głowie najrozmaitsze wyobrażenia, nie pomagając jednak wcale do poznania liter. W godzinach popołudniowych opowiadała Heidi Klarze o halach, górach i życiu w ojczystych stronach, a to rozbudzało w niej na nowo chęć powrotu, tak że kończyła stale słowami:
Siedziała tedy samotnie i dumała, jak też może teraz wyglądać hala, jak lśnią w słońcu żółte kwiatki i wszystko wokół, śnieg, góry i doliny. (Str. 81).
— Tak, tak, muszę wracać! Jutro z całą pewnością pojadę!

Klara uspakajała ją, udowadniając, że musi zostać aż do powrotu ojca, który wszystko załatwi jak najlepiej. Heidi godziła się na to wkońcu, radując się nawet tem, iż z dniem każdym wzrasta jej zapas białych bułeczek dla babki. Co dnia przybywały dwie, w południe i wieczór. Nie jadłaby ich za żadną cenę, wiedząc, że stara babka ma tylko chleb twardy. Po obiedzie, przesiadywała samotnie w swym pokoju, nie wybiegając na świat, jak ongiś na halę, gdyż wiedziała już teraz, że jest to wzbronione w Frankfurcie. Nie mogła także rozmawiać z Sebastjanem w jadalni, skutkiem zakazu panny Rottenmeier, zaś od Tinety stroniła, poznając dobrze z zachowania pokojówki, iż z niej drwi. Siedziała tedy samotnie i dumała, jak też może teraz wyglądać hala, jak lśnią w słońcu żółte kwiatki i wszystko wokół, śnieg, góry i doliny, a w chwilach takich paliło ją dotkliwie pragnienie powrotu. Pamiętała dobrze obietnicę ciotki, że może każdej chwili wracać. To też pewnego dnia, nie mogąc wytrzymać dłużej, spakowała bułki w wielką czerwoną chustkę, wdziała kapelusz i ruszyła w drogę. U samej jednak bramy napotkała wielką przeszkodę w postaci panny Rottenmeier, wracającej z miasta. Stanęła w osłupieniu na widok Heidi, obejrzała ją od stóp do głowy, najdłużej zaś oczy jej spoczywały na wypchanej, czerwonej chustce.
— Cóż to znaczy? Co robisz? — spytała po chwili. — Zabroniłam ci wszakże surowo wałęsać się po ulicach i w dodatku w tem ubraniu, które ci nadaje wygląd włóczęgi!
— Nie chciałam się wałęsać, ale iść do domu! — odrzekła przerażona Heidi.
— Co? Jakto do domu? — wykrzyknęła panna Rottenmeier, klaskając w dłonie z oburzenia. — Chcesz uciekać? O, gdyby to wiedział pan Sesemann! Uciekać z jego domu? Biada ci, jeśli się dowie! Czegóż ci tu brak? Wszyscy cię traktują znacznie lepiej, niż na to zasługujesz! Czyż nie masz tu, czego dusza zapragnie? W całem życiu nie żywiłaś się tak, nie mieszkałaś i nie miałaś takiej obsługi! Prawda, że nie?
— Prawda! — przyznała Heidi.
— Oczywiście! — wykrzyknęła głośniej jeszcze dama. — Masz wszystko, ale jesteś niewdzięcznem dzieckiem, a dobrobyt przewrócił ci całkiem w głowie.
Wszystko, o czem dumała Heidi, przyszło jej teraz na myśl, tak, że musiała wypowiedzieć się głośno:
— Chcę wracać, już tak dawno, jak wyjechałam. Śnieżka beczy pewnie żałośnie, babka czeka, Ziębulka dostaje baty, bo Pietrek zły jest, że nie dostaje sera, tutaj nie widać, jak słońce żegna góry, a gdyby ptak drapieżny przyleciał nad Frankfurt, krakałby głośniej jeszcze ze złości na ludzi, którzy siedzą na kupie i dokuczają sobie wzajem, miast iść w góry, gdzie tak dobrze!
— Wielki Boże! Ona ma bzika! — wrzasnęła panna Rottenmeier i ruszyła pędem po schodach. Zetknęła się tu z Sebastjanem, schodzącym właśnie na dół.
— Proszę zabrać natychmiast tę warjatkę! — rozkazała, trąc czoło, gdyż zderzenie było niezwykle silne.
— Dobrze, dobrze, dziękuję uprzejmie! — odparł Sebastjan, trąc także czoło, gdyż otrzymał cios, dotkliwszy jeszcze.
Heidi stała na tem samem miejscu, oczy jej pałały i drżała całem ciałem od wewnętrznego wzburzenia.
— Ha? Znowu jakiś figielek, panienko? — spytał Sebastjan wesoło, spojrzawszy jednak zbliska na nieruchomą dziewczynkę, dotknął przyjaźnie jej ramienia i dodał: — Ba! Nie trzeba sobie tego wszystkiego brać do serca, panienko. Główna rzecz, to wesołość! Omal mi dziury w głowie nie wybiła, ale to nic, uszy do góry! No, no chodźmyż na górę. Ona kazała.
Heidi wstąpiła na schody, krocząc powoli i cicho, co nie było jej zwyczajem. Żal się jej zrobiło Sebastjanowi, to też pocieszał, jak umiał:
— Nie trzeba się poddawać smutkowi, panienko. Uszy do góry! Panienka jest rozsądna, nie płakała ni razu, odkąd jest u nas, a dzieci w tym wieku płaczą dziesięć razy na dzień. Koty wesołe, skaczą po całym strychu, jak szalone. Pójdziemy tam kiedyś do nich, gdy się dama wyniesie do miasta... dobrze ?
Heidi skinęła zlekka głową, ale tak smutnie, że Sebastjana zabolało serce. Patrzył za nią, aż doszła wolnym krokiem do swego pokoju.
Przy kolacji nie wyrzekła panna Rottenmeier słowa, spoglądała natomiast bacznie z obawy, że Heidi zrobi lada chwila coś niesłychanego. Ale dziewczynka siedziała cicho, nie jedząc, ni pijąc, schowała tylko co prędzej do kieszeni swą białą bułeczkę.
Gdy nazajutrz przyszedł pan profesor, panna Rottenmeier dała mu tajemniczy znak, by wszedł do jadalni i zwierzyła mu się ze swych obaw, że zmiana powietrza, nowy sposób życia i niezwykłe wrażenia pozbawiły dziecko rozumu. Opowiedziała mu o próbie ucieczki i przytoczyła jej słowa, o ile je pamiętała jeszcze. Ale pan profesor uspokoił ją, zapewniając, że uczynił pewne spostrzeżenie i jest pewny, iż z jednej strony objawia Heidi pewną ekscentryczność, z drugiej atoli posiada zdrowy rozsądek, a przy odpowiedniem postępowaniu nastąpi niezawodnie równowaga, co właśnie ma na celu. Ważniejszem wydała mu się zupełna nieudolność w zakresie rozpoznawania liter, przezco nie robi żadnych postępów w nauce.
Panna Rottenmeier odetchnęła z ulgą i zwolniła pana profesora, który rozpoczął lekcję. Około wieczora przypomniała sobie nieudałą próbę ucieczki i postanowiła zastąpić ubranie Heidi sukienkami Klary, zanim przybędzie pan Sesemann. Klara zgodziła się chętnie, rada podarować Heidi mnóstwo przedmiotów tualetowych, sukienek, chustek i kapeluszy. Panna Rottenmeier poszła tedy do pokoju Heidi w celu przejrzenia jej odzieży. Zaraz jednak wróciła, czyniąc gesty obrzydzenia.
— Coś okropnego odkryłam! Adelajdo, jakże mogłaś to zrobić. Rzecz niesłychana! W twej szafie na suknie, mówię wyraźnie, w dolnej części szafy na suknie znalazłam mnóstwo suchych bułek! Bułki w szafie na suknie, wyobraź sobie, Klaro! Cała sterta bułek! Tineto! — zawołała zwracając się ku jadalni. — Proszę wyrzucić zeschłe bułki z szafy panny Adelajdy, a także pognieciony kapelusz usunąć ze stołu.
— Nie! Nie! Potrzebny mi jest ten kapelusz! A bułki chowałam dla babki! — Heidi chciała wybiec za Tinetą, ale panna Rottenmeier powstrzymała ją.
— Zostaniesz tutaj, a cały ten kram będzie usunięty! — rzekła rozkazująco.
Na te słowa padła Heidi na ziemię, tuż przy wózku Klary, i zaczęła płakać, coraz to głośniej i rozpaczliwiej, a poprzez łkanie wołała zbolałym głosem:
— Babka nie dostanie już teraz białych bułeczek! Chowałam je dla niej! Zabrali wszystko! Wszystko!
Płakała, jakby jej pęknąć miało serce. Panna Rottenmeier uciekła, a Klarze zrobiło się bardzo nieswojo.
— Heidi! — prosiła. — Przestań płakać! Słuchajże! Przyrzekam ci, że gdy będziesz wracała do domu, dostaniesz dużo bułek dla babki, bardzo dużo. A będą one świeże i miękkie, nie zaś twarde, jak te któreś zebrała w szafie. Chodźże do mnie, Heidi, i przestań płakać.
Długo jeszcze nie mogła Heidi opanować łkania, ale zrozumiała pociechę Klary i uczepiła się jej. Inaczej płakałaby chyba bez końca. Chcąc się upewnić, spytała, łkając jeszcze:
— Czy dostanę tyle, ile mi zabrali?
— Dostaniesz na pewno, nawet więcej jeszcze, — zaręczyła Klara — tylko przestań płakać.
Do kolacji przyszła Heidi z czerwonemi od płaczu oczyma. Na widok bułeczki załkała raz jeszcze, ale pohamowała się, wiedząc, że przy stole trzeba siedzieć spokojnie. Tego wieczora czynił Sebastjan dziwaczne jakieś gesty, ile razy się zbliżył do Heidi. Pokazywał na swoją, to znów na jej głowę, kiwał głową i mrużył oczy, jakby chciał powiedzieć:
— Nie martw się, wszystko w porządku!
Gdy Heidi wróciła do siebie i chcąc wejść do łóżka, odwinęła kołdrę, znalazła pod nią swój stary kapelusik. Pogniotła go z radości jeszcze bardziej, owinęła chustką od nosa i ukryła w najdalszym zakątku szafy. Kapelusz schował pod kołdrę Sebastjan. Będąc w jadalni wraz z Tinetą, usłyszał błagalne, żałośliwe okrzyki Heidi. Poszedł tedy za pokojówką do jej pokoju, a gdy wynosiła naręcz suchych bułek, zobaczył na wierzchu kapelusik, zdjął go tedy co prędzej, mówiąc:
— Ja to sam wyrzucę!
Uratował w ten sposób skarb i chciał pocieszyć Heidi znakami podczas kolacji.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Johanna Spyri.