Karjera panny Mańki/Rozdział II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł Karjera panny Mańki
Podtytuł Powieść
Wydawca Księgarnia Popularna
Data wyd. 1935
Druk P. Brzeziński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Rozdział II.
DYREKTOR TOPÓR-DORIAŁOWICZ.

Choć dyrektor Topór-Doriałowicz prowadził bardzo rozległe interesy, biura specjalnego nie posiadał. Wszystko załatwiał w swojem prywatnem mieszkaniu — wytwornym czteropokojowym apartamencie przy ulicy Widok — a najbliższą pomocą mu byli sekretarz oraz maszynistka, przybywająca codziennie na parę godzin celem załatwienia rozległej korespondencji.
Główny ciężar interesów dyrektora leżał na kresach. Tam mieściło się owo towarzystwo akcyjne „Prodlas” — towarzystwo zorganizowane celem eksploatacji i wyrębu olbrzymich puszcz białoruskich i litewskich.
Aczkolwiek nikt w Warszawie bliżej o działalności tego towarzystwa nie był uświadomiony, dochody dawać musiało znaczne, bo pan Topór-Doriałowicz żył na skalę szeroką i nieraz chętnie znajomym napomykał o swych dużych obrotach. Brak wiadomości w stolicy o tak dobrze prosperującem przedsiębiorstwie tem dawał się wytłomaczyć, że dyrektor utrzymywał przeważnie stosunki z zagranicznemi finansistami i swoje tranzakcje załatwiał z zagranicą wyłącznie. Pozatem prowadził jeszcze rozmaite interesy i odwiedzających jego prywatne mieszkanie nie brakło. W mieszkaniu wszystko tchnęło wykwintem i zamiłowaniem do komfortu, luksusu — jak i sama osoba dyrektora.
Gabinet, w którym on się obecnie znajdował, zdobiły ciężkie rzeźbione dębowe szafy, klubowe fotele, podłogę zaściełał dywan puszysty a na ścianach, oklejonych ciemno zieloną ze złoceniami tapetą, widniało parę obrazów współczesnych pierwszorzędnych malarzy.
Za wielkiem mahoniowem biurkiem, zasiadał sam gospodarz, przeglądając jakieś listy, koło niego zaś stał sekretarz — młody, trzydziestoletni mężczyzna, wysoki, przystojny, ubrany elegancko. Doriałowicz musiał tylko co nadejść i niedawno zajął swe miejsce, bo na biurku leżał niedbale rzucony kapelusz i rękawiczki.
— Cóż więcej, panie Korski — odezwał się odrzucając arkusz, zapisany gęstem maszynowem pismem — czy w czasie mojej nieobecności nikt nie był z interesantów?
— Owszem, panie dyrektorze! Ten z Chmielnej...
— Wiem! Czegoż chciał?
— Płakał bardzo na ciężkie czasy, prosił o prolongatę...
Szczupła, o ostrym profilu twarz Doriałowicza nabrała ostrego i zaciętego wyrazu, przypominając nieco drapieżnego ptaka, czychającego na zdobycz. Rzucił oschle:
— Wszyscy płaczą na ciężkie czasy, bo nikt płacić nie chce! Na dancingi, zabawy mają, nie mają tylko na zwrot pożyczek...
— Ależ to stary człowiek, wcale nie wygląda na takiego, który hula...
— Proszę się nie rozczulać! Żadnych prolongat i udogodnień! Jeśli w terminie nie zapłaci, wie pan, co ma uczynić...
— Chciałem tylko zaznaczyć...
Doriałowicz spojrzał tak surowo na swego sekretarza, iż ten urwał, nie dokończywszy zdania. Poprawił wspaniałą perłę w krawacie — tę samą, która zaimponowała Mańce, poczem zabłysły kosztowne pierścienie. Powoli wycedził:
— Od pewnego czasu, zauważyłem panie Korski, iż poczyna pan czynić uwagi w sprawach, jakie go nic nie obchodzą. Gdy wyciągałem pana z błota i z tego środowiska zepsucia, w jakiem pan tkwił, nie był pan równie rezolutny!
Po przystojnej twarzy sekretarza przemknął cień niechęci. Doprawdy zbyt często niemiłe chwile życia wypominał mu patron. Przypominał mu ów okres, kiedy po daremnych wysiłkach zdobycia posady, żerował po różnych kawiarniach, restauracyjkach i drugorzędnych klubikach. Spragniony zabawy a czasem i głodny nie przebierał w środkach. Przypominał mu się i ów pamiętny wieczór, kiedy po sutej kolacji w pierwszorzędnym lokalu, nie miał czem wyrównać rachunku i już zbierała się dokoła groźna burza, gdy podszedł Doriałowicz, rachunek zapłacił, poczem długo go rozpytywał i zaproponował posadę u siebie. Ale wówczas Doriałowicz nie miał tego sępiego wyrazu twarzy i nie znał on tak jego interesów, jak dzisiaj je zna, lub wydaje mu się przynajmniej, że je poznał. Zresztą w jednym pomylił się Doriałowicz, był lekkomyślny, nie był zepsuty ostatecznie.
— Zechce więc pan sobie to zapamiętać, panie Korski! — posłyszał frazes dyrektora, poparty lekkiem uderzeniem dłoni o stół.
W Korskim oddawna zbierał się bunt.
— Ja również chciałem zaznaczyć panu dyrektorowi — oświadczył tonem stanowczym, choć grzecznym — że te przypominania o przeszłości nie należą do rzeczy przyjemnych. Nie przeczę, był okres czasu kiedy naciągałem ludzi, żyłem niewłaściwie... Wiem to! Lecz dziś w miarę możności długi spłacam, a nie uczyniłem nic tak karygodnego, bym się miał tego wstydzić całe życie... Wdzięcznym panu dyrektorowi za okazaną mi pomoc, lecz...
— Co? — zapytał Doriałowicz aż nieco uniosłszy się z miejsca, zdziwiony tą niespodzianą odprawą.
— Lecz zawiódł się na mnie pan dyrektor! — dokończył spokojnie Korski.
— Ja, na panu?
— Tak, bo mam wrażenie, iż wyszukuje pan ludzi nie mających nic do stracenia, aby omotać ich... aby kupić ich sumienia. Pan chce kupować ludzkie sumienia, jak inni kupują niezbędne im narzędzia. Ale ja nie mam sumienia na sprzedanie...
Gwałtowny z natury i nieznoszący sprzeciwu Doriałowicz opanował się z niezwykłem trudem. Wyciągnięta już prawie w kierunku drzwi dłoń opadła a napół otwarte usta, przygotowane do okrzyku — „won, za drzwi, smarkaczu!” — przymknęły się, rzekłbyś, naturalnie i wnet przybrały wyraz wielkiego ździwienia, spowodowanego niesłusznym zarzutem. W mózgu świdrowała jedna myśl, co Korski wiedział o nim, skoro w ten sposób ośmielał się przemawiać.
— Cóż pana uprawnia do podobnych oświadczeń? — zapytał?
— Skoro pan chce — mówił wzburzony Korski, któremu było wszystko jedno, jakie skutki pociągnie rozmowa — odpowiem! Gdy przyjmowałem posadę u pana, sądziłem, że istotnie pracować będę w owym towarzystwie „Prodlas”... Tymczasem o owym „Prodlasie” pozatem, że jakoby istnieje na kresach oraz, że podobny napis zdobi mosiężną tabliczkę na drzwiach pańskiego mieszkania i bilety wizytowe, nie wiem nic! Natomiast codziennie daje mi pan do załatwienia sprawy, w których z ostatniego mienia wyzuwać ludzi należy, postępować z największą bezwzględnością... i...
Korski urwał. Zapewne chciał dodać, że nie przypuszczał, iż pracować będzie u człowieka, zajmującego się tajemniczemi, niewyraźnemi interesami, z których interesy lichwiarskie były jeszcze najwyraźniejsze. Uważał, że powiedział dość.
Doriałowicz siedział z lekko przymrużonemi oczami, a po twarzy błąkał mu się uśmieszek — znak, jak bagatelizuje zarzuty swego sekretarza. Na szczęście, nie wiele wie — pomyślał — ale poczyna węszyć. Szczęście również, że za miesiąc nie będzie groźny. No, no, cóż za Kato chodzący, a on sądził, że ten za sto złotych, gotów jest na każde przedsięwzięcie. Ale, co począć z tym ptaszkiem? Odprawić zaraz, czy też udobruchać? Ot, chyba udobruchać i przez ten miesiąc mieć na oku...
— Panie Korski — rzekł — wysłuchałem pańskich wywodów spokojnie i jeśli je w ten sposób przyjmuję, to tylko dlatego, że, usprawiedliwiam sobie pana jego młodzieńczą egzaltacją... Doprawdy mnie cieszy, że podałem dłoń w ciężkiej chwili życiowej uczciwemu człowiekowi... Bezwzględnie jest pan uczciwym człowiekiem...
Korski oniemiał. Na podobne oświadczenie nie był przygotowany. Wszystkiego raczej się spodziewał, niźli usłyszeć z ust Doriałowicza podobne słowa. Z niemniejszem zdziwieniem słuchał dalej.
— Tak, mój młody przyjacielu! Co zaś się tyczy zarzutów, to przyjmowałem pana, jako osobistego sekretarza, nie zaś funkcjonarjusza towarzystwa „Prodlas”... Pan zdaje się powątpiewać wogóle o istnieniu przedsiębiorstwa. Mogę mu zrobić tę przyjemność i wysłać go z jakim zleceniem na kresy, tylko, że w Nalibockiej puszczy teraz djablo zimno... Co zaś się innych moich interesów tyczy... to aczkolwiek nie mam obowiązku się tłumaczyć, zaznaczę, że przy panującej obecnie nieuczciwości, jestem twardy i nie zmienię się... Jest pan jeszcze bardzo młody, panie Korski i daje się pan rozrzewniać przeróżnym przebiegłym typkom... Tak... Cóż, czy wystarcza to panu co powiedziałem, kierując się wyłącznie sympatją, jaką powziąłem dla niego przez te parę miesięcy, spędzonych przy wspólnej pracy, czy tu nadal moje interesy wydają się „tajemnicze”?... A może pan pragnie sam opuścić posadę?...
Korski uspokoił się prawie zupełnie w czasie tej długiej przemowy. Żałował może nawet swego nerwowego wybuchu. Ostatecznie otrzeźwiło go napomknienie o porzuceniu posady. Jeśli jeszcze przed chwilą nie zastanawiał się nad skutkami uniesienia — przed oczami wyobraźni jęły się rysować: brak pieniędzy, ulica, głód... Nie — przódy powinien się zabezpieczyć i wynaleźć inną posadę, później dopiero... I choć „przyjacielskie” wyjaśnienie Doriałowicza nie rozwiało wielu jego wątpliwości, przymusił się do frazesu, frazesu oznaczającego kapitulację, jak Henryk IV, do wędrówki do Canossy...
— Pan dyrektor zechce wybaczyć... Istotnie uniosłem się niepotrzebnie... Ale te przypomnienia o przeszłości... Zresztą sam nie wiem czemu od jakiegoś czasu jestem dziwnie zdenerwowany... Co zaś się tyczy posady, to nie zamierzam...
Na to tylko oczekiwał Doriałowicz.
— I ja nie mam zamiaru panu wymawiać posady... — przerwał. — Przyznaję, postąpiłem nietaktownie, wspominając wypadki, które mogły go dotknąć... Puścimy więc tę przykrą rozmowę w niepamięć i niechaj wszystko pomiędzy nami pozostanie po staremu. No, zgoda?...
Wyciągnął dłoń. Korskim miotały sprzeczne uczucia. Może niesłusznie uczynił przykrość starszemu panu, któremu w rzeczy samej poza twardem prowadzeniem interesów nic nie mógł zarzucić, bo reszta to były tylko jego podejrzenia. A jednak...
Pozornie, serdecznie i z wielkim szacunkiem uściskał tę dłoń, wazką, o długich krogulczych palcach, ozdobionych brylantowemi pierścieniami i przechodząc do swych obowiązków sekretarza, począł:
— Zapomniałem powiadomić pana dyrektora, iż w czasie jego nieobecności telefonowała jakaś pani!
— Pani? Czy wymieniła nazwisko?
— Nie! Tylko imię. Mary. Powiedziała, że pan dyrektor będzie wiedział.
— Tak!
W owym wykrzykniku zabrzmiała pewność. Istotnie tajemniczą nieznajomą nie był nikt inny tylko nasza dobra znajoma panna Mańka, zajmująca ładne mieszkanko przy ulicy Wspólnej.
— Ach, tak — powtórzył Doriałowicz. — Wiem! Więcej niema pan nic do zakomunikowania?
— Nie!
— W takim razie jest pan wolny! Nie będę dzisiaj potrzebował pana!
Znów wyciągnął rękę do uścisku i pożegnał Korskiego uprzejmym uśmiechem. Lecz gdy sekretarz znikł za drzwiami z twarzy dyrektora zbiegł ów uśmiech uprzejmy, przybrała ona wyraz ni to zaciętości, ni to troski. Może myślał o Korskim i mimo pozornej zgody — żywił względem niego jakieś mściwe zamiary — a może zaprzątało go wspomnienie o Mańce?...
Dość, że po chwili niespokojnego bębnienia palcami po mahoniowym blacie biurka, powziął postanowienie i żywo pochwycił za słuchawkę, znajdującego się na stole telefonicznego aparatu.
Rzucił numer. Wnet na drugim końcu sieci odezwał się kobiecy głos, lecz nie był to głos Mary.
— To ty? — zapytał Doriałowicz. — Wiesz kto mówi?
— Oczywiście, wiem! Jabym cię nie poznała po głosie? — posłyszał odpowiedź.
— Znakomicie! Chciałem cię zawiadomić, iż znalazłem to, co szukasz!
— Doprawdy? Ładna?
— Bardzo! Potrafi się zachować w towarzystwie! Zdaje się, nie posiada skrupułów! Pochodzi ze złodziejskiej sfery!
— Świetnie! — w głosie tajemniczej rozmówczyni zabrzmiała radość. — Świetnie! Sądzisz, że mu się spodoba!
— Nie wątpię! Taki kobieciarz! Zresztą to jego typ!
— Jesteś genjalny! Kiedy mnie odwiedzisz?
— Chciałem być u ciebie za godzinę. Musimy omówić szczegóły.
— Oczywiście. Czy tam, gdzie zwykle?
— Tam, gdzie zwykle!
Rozmowa była ukończona. Doriałowicz odłożył słuchawkę, zapalił papierosa i z lubością zaciągnął się dymem. Miał wygląd człowieka, który jest pewien, iż uda mu się jakieś trudne i skomplikowane przedsięwzięcie.

Korski wyszedł nieco oszołomiony, z domu, w którym zamieszkiwał jego zwierzchnik. Zły był na siebie, że tak rychło dał się unieść wzburzeniu i rad, że rozmowa niebezpieczna tak dobrze się ostatecznie zakończyła. Czy dobrze? Czy Doriałowicz był szczery czy też ułożył się tylko. Instynktem prawdziwego dziecka ulicy, instynktem awanturnika, co przez niejedno przeszedł w wielkomiejskiej dżungli, a otarł o nieskończoną ilość „kanciarzy” — w interesach swego szefa wyczuwał „coś” nieokreślonego a podejrzanego, czego sam nie mógł bliżej zdefinjować. Męczyło go owo „coś” a jednocześnie rozumiał, że w swych oskarżeniach przeciw „Prodlasowi” działał zbyt pochopnie, bo Doriałowicz jest za mądry, aby się popisywać nieistniejącą firmą.
Gdy szedł, dręczony wątpliwościami, poczuł, iż z tyłu dotyka go czyjaś ręka. Obejrzał się. Za nim stał Den.
— Jak się masz! — przywitał go uprzejmie.
Korski z radością pozdrowił detektywa. Znali się ze szkolnej ławy. Był czas, tak jeszcze niedaleki, a który tak jednak odległym wydawał się Korskiemu, gdy świadomie unikał Dena, obawiając się, iż którego dnia ten go poprosi na niezbyt miłą, a niekoniecznie przyjacielską rozmowę. Dziś te obawy upadały. Uczciwie zarabiał na życie a z dawnych lat szczerze lubił Dena — bo Dena mógł nie lubić tylko taki, który uparcie dążył do osobnego apartamenciku w bezpłatnym mokotowskim „Palace Hotelu”.
— Widzę, wcale nieźle prezentujesz się Stachu — mówił Den, oglądając od stóp do głowy z lat dziecinnych towarzysza, i stwierdzając, że jest on ubrany nienagannie — szykowiec tip, top! Słyszałem pracujesz i powodzi ci się wcale dobrze! Szczerze cieszę się z tego!
— Owszem — odparł Korski, nie zamierzając z swej posady czynić tajemnicy — jestem sekretarzem Doriałowicza, dyrektora „Prodlasu”. Może słyszałeś?
Detektyw przymrużył ze zdziwienia jedno oko i niemal głośno zawołał:
— Ty... u Doriałowicza?... Nadzwyczajne!
Czyżby i ten co o nim wiedział? — pomyślał, zaintrygowany wykrzyknikiem detektywa. W razie zapytań, postanowił szczerze opowiedzieć towarzyszowi o swych podejrzeniach, gdyż bynajmniej nie miał zamiaru osłaniać dyrektora.
— Taki wysoki, szczupły, wytworny starszy pan? — dopytywał się dalej detektyw. — Podobno bardzo bogaty i solidny?
Korski odetchnął.
— Hm... tak... — mruknął.
— Ależ to nadzwyczajne! — mówił ze śmiechem detektyw. — Ta Warszawa niby wielkie miasto, a w gruncie taka mała, że wiecznie jeden na drugiego musi się natknąć...
— Ale właściwie o co ci chodzi? — rzekł Korski, którego dziwiły zarówno zapytania, jak i wesołość Dena. Den przystanął na chwilę, ujął go poufale pod ramię i wciąż uśmiechając się mówił:
— Opowiedziałbym ci pewną historyjkę, ale nie wiem, czy wolno mi zdradzać tajemnice twego szefa. Ten twój dyrektor to straszny lowelas...
— Co? Doriałowicz lowelas? — zawołał zdumiony Korski, który pracując blisko rok ze swym szefem nabrał wręcz odmiennego przekonania, iż jest on na wdzięki niewieście bardzo mało wrażliwy — mylisz się chyba! Albo też jaki inny...
— Napewno ten sam! Dyrektor „Prodlasu”! Wyobraź sobie, poznał jedną dziewczynę, nawiasem mówiąc wcale, wcale przystojną, ale z prostej sfery... i oszalał... Słyszałem kupił jej mieszkanie, osypuje brylantami i złotem...
Sekretarz nie mógł wyjść z podziwienia.
— On taki zimny, oschły... On, który, gdy rozmawia z kobietą, nawet najładniejszą, zdawałoby się taksuje tylko, co od niej zarobić można... Ale, ale — zapytał, przypominając sobie ów damski telefon — czy ta osóbka nie ma przypadkiem na imię Mary...
— Oczywiście, Mary, — odparł detektyw, wiedząc, iż Mańka lubi „uarystokratyczniać” swe imię, — widzisz, że i ty coś słyszałeś! Tak, tak, mój chłopcze! Kto się nie kocha za młodu, ten warjuje na starość! Nawet bardzo oschłym starszym panom może się to wydarzyć! Pamiętaj o tem i póki czas — żeń się!
— Co on może mieć w tem za interes? — mruknął Korski, wciąż myśląc o swym szefie i nie zwracając uwagi na żarciki detektywa.
Den śmiał się głośno, spoglądając na twarz towarzysza.
— Widzę, żem moją wiadomością wywarł na tobie piorunujące wrażenie. Winszuję ci więc szczerze nowej szefowej... z lewej ręki... A gdy ją poznasz, to się w niej nie zakochaj... bo bestyjka wcale ładna... Teraz pożegnam cię, ale sprawa, niecierpiąca zwłoki...
— Kogo tam znowu śledzisz? — zapytał Korski raczej przez grzeczność, niźli przez rzetelne zaciekawienie.
— Śledzę właściwie nie osobę, a domek... Jest jeden taki dom w okolicach Warszawy, który mnie bardzo interesuje...
— Dom gry?... Karty?... Kokaina?... Morfina, czarne msze?... — żartobliwie jął indagować Korski.
— Jest i to! Ale gorzej, że tam ludzie wchodzą i nie wychodzą...
— Jakto nie wychodzą?
— Wchodzą i znikają! Rozumiesz: znikają. Może kiedyś ci to bliżej wyjaśnię!
Detektyw pośpiesznie uścisnął dłoń Korskiego i oddalił się szybkim krokiem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.