Klub Pickwicka/Rozdział trzydziesty drugi

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Wydawca Wydawnictwo J. Przeworskiego
Data wyd. 1936
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział trzydziesty drugi,
opisujący o wiele dokładniej, niż to kiedykolwiek czynił sprawozdawca dworski, przyjęcie kawalerskie, jakie urządził pan Bob Sawyer w swojem mieszkaniu w Borough.

Spokój i cisza, cechujące okolice Lant-Street na przedmieściu Borough, napełniają duszę pewnym rodzajem słodkiej melancholii. Widać tu zawsze pełno napisów „do wynajęcia“; przy tem chodzi tu o boczną ulicę, zawsze otuloną w miły mrok. Domy przy Lant-Street nie można wprawdzie nazwać rezydencjami w ścisłem tego słowa znaczeniu. Ale jeżeli kto życzy sobie usunąć się od świata i wszystkich jego ponęt, zabezpieczyć się przeciw wszystkiemu, coby mogło zachęcać do patrzenia przez okno, to najusilniej polecilibyśmy mu wynająć mieszkanie przy Lant-Street.
Szczęśliwe to ustronie zamieszkałe jest przez praczki, kilku introligatorów, dwóch czy trzech agentów urzędu licytacyjnego, wielu pomniejszych urzędników z doków, kilka szwaczek i tyluż krawczyków. Większość tubylców wykazuje dużą skłonność do wynajmowania pokojów umeblowanych i poświęca się zdrowemu i wzmacniającemu zawodowi klepania biedy. W martwej przyrodzie tej okolicy na uwagę zasługują zielone okiennice, napisy: „Do wynajęcia“, miedziane blachy nad drzwiami i rączki do dzwonków z tegoż samego kruszcu. Główne okazy królestwa zwierzęcego stanowią chłopcy z szynkowni, handlarze sprzedający ciasta i przekupnie pieczonych ziemniaków. Ludność jest koczownicza, znika zwykle przed terminem opłacenia czynszu i najczęściej w nocy. Dochody Jej Królewskiej Mości rzadko są pobierane w tej szczęśliwej dolinie. Czynsze są najczęściej tylko przypuszczalne, a zaopatrzenie w wodę doznaje częstych przerw z powodu nieopłacenia należytości.
Tego wieczora, na który pan Pickwick był zaproszony przez pana Boba Sawyer, młody ten praktyk i przyjaciel jego, pan Ben Allen, siedzieli przed kominkiem na pierwszem piętrze pewnego domu przy opisanej ulicy. Przygotowania do przyjęcia były już jakby ukończone. Parasole z korytarza przeniesiono w ciasny kąt przed drzwiami do pokoju; czepek i szal służącej usunięto z klatki schodowej, tylko para kaloszy stała na macie słomianej u bramy a na gzymsie, przy schodach, dzielnie świeciła lampa kuchenna, odznaczająca się bardzo długim knotem. Pan Bob Sawyer sam zakupił trunki w winiarni na High-Street i towarzyszył przeniesieniu ich do domu. Poncz był już przyrządzony w miedzianym rondlu. Mały stolik, nakryty zielonem suknem, sprowadzono od jednego z lokatorów tego samego domu i przeznaczono go do gry; szklanki zakładu, oraz te, które wypożyczono z pewnej oberży, stały na stole, umieszczonym w klatce schodowej, przed drzwiami mieszkania. Na ziemi stały na tacy szklanki miejscowe i wypożyczone od sąsiadów.
A jednak, pomimo zupełnie zadawalającego pozoru tych przygotowań, jakaś chmura zaciemniała oblicze pana Boba Sawyera. Obok niego pan Ben Allen, patrzał na palący się w kominie węgiel z wyrazem współczucia, które melancholijnie ujawniło się, gdy po długiem milczeniu powiedział:
„Przeklęta historja, że to dziś właśnie ma taki kwaśny humor! Mogłaby zaczekać do jutra“.
„To na złość! Na złość!“ odrzekł Bob Sawyer. „Mówi, że jeżeli mam pieniądze, by dawać przyjęcia, to powinienem mieć i na zapłacenie jej rachunku“.
„I za ile jej się należy?“ zapytał Ben Allen.
Rachunek, nawiasem mówiąc, jest najznakomitszem perpetuum mobile, jakie kiedykolwiek wymyślił umysł ludzki. Potrafi to biec, jeśli tylko jest biedny, przez cały, najdłuższy żywot ludzki i nigdy nie stanie z własnej ochoty.
„Za trzy, czy cztery, miesiące wszystkiego“, odparł Bob Sawyer.
Ben Allen odchrząknął rozpaczliwie, potem skierował badawczy wzrok na to miejsce, w którem obie sztaby w kominku stykają się ze sobą i rzekł:
„Djabelnie będzie nieprzyjemnie, jeżeli jej przyjdzie do głowy robić tu gwałt, gdy przyjdą goście“.
„Okropnie!“ zawołał Bob Sawyer, „okropnie!“
W tej chwili dało się słyszeć lekkie pukanie do drzwi. Pan Bob Sawyer wymownie spojrzał na swego przyjaciela i gdy mówił: „Proszę wejść“, we drzwiach ukazała się nieuczesana głowa służącej, ubranej w czarne pończochy bawełniane, a mogącej uchodzić za opuszczoną córkę niezdolnego do pracy zamiatacza ulic, żyjącego w rozpaczliwych warunkach.
„Przepraszam pana Sawyera“, rzekła dziewczyna, „ale pani Raddle chce z panem mówić“.
Jeszcze pan Bob Sawyer nie obmyślił odpowiedzi, gdy dziewczyna znikła nagle, jakby ją kto szarpnął ztyłu i do drzwi zapukano powtórnie krótko, stanowczo, jakby chciano powiedzieć: „To jestem ja i teraz ja wejdę“. Pan Bob Sawyer spojrzał na swego przyjaciela ze śmiertelnem przerażeniem i znów zawołał: „Proszę wejść!“
Pozwolenie to było zbyteczne, gdyż zaproszenia nie wymówiono, a już wpadła do pokoju mała kobiecina, blada i drżąca z gniewu.
„Panie Sawyer!“ zawołała, usiłując zachować spokój, „niech pan będzie łaskaw zapłacić rachunek. Bardzo będę panu za to zobowiązana, gdyż dziś wieczorem mam płacić czynsz i właściciel czeka właśnie na dole“.
To powiedziawszy, mała kobieta złożyła ręce i utkwiła oczy w ścianie, ponad głową pana Boba Sawyera.
„Przykro mi bardzo, pani Raddle, że narażam panią na nieprzyjemności“, zaczął Bob z wielką słodyczą, „ale...“
„O! Nie byłabym panu natrętną“, przerwała mała kobieta słodko-kwaśnym głosem, „ale właściciel domu czeka. A przytem, przyrzekł mi pan dziś zapłacić rachunek... Wszyscy gentlemani, którzy tu mieszkali, dotrzymywali zawsze słowa, jak to przystoi prawdziwym gentlemanom“.
Powiedziawszy to, pani Raddle przygryzła usta i jeszcze uporczywiej wpatrzyła się w ścianę. Widocznem było, iż niewiasta przepojona była „parą“, jak to określił później sam Bob Sawyer w stylu wschodnich alegoryj.
„Przykro mi bardzo, pani Raddle“, zaczął Bob znowu, z jeszcze większem ugrzecznieniem, „ale takiego doznałem zawodu dziś w City...“
Dziwne to miejsce — to City. Znamy całe masy ludzi, którzy napróżno czekają tam na pieniądze.
„A cóż mi do tego, panie Sawyer?“ odrzekła pani Raddle, stojąc mocno na purpurowo wydzierżganym kwiecie kidderminsterskiego dywanu.
„Nie, nie, nie wątpię“, mówił dalej Bob Sawyer, puszczając te słowa mimo uszu, „że przed upływem tygodnia będziemy mogli wszystko uregulować, a potem pójdzie już lepiej“.
Na to właśnie czekała pani Raddle. Przyszła tu, by zrobić scenę i niezawodnie zmartwiłaby się, gdyby otrzymała należytość. Świetnie też była usposobiona do tego rodzaju rozrywki, gdyż niedawno zamieniła w kuchni z panem Raddle kilka przygotowawczych uprzejmości.
„Czy pan sądzi“, zawołała, podnosząc głos dla zbudowania sąsiadów, „czy pan sądzi, iż wiecznie będę trzymać w domu człowieka, który nigdy płacić nie myśli, który nie daje ani grosza na masło, ani na cukier, ani na mleko do śniadania? Czy pan sądzi, że kobieta uczciwa i pracowita, która dwadzieścia lat mieszka przy tej ulicy (dziesięć po tamtej stronie a dziewięć lat i trzy kwartały już w tym domu), nie ma nic lepszego do roboty, jak tylko rujnować się, by dawać mieszkanie i wikt próżniakom, ciągle tylko palącym tytoń i wałęsającym się, zamiast pracować, by płacić swoje rachunki? Czy pan sądzi...“
„Moja droga pani“, rzekł Ben Allen łagodnym głosem.
„Zachowaj pan dla siebie swoje uwagi“, rzekła pani Raddle, z uroczystą miną zwracając się do Bena i przerywając nagle gwałtowny strumień swej wymowy. „Zdaje mi się, że niema pan żadnego prawa wtrącać się do rozmowy. Nie panu wynajęłam ten pokój“.
„Nie, wiem o tem“, odrzekł Ben.
„A więc dobrze“, odparła pani Raddle z wyniosła grzecznością, „bardzo dobrze! Niech pan sobie tam, w szpitalu, łamie nogi i ręce biednym ludziom, ale tu się nie wtrąca. W przeciwnym razie znajdzie się ktoś, kto gotów panu przypomnieć jeszcze coś w tym rodzaju, mój panie!“
„Ależ pani jest nieprzyzwoita“, zawołał Ben.
„Za pozwoleniem, mój młody panie!“ krzyknęła pani Raddle, którą zimny pot oblał z gniewu. „Powtórzno pan ten wyraz!“
„Ależ... nie chciałem pani obrazić“, rzekł Ben Allen, który teraz bać się począł o swoją głowę.
„Za pozwoleniem, mój młody panie!“ mówiła dalej pani Raddle jeszcze bardziej rozkazującym i donośnym głosem; „kogo to nazwał pan nieprzyzwoitą osobą? Czy pan miał mnie na myśli?“
„Ale niechże się pani uspokoi“, rzekł pan Benjamin Allen.
„Czy pan miał mnie na myśli, pytam raz jeszcze?“ krzyknęła rozwścieczona pani Raddle, z pasją otwierając drzwi.
„Tak mi się zdaje!“ odpowiedział student.
„Tak się panu zdaje!“ wykrzyknęła pani Raddle, cofając się zwolna ku drzwiom i podnosząc głos do najwyższego tonu, dla specjalnego użytku pana Raddle, znajdującego się w kuchni. „Ale, to prawda, wszyscy wiedzą, iż można mię krzywdzić we własnym moim domu, podczas gdy mąż mój barłoży się tam na dole. Powinienby rumienić się (tu pani Raddle poczęła szlochać); powinienby spłonąć ze wstydu, widząc jak pomiatają jego żoną, jak najostatniejszą z ostatnich, ci rzeźnicy ciała ludzkiego (nowe szlochy). Tchórz! Bez serca! Naraża żonę na wszystkie krzywdy! Widzicie go! Stary kapłon, boi się nawet wejść tu, by nauczyć moresu tych bandytów. Boi się! Boi!“
Tu pani Raddle zatrzymała się, by posłuchać, czy powtórzenie tego wyzwania rozrusza jej lepszą połowę. Widząc jednak, że to się na nic nie zda, poczęła schodzić wdół, szlochając; wtem dwukrotnie zastukano do drzwi od ulicy; wybuchnęła więc histerycznym płaczem i jękami, które udało jej się przeciągnąć tak długo, aż zastukano do drzwi po raz szósty. Natenczas, poddając się nieokiełzanej rozpaczy, zaczęła rzucać parasolkami i zniknęła w głębi mieszkania, zamknąwszy za sobą drzwi z niebywałym hukiem.
„Czy tu mieszka pan Bob Sawyer?“ zapytał pan Pickwick, otwierającą mu służącą.
„Na pierwszem piętrze, drzwi naprzeciw schodów“, odrzekła dziewczyna, która wyrosła wśród pratubylców z Southwark, i po tej wskazówce znikła w kuchni razem ze świecą, głęboko z siebie zadowolona, gdyż sądziła, iż dokonała tego, czego wymagała od niej sytuacja.
Pan Snodgrass, który wszedł ostatni, po wielu bezowocnych usiłowaniach zamknął wreszcie drzwi na łańcuch, następnie zaś pickwickiści poszli po omacku po schodach i dopiero we drzwiach przyjął ich Bob, który nie wychodził dalej z obawy, by nie spotkać panią Raddle.
„Witam panów“, rzekł zmieszany jeszcze student. „Witam panów — ostrożnie ze szklankami!“
Ta ostatnia uwaga zwrócona była do pana Pickwicka, który właśnie kładł swój kapelusz na tacy.
„Przepraszam“, zawołał filozof, „bardzo przepraszam“.
„To nic!“ odrzekł gospodarz, „mieszkam trochę ciasno, ale trzeba być względnym, gdy się przychodzi do kawalera. Proszę wejść. Tego pana zna pan?“
Pan Pickwick uścisnął rękę panu Allenowi, a jego przyjaciele poszli za tym przykładem.
Zaledwie przybyli goście zasiedli, gdy znowu zapukano do drzwi.
„To zapewne Jack Hopkins“, rzekł Bob; „tak, to on! Chodź Jack!“
Ciężkie kroki dały się słyszeć na schodach i Jack Hopkins ukazał się pod aksamitną kurtką, ozdobioną metalowemi guzikami. Pozatem ubrany był w niebieską koszulę i fałszywy kołnierzyk.
„Spóźniłeś się“, rzekł Ben.
„Zatrzymano mię w szpitalu“.
„Czy zaszło co ważnego?“
„Nic nadzwyczajnego. W każdym razie niezły wypadek“.
„Cóż takiego? zapytał pan Pickwick.
„Człowiek spadł z czwartego piętra, nic więcej. Ale to pyszny casus, poprostu doskonały“.
„Zapewne chce pan powiedzieć, że pacjent przyjdzie do zdrowia?“ zapytał pan Pickwick.
„Nie“, odrzekł obojętnie zapytany; „raczej sądzę, że umrze, ale jutro będziemy mieli piękną operację. Co to będzie za rozkosz, jeżeli będzie ją robić Slasher“.
„Więc pan Slasher jest tak znakomitym operatorem?“
„Najznakomitszym, jakiego zna świat“, odparł Hopkins. „Przeszłego tygodnia odjął nogę dziecku, które podczas operacji zjadło pięć jabłek i jeden piernik. Ale nie na tem koniec; w parę minut potem mały bęben oświadczył, iż jeżeli mu nie rozpoczną zaraz drugiej operacji, to się mamie poskarży“.
„Zdumiewa mię pan!“ zawołał pan Pickwick.
O, to jeszcze nic!“ powiedział Hopkins. „Prawda, Bobie?“
„Tak, tak!“ odrzekł Bob.
„Wiesz, Bob“, ciągnął pan Hopkins, przelotnie spojrzawszy na zaciekawioną twarz pana Pickwicka. „Mieliśmy tamtej nocy dziwne zdarzenie. Przyprowadzono dziecko, które połknęło naszyjnik“.
„Co połknęło?“ przerwał pan Pickwick.
„Naszyjnik!“ odpowiedział Jack Hopkins. „Nie odrazu — nie cały — tego byłoby zawiele — pan nie potrafiłby połknąć naszyjnika — ale dziecko! Ha, ha, ha!“ Pan Hopkins, zdawało się, był niezwykle zachwycony swoim żartem i ciągnął: „Nie, nie cały odrazu. Rodzice tego dziecka byli ubodzy. Siostra dziecka kupiła sobie naszyjnik. Zwykły naszyjnik, z wielkich, czarnych, drewnianych paciorków. Dziecko, które bardzo lubiło zabawki, złapało naszyjnik, zaczęło go ciągnąć, rozerwało i połknęło jeden paciorek. Bardzo mu się to podobało! A więc na drugi dzień znów ma gust na paciorek!“
„Ależ to straszne!“ zawołał pan Pickwick. „Bardzo pana przepraszam! Niech pan mówi dalej!“
„Ale następnego dnia łyka już dwa. Potem trzy i tak dalej, aż wkońcu tygodnia połknęło cały naszyjnik — dwadzieścia pięć kulek! Siostra, dziewczyna pracująca, która rzadko kiedy pozwalała sobie na kupno świecidełek, mało oczu nie wypłakała. Gdzież go nie szukała! Nie potrzebuję chyba mówić państwu, że nadaremnie! W parę dni później rodzina siada do obiadu. Pieczona baranina i kartofle. Dziecko nie było głodne, więc się bawi w kąciku. Nagle — piekielny hałas! Nic, tylko jakby miniaturowy grzmot. „Nie rób tak moje dziecko!“ mówi ojciec. „Ja nic nie robię!“ mówi dziecko. „Nie rób tego więcej!“ mówi ojciec. Milczenie, a potem — znów hałas, jeszcze gorszy! „Jeżeli nie słyszysz, co ci mówię, mój chłopcze“, mówi ojciec, „to się znajdziesz w łóżeczku zanim świnia zdąży chrząknąć!“ I kopnął dziecko, by wreszcie posłuchało, a tu ci taki grom, jak nigdy jeszcze przedtem! „Ależ to nie jego wina!“ woła ojciec. „Poprostu dostał krupu nie tam, gdzie należy!“ „Nie, nie“, woła malec. „To tylko naszyjnik! Połknąłem naszyjnik!“ Ojciec łapie malca i pędzi do szpitala. Paciorki w brzuchu dzieciaka przez cały czas dzwonią! A ludzie patrzą w niebo i pod nogi, skąd ten dziwny dźwięk? Leży u nas w szpitalu“, kończył Jack Hopkins „a paciorki tak mu głośno dzwonią w brzuszku, że musimy go otulać grubą kołdrą, bo pobudziłby nam pacjentów!“
„Najdziwniejsza historja, jaką kiedykolwiek zdarzyło mi się słyszeć!“ zawołał pan Pickwick, z emfazą uderzając w stół.
„O, to drobnostka!“ powiedział Hopkins. „Prawda, Bobie?“
„Naturalnie!“
„Wierz mi pan, że w naszej profesji zdarzają się nieraz wypadki bardzo dziwne!“
„Zupełnie panu wierzę“, odparł pan Pickwick.
Nowe pukanie do drzwi oznajmiło przybycie otyłego młodego człowieka, z ogromną głową i w czarnej peruce. Przyprowadził on ze sobą młodzika w bardzo ciasnym surducie i szkorbutycznej fizjonomji. Potem przybył gentleman mający koszulę upstrzoną w małe, czerwone kotwice, z nim ukazał się blady młodzieniec, ozdobiony ciężkim łańcuchem z pozłacanej miedzi. Pojawienie się gentlemana wielce wyelegantowanego, w bardzo czystej bieliźnie i kortowych butach, uzupełniło towarzystwo. Wysunięto stół nakryty zielonem suknem; pierwsze danie ponczu wniesiono w rądlu blaszanym, pierwsze trzy godziny poświęcono grze w „dwadzieścia jeden“, po pół pensa za punkt. Raz tylko przyjemna ta gra była przerwana małem nieporozumieniem pomiędzy szkorbutycznym młodzieńcem i gentlemanem o czerwonych kotwicach, przyczem pierwszy ujawnił nieprzeparte pragnienie rozbić drugiemu nos; ale gentleman, noszący na koszuli emblemata nadziei, oświadczył, iż nie pozwoli siebie obrażać ani gwałtownemu młodemu człowiekowi o szkorbutycznej cerze, ani żadnemu innemu indywiduum, noszącemu ludzką głowę.
Gdy ukończono grę i obliczono wszystkie punkty, ku obopólnemu zadowoleniu, pan Bob Sawyer zadzwonił na kolację, a goście cofnęli się w kąt, gdy ją zastawiano.
Nie była to operacja tak łatwa, jakby się to wydawać mogło. Naprzód trzeba było obudzić służącą, głęboko uśpioną pod stołem w kuchni. To zajęło trochę czasu, chociaż bowiem po drugim dzwonku obudzono ją, długo jeszcze nie zdołano jej jednak przyprowadzić do przytomności. Z drugiej zaś strony, przekupniowi, u którego zamówiono ostrygi, nie kazano ich pootwierać, a wiadomo jak trudno otwierać ostrygi zwyczajnym nożem, lub widelcem; to też sprawa szła ciężko i powoli. Wołowina również nie na wiele się przydała, gdyż była niedopieczona, a i o szynce można było powiedzieć, chociaż wzięto ją z sąsiedniej niemieckiej wędliniarni, że nie zasługiwała na pochwałę. Zato posiadano sporą ilość porteru i niemniej sera ku zadowoleniu wszystkich biesiadników, tembardziej, że ser był nadzwyczaj ostry. Wogóle, kolacja była o tyle dobra, o ile mogła nią być w takich warunkach.
Po jedzeniu postawiono na stole drugą wazę ponczu wraz z paczką cygar i dwiema butelkami wódki. Ale tu nastąpiła niesamowita pauza, spowodowana okolicznością bardzo zwyczajną w podobnych razach, niemniej jednak kłopotliwą.
Służąca zajętą była myciem szklanek. Zakład szczycił się posiadaniem czterech naczyń tego rodzaju, z czego jednak nie robimy zarzutu, krzywdzącego panią Raddle, gdyż wiadomo, że w podobnych zakładach zawsze daje się uczuwać brak szklanek. Szklanki pani domu były wąskie i wysmukłe, pożyczone zaś w sąsiedniej restauracji wielkie i pękate. To samo mogło już wyjaśnić prawdziwy stan rzeczy; ale służąca przecięła wszelką możliwość choćby dwuznaczności, gdyż od każdego z gości, niemal przemocą, zabrała szklankę, zanim jeszcze wypili, i mimo wszelakich giestów i przeszkód ze strony Bob Sawyera, głośno oświadczyła, że kazano szklanki przynieść i obmyć.
Zły to wiatr, który też nic dobrego nie mógł przynieść. Napróżno wyelegantowany gentleman w kortowych butach wysilał się, by powiedzieć coś dowcipnego. W chwili, gdy szklanki znikły, rozpoczął on dłuższą historię o szczególnie szczęśliwej odpowiedzi pewnej wielkiej politycznej znakomitości, której nazwiska zapomniał, danej innej osobistości, także znakomitej, której nazwiska nigdy nie mógł dokładnie się dowiedzieć. Rozwodził się bardzo szczegółowo nad rozmaitemi podrzędnemi okolicznościami, ściśle zresztą związanemi z rzeczoną anegdotą, ale żadną miarą nie mógł dojść do końca i przypomnieć sobie odpowiedzi, chociaż anegdotę te opowiadał od dziesięciu lat z wielkiem powodzeniem.
„Naprawdę!“ rzekł wkońcu elegant w kortowych bucikach, „to bardzo dziwna historja“.
„Wielka szkoda, że ją pan zapomniał“, odpowiedział Bob, z niepokojem spoglądając na drzwi, gdyż zdało mu się, iż słyszy szczęk szklanek. „Bardzo żałuję!“
„Ja także bardzo żałuję“, dodał opowiadający, „gdyż jestem pewny, żeby to panów rozweseliło. Ale nie martwcie się; sądzę, że najdalej za pół godziny przypomnę sobie“.
W tej chwili szklanki powróciły i Bob Sawyer, dotąd bardzo zakłopotany, odpowiedział z uprzejmym uśmiechem, iż wielce byłby rad usłyszeć koniec opowiadania, które w każdym razie jest nadzwyczaj zajmujące.
Widok szklanek przywrócił Bobowi dobry humor, którego brakowało mu od czasu konferencji z gospodynią. Twarz jego rozjaśniła się i znów się rozruszał.
„Teraz, Betsy“, rzekł z wielką swobodą umysłu, rozstawiając szklanki, które służąca postawiła na środku pokoju, „teraz, Betsy, pospiesz się i daj nam gorącej wody“.
„Niema gorącej wody“, odpowiedziała Betsy.
„Jakto? Niema gorącej wody?“
„Niema! Pani powiedziała, iż pan jej nie dostanie“.
Zdumienie, jakie wystąpiło na twarze gości, dodało odwagi gospodarzowi.
„Natychmiast przynieś gorącej wody! Natychmiast!“ zawołał ze spokojem rozpaczy.
„Ale nie można! Pani Raddle, idąc spać, zgasiła ogień i zabrała z sobą kociołek“, odparła służąca.
„Mniejsza o to! Mniejsza! To drobnostka“, rzekł pan Pickwick, zauważywszy, że twarz Boba zaczyna się mienić, „zimna woda jest równie dobra“.
„Tak, tak!“ dodał Ben Allen.
„Gospodyni moja podlega chwilowym napadom szału“, rzekł Bob z lodowatym uśmiechem. „Obawiam się, iż będę zmuszony wymówić jej mieszkanie“.
„Ale nie, nie!“ rzekł Benjamin.
„Boję się, iż do tego dojdzie“, mówił Bob z heroiczną stanowczością. „Zapłacę, com winien, i wyniosę się jutro rano“.
Biedny chłopiec! Jakże gorąco pragnął tego!
Usiłowania Boba, by podnieść się po tym ostatnim ciosie, udzieliły się i towarzystwu. Większa część gości, dla ożywienia umysłów, tem pilniej zajęła się zimnym grogiem, czego pierwsze skutki ujawniły się wznowieniem nieprzyjaznych kroków między szkorbutycznym młodzieńcem a właścicielem koszuli pełnej nadziei. Strony wojujące przez niejaki czas okazywały sobie wzajemną pogardę marszczeniem brwi i sapaniem; wkońcu szkorbutyczny młodzieniec uznał za właściwe zająć jaśniejsze stanowisko, co doprowadziło do następującej, już niedwuznacznej wymiany zdań:
„Sawyer!“ zawołał szkorbutyczny młodzian donośnym głosem.
„Co chcesz, Noddy?“ zapytał gospodarz.
„Przykroby mi było stać się przyczyną choćby najmniejszego niepokoju przy stole przyjaciela, a zwłaszcza przy twoim, ale sądzę, iż powinienem korzystać ze sposobności i oświadczyć panu Gunter, iż nie jest gentlemanem“.
„A ja, mój kochany Sawyer“, odrzekł na to pan Gunter, „bardzobym się zmartwił, gdybym spowodował najmniejszy hałas na ulicy, przy której mieszkasz, ale obawiam się, że będę zmuszony zaniepokoić twoich sąsiadów i wyrzucić za okno osobę, która tylko co się odezwała“.
„Co pan przez to rozumie?“ zapytał Noddy.
„To co mówię“, odparł pan Gunter.
„Chciałbym więc widzieć, jak pan to zrobi?“ rzekł pan Noddy.
„Za chwilkę poczuje pan nawet“.
„Prosiłbym pana o jego bilet“.
„Nic z tego nie będzie“.
„Dlaczego, panie?“
„Boby pan mój bilet umieścił za lustrem, by myślano, że odwiedzają go gentlemani“.
„Panie, jeden z moich przyjaciół rozmówi się z nim jutro“, rzekł Noddy.
„Dziękuje, żeś mnie pan o tem zawiadomił i zawczasu powiem służącej, by pochowała łyżki“, odparł Gunter.
W tem miejscu djalogu wmieszali się obecni, przedstawiając obu stronom niewłaściwość ich postępowania. Wskutek tego pan Noddy oświadczył, iż ojciec jego był równie szanowany, jak ojciec pana Guntera, na co pan Gunter odpowiedział, że jego ojciec był tak samo szanowany, jak ojciec pana Noddy. A ponieważ podobną deklarację można było uważać za zapowiedź nowych kroków zaczepnych, więc znów nastąpiła interwencja ze strony towarzystwa; wynikiem jej było wiele hałasu, podczas którego pan Noddy zdołał zapanować nad swem uniesieniem i wyznał, iż zawsze miał dla pana Guntera nieograniczony szacunek. Na to pan Gunter oświadczył, iż, prawdę powiedziawszy, woli może pana Noddy, niż swego rodzonego brata. Usłyszawszy to, pan Noddy podniósł się wspaniałomyślnie i podał rękę panu Gunterowi, który ją z zapałem uścisnął i wszyscy uznali, że sprawa została załatwiona z wielkim honorem dla obu stron.
„Teraz, Bobie“, rzekł pan Jack Hopkins, „aby nas rozruszać na nowo, proponuję, byśmy zaśpiewali“.
Na to wśród głośnych oklasków pan Hopkins zaintonował, jak mógł najgłośniej, hymn: „Boże zbaw królową“, śpiewając go według nowej i niezupełnie odpowiedniej melodji. Lecz chór dzierżył prym, gdyż każdy śpiewał na melodję najlepiej sobie znaną, co nie mogło nie mieć wstrząsającego skutku.
Gdy chór prześpiewał pierwszą zwrotkę, pan Pickwick podniósł rękę, prosząc o głos, a gdy uciszono się, powiedział:
„Przepraszam panów, ale zdaje mi się, iż ktoś krzyczał na dole“.
Nastąpiła głęboka cisza. Zauważono, że Bob zbladł.
„Zdaje mi się, iż znowu słyszę ten głos“, mówił dalej pan Pickwick. „Proszę otworzyć drzwi“.
Zaledwie otworzono drzwi, znikła wszelka wątpliwość.
„Panie Sawyer! Panie Sawyer!“ wołano z drugiego piętra.
„To moja gospodyni“, rzekł Bob, spoglądając z niepokojem po gościach. „Co pani sobie życzy, pani Raddle?“
„Co to znaczy, panie Sawyer?“ ozwał się cierpki głos. „Niedość na tem, iż muszę z własnej kieszeni płacić za niego i znosić obelgi pańskich przyjaciół, którzy mają być ludźmi z wykształceniem, ale zdaje mi się, że chce mi pan dom rozwalić i wyprawia mi pan o drugiej godzinie rano takie wrzaski, że mógłby pan zaalarmować straż pożarną. Wypędź mi pan zaraz tę hałastrę“.
„Wstydziłby się pan“, dodał głos samego pana Raddle, wychodzący jakby z pod całego stosu kołder.
„Naturalnie“, zawołała czuła jego połowica, „bo ty, zmokła kuro, czemu nie pójdziesz sam i nie pozrzucasz ich ze schodów! Tak powinienbyś zrobić, gdybyś był mężczyzną!“
„Zrobiłbym to, moja droga, gdybym był tuzinem mężczyzn“, odrzekł małżonek. „Ale w tej chwili mają liczebną przewagę...“
„Tchórz!“ odrzekła pani Raddle z najwyższą pogardą. „Panie Sawyer, czy rozpędzi pan tę hałastrę?“
„Już idą, idą“, odpowiedział nieszczęśliwy Bob. „Sądzę, że najlepiej zrobicie, gdy się rozejdziecie“, rzekł następnie do swych przyjaciół, „bo doprawdy, zdaje mi się, iż zawiele robimy hałasu“.
„Wielka szkoda“, rzekł wyelegantowany gentleman, „bo zaczęło nam właśnie być tak wesoło“.
„Eh! Nie zwracajmy na to uwagi, a zacznijmy lepiej drugą strofę“, powiedział Hopkins.
„Nie, dajcie pokój, nie śpiewajcie!“ pośpieszył uprzedzić gospodarz. „Piękny to śpiew, ale dość już. Mieszkańcy tego domu są gwałtowni, bardzo gwałtowni“.
„Może chcesz, bym poszedł na górę i oporządził gospodarza?“ zapytał Hopkins; „albo począł dzwonić jak na gwałt, albo zaszczekał na schodach? Rozporządzaj mną, Bobie“.
„Dziękuję ci za te dowody przyjaźni “, odrzekł nieszczęśliwy Bob, „ale sądzę, iż dla uniknięcia zwady, najlepiej będzie się rozejść“.
„No i cóż, panie Sawyer?“ ozwał się znowu cierpki głos pani Raddle, „czy już się wynoszą ci bandyci?“
„Już, już, pani Raddle; szukają kapeluszy. Zaraz odejdą“.
„Odejdą!“ zawołała pani Raddle, wysuwając przez drzwi swą głowę, ozdobioną nocnym czepkiem, w chwili właśnie, gdy panowie Pickwick i Tupman wychodzili z pokoju. „Odejdą! A poco wogóle tu przychodzili?“
„Moja droga pani“, rzekł pan Pickwick, podnosząc głowę.
„Wynoś się pan, stary nicponiu“, odpowiedziała na to pani Raddle, szybko zdejmując czepek. „Taki dziad! Mógłby być ich ojcem! Stary rozpustnik! Pan jesteś najgorszy ze wszystkich!“
Pan Pickwick uznał za zbyteczne przekonywać o swej niewinności. Zeszedł szybko ze schodów na ulicę, gdzie połączył się z panami Tupmanem, Winkle i Snodgrassem. Pan Ben Allen, mocno dotknięty grogiem i zaszłą sceną, towarzyszył im aż do mostu londyńskiego, zwierzywszy się w drodze panu Winkle, jako osobie, szczególnie zasługującej na zaufanie, iż gotów jest poderżnąć gardło każdemu gentlemanowi, z wyjątkiem Boba Sawyera, któryby ośmielił się zalecać do jego siostry, Arabelli. Gdy swoje niezłomne postanowienie spełnienia tego przykrego braterskiego obowiązku jeszcze w odpowiedni sposób potwierdził, zalał się łzami, nasunął sobie na oczy kapelusz i zawrócił. Po drodze zatrzymywał się przed każdą bramą na placu Borough i tam z pewnemi przerwami aż do świtu pukał energicznie, w przekonaniu, iż stoi przed własnym domem i zapomniał klucza od drzwi.
Gdy goście rozeszli się, zgodnie z nieco natrętnem życzeniem pani Raddle, nieszczęśliwy Bob Sawyer został sam, aby zastanowić się nad przypuszczalnemi wypadkami następnego dnia i przyjemnościami następnego wieczora.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.