Klub Pickwicka/Rozdział czterdziesty ósmy

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Wydawca Wydawnictwo J. Przeworskiego
Data wyd. 1936
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział czterdziesty ósmy,
w którym opisano, jak pan Pickwick, przy pomocy Sama, usiłował zmiękczyć serce pana Benjamina Allena i złagodzić wściekłość pana Roberta Sawyera.

Pan Ben Allen i pan Bob Sawyer siedzieli w pokoiku doktorskim za sklepem i zajęci byli jedzeniem cielęciny oraz tworzeniem projektów na przyszłość a rozmowa ich, rzecz naturalna, dotyczyła klijenteli, którą rzeczony Bob już posiadał, jako też widoków zdobycia w przyszłości dostatecznych dochodów, by utrzymać się z tej zaszczytnej profesji.
„Zdaje mi się, że jest to wciąż jeszcze wątpliwe“, rzekł Ben.
„Co, mianowicie?“ zapytał Bob, pokrzepiając swe siły umysłowe haustem piwa. „Co jest wątpliwe?“
„No, te widoki“.
„Całkiem zapomniałem“, rzekł Ben. „Piwo mi dopiero przypomniało, że całkiem zapomniałem; tak, to dość wątpliwe“.
„To szczególne, jak w tem mieście ubodzy mną się opiekują!“ zaczął znów Bob powoli. „Pukają do moich drzwi co nocy, biorą lekarstwa w takiej ilości, że dawniej uważałbym to za wprost niemożliwe, z wytrwałością godną lepszej sprawy przystawiają sobie wizykatorje i pijawki, powiększając ten ostatni gatunek w sposób wprost zastraszający. — Popatrz Bob, sześć takich wekselków, wszystkie wystawione w tym samym dniu, i wszystkie dla mnie“.
„To bardzo pocieszające“, rzekł pan Allen, przysuwając talerz, by jeszcze nabrać sobie pieczeni cielęcej.
„Zapewne“, odparł Bob, „ale wolałbym w każdym razie pozyskać zaufanie pacjentów, którzyby mogli pozbyć się jednego lub dwóch szylingów. Zresztą o takiej klijenteli myślałem, gdy dawałem ogłoszenie; teraz rzeczywiście mam klijentelę... klijentelę bardzo obszerną... ale na tem koniec“.
„Bobie“, rzekł Allen, kładąc nóż i widelec i wpatrując się w twarz swego przyjaciela. „Bobie, ja ci powiem, co należy zrobić“.
„Naprzykład?“
„Trzeba, byś jak najprędzej stał się panem tysiąca funtów sterlingów Arabelli“.
„Trzyprocentowe skonsolidowane akcje bankowe, obecnie na jej imię zapisane w księdze lub w księgach gubernatora i kompanji banku angielskiego“, dodał Bob Sawyer, używając technicznych terminów.
„Tak właśnie. Ona może je podnieść po dojściu do pełnoletności, albo gdy wyjdzie zamąż. Do pełnoletności brakuje jej jeszcze rok; ale jeżeli masz spryt, to za miesiąc może zostać twoją żoną“.
„Śliczna to i przemiła istota, Benie“, odparł Robert Sawyer, „jedną ma tylko, o ile wiem, wadę, ale, na nieszczęście, ta jedna polega na braku gustu. Nie kocha mnie“.
„Sądzę, że ona sama nie wie, kogo kocha“, odrzekł Ben Allen pogardliwym tonem.
„Być może; ale wie kogo nie kocha, a to ważniejsze“.
„Chciałbym“, zawołał Ben Allen, zaciskając zęby i mówiąc jak dziki wojownik, rozdzierający surowe wilcze mięso własnemi pazurami, a nie jak młody cywilizowany gentleman, jedzący cielęcinę przy pomocy noża i widelca; „chciałbym wiedzieć, czy jest gdzie taki nędznik, któryby się ośmielił starać się o jej względy. Sądzę, żebym go zasztyletował, Bobie“.
„A ja“, rzekł Bob Sawyer, przerywając długi łyk porteru i z zawziętą miną spoglądając na kufel, „ja, gdybym go spotkał, wsadziłbym mu kulę w sam brzuch; gdyby zaś tego nie dość było, uśmierciłbym go, wyjmując mu ją.“
Benjamin, w milczeniu i zadumany, patrzał na swego przyjaciela przez kilka minut, potem zapytał:
„Nigdy nie oświadczałeś się jej, Bobie?“
„Nigdy, bo wiedziałem, iż to do niczego nie doprowadzi“.
„A więc, zanim minie dwadzieścia cztery godzin, musisz to zrobić“, odparł Ben z rozpaczliwym spokojem. „Albo będzie twoją żoną, albo... powie dlaczego nie chce nią być. Użyję całej mojej władzy“.
„Ha! Zobaczymy!“ rzekł pan Bob Sawyer.
„Tak, mój przyjacielu, zobaczymy!“ powtórzył Ben z gniewnym uporem. Potem umilkł, a po chwili rzekł drżącym od wściekłości głosem: „Kochałeś ją od dzieciństwa, jeszcze gdyśmy razem byli w szkole, i już wtenczas robiła miny i lekceważyła twe młodociane uczucia. Pamiętasz pewno, jak jednego dnia, z całym zapałem młodzieńczej namiętności, prosiłeś ją, by przyjęła od ciebie jabłko i dwa biszkopty z anyżem, starannie owinięte w okładkę twego zeszytu?“
„Przypominam sobie doskonale“, odparł Bob.
„I nie przyjęła, prawda?“
„Nie przyjęła; powiedziała, że za długo trzymałem pakiet w kieszeni od spodni i jabłko okropnie się rozgrzało“.
„Tak, tak“, odrzekł Allen ponuro. „Potem zjedliśmy je sami, kąsając na przemian, jeden po drugim“.
Melancholijnem zmarszczeniem brwi Bob dał do zrozumienia, że i tę okoliczność doskonale przypomina sobie, poczem dwaj przyjaciele na kilka minut pogrążyli się w rozmyślaniach, każdy o swoich sprawach.
W czasie, gdy panowie Bob Sawyer i Ben Allen wygłaszali te słowa, a chłopaka w szarej liberji, pełnego zdziwienia, że obiad trwa tak długo, trapiły smutne przeczucia, dotyczące resztek cielęcej pieczeni, na które ostrzył sobie zęby — zielony powóz, zaprzężony w jednego konia, ciemnej maści, toczył się zwolna po ulicach Bristolu. Na nim tronował woźnica z nadąsaną miną, mający spodnie jak z grooma, pozatem jednak odziany w zwykły strój stangreta. Zjawiska takie są czemś zwykłem, gdy właścicielką powozu jest stara dama, lubiąca oszczędność. W powozie siedziała też rzeczywiście stara dama, właścicielka i posiadaczka wehikuła.
„Marcinie!“ zawołała stara dama do nadąsanego woźnicy.
„A co?“ zapytał nadąsany stangret, podnosząc rękę do kapelusza.
„Do pana Sawyera“.
„Tam właśnie jadę“.
Stara dama skinęła głową, zadowolona z domyślności nadąsanego woźnicy, a nadąsany woźnica zdzielił batem konia, poczem wszyscy ruszyli w kierunku domu pana Boba Sawyera.
„Marcinie“, rzekła dama, gdy powóz stanął przed sklepem pana Sawyera, niegdyś Nockemorfa.
„Słucham “, odparł Marcin.
„Powiedz chłopcu, by wyszedł i potrzymał konia“.
„Ja już sam potrzymam“, odpowiedział Marcin, kładąc bicz na dachu powozu.
„Nie, nie możesz pod żadnym warunkiem; twoje świadectwo będzie wiele znaczyło, musisz więc wejść ze mną. W czasie rozmowy nie śmiesz mnie odstępować. Rozumiesz?“
„Rozumiem“.
„A wiesz na co czekamy jeszcze?“
„Na nic“, odparł Marcin.
To powiedziawszy, Marcin zsiadł powoli z kozła, przywołał chłopca w szarej liberii, otworzył drzwiczki, spuścił schodki, włożywszy do wnętrza karety rękę w łosiowej rękawiczce, wyciągnął damę z taką obojętnością, jak gdyby to był neseser.
„O Boże!“ zawołała dama, „teraz, gdy jestem na miejscu, strach mię ogarnia. Cała drżę, Marcinie“.
Marcin kaszlnął w rękawiczkę, ale innych oznak współczucia nie okazał, stara dama uspokoiła się więc i pokusztykała schodami do Boba Sawyera i Bena Allena, gdzie też dążył pan Marcin. Gdy weszła do sklepu pana Boba Sawyera, panowie Bob Sawyer i Ben Allen, którzy w międzyczasie usunęli wszelkie spirytualja i porozsypywali śmierdzące medykamenty, by usunąć zapach tytoniu, wypadli na jej spotkanie z oznakami zachwytu i zadowolenia.
„Jakże ciotka dobra, że przyjechała do nas!“ zawołał Benjamin. „Pan Sawyer, moja ciocia!... Mój przyjaciel, pan Bob Sawyer, o którym ciotce mówiłem... Ciocia wie, dlaczego...“
Tu Ben Allen, który w tej chwili nie był zupełnie trzeźwy, wymówił imię Arabelli, głosem, jak mniemał, cichym, ale w rzeczywistości tak donośnym, że wszyscy to słyszeli choćby nawet nie chcieli.
„Drogi Benjaminie“, rzekła dama, która miała krótki oddech i drżała teraz całem ciałem, „nie przestraszaj się, moje dziecię... ale sądzę, iż lepiej będzie, gdy się rozmówię z panem Sawyerem na osobności... tylko chwilkę...“
„Bobie“, rzekł Ben, „zaprowadź ciotkę do pokoju“.
„Natychmiast“, odrzekł Bob, poważnym głosem. „Proszę pani, tędy. Niech pani będzie spokojna; jestem pewny, ze potrafimy temu w krótkim czasie zaradzić. Tędy, szanowna pani. Słucham“.
To mówiąc, Bob Sawyer podprowadził starą damę do fotelu, zamknął drzwi, przysunął krzesło, usiadł na niem i czekał opisu symptomów choroby, obliczając, ile na niej zarobi.
Pierwszą czynnością starej damy było wielokrotne potrząsanie głową i zalanie się łzami.
„Rozdrażnione nerwy“, rzekł chirurg ze współczuciem. „Spirytus kamforowy, trzy razy na dzień, a wieczorem napój uspakajający“.
„Nie wiem jak zacząć, panie Sawyer. To tak ciężko, tak przykro...“
„Niech pani nie zaczyna; mniej więcej wiem, co pani chce powiedzieć: cierpienie umiejscowione w głowie, prawda?“
„Ach! Sądzę, że raczej w sercu“, odrzekła dama z głębokiem westchnieniem.
„To nie jest niebezpieczne“, odparł Bob Sawyer. „Główna rzecz — żołądek“.
„Panie Sawyer!“ zawołała dama, drgnąwszy.
„To nie ulega najmniejszej wątpliwości, szanowna pani“, mówił dalej Bob z miną niezmiernie uczoną. „Lekarstwo, zażyte we właściwym czasie, łatwoby temu zapobiegło“.
„Panie Sawyer!“ zawołała dama, jeszcze bardziej oburzona; „pańskie zachowanie się wobec kobiety w mojem położeniu jest impertynencją, albo pan nie domyśla się powodu mego przyjazdu! Gdyby dzięki medycynie lub roztropności ludzkiej, można było uprzedzić to, co się stało, naturalnie, że zrobiłabym to. Ale wolę rozmówić się z moim synowcem“, dodała dama, wstając nagle i z oburzeniem obracając torebką ręczną.
„Proszę jeszcze zatrzymać się na chwilę. Obawiam się, iż nie zrozumiałem pani dobrze; o co właściwie chodzi?“
„Moja synowica, panie, siostra przyjaciela pana...“
„Dobrze, pani“, przerwał Bob zniecierpliwiony, gdyż stara dama, mimo nadzwyczajnego wzruszenia, cedziła słowa przez zęby, jak to zwykle robią stare damy. „Dobrze, pani...“
„Opuściła mój dom, panie Sawyer, przed czterema dniami, pod pozorem odwiedzenia mojej siostry, drugiej swej ciotki, utrzymującej wielką pensję trzy mile stąd, w lewo, gdzie rośnie wielkie drzewo i stoi dębowa brama“, rzekła stara dama i zamilkła, by otrzeć łzy.
„A niech tam djabli porwą dębową bramę!“ zawołał Bob, w przerażeniu niepomny na swą doktorską godność. „Niechże pani mówi prędzej, błagam panią. Trochę więcej pary“.
„Dziś rano“, zaczęła dama bardzo powolnie, „dziś rano...“
„Powróciła, jak sądzę“, przerwał Bob żywo, „powróciła?“
„Nie, nie powróciła; ale napisała“.
„I co pisze?“ zapytał Bob zniecierpliwiony.
„Pisze, panie Sawyer... i na to proszę przygotować Benjamina, zwolna i stopniowo, panie Sawyer, pisze, że... mam list w kieszeni, ale zostawiłam okulary w powozie, a gdybym odpowiednie miejsce bez nich chciała czytać, stracilibyśmy dużo czasu. Jednem słowem pisze, że wyszła zamąż“
„Co?“ zapytał, lub raczej wybełkotał Bob.
„Wyszła zamąż“, powtórzyła stara dama.
Bob nie słuchał dalej, ale wypadł z pokoju do sklepu i zawołał stentorowym głosem:
„Ben! Czy słyszysz? Drapnęła!“
Pan Ben Allen, którego głowa zwisała przynajmniej niżej kolan, gdyż najspokojniej drzemał za ladą, usłyszawszy tę przerażającą wiadomość, rzucił się na Marcina i okręciwszy rękę szalem milczącego woźnicy, wyraził nieodwołalne życzenie uduszenia go na miejscu. Zamiar ten zaczął nawet w czyn wprowadzać z szybkością, jaką daje rozpacz, a która przekonywała zarazem o wielkiej jego sile fizycznej i chirurgicznej zręczności.
Marcin, z natury małomówny i niewiele liczący na swój oratorski talent, przez kilka sekund ze spokojną i wesołą twarzą poddawał się tej operacji, ale zauważywszy, że operowany w ten sposób rychło straciłby nazawsze możność otrzymywania pensji, odszkodowania i t. d., wybełkotał kilka słów bez związku i jednem uderzeniem pięści powalił pana Benjamina Allen na ziemię, zmuszony był jednak podążyć bezzwłocznie za nim w tym samym kierunku, gdyż młody człowiek nie puścił jego szala co nie pozostawiało operowanemu żadnego wyboru. Obaj więc szamotali się na ziemi, gdy drzwi do sklepu otworzyły się i towarzystwo powiększyło się o dwie najmniej spodziewane tu osoby: o pana Pickwicka i Sama Wellera.
Pierwszem przypuszczeniem Sama, gdy ujrzał te zapasy, było, że Marcin został wynajęty przez zakład Sawyera, dawniej Nockemorfa, gwoli przyjęcia jakiegoś gwałtownego lekarstwa, lub jakiejś trucizny, lub nowowynalezionego na nią antidotum, lub też gwoli jakiegokolwiek innego eksperymentu w interesie wielkiej nauki medycyny, by zaspokoić gorące pragnienie wiedzy, płonące w piersiach młodych jej czcicieli. Nie pozwalając sobie na żadną interwencję, stał najzupełniej obojętnie, z największym spokojem czekając na rezultat uczonego doświadczenia. Ale nie tak było z panem Pickwickiem: rzucił się z właściwą sobie energją pomiędzy zdumionych bojowników i wielkim głosem wezwał obecnych, by rozdzielili walczących.
To doprowadziło do opamiętania Boba Sawyera, który stał jakby sparaliżowany, widząc szał swego przyjaciela. Przy jego pomocy, pan Pickwick postawił Bena Allena na nogi. Co do Marcina, ten, znalazłszy się sam na podłodze, podniósł się bez niczyjej pomocy i spojrzał dokoła w milczeniu.
„Panie Allen“, zapytał pan Pickwick, „co się stało?“
„To pana nic nie obchodzi“, odrzekł Ben z wyzywającą wyniosłością.
„Co mu jest?“ zapytał filozof, zwracając się do Boba. „Czy czasem nie chory?“
Zanim Bob zdobył się na odpowiedź, Ben Allen pochwycił rękę pana Pickwicka i szepnął boleśnie:
„Moja siostra, kochany panie, moja siostra!“
„O! Tylko tyle?“ odrzekł pan Pickwick. „Ta sprawa, mam nadzieję, da się rychło ułożyć. Siostra pana jest w bezpiecznem miejscu i ma się dobrze, kochany panie; właśnie przybyłem tu...“
„Bardzo przepraszam pana“, przerwał Sam, który właśnie zaglądnął przez szklane drzwi; „przepraszam, że przerywam tę zajmującą rozmowę, jak mówił król, wyrzucając parlament za drzwi; ale tam, w drugim pokoju, odbywa się eksperyment niemniej ciekawy. Jakaś stara dama leży na podłodze i, zdaje się, czeka, by jej zrobiono sekcję, albo galwanizowano ją, albo wogóle zastosowano do niej jaki inny wynalazek, wskrzeszający i naukowy“.
„Zapomniałem!“ zawołał Ben Allen; „to moja ciotka!“
„Boże wielki!“ wykrzyknął pan Pickwick. „Biedna kobieta! Powoli, Samie, powoli“.
„Szczególna sytuacja dla członka rodziny“, zauważył Sam, sadzając damę na krześle. „Teraz, mistrzu rzezignatów, przynieś trzeźwiące specyfiki“.
To wezwanie było skierowane do chłopca w szarej liberji, który polecił powóz opiece stróża ulicznego i przybiegł, by zobaczyć, co znaczy ten hałas. Dzięki staraniom zarówno chłopaka jak i Sama, Boba i Bena, starą damę wkrótce przywrócono do życia; wtenczas pan Allen, zwracając się w stanie półprzytomnym do pana Pickwicka, zapytał go, co chciał powiedzieć, gdy w tak niepokojący sposób przerwano mu.
„Sądzę, że znajdują się tu tylko przyjaciele?“ odrzekł filozof, odkaszlnąwszy i spoglądający na milczącego człowieka o nadąsanej twarzy, do którego należał powóz wraz z koniem o ciemnej maści.
To przypomniało Bobowi Sawyerowi, że chłopak w szarej liberji z szeroko rozwartemi oczami i wytężonym słuchem przypatruje się im. Podniósłszy więc początkującego chemika za kołnierz i tym uproszczonym sposobem wydaliwszy go za drzwi, pan Sawyer skinął głową, by mówił, nie zważając na nic.
„Siostra pana, kochany panie“, rzekł pan Pickwick zwracając się do pana Bena Allena, „znajduje się w Londynie, zdrowa i szczęśliwa“.
„Nie o to mi chodzi, mój panie“, odrzekł czuły brat, machnąwszy pogardliwie ręką. „Nie to jest moim celem“.
„Ale jej mąż będzie dla mnie celem!“ zawołał Bob. „Będzie celem o dwadzieścia kroków, a ja już oporządzę tego łotra!“
Były to wyrazy pełne prawdziwej rycerskości, ale Bob Sawyer, farmaceuta, osłabił nieco ich działanie, gdyż dodał kilka ogólnych uwag o miażdżeniu głów, wydrapywaniu oczu i t. d.
„Powoli!“ zawołał pan Pickwick; „zamiast występować z takiemi pogróżkami, niech pan lepiej spokojnie zastanowi się nad winą gentlemana, o którym mowa, a zwłaszcza, niech pan pamięta, iż jest to mój przyjaciel“.
„Co?!“ zawołał Bob Sawyer.
„Jak się nazywa?!“ wrzasnął Ben Allen.
„Pan Nataniel Winkle“, odparł pan Pickwick ze stanowczością.
Na te słowa, Benjamin starannie rozgniótł swe okulary obcasem buta, a potem, zebrawszy kawałki i umieściwszy je w trzech rozmaitych kieszeniach, założył ręce, przygryzł usta i groźnie spojrzał na łagodne i spokojne rysy pana Pickwicka; wkońcu zawołał:
„A więc to pan, nikt inny, tylko pan, doradziłeś i sfabrykowałeś to małżeństwo!“
„Zdaje mi się“, dodała ciotka, „że służący tego pana kręcił się koło mego domu i chciał przekupić moją służbę. Marcinie!“
„Co takiego?“ zapytał nadąsany stangret, występując naprzód.
„Czy to ten sam młody człowiek, którego widziałeś na ulicy i o którym mówiłeś mi dziś rano?“
Marcin, który, jak się już zdawało, z natury był lakoniczny, zbliżył się do Sama i kiwnąwszy głową, mruknął: „Tak“. Sam zaś, który nigdy dumny nie był, uśmiechnął się do niego jak do znajomego, gdyż poznał w nim zgryźliwego grooma, poczem w grzecznych wyrazach oświadczył, iż widział już gdzieś tę fizjognomję.
„A ja“, zawołał Ben Allen, „ja omal że nie udusiłem wiernego sługi! Panie Pickwick! Jak pan śmiał pozwalać temu drabowi na to, by brał udział w uwięzieniu mojej siostry? Żądam od pana wytłumaczenia!“
„Tak!“ zawołał Bob z gwałtownością, „wytłumacz się pan!“.
„To spisek!“ wykrzyknął Ben.
„To podstępne, nikczemne oszustwo!“ dodał Bob.
„Haniebna łobuzerja!“ zawołała dama.
„Czyste łajdactwo“, osądził Marcin.
„Ależ wysłuchajcie mię, proszę!“ rzekł pan Pickwick, gdy pan Ben Allen upadł na krzesło, gdzie zwykle swym pacjentom puszczał krew, teraz zaś ukrył twarz w chustce. „Ja nie przyjmowałem w tem żadnego udziału z wyjątkiem tego, że raz byłem obecny przy ich spotkaniu. Nie mogłem przecież przeszkodzić temu, że się kochali, a to, co zrobiłem, zrobiłem w przekonaniu, że moja obecność usunie wszelki, choćby najlżejszy cień, jaki mógłby paść na ich stosunek. Więcej nie miałem z tem styczności. O zamiarze pobrania się nic nie wiedziałem. Proszę jednak zauważyć“, dodał natychmiast filozof, „proszę zauważyć, iż nie mówię wcale, że przeszkadzałbym temu, gdybym był wiedział“.
„Słyszycie? Słyszycie?“ zawołał Ben.
„Sądzę, że wszyscy słyszą“, mówił dalej pan Pickwick, spokojnie spoglądając dokoła, „i sądzę, że usłyszą również to, co dalej powiem“, dodał donośnym głosem i z zarumienioną twarzą. „Słyszy pan zapewne i to, że, po zasiągnięciu informacyj, mówię panu, iż nie ma pan prawa rozkazywać uczuciom swej siostry. Powinien był pan raczej dążyć do tego, by, odnosząc się do niej przyjaźnie i delikatnie, zastąpić jej innych krewnych, których od dzieciństwa nie znała. Co do mego młodego przyjaciela, to powiem tylko, iż pod względem majątkowym oraz pozycji społecznej znajduje się on w położeniu przynajmniej równem siostrze pana, jeżeli nie lepszem, i że stanowczo nie chcę słyszeć nic więcej o tem, jeżeli rozmowa nie przybierze natychmiast tonu przyzwoitego i umiarkowanego“.
„Chciałbym jeszcze dodać parę uwag do tego, co powiedział mój czcigodny przedmówca“, oświadczył Sam, występując naprzód. „Jedno z indywiduów tu obecnych, nazwało mnie drabem“.
„To niema nic wspólnego ze sprawą“, zawołał pan Pickwick. „Bądź tak dobry i milcz“.
„Nie chcę też nic mówić o tej sprawie“, rzekł Sam, „ale powiem tylko to. Może gentleman mniema, iż istniała jakaś dawna miłość; otóż powiem, że nic podobnego nie było, gdyż młoda dama zawsze utrzymywała, że go niecierpi. Więc właściwie nikt go nie wysadził z siodła, i prawdę powiedziawszy, powinnoby mu być wszystko jedno, czy z młodą damą się ożenił pan Winkle, czy kto inny. Sądzę, że to uspokoi gentlemana“.
Po tych pocieszających uwagach Sama Wellera nastąpiła krótka pauza, poczem Ben Allen uniósł się z krzesła i zażądał, by mu się Arabella nigdy nie pokazywała na oczy, zaś pan Bob, mimo pochlebnych zapewnień Sama, poprzysiągł, iż zemści się straszliwie nad szczęśliwym małżonkiem.
Ale właśnie w chwili, gdy sprawa przybierała tak groźny obrót, pan Pickwick znalazł niespodziewanego a potężnego sprzymierzeńca w osobie starej damy, na której widocznie wywarła wielkie wrażenie obrona synowicy przez pana Pickwicka. Stara dama przystąpiła do Ben Allena i odważyła się zrobić kilka pocieszających uwag, które treściły się w tem, iż wielkie to szczęście, że się nie stało jeszcze gorzej; że im mniej będzie się mówić o tem, tem lepiej; że prawdę powiedziawszy, trudno dowieść, by to, co się stało, było wielkiem nieszczęściem; że co się stało, to się nie odstanie; że trzeba znieść to, czemu nie można przeszkodzić. Potem przez dłuższy czas wygłaszała tym podobne sentencje, zarówno nowe i przekonywające.
Na to wszystko odpowiedział Ben Allen tylko, iż nie jest bynajmniej jego zamiarem ubliżać ciotce albo jakiejkolwiek innej obecnej tu osobie, lecz to nie zmienia niczego i muszą mu pozwolić działać według jego własnego natchnienia, a on chce mieć przyjemność nienawidzenia swej siostry do grobowej deski, a nawet i potem jeszcze.
Gdy postanowienie to zostało obwieszczone najmniej pięćdziesiąt razy, stara dama nagle powstała, spojrzała w sposób wysoce majestatyczny i zapytała, co takiego zrobiła, że odmawiają jej tu uszanowania należnego jej wiekowi oraz stanowisku i że zmuszona jest w ten sposób przemawiać do własnego synowca, którego pamięta od dwudziestu pięciu lat t. j. od czasu jego urodzenia, którego znała, kiedy nie miał jeszcze żadnego zęba, nie mówiąc już o tem, iż była obecną, gdy mu pierwszy raz strzyżono włosy, tudzież przy innych ważnych ceremonjach, z czasów gdy był dzieciakiem; zdarzenia, które są dość ważne, by uzasadnić jej pretensje do miłości, posłuszeństwa i oddania jej synowca.
Gdy zacna dama egzorcyzmowała w ten sposób Bena Allena, pan Pickwick wyszedł z Bobem do tylnego pokoju, gdzie ten, podczas żywej rozmowy, wielokrotnie przykładał do ust pewną czarną butelkę, pod której wpływem twarz jego poczęła stopniowo przybierać spokojny a nawet jowialny wyraz. Wkońcu wyszedł nawet z pokoju z tą samą butelką w ręku, i oznajmiwszy, iż przykro mu, że postępował jak szaleniec, wzniósł toast za zdrowie i pomyślność pana i pani Winkle, i że nietylko nie zazdrości im szczęścia, ale chce być pierwszym, który im złoży życzenia. Usłyszawszy to Ben Allen, zerwał się z krzesła, pochwycił czarną butelkę i również wychylił toast tak serdecznie, że od silnego likieru twarz stała się mu tak czarna, jak flaszka sama. Wkońcu butelka poszła z rąk do rąk i została wypróżniona, poczem nastąpiło ogólne ściskanie sobie rąk i prawienie grzeczności a nawet pan Marcin z metalowem obliczem pozwolił sobie na uśmiech.
„A teraz“, rzekł Bob, zacierając ręce, „musimy wesoło przepędzić wieczór“.
„Przykro mi“, rzekł na to pan Pickwick, „ale muszę wrócić do zajazdu; od niejakiego czasu odzwyczaiłem się od ruchu, a podróż mię zmęczyła“.
„Przynajmniej napije się pan herbaty, panie Pickwick“, rzekła stara dama z niewysłowioną słodyczą.
„Bardzo dziękuję pani; ale nie mogę“.
Faktem jest, że wzrastające współczucie starej damy było głównym powodem, który zniewolił pana Pickwicka do usunięcia się. Myślał wciąż o pani Bardell i widok ciotki napawał go trwogą.
Ponieważ nie można było zmusić pana Pickwicka, by został, postanowiono, na jego własną propozycję, że pan Ben Allen będzie mu towarzyszył w podróży do starego pana Winkle, i że powóz zajedzie przed dom dokładnie o godzinie dziewiątej rano następnego dnia. Filozof pożegnał się więc i w towarzystwie Sama Wellera odjechał do Bush. Jest rzeczą godną uwagi, że gdy Marcin żegnał się z panem Wellerem oblicze jego wykrzywił grymas i równocześnie Marcin uśmiechnął się i zaklął; ci, co znali tego gentlemana, mówią, że w ten sposób chciał stwierdzić, że towarzystwo pana Wellera jest mu bardzo miłe, i że prosi o honor podtrzymania z nim stosunków w przyszłości.
„Czy mam zamówić oddzielny pokój?“ zapytał Sam, gdy dojechali do Bush.
„Nie“, odpowiedział pan Pickwick. „Ponieważ zjadłem obiad w kawiarni i muszę wstać wcześnie — jest to niepotrzebne! Zobaczno, kto jest w poczekalni dla podróżnych!“
Pan Weller poszedł na zwiady i wrócił z wiadomością, że siedzi tam tylko gentleman z jednem okiem. Gentleman ten popija z gospodarzem „biszof“.
„Napiję się z nimi!“ powiedział pan Pickwick.
„Bardzo śmieszny pasażer, ten jednooki!“ powiedział Sam, prowadząc pana Pickwicka. „Nabija w butelkę starego, że tamten wkońcu nie wie, czy stoi na nogach czy na głowie!“
Kiedy pan Pickwick wszedł, rzeczone indywiduum siedziało w głębi pokoju, paląc wielką fajkę, a oczy jego utkwione były w okrągłą twarz gospodarza, starego jegomościa, któremu musiał właśnie opowiedzieć jakąś niezwykłą historję, gdyż stary co chwila wykrzykiwał: „Nigdy nie słyszałem o czemś podobnem! Najdziwniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałem! Nigdybym nie myślał, że to prawda!“ Te i tym podobne okrzyki zdumienia co chwila wyrywały mu się z ust.
„Sługa!“ odezwał się jednooki do pana Pickwicka. „Piękna noc, co?“
„Rzeczywiście!“ powiedział pan Pickwick, gdy posługacz postawił przed nim małą flaszkę wódki i szklankę wody gorącej.
Podczas gdy pan Pickwick mieszał wodę z wódką, jednooki obejrzał się uważnie po pokoju i wreszcie powiedział:
„Zdaje mi się, że już pana widziałem!“
„Nie przypominam sobie pana!“ odrzekł pan Pickwick.
„Tak myślę!“ odrzekł jednooki. „Pan mię nie zna, ale ja znam dwóch pańskich przyjaciół, którzy stali w gospodzie pod „Srebrnym Pawiem“ w czasie wyborów w Eatanswill!“
„Doprawdy?“ zawołał pan Pickwick.
„A tak!“ mówił jednooki. „Wspomniałem im o pewnej małej przygodzie, jaka się zdarzyła memu przyjacielowi Tomowi Smart. Może opowiedzieli to panu?“
„I nie raz!“ uśmiechnął się pan Pickwick. „To pański wuj, prawda?“ „Nie, tylko przyjaciel mego wuja!“ odpowiedział jednooki.“
„To był niezwykły człowiek, ten pański wujek!“ wmieszał się do rozmowy gospodarz.
„I ja tak myślę!“ odpowiedział jednooki. „Opowiedziałbym panom historję wprost zdumiewającą!“
„Naprawdę?“ zawołał pan Pickwick. „Niech pan koniecznie opowie!“
Jednooki komiwojażer nalał sobie szklankę nygusa i wychylił ją, poczem zaciągnął się ze swojej duńskiej fajki. Zawoławszy na Sama Wellera, który stał przy drzwiach, by i on posłuchał, jeżeli chce, ponieważ nie będzie opowiadał tajemnic, utkwił spojrzenie w gospodarzu i zaczął — co znajdziemy w następnym rozdziale.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.